22
kwietnia
2012

feedtime - The Aberrant Years 4CD/4LP (Sub Pop)

feedtime - Today Is Friday CD/LP (S-S)
"The Aberrant Years" zbiera cztery pierwsze albumy feedtime. Wersja CD dodaje wszystkie single wydane w tzw. międzyczasie. "Today Is Friday" natomiast to kompilacja wcześniej niesłyszanych kawałków (m.in. cover "Life" Flippera!). Należy nabyć oba albumy, bez dyskusji.
odsłuch:
oraz:

Folded Shirt - Tiny Boat 7'' (Fashionable Idiots)
Ostatnie nagrania F/S. Wytłumaczę: czterech facetów zdecydowało się zbierać w weekendy i nagrywać debilne piosenki punkowo-Beefhartowe. Trzystronicowa wkładka ich LP zawierała kolaż z wyciętych zdjęć nieubranych pań. Słuchanie tego zespołu przypomina mi aforyzm: "Ten, kto pierwszy zrozumie dowcip ma dość czasu by udawać, że go nie załapał."
odsłuch:

World's Lousy With Ideas Vol. 9 7" (Almost Ready)
Powrót najlepszej serii kompilacji naszych czasów. Po długogrającej części ósmej World's Lousy zalicza powrót do formatu siedmiocalówek. Chodziły słuchy, że część dziewiąta poświęcona będzie zespołom z Ohio, ale nie okazało się to do końca prawdą. Strona A to nowy kawałek Cheater Slicks pt. "Silver Fox". Jak zwykle wysoka jakość (plus mocna inspiracja Stonesami), choć są to Slicks rozstrojeni i ze zdartymi gardłami (czyt. w wersji dla koneserów). Na stronę B wrzucono brytyjski (!) surf-punk Thee Spivs i piosenkę Psandwich - nowy zespół Rona House'a. Zeszłoroczny album Psandwich pt. "Northren Psych" (sic) nie bardzo mi pasuje ale piosenka z tej siódemki to, jak dotąd, największe dokonanie zespołu. Głównie przez linie gitarowe nieźle imitujące robotę Boba Petrica w ramach TJSA. Jak zwykle płyta ma kilka wariantów okładek i liczba kopii nie jest podana.
odsłuch:
http://www.youtube.com/watch?v=M1OSKqyWcOI

The Mentally Ill - Gacy's Place 7" (Last Laugh)
Pierwowzór Crucifucks? Chory punk z 1979 roku. Pisząc "chory" mam na myśli, że tę płytę należy traktować jak klej cyjanoakrylowy: zakręcać mocno i trzymać z dala od dzieci. Natomiast powyżej osiemnastki: hulaj dusza!
odsłuch:
http://www.youtube.com/watch?v=Rn8Fk_UNm7Q

Sparkling Wide Pressure - Grandfather Harmonic CD (Preservation)
Frank Baugh ma wspaniałą cechę braku dystansu do słuchacza. Drone sam w sobie ma bardzo sztuczne brzmienie, wyciągnięcie z niego pierwiastka ludzkiego jest zazwyczaj osiągnięciem najlepszych artystów w gatunku i celem tych aspirujących. Natomiast każde kolejne wydawnictwo SWP to "goła" muzyka. Zupełnie jak kawałki Jandka - brzmi jakby powstawała w momencie jej nagrywania. To znaczy, dotyczy to najlepszych albumów SWP. Z powodu swej "sztuczności" winyl "Field and String" wydawał mi się znacznie słabszy. Natomiast polecany album należy do serii tych bardziej osobistych i tym samym lepszych. Tym razem Baugh poświęca płytę swemu dziadkowi robiąc album medydatywny. Zrozumiałe i godne pochwalenia. Pomijając fakt, że płyty z serii Preservation mają naprawdę okropne okładki. 300 kopii. Głupio mi trochę.
odsłuch:

Golden Boys - Dirty Fingernails LP (12XU)
Pijacki r'n'r. Perfekcyjnie nagrany i zagrany, bez wypełniaczy i miliony lat świetlnych lepszy niż ostatnie pięćdziesiąt solowych płyt J.W. Colemana III. Ten ostatni rehabilituje się zresztą poprzez zagranie nowej wersji tytułowego kawałka ze "Steal My Mind". Perfekcyjne kiedy chcesz włączyć coś, co nie będzie wymagało słuchania krytycznego. Sto kopii w kolorze lawendowym i sto przezroczystych.
odsłuch:

Tronics - Love Backed By Force CD/LP (What's Your Rupture?) 
Tronics - Shark Fucks 7'' (What's Your Rupture?)
Wznowienie perfekcyjnie popsutej muzyki z 1980 roku. Bez Tronics nie byłoby nagrań Tyvek, Pheromoans ani Home Blitz. Genialny DIY post-punk z melodiami, które za nic nie chcą się odczepić i perkusją, której równie dobrze mogłoby nie być. Spending time is important.
odsłuch:

Inverz - My Machines LP (Granny)
Grecki drone (dark ambient) sklecony ze starych płyt winylowych odtwarzanych w superpowolnych tempach. Pomysł podobny jak we wcześniejszych dokonaniach The Caretaker z tym, że tutaj dekonstrukcja sięga znacznie dalej i tempa są ultraspowolnione. Dobry koncept, świetne wykonanie, mocny album.
odsłuch: http://www.grannyrecords.org/releases/my-machines-lp-granny07
21
kwietnia
2012
Zastanawiałem się właśnie, po uprzednim złożeniu kabiny i kadłuba, nad doborem malowania Fokkera E.III. Czy ma to być maszyna vizefeldwebla Ernsta Udeta z 1915 czy może podporucznika Hansa-Joachima Buddeckego z oznaczeniami sił powietrznych Turcji? Trudna sprawa. Jednocześnie kapnąłem się, że mam na temat niedawno przesłuchanych płyt do powiedzenia więcej złego niż dobrego. Stąd poniższe antyrekomendacje.

