25 listopada 2008, 22:45:15

exactly what you need



1. Triosk - Not To Hurt You
2. Enablers - Bells
3. The Shipping News - We Start To Drift
4. Idaho - Bass Crawl
5. Rachel's - Artemisia
6. Mogwai - Burn Girl Prom Queen
7. Boris - Flood 3
8. Quickspace - 7 Like That

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps (z gadaniem, niestety)
plik mp3 135kbps vbr (bez gadania)

uwagi:
- dziś audycji w radiu sitka nie było, z przyczyn technicznych. pozostał podkast.

- składak dwuletni. dokładnie te same zespoły w dokładnie tej samej kolejności wykonują zupełnie inne kawałki niż na składance dwa lata temu (por. tutaj). wszystkiego najlepszego dla mnie i mojej kreatywnej nudy. nudnej kreatywy.

- w dzisiejszym pliku zalega cichość. dwa lata temu był to składak na późną jesień, a teraz jest na wczesną zimę. można w tym upatrywać metafory.

- triosk z ostatniego albumu, "headlight serenade". definitywnie ostatniego, bo się rozpadli.

- enablers ze świeżego "tundra". pete simonelli w formie.

- shipping news z wprost niemożliwego "three-four". rekomendowałem. za każdym razem kiedy jej słucham mam wrażenie, że ta piosenka się rozpada na kawałki.

- idaho z epki "forbidden". to ta z jabłkiem na okładce. niedawno wyszło wznowienie. świetna płyta, tylko droga jak jasna cholera.

- rachel's z "selenography". selenografia to nauka o powierzchni księżyca.

- miałem o tym wspomnieć ale zapomniałem: ten gość, który grał w rachel's i shipping news to oczywiście jason noble.

- mogwai ponownie z "ep+6". nie wiem co sądzić o ich nowej płycie i nie jestem pewien czy chcę cokolwiek o niej sądzić.

- boris z "flood", oczywiście. znów najgłośniejszy w całym składaku, ale ładna to głośność.

- quickspace z "precious mountain".

- jeszcze raz dzięki za słuchanie. gitnie było puszczać te składaki.


18 listopada 2008, 00:28:30

looking to be followed



1. Inwokacja
2. Breathing Fire - I Wanna Be Your Dog
--
3. Rusted Shut - Dead in the Water
4. Cavity - 9 Fingers On The Spider
5. Rusted Shut - Superpig
6. Halo of Flies - A New Kind of Hate
7. Pissed Jeans - Don't Need Smoke To Make Myself Disappear
8. Buzzov'en - Don't Bring Me Down
--
9. Ritual Device - What You Got
10. Kim Phuc - Prostitute
11. Witch Hats - Stupid Arrangements
12. Hunchback - Pray For Scars
13. Lake of Dracula - Biographers of The Flaming Druglords
14. Black Time - Midnight World
15. White Drugs - Surrounded By Studs
16. Spider Vomit - Evil Bloody Long-Haired Woman
--
17. Clockcleaner - Divine Hammer

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- dwa sety. najpierw cholernie głośno, później dość głośno. dużo negatywnych emocji, mało zen. zgrzytanie zębami, rytmiczne tupanie, walenie zardzewiałym żelastwem po kaloryferach. a na koniec melodyjna piosenka z refrenem. naprawdę. tak jak w poprzedniej audycji tego typu. to wszystko obiecuję ci ja. a ja to nie byle kto.

- w ramach inwokacji nagranie mr. bungle wykonującego medley "wicked love" chrisa isaac'a i "sex & violence" exploited.

- na początek bardzo wierny cover the stooges. co tym zabawniejsze, że breathing fire grają powerviolence.

- rusted shut dwa razy z płyty "rehab". przedstawiam wam mój nowy ulubiony zespół. "superpig" to oczywiście "superpies"

- pissed jeans z siedmiocalówki pod tym samym tytułem co dzisiejszy kawałek.

- halo of flies z nowej (!) epki wydanej na amprep (!!).

- kawałek cavity to ilustracja naprawdę umiejętnego i udanego żonglowania riffami. rzecz pochodzi z wznowienia płyty "laid insignificant" wydanego niedawno na hydrahead.