Estrogen Highs - Irrelevant Future LP/CD (Trouble In Mind)
Dorastanie polega na stopniowym ograniczaniu zaufania. Uczysz się dzielić każde usłyszane zdanie przez dwa (lub trzy), dowiadujesz się o wysokości różnych bankowych odsetek i nie kupujesz płyt zanim je usłyszysz. Tym bardziej, nie kupujesz ich w dwóch różnych formatach skuszony losowymi kolorami winyla. W swojej niezmierzonej niedojrzałości punkt trzeci wykonałem w całości, a nowy album Estrogen Highs to jeden z największych zawodów jakich doznałem ostatnimi czasy. Rozumowałem dość logicznie - "Friends & Relatives" był albumem genialnym w całej rozciągłości; EPka "Cycles" wspaniała; siedmiocalówka wydana na Southpaw nadal znakomita (nawet cover Flippera był udany), EH zdawali się być w żywiole, znaleźli niszę w jankeskiej wersji gitarowego kiwi-popu. Naprawdę trudno było spodziewać się, że wrócą do garażówki z czasów niezwykle średniego "Tell It To Them", ich długogrającego debiutu. Niestety, tak się właśnie stało. Efektem jest dwanaście kawałków, z czego najwyżej cztery sięgają poziomu "Cycles", o "F&R" nie wspominając. Strona A winyla, poza "Alchemy Contest", powinna zostać wyszlifowana na płask. Kiedy pierwszy raz usłyszałem sekwencję piosenek 3.-5. zrobiło mi się autentycznie przykro. Spadek jakości jest wyraźniejszy niźli najjaśniejsza cholera - standardowe melodie, brak kontynuacji tendencji artsowskich w stylu "Graffiti pt. I", etc. Przemawia przeze mnie głównie żal za wydaną forsą, ale też niefajnie jest widzieć (słyszeć) ulubiony zespół w tendencji spadkowej. Poza tym smutna jest świadomość, że rzeczonemu zespołowi udała się tak naprawdę tylko jedna sesja nagraniowa.
zamiast tego polecam:
http://www.youtube.com/watch?v=jB7xcZEGhWw

Slices - Still Cruising LP (Iron Lung)
Siedmiocalówka z uszminkowanym Pavarottim na okładce była ultraciężka w sposób wielce poprawny, pierwszy LP Slices można z powodzeniem stawiać obok płyty Condominium. Natomiast na "Still Cruising" zespół gra praktycznie to samo co The Men, tylko z głośniejszymi wrzaskami i w szybszych tempach. Płyta kończy się kawałkiem o musztardzie, co powinno być zabawne. Niestety, powtórzone dowcipy śmieszą coraz mniej, brzmienie zostało wygładzone w coś na kształt pop-HC oraz powtórzone dowcipy śmieszą coraz mniej.
zamiast tego polecam:
http://feebleminds.bandcamp.com/album/brown-sugar-sings-of-birds-and-racism-lp

Pop. 1280 - The Horror CD/LP (Sacred Bones)
Pamiętam Pop. 1280 głównie ze siedmiocalowego splitu z Hot Guts. To znaczy: pamiętam że tam byli, nie kupiłem tej płyty dla ich kawałka. Oba zespoły miały wtedy w dyskografii po jednym singlu. Różnica polega na tym, że siódemka Hot Guts była jak najbardziej wybitna, ale tylko Pop. 1280 przystąpili do wydawania dalszych nagrań. "Real artists ship", jak idzie powiedzenie. Niekoniecznie jest jednak prawdziwe: najlepsze nagrania P.1280 przypadają na dwunastocalową EPkę "The Grid", ale nawet ta płyta nie przeskakuje wspomnianej siódemki Hot Guts. The Horror" jest zupełnie średni. Zespół ekploatuje bogate złoże dyskografii The Scientists i Birthday Party z dodatkiem synthów - pomysł jest jak najbardziej w dechę, ale wykonanie już nie. Nagrania są zbyt grzeczne i osłuchane. Nie mam czasu na słuchanie naśladowców wzorujących się na oryginałach tak dokładnie.
zamiast tego polecam:
http://soundcloud.com/user2866573/sets/plates-s-t-preview/

Cloud Nothings - Attack On Memory LP/CD (Carpark)
Vonnegut w jednej ze swych książek cytował kiedyś słowa swego kumpla, komika: "To nie grzech być biednym, ale wstyd straszny". Brzmi brutalnie, wiem, ale powiedział to Amerykanin. Zresztą, nieważne. Rzecz w tym, że znacznie lepiej brzmi taka parafraza: to nie grzech słuchać złej muzyki, ale wstyd straszny. Czuję się nieswojo choćby wspominając o tej płycie. Plus, zachwycanie się brzmieniem Sunny Day Real Estate po ukończeniu dwudziestego roku życia nie jest już kwestią nostalgii lecz niewyrobionego gustu, rzekłem.
zamiast tego polecam: cokolwiek innego. na przykład WFMU. właśnie leci program Michaela Shelleya.

The Men - Open Your Heart LP/CD (Sacred Bones)
Pisanie o muzyce niezależnej bardzo przypomina łowienie ryb. To będzie naprawdę prosta analogia. Wybierasz jakieś ciche łowisko, zarzucasz haczyk. Co jakiś czas sprawdzasz czy nic się nie złapało. Możesz co jakiś czas udoskonalać spławiki, przypony, przynęty i zanęty ale masz świadomość, że rybom to właściwie nie stanowi. Czasem jednak masz wyczucie i trafisz na większą zdobycz. Zdjęcie twojej ryby ukazuje się w dużym miesięczniku wędkarskim i nad łowisko natychmiast zaczną ściągać inni łowiący. Tacy z teleskopowymi wędkami, w szybszych łodziach, dobijający ryby pistoletami z laserowym celownikiem. Wtedy kapujesz, że jest zbyt tłoczno i czas się zająć innym obszarem jeziora. Takie zdarzenia mają charakter cykliczny.
Polecałem "Immaculada" dwa lata temu. Nie zareagował nikt. Nie dostałem nawet polecenia zamknięcia mordy, żadnej krytyki. Mówiąc z angielska: not a single fuck was given. Kilka miesięcy później dałem spokój z pisaniem rubryki, w której pojawiła się rekomendacja. Październik 2010 zdaje się być w tym momencie bardzo odległym czasem. Teraz wszyscy mówią o The Men. Sypią się recenzje, wysokie oceny. Poza kilkoma wyjątkami nikt nie zauważa, że z bardzo dziwacznej (i interesującej) hybrydy kilku gatunków zespół przekształcił się w tribute-band późnego Dinosaur Jr przeznaczony dla ludzi, którzy jeszcze używają wyrażenia "jaram się" i uważają, Bad Religion grają hardcore punk. Zachwycająca jest też zawężona perspektywa ludzi piszących o muzyce: siedmiocalówka wydana rok temu i pierwsza EPka zespołu nie istnieją. Uznaje się je za dema lub po prostu olewa. Jakiś gość na Esensji napisał nawet, że prawdziwym debiutem zespołu jest "Leave Home", ponieważ wcześniej wydawali płyty własnym sumptem (!). Dwa lata temu The Men brzmieli jak nikt inny, teraz są drugoligową, wygładzoną garażówką. Fuck that weak shit. Zwijam się na inne łowisko.
PS: "Immaculada" została w zeszłym roku wznowiona na różowym i czarnym winylu w grubej, eleganckiej okładce sumptem Deranged Records. Płyta znów wypadła z obiegu, ale jest dostępna w formie cyfrowej. Osiem dolarów, lepsza muzyka.
05
kwietnia
2012

1. Mark Wirtz Orchestra & Chorus - I Can Hear Music
--
2. Wounded Lion - Roman Values
3. Thee Oh Sees - Contraption/Soul Desert
4. Apache Dropout - School Girl
5. The Electric Bunnies - Psychic Lemonade
6. Jerusalem and the Starbaskets - Chocolate Covered Everyberry
7. Bare Wires - Make Her Mine
8. Mark Sultan - I Turned Them All Down
--
9. Woollen Kits - Be Your Friend
10. Ozzie - Baby I Cried
11. Tronics - My Baby's In A Coma
12. Bongwater - Chicken Pussy
13. Axemen - Creaky Back Stairs
14. The Golden Boys - Steal My Mind
15. Meercaz - Unbreakable Song
16. Eat Skull - Dawn In The Face
17. The Dirtbombs - No Expectations
--
18. Wounded Lion - I'm Sad
![[PLAY]](http://tableau.jogger.pl/files/play_button.gif)
do pobrania:
plik mp3
uwagi:




28
marca
2012

1. Richard Papiercuts - The Devils
2. V-3 - Horse Kick
3. Tommy Jay - Fear of Shadows
4. Monoshock - Separate Beds
5. feedtime - Doesn't Time Fly
6. Pissed Jeans - Scrapbooking
7. The Shadow Ring - The Riverside
8. Flipper - You Nought Me
9. The Crucifucks - When The Top Comes Off
10. Subtle Turnhips - Rosace
11. Los Llamarada - All Gods Collapse
--
12. Video - Any Worse?
![[PLAY]](http://tableau.jogger.pl/files/play_button.gif)
do pobrania:
plik mp3
uwagi:
- na okładce grafika Melissy Murillo.
- audycja mroczna, z wejściem mikrofonowym.
- mediafire przestało być zabawnym miejscem do przechowywania plików, dlatego też nie działają linki do ściągnięcia poprzednich audycji. nie są specjalnie popularne, ale może macie jakiś pomysł gdzie mógłbym wrzucać pliki mp3?
07
marca
2012

1. Brown Sugar - La La Land
2. Sonic Avenues - Television Youth
3. The Spits - Fallout Beach
4. The Normals - What Do You Think of the USA?
5. Thomas Jefferson Slave Apartments - Quarrel With The World
6. The Shitty Limits - Medication Time
7. The Fall - Feeling Numb
8. The Fall - Laptop Dog
9. Tronics - Shark Fucks
10. Pheromoans - Seven Weekly Stupors
11. Nothing People - Chasing Something
12. Young Boys - Bring 'Em Down
13. Total Control - For Lease
14. The Telescopes - Anticipating Nowhere
15. Puffy Areolas - Psychomania
16. The Heads - Swamp Of Chutney Morgan
17. Red Mass - Blood
18. Human Eye - We Are the Peopleoids
19. Thee Oh Sees - Robber Barons
20. Apache Dropout - God Bless You Johan Kugelberg
![[PLAY]](http://tableau.jogger.pl/files/play_button.gif)
do pobrania:
plik mp3 vbr
uwagi:
- głośne i donośne bicie głową w wiosnę (dramatycznie zły tekst).
27
lutego
2012

Nie mam do powiedzenia nic, co posłużyłoby za dobry wstęp. Przeskoczmy zatem do polecanek.

Richard Papiercuts - A Sudden Shift LP (Pena)
Czyli, inaczej mówiąc, Album Artysty Wcześniej Znanego Jako Lider Chinese Restaurants. Ze zmianą nazwy wiąże się zmiana brzmienia - ze scum-rocka Papiercuts (nie, nie zrobiłem błędu w nazwisku) przeskakuje rejony r'n'r dla dorosłych (czyt. solowych dokonań Reeda/Iggiego). Zamiast produkcji Mattina otrzymujemy czysto brzmiące kawałki z sesji nagraniowych w profesjonalnym studiu. Dla ludzi pamiętających sampel z przemówienia Obamy pojawiający się na pierwszym singlu CR: to nadal granie w dużej mierze polityczne. "The Devils" to kawałek zestawiający nowojorskie imprezy z ludobójstwem, wspomniany "River of Shit" znów się pojawia, tym razem w nieco wygładzonej i skróconej wersji, bez sampla. Papiercuts śpiewa drżącym głosem, aranże idą głównie w kierunku art-rocka (vide "Working Hour"), choć z całości wyłamuje się przedostatni, zafałszowany i naiwny "Let's Make Love". Wieść gminna niesie, że facet nagrał całość wieczorami kradnąc czas studyjny by mieć dostęp do dwudziestoczterościeżkowca i nagrywać kolejne overduby. Niezła historia, fantastyczny album.

El Jesus de Magico - Just Deserts LP (Columbus Discount)
W tym momencie można dość jasno stwierdzić, że "Scalping The Guru" było niesłusznie olanym klasykiem. To nie jest kwestia mego zdania, to czas weryfikuje takie sądy. Mnie nic do tego. Odwrócę waszą uwagę ciekawostkami: EJDM nagrywają w domu pogrzebowym, ponieważ ojciec wokalisty jest grabarzem. Wszystkie dźwięki zespół rejestruje na sprzęcie analogowym i na takimże dokonuje miksu. Zgaduję, że ich efekty gitarowo/mikrofonowe (przetworzonych deklamacji wokalisty nie idzie zrozumieć) to raczej fuzz niż distortion. Po singlu i kasecie przyszedł czas na rzecz długogrającą i jest to pomysł z wszech miar znakomity. Trochę zgrzyta sekwencja: nienajszczęśliwszym pomysłem był wrzucenie powolnego, dziewięciominutowego scumbluesa "Good UFO/Bad UFO Experience" jako drugi kawałek na płycie. Zwłaszcza kiedy zaraz po nim wchodzi energetyczny i melodyjny "Bone Knife". Dużo tu instrumentalnych odjazdów: "Whole World Is Gone" w swym radosnym hałasie sięga okolic "Anandamide" lub "Vent" Bardo Pond, a należy zaznaczyć, że w dziedzinie cięższego psych-rocka są to okolice wyżynne. Plus, basy na tym LP są tak głębokie i donośne, że stylumują wyżynanie się zębów. 500 kopii, ręcznie mazane okładki.

The A Lords LP (Rif Mountain)

Sharron Kraus & Michael Tanner - In the Rheidol Valley LP (Morc)
Tysięczny pierwszy i tysięczny drugi projekt Michaela Tannera znanego też jako Plinth. A Lords to ultralimitowany winyl (poniżej trzystu kopii) nagrany do spółki z Nicholasem Palmerem. To praktycznie wznowienie CDRa wydanego pięć lat temu. Koncept polegał na tym, że obaj faceci w najcieplejszy dzień każdego lata nagrywali dwa kawałki (innymi słowy: grali do termometru - doskonały dowcip.) W ten sposób na winylu znalazło się dziesięć utworów na zrelaksowaną gitarę i eteryczne głosy. Album z Sharron Kraus brzmi podobnie, ale koncept jest nieco inny. Otóż para muzyków wybrała się na spacer tytułową Doliną Rheidol nagrywając przy tym piosenki. Całość otwiera beczenie owiec, później akcja przenosi się w okolice wodospadu, itd. Gitny pomysł. Wszystko oczywiście gdzieś na granicy folku i ambientu, jak w Beggin' Your Pardon Miss Joan. Wspaniała muzyka na udawanie, że jest cieplej niż jest naprawdę.

The Boats - The Ballads of Research Department CD (12k)
Kilkanaście stylów na raz, wszystkie ciche. Ta płyta brzmi bardziej jak nieźle zmiksowana kompilacja kilku muzyków niż album. Ale pływ ma doskonały, 50 minut mija niepostrzeżenie. Mamy tu drone na rozpoczęcie, fragmenty śpiewu po angielsku i japońsku do bitów o prędkości 10 BPM, zagrywki smyczkowe, fortepian, shoegaze, elegancki post-rock w stylu Do Make Say Think i znów śpiew, lecz tym razem bez słów. Jak już mówiłem: niezwykle piękna i relaksująca rzecz. Jest to na tyle łatwostrawne by służyło jako soundtrack do zasypiania i jednocześnie na tyle kunsztowne, by nie jechało egzaltowaną popeliną.

Brown Sugar - ...Sings of Birds and Racism LP (Feeble Minds/Feral Kid) 
Brown Sugar - Tropical Disease 7'' (Feral Kid/Fashionable Idiots)
Bycze połączenie hc punku i r'n'r. To znaczy, zamiast refrenów dostajemy breakdowny do pogowania. Bardzo słuszne podejście. Teksty są zabawne - wokalista całą rzecz kończy deklarując chęć zostania somalijskim piratem. Momentami pojawia się saksofon, kawałki są bardzo chwytliwe i intensywne. Gitarzysta odwala znakomitą robotę. Siódemka "Tropical Disease" natomiast zaczyna się niestandardowo - przypomina Angry Samoans z czasów, gdy Mike Saunders przerzucał się na granie psych-rocka ("Yesterday Started Tomorrow", et al), by przeskoczyć nagle w szybszy punkrawk. Otwierająca siedmiocalówkę linijka jest niezła, zresztą:
"Sweetheart, you gotta stop eating bugs all the time, they cannot be good for your tummy, you know?".
Trudno znaleźć prawdziwsze słowa. Plus, zmotoryzowany Peter Fonda na okładce.

Shitty Limits - Speculate/Accumulate 12'' EP (La Vida Es Un Mus)
Ostatnia płyta Anglików. Umarło Shitty Limits, niech żyje The Love Triangle. To znaczy, nie do końca: najnowsza siedmiocalówka LT, "Boomerang Girl" jest słabym wydawnictwem. Natomiast łabędzi śpiew Limitów nie przyniósł żadnych zmian w stylistyce, to nadal wyspiarska wersja kanciastego punku w stylu Monorchid. Treść jest nadal znakomita, zarzuty kierowałbym wobec formatu: pięć kawałków na dwunastocalówce, z czego tylko jeden jest trwa dłużej niż dwie minuty. Zamiast wydawać dziesięć dolarów, lepiej poczekać na kompilację singli.

The Consumers - All My Friends Are Dead LP (In The Red)
Trzecie już wznowienie proto-hc punku z 1978 roku. Tym razem Larry Hardy wydał rzecz na winylu, zremasterowaną i w dużej dwuczęściowej okładce. DELUXE. W każdym razie, pozycja obowiązkowa dla każdego, kto choćby minimalnie interesuje się historią punku. Ale nie ty. Tobie przewidziano stream z Dżoaną Njusom strojącą harfę (bez podtekstów).
z innych wiadomości:
- sumptem Sub Pop ukaże się zestaw 4CD/4LP z pierwszymi albumami feedtime pt. "The Aberrant Years". Natomiast Scott Soriano wyda jednocześnie LP z rarytasami tegoż genialnego zespołu.
- w marcu, na labelu 12XU ukaże się nowy album Golden Boys zatytułowany "Dirty Fingernails". Znakomite wieści, każdy album GB to dobra wymówka by nie być trzeźwym.
- Do końca tego tygodnia potrwa maraton w WFMU. przekażcie Najlepszemu Radiu Świata kilka dolarów. Na razie na mapie darczyńców Polskę reprezentuję ja i ktoś z Warszawy (Istvan?).
kilka powodów, dla których należy kochać FMU:
- Free Music Archive
- Beware of the Blog!
- listy często granych kawałków
- Michael Shelley rozmawia z autorem książki "Why AC/DC Matters" i zaprasza do studia Najlepszych Ekspertów Muzyki Na Świecie
- twórca serialu "Monk" i szef WFMU zapraszają do studia młodych skautów.
- nadchodzące specjalne audycje
21
lutego
2012

(0. Moondog - Trees Against The Sky)
1. The Moles - This Is A Happy Garden
2. Chris Schlarb - Dream State > Police State
3. The Whines - About The Sun
4. The A Lords - Summerhouse
5. The Boats - The Ballad For The Girl On The Moon
6. Roy Montgomery - Kafka Was Correct
7. Richard Papiercuts - Working Hour
8. Zomes - Spiraling
9. Native Cats - Power In
10. Smog - A Jar of Sand
plik mp3 vbr
uwagi:
- bardzo cicha i spokojna audycja. na ukojenie.
- na okładce obrazek Williama Edmondsa.
- na otwarcie niewidomy i niewiadomy Moondog.
- kawałek The Moles pochodzi z kompilacji ich pierwszego albumu, epek i siódemek pt. "Untune The Sky". Zupełnie przeoczyłem reedycję tegoż zestawu sumptem Kill Shaman. świetna rzecz, australijska.
- jazz-drone Chrisa Schlarba z "Psychic Temple". kiedy będę bogaty, kupię tę rzecz wydaną na grubym winylu.
- Whines ze splitu z Burning Yellows. kolejna rzecz, którą niesłusznie przeoczyłem, choć strona BY jest zupełnie nieciekawa.
- A Lords to kolejny projekt gościa z Plinth.
- The Boats powinni się nazywać "drone lite". niezwykle relaksujący album pt. "Ballads of the Research Department".
- Montgomery z "And Now The Rain Sounds Like Life Is Falling Down Throught It". natomiast Richard Papiercuts to pseudonim gościa szefującemu Chinese Restaurants.
- Zomes z drugiego albumu. Thrill Jockey wykupił chyba połowę katalogu Holy Mountain.
- drugi album Native Cats podoba mi się coraz bardziej. fantastyczna robota.
- niedługo machnę nowy PPP, gdzie dokładniej opowiem o wszystkich pominiętych i nowych płytach.
18
lutego
2012

Condominium - Warm Home
Condominium Records 2011
Flipper - Blow'n Chunks
ROIR 1984
1. Najgorsze rozpoczęcia felietonów to kolejno: "czytałem ostatnio...", "obejrzałem...", "spotkałem..." i "byłem niedawno...". Bardzo lubię złe rozpoczęcia, dlatego wybieram to pierwsze.
2. Czytałem ostatnio wywiad z Kamilem Antosiewiczem na temat black metalu. Niezwykle interesujący, zwłaszcza fragmenty o rozszczepieniu stylistycznym i ideologicznym tego gatunku. Przy czym, zawsze wydawało mi się, że death metal skupiał się raczej na perfekcji technicznej grania niż na gore. To znów była domena grind-core. Zasłaniając się lokalnym patriotyzmem wymieniłbym tutaj Dead Infection.
3. Opowieść o debiucie Venom przypomniała mi historię opowiedzianą przez Rollinsa w jego "Get In The Van". Całe Black Flag lało w gacie ze śmiechu widząc zachowanie perkusisty Venom i słuchając jego komentarzy co do wystroju garderoby.
4. Co to wszystko ma do czegokolwiek? Black i death metal mają martwe korzenie, jak zatrute zęby albo łacina. Owszem, estetyka jest kontynuowana ale już przez ludzi, którzy się z nią zapoznali. Nie ma i nie będzie klientów wpadających na to brzmienie sami z siebie. Pytanie dla obecnego muzyka robiącego black nie brzmi już: "jak mogę się wyłamać ze standardów metalu?", lecz "jak mogę udziwnić black metal?". Chodzi mi o przesunięcie o jeden poziom, jeden podgatunek dalej.
5. Mówię o tym, bo w przypadku punku jest tak samo. Jego korzenie są martwe od jeszcze dłuższego czasu, ludzie łapiący się za trzyakordowe granie w jeszcze większym stopniu podporządkowują się dawno rozpoczętej stylistyce. To dość dziwne, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, że gatunek muzyczny stawiający jako nadrzędną zasadę bunt przeciwko normom tak szybko owe normy przyswoił i scementował. Pierwsza fala punku (tzw. '77), druga (coraz szybszy i oszczędniejszy hc) i post-punk. Później moda na bunt przeminęła i pojawiające się co jakiś czas "revivale" nie wymagały tworzenia jakiejkolwiek nowej estetyki.
6. I teraz pułapka: cały powyższy akapit dotyczy obiegu pierwszego - tylko tych zespołów, których płyty przebiły się do tzw. szerszej świadomości. Ludzie podziemni mieszali gatunki i stylistyki namolnie, było to podstawą ich grania. Można się kłócić kto ma tak naprawdę moc sprawczą przy tworzeniu kanonu: czy są to artyści współtworzący prąd, czy właśnie ci, którzy sprzeciwiali się panującym estetykom. Łatwo się domyślić, po której jestem stronie.
7. Condominium to nasze czasy. Punk jest teraz wyborem, nie przymusem. Nic nie przeszkadza ludziom obecnie tworzącym muzykę w zapoznawaniu się z przeszłością estetyki, w której chcą tworzyć. Więcej, nigdy nie było to łatwiejsze. Mimo tego, nadal trzeba dokładnie przebierać i dobitnie wskazywać poszczególne ekipy podchodzące do tematu w sposób interesujący. Condominium tacy są, w każdej recenzji ich płyt znajdzie się milion różnych porównań: AmpRep, Slices, Dazzling Killmen, noise-rock, artystyczny post-punk, etc. Jest to w mniejszym stopniu wina głupich recenzentów, niż muzycznej elastyczności zespołu. Faktycznie, wszystkie powyższe elementy da się bardzo łatwo wskazać w poszczególnych kawałkach. Ale nie o to chodzi. Właściwie, zapomniałem dokąd zmierzałem z tym wywodem. Chrzanić to.
7.1. O, już sobie przypomniałem. Odcięte, martwe korzenie oznaczają w tym momencie, że tworzenie muzyki jest w znacznie większym stopniu sztuką umiejętnego wyboru niż tworzenia standardów na nowo. Wszystko zależy od inteligencji ludzi tworzących dany zespół.
8. A Condominium są cholernie inteligentni. Bardzo mi imponuje łatwość z jaką poruszają się między dłuższymi, skomplikowanymi kawałkami pokroju "Barricade", a szybkim, udziwnionym HC dominującym "Warm Home". I nie chodzi mi o łatwość w sensie jakości wykonania. To wiadomo. Mają doskonałego perkusistę, ich gitarzysta gra naprawdę oszczędnie ale jednocześnie jest bardzo precyzyjny - jego partie całość podsumowują. Łatwość dotyczy faktu, że cokolwiek by zagrali, nie tracą własnego stylu. To jest cholernie trudna do wyrobienia cecha, zwłaszcza w tak mocno skodyfikowanym gatunku.
9. Druga imponująca cecha to brak ironii. Jest to zwykle kojarzone z brakiem poczucia humoru, ale tak naprawdę znaczy coś więcej. Istnieje bardzo prosty powód, dla którego trudno jest obecnie słuchać Dead Kennedys bez skrzywienia. Mianowicie, ich dowcipy się zestarzały. Śmieszny tekst jest tak dobry, jak humor w nim zawarty (i tak samo aktualny). Natomiast kiedy zrobiłem wywiad z Mattem i spytałem o tytuł kawałka otwierającego dziś polecany album, odpowiedział, że wyrażenie "Life Is Amazing" nie jest żaden sposób ironiczne. Kiedy go o to pytałem, nie miałem jeszcze fizycznej kopii płyty w ręku (pozdrowienia dla poczty lotniczej i Urzędu Celnego w Warszawie), dopiero później przeczytałem wkładkę z tekstami. Wiecie jakimi słowy otwiera się całość? Cytuję:
"At worst? A calm ripple
Life is a way to deny that everything is okay all the time"
10. To jeszcze jeden aspekt: podawanie tekstów swoich piosenek. To dość odważny manewr, może się łatwo okazać, że wrzaski wokalisty są głupimi dowcipami na temat jedzenia (vide najnowszy album Slices), albo zbiorem idiotycznych klisz (vide cała twórczość CKOD, jakże radośnie opiewana przez Vargę Krzysztofa). A na "Warm Home" dostajemy frapujące linijki na temat życia, zepsutych nerwów, poczucia bezpieczeństwa i wspomnień. Nienajgorszy dobór tematyki jak na album punkowy, nieprawdaż? Dodajmy do tego okraszenie wszystkich ich płyt zdjęciami sztuki nowoczesnej zmielonymi w dziwaczne kolaże. Matt odżegnywał się od traktowania tego w sposób poważny, ale z drugiej strony dobór takiej estetyki nie mógł się wziąć z powietrza.
11. Dodajmy do tego bardzo surowe podejście DIY do całego procesu nagrywania i wydawania płyt. Condominium niechętnie wiążą się z jakimikolwiek labelami. Szef Fashionable Idiots wspominał w niedawnym wywiadzie jak długo musiał przekonywać ich do możliwości wydania siedmiocalówki sumptem jego labelu.
12. W tym momencie sprawa jest bardzo prosta: cokolwiek Condominium wydadzą w przyszłości, rzucę się na to natychmiast. To jest prawdopodobnie najlepszy punk w obecnych czasach.
13. Ludziom niezapoznanym z ich twórczością polecam przesłuchanie wcześniejszych siedmiocalówek "Gag" i "Barricade". Nie w przyszłości, nie za godzinę. Teraz, natychmiast. Poczujecie się lepiej olewając aktualnie panujący trend i nie zabierając głosu w najświeższej dyskusji. Serio.
14. Pracuję właśnie nad spisaniem historii Cheater Slicks. Im dalej brnę w tekst, tym wyraźniej widzę, że nie uda mi się tego sprzedać żadnej redakcji. Z jednej strony próbuję temat ująć rzeczowo, a z drugiej widzę, że to niemożliwe. Underground to nie zbiór historii sukcesu. Nie ma tam szczęśliwych zakończeń. Najjaśniejsze momenty z tekstu Slicksów to nagrywanie albumów, ich wydawanie i koncerty w Europie. Cała reszta, wliczając w to występy w USA, jest potwornie dołująca.
15. Myślę, że panuje duże przekonanie o wartości sukcesu. Popularność jest cnotą. Nie kumam takiego podejścia. Wiem skąd się bierze i dlaczego istnieje, ale go nie rozumiem.
16. Polecałem już Flippera, w sposób młodzieńczy i bardzo głupi, ale polecałem szczerze. Kocham ich muzykę miłością niezłomną. Nie ma sensu powtarzać wcześniejszych głupot. Chciałbym się zająć innym aspektem, często pomijanym w ich przypadku. Humanizmem.
17. Właśnie dlatego wcześniej wspominałem o Slicksach. Oba zespoły są znane ze swojego mizantropicznego przekazu, ale ich prawdziwa siła nie leży w dobitnie podkreślanej negatywności. To byłoby męczące. Rzecz w tym, kumacie, że tak Flipper jak i Cheater Slicks mają momenty czegoś w rodzaju roztkliwienia. Na "Destination Lonely" znalazło się miejsce dla beztroskiego "Look Out World", spójrzcie też na otwarcie "Generic". "Ever" nie jest negatywnym kawałkiem, chodzi w nim o pogodzenie się z faktem przynależności do marnego gatunku ludzkiego. Takie kawałki pośród magmy negatywności na ich płytach świadczą o sile obu zespołów.
18. Przykładów jest więcej: "Life", głupie ale szczęśliwe "Sex Bomb", "In Life My Friends, czy "Get Away". Ten ostatni jest fantastyczny tekstowo, zresztą. To są trzy strofy o spotykaniu różnych znajomych, którzy narzekają na zmęczenie, marne czasy, trudną sytuację, etc. Pseudorefrenem kończącym każdą z trzech części kawałka jest tytułowa rada: "uciekaj". Można to zbyć jako kolejny kawałek napisany pod wpływem różnych substancji, ale też bardzo łatwo wskazać na fakt, że San Francisco nie było zabawnym miejscem w latach osiemdziesiątych. Możliwe, że nadal nie jest. W tym przypadku teksty są skutkiem trudnego życia, nie żadnych trendów wokół panujących.
19. Inny przykład: "In Your Arms". Kawałek, który ukazał się tylko na polecanej dziś kasecie w 1984. Zaczyna się ckliwie:
"Well I want to be with you
I want to hear your heart keeping time with mine
Ale później okazuje się, że do tytułu Shatter dodaje "there's a needle..." i z kawałek staje czymś zupełnie innym. To jest poezja, proszę państwa, siedząca w tym posranym, przeraźliwie popsutym graniu czwórki dziwaków z SF.
20. "Get Away" i "In Your Arms" nie mogłyby zostać napisane przez żadnego z popularnych obecnie muzyków. Bandy pierdolców z Łodzi piszący manifesty do Wyborczej mogą co najwyżej posłuchać jak się robiło porządny punk. Ich fani też.
21. Dwa lata po wydaniu "Blow'n Chunks" wokalista/basista Will Shatter przedawkuje śmiertelnie. Drugi wokalista, Bruce Lose, w połowie lat dziewięćdziesiątych będzie miał skomplikowaną operację pleców, która pozostawi go chodzącym o lasce przez resztę życia. Zastępca Shattera na basie, klient nazwiskiem John Dougherty też przedawkuje w roku 1992. Później zespół sprzeda prawa do swoich płyt Rickowi Rubinowi, co poskutkuje wypadnięciem głównych wydawnictw Flippera z obiegu na następne piętnaście lat. To dopiero historia zespołu: od pierwszego singla po choroby i śmierć.
22. Bene nota, obecnie korpopunki (i ogólnie wszyscy niezwykle niezależni muzycy) od razu wydają albumy, jakby mieli tak dużo materiału na samym starcie kariery. Niesamowite, jak w obecnych czasach młodzież zyskała na kreatywności, nieprawdaż?
23. Zaraz po Slicksach wezmę się za spisanie historii Flippera. Wrzucę je na Tableau!, niezależnie czy ktoś inny te teksty zechce, czy nie. Obiecuję.
18
stycznia
2012

Hej, wiecie co? Poleciłem kilka płyt i teraz chciałbym poprosić o kilka rekomendacji w zamian. Przez pracę, prochy i nerwy słuchałem w tym roku dużo punku i innych dziwactw zaniedbując jednocześnie inne gatunki. Polećcie coś mocnego, co pominąłem lub czemu uchybiłem.
Podpowiedzi:
- coś nowego z gatunku nowego soulu? Quantic i okolice?
- instrumentalny hip-hop w stylu Blockhead? dziwaczny hip-hop?
- psych kasetowo-cdrowy? Not Not Fun? Digitalis? Blackest Rainbow?
- czy pojawiło się cokolwiek interesującego z okolic indie (prócz Bon Ivera i tego typu grania dla szarlotek)?
- wiem, że Enablers wypuścili nowy album. broni się?
- stoner/psych: jak ten nowy Electric Wizard? podobno Causa Sui wydają jakieś nowe sesje?
- coś nowego z brytyjskiego psychu (nie licząc The Heads)?
15
stycznia
2012

[obrazy Jochena Schievinka]
Tytułem mierzę bardziej w Zembatego, niż w Cohena. Podsumowanie miało się ukazać na stronie internetowej magazynu Glissando, ale...
Dwanaście miesięcy roku 2011 nie było łaskawe dla niezależnych labeli z dwóch powodów. Po pierwsze: kryzys i idące z tym koszty paliwa i wytwarzania płyt poniosły ze sobą wzrost cen albumów przy jednoczesnym spadku ich nakładów. Właściciele niezależnych labeli coraz częściej sięgali po tańszy w produkcji nośnik CD, a także stopniowo obniżali ilości zamówione w tłoczni. Po drugie: pojawiły się efekty zmiany mentalności odbiorców muzyki. Jak dało się zaobserwować poprzednimi laty, coraz mniej młodych miłośników niezależnego grania jest jednocześnie kolekcjonerami płyt. Muzyka odbierana jest obecnie najczęściej z pominięciem nośników fizycznych, fakt jej "posiadania" jest coraz bardziej passe. Efektem tego są coraz rzadziej odwiedzane katalogi niezależnych labeli.
2011, przy wszystkich wymienionych powyżej trudnościach, był jednocześnie rokiem nieznanych bohaterów, wspaniałych frajerów poświęcających czas i pieniądze dla udostępnienia swej twórczości na kawałkach plastiku kilku setkom innych frajerów gotowym za owe kawałki plastiku zapłacić. Jako jeden ze wspomnianych frajerów drugiej grupy czuję się w obowiązku by wyróżnić artystów tworzących muzykę wartą swej ceny w tych nieciekawych ekonomicznie czasach.
Ulubioności:

Total Control
Gdybym był zmuszony wymienić jeden najlepszy album tego roku, wskazałbym na "Henge Beat". Jest to ukoronowanie inspiracji Mikeya Younga i dwóch muzyków UV Race europejską zimną falą lat '80 (z okropną okładką włącznie). Wcześniej Total Control był projektem, w ramach którego muzycy wydawali krótkie (mniej lub bardziej udane) eksperymenty gitarowo-klawiszowe. Natomiast ich pierwszy LP to rzecz doskonale zagrana, znakomicie nagrana i świetnie poukładana. Co zabawne, Total Control wygrywają nie tyle wiernością estetyce synth-punku, co łamaniu jego przyjętej konwencji. Plus, "Carpet Rash" powinno znaleźć się na wszelkich składankach zbierających najlepsze kawałki tego roku.

United Waters
Trudno uwierzyć, że Brian Sullivan, wcześniej czyniący ciężki art-noise w ramach duetu Mouthus wyda album tak cichy. Delikatny, medytatywny wręcz "Your First Ever River" jest jednym z najlepszych ujęć poetyki lat siedemdziesiątych i nowoczesnego psychu jednocześnie. Sullivan nie bawi się w dekonstrukcję konwencji, ale po prostu przedstawia muzykę zapoczątkowaną czterdzieści lat temu w sposób nowoczesny: ciepłe, pulsujące analogowe brzmienia i delikatne, niemal deklamowane wokale. Rzecz tym bardziej znakomita, że by ją docenić nie trzeba słuchania krytycznego. Kawałki United Waters brzmią tak samo znakomicie podczas letniej drzemki w hamaku jak i późnym zimowym wieczorem w pustym mieszkaniu.

GG King - Esoteric Lore
Najlepszy solowy album punkowy od czasu "Blood Visions". Greg King nie musiał nikomu nic udowadniać - przemawia za nim cała twórczość garażowych "celebrytów" The Carbonas. A jednak na "Esoteric Lore" King nie gra standardów. Metalicznie brzmiący punk z psychodelicznymi tekstami to dość duże odstępstwo od standardowej garażówki, zwłaszcza, jeśli LP przetykany jest dziwacznymi wstawkami w rodzaju spowolnionych sampli hip-hopowych, a całość kończy się motywem gitarowym grany do odgłosów gwałtownej burzy. Ale to są tylko dodatki, najważniejsze, że King doskonale wie jak pisze się porządne punkowe kawałki. Tytuł pieśni miłosnej zostaje zredukowany do jednego słowa: "Want" i składa się ze wciąż powtarzanego refrenu przetykanego pojedynczymi wersami. Średnie punk rockowe tempo "Walls Closing In" w przeciągu dwóch wirtuozerskich sekund zmienia się w ultraszybki hardcore, etc. "Esoteric Lore" jest pełen takich momentów.

Estrogen Highs
Ich drugi LP, "Friends & Relatives" ukazał się w ostatnich dniach grudnia 2010, dzięki czemu umknął uwadze większości krytyków podsumowujących ten rok (w tym mojej, niestety). Bardzo niesłusznie, była to jedna z najlepszych płyt zeszłego roku. W 2011 ukazały się jego dwa dopełnienia: dwunastocalowa EPka "Cycles" oraz siódemka "For All I Know". Rzecz niesamowita - Estrogen Highs zrezygnowali z miejscami agresywnego no-fi na rzecz estetyki nowozelandzkiego grania DIY. Estrogen Highs w przeciągu ostatnich czternastu miesięcy nagrali i wydali kilkadziesiąt piosenek i wszystkie są znakomite. W ich brzmieniu mieszczą się zarówno delikatne, 11-minutowe suity jak i cover jednego z najbardziej nihilistycznych kawałków Flippera. Niesamowity zespół, nie mogę się doczekać ich wydawnictw w 2012.

Pheromoans
Albumy tej czwórki (czasem piątki) anglików brzmią, jakby zespół nagrywał swoje pierwsze próby. Ich piosenki mają, delikatnie mówiąc, luźną formę. Trudno stwierdzić, czy są zbudowane wokół dwudźwiękowych post-punkowych riffów, momentami nierównej perkusji czy strumienio-świadomościowym wersach Russela Walkera, wokalisty zespołu. Zresztą, w tego typu DIY nie ma to wielkiego znaczenia, wystarczy przypomnieć sobie granie The Homosexuals czy Country Teasers. Pheromoans jednak nie kierują się w stronę antagonizowania wszystkiego wokół, ale skrzętnie nagrywają i rozpowszechniają są radośnie naiwną twórczość - w przeciągu półtora roku wydali dwie siedmiocalówki, kasetę, trzy dwunastocalowe EPki i dwa albumy długogrające. W zorientowaniu się w ich twórczości nie pomaga fakt, że wspomniane EPki trwają dłużej niż oba LP. Nigdy nie zapomnę szczerego zdziwienia Walkera kiedy spytałem go o singiel z Savoury Days, labelu zespołu. Nie mógł uwierzyć, że ktoś w Polsce może słuchać ich płyt.

amerykański punk
Co zabawne, w 2011 było stosunkowo niewiele potężnych punkowych singli, choć właśnie siedmiocalówka jest formatem w tym gatunku rządzącym. Najbardziej wyróżniały się siódemki Women In Prison z Teksasu i Crazy Spirit z Nowego Jorku. Popularność tych drugich była tak duża, że są teraz problemy ze znalezieniem jakichkolwiek kopii. Natomiast najciekawsze pełnogrające wydawnictwa były zasługą czterech zespołów (z pominięciem solowego debiutu GG Kinga). Rational Animals wskrzesili twórczość Black Flag prezentując talent prawdopodobnie najlepszego obecnie gitarzysty grającego punk rock. Condominium, pomimo odżegnywania się od jakichkolwiek artystycznych zapędów, ponownie połączyli hardcore punk z awangardą. Brain F≠ (znani też jako Brain Flannel) fantastycznie połączyli "Jay Reatardową" estetykę dźwięku totalnego z punkiem garażowym. Całości znakomitych punkowych albumów dopełniło pierwsze studyjne wydawnictwo Homostupids z Cleveland - ich album kończył się nową wersją kawałka "Sea Wolf" śpiewaną przez kilkuletnie córki gitarzysty. Trzeba przyznać: ci faceci potrafią wykorzystać czas studyjny.

Antypody
Australia i Nowa Zelandia w sposób skromny ale zdecydowany ratują pozycję niezależnego rocka. Półkula południowa jest najlepszym antidotum na jakikolwiek marny "niezależny" zespół z okładki Rolling Stone lub NME. W tym roku wyróżnienie należy się, prócz wspomnianego wcześniej Total Control, zespołom wydającym na na labelach najmniejszych. Spośród nich najwięcej szczęścia miało trio Kitchen's Floor - ich LP ukazał się sumptem zawsze solidnego Siltbreeze (wersja CD wyszła na niewielkim australijskim Bedroom Suck). "Look Forward To Nothing" to jeden z najmniej wesołych albumów tego roku, nagrany z jednocześnie najmniejszym nadęciem. Duet Native Cats z Nowej Zelandii przebili w każdym aspekcie swój debiut wydając "Process Praise" - minimalistyczny i chłodny post-punk podbity duszną, urbanistyczną estetyką. W wakacje ukazał się także, przy zupełnym braku fanfar, jedyny album zespołu Divorced. Piszę "jedyny" ponieważ Divorced był trwającym zaledwie miesiąc projektem pięciorga australijskich muzyków zakładającym kilka sesji wspólnego grania najprostszego punk rocka. Wydany własnym sumptem "Separation Anxiety" jest zapisem jednogodzinnego pobytu w studiu i jednocześnie trzeciej próby zespołu. Punkowość sięgająca sufitu. Co najważniejsze, ten pośpiesznie nagrany i wydany album broni się sam.

Chris Schlarb i Danny Paul Grody
Schlarb nagrał ścieżkę dźwiękową do gry komputerowej traktującej o czarnej kulce przemierzającej ekran ("NightSky"), a Grody wydał album inspirowany fizycznymi właściwościami światła ("In Search of Light"). Obaj muzycy sięgnęli po akustyczne instrumentarium i obaj wydali dzieła odbiegające od ich głównych muzycznych dokonań. Schlarb jest jazzmanem specjalizującym się w długich kompozycjach. W "NightSky" zaczął eksperymentować z miniaturami odtwarzanymi w losowej kolejności, pomiędzy które komputer losowo generuje momenty ciszy. Grody natomiast, odbiegając od noir-post-rocka tworzonego w ramach The Drift, stworzył album składający się ze spokojnych motywów gitarowo-klawiszowych. Nie jestem pewien czy jest to kwestia wspomnianej odmienności, czy po prostu materiał obu muzyków okazał się tak mocny.

Human Eye i Apache Dropout
Detroit i Michigan, odpowiednio. Zacznijmy od północy. "They Came From The Sky" to majstersztyk psych-punku. Timmy Vulgar (po rozwiązaniu Clone Defects, dwóch płytach, kilku singlach Human Eye) wreszcie nagrał album oddający koncertową wirtuozerię jego zespołu, rzecz ciężką i jednocześnie niezwykle zabawną. Dźwięki wysokie są tu podkręcone do granic możliwości, przestery kompletnie niszczą standardowe brzmienie gitar, perkusista próbuje imitować tornado, a Vulgar jak zwykle śpiewa o zapładnianiu marsjańskich królowych i dantejskich scenach wprost z filmów klasy B. Można nazwać to eskapizmem, ale w obecnym czasie mieszkańcom Detroit pozostało już tylko pisanie piosenek o inwazji kosmitów.
Natomiast Apache Dropout podeszli do tematu w sposób radośnie amatorski, ale zdyscyplinowany. Ich pełnogrający album jest dziwacznie dobry w taki sam sposób, w jaki pierwsze przesłuchanie 13th Floorsów nie zachwyca nikogo. Apache Dropout docenia się go po dłuższym czasie nie za rozmiar ich muzycznych osiągnięć, lecz skromność doboru środków. Całe trio brzmi jak Half Japanese, sekcja rytmiczna mogłaby równie dobrze zasnąć i nikt nie zauważyłby różnicy. Ich gitarzysta kosi antysolówki przekręcając pokrętła na kostce fuzzowej w nadziei, że coś zabawnego z tego wyjdzie. Wyszło, potwierdzam.
Obowiązkowe wznowienia starszych płyt:

Fungus Brains - Ron Pistos Real World (Load)
pierwsze trzy albumy Dead Moon (Mississippi)
Nothing People - Late Night CD (S-S)
Tyvek - Fast Metabolism LP (M'Ladys)
Axemen - Three Virgins, Three Versions, Three Visions 2LP (Siltbreeze)
The Index - Black Album + Red Album + Yesterday & Today (Lion Productions)
Annette Peacock - I'm The One (Ironic)
Cheater Slicks - Our Food Is Chaos LP+7'' (Almost Ready)
Z drugiej strony.

Antybohaterami 2011 roku byli krytycy muzyczni. Nie jestem pewien czy spada czytelnictwo, czy chęć do pisania z ładem i składem. Z samych podsumowań zeszłego roku zapamiętałem: mierne próby prozatorskie, wyróżnienie jednego (nienajlepszego, delikatnie mówiąc) albumu, utyskiwania na nadmiar(!) ukazujących się płyt i kolejne dowody zblazowania. Wstyd patrzeć.
Jestem też poirytowany czytelnikami. W 2011 wystukałem naprawdę dużo bajtów. Więcej, udało mi się jakimś cudem opublikować kilka liter drukiem w czymś innym niż kserowany zin. Odzew był zerowy. Nikt mi nawet nie powiedział, bym walił się na ryj (co byłoby wcale zabawne). Jedynym efektem jest większa ilość idiotycznych propozycji polecenia imprez w knajpach z Torunia i innych miejsc. Tableau! przyzwyczaiło mnie do (w najlepszym wypadku) umiarkowanej reakcji czytelniczej, ale w swej niezmierzonej naiwności sądziłem, że nie jest to kwestia zawartości, ale wehikułu. Oh well. Do następnego.