- stary, dobry buzzoven grający kawałek electric light orchestra. tutaj oryginał, dla porównania (dramat, nie?). kukiz kiedyś to śpiewał jako "nie jestem cham".

- ritual device z ich jedynej płytki "henge". poznajecie może wokalistę? to billy anderson z przebyczych men of porn. tutaj jeszcze grał coś w gatunku amprep-szelakowatym. dziwacznie wysoko zmiksowana perkusja. poprawił to w brzmieniu men of porn ładując całą głośność w gitary.

- kim phuc z ich "s/t" siedmiocalówki. oszczędni, chłodni goście.

- witch hats i hunchback wiadomo. ci pierwsi nie z tegorocznego albumu, lecz wcześniejszej epki pt. "wound of a little horse". malownicze.

- starsze, kultowe lake of dracula (jest taki japoński film, bardzo marny). znakomity (i znamienity) pan weasel walter gra z kumplami głupi noise-rock. płyta wyszła na skin graft, więc można się łatwo kapnąć jak to brzmi.

- black time z drugiego albumu "midnight world". zabawni brytole. dali koncert na cherry blossom clinic.

- white drugs z płyty "harlem". nie mylić z zespołem harlem, który wydał album "free drugs". ten sam fun, inne granie.

- spider vomit z "widow walk". australia.

- na koniec ulubieńcy jednoosobowych tłumów z clockcleaner grają cover the breeders. tutaj oryginał, znów dla porównania. brzmi jak pixies, nie?


11 listopada 2008, 13:16:08

ira furor brevis est


1. Comets on Fire - Wild Whiskey
2. George Brigman - Don't Bother Me
3. Endless Boogie - Gimme The Awesome
4. Heavy Hands - She Got It
5. Heavy Hands - Seesaw
6. Rotomagus - Madame Wanda
7. The Assemble Head In Sunburst Sound - A Bourbon for Rudy
8. Kawaguchi Masami's New Rock Syndicate - Echo
--
9. Electric Wizard - Chrono.naut


odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- dziś to, co mi idzie najlepiej - psych-rock. ale relaksujący, bez bicia i wyzywania (z wyjątkiem początku ostatniego kawałka). klasyka, nowości, tradycyjnie.

- comets on fire z pamiętnego arcydzieła zwanego "niebieską katedrą".

- george brigman z niepamiętanego arcydzieła pt. "jungle rot".

- endless boogie z "focus levels". wspominałem o nich w ostatnim przeglądzie.

- heavy hands to najświeższa rzecz z dzisiejszych. płyta zwie się "smoke signals". brzmią trochę jak pontiak, tylko znacznie bardziej nerwowo. naprawdę gitnie się rozwija label language of stone.

- rotomagus z francji. klasyczny proto-metal z kompilacji "tętes lourdes: français metal de proto: le super rock serie 1970", zasłyszanej na wfmu.

- assemble head bla bla bla z zeszłorocznego albumu "ekranoplan". ostatnio częściej wracam do tej płyty.

- noworockowy syndykat pana masamiego z nowej płyty pt. "cat vs. frog". też było w ostatnim przeglądzie.

- mocarny jelektryk łizard z ich mocarnego splitu z niemniej mocarnym orange goblin. obaczcie, jak goście potrafią (potrafili) jamować.

07 listopada 2008, 11:01:15

wanna burn a baby, hero?


Hunchback - Pray for Scars
Don Giovanni 2008


Witch Hats - Celluloid Soul
In-Fidelity 2008

10 powodów, dla których warto studiować amerykanistykę w ASC w Warszawie:
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9. naprawdę bycza biblioteka wydziałowa.
10. możliwość pisania semestralki na temat: "Socio-political commentary on the Reagan administration contained in the hardcore punk lyrics in 1981-1984".

10 powodów, dla których mój ulubiony zespół jest lepszy niż twój ulubiony zespół:
1. mój zespół gra na gitarach.
2. mój zespół gra na gitarach dobrze.
3. teksty mojego ulubionego zespołu to czysta prawda.
4. mój zespół może dużo wypić i nie mieć później kaca.
5. mój zespół jest z Australii.
6. Australia ma najbrutalniejszy rodzaj futbolu na świecie.
7. z Australii są też birthday party i the scientists.
8. mój zespół umiejętnie ściąga od tych drugich.
9. twój ulubiony zespół to banda wymoczków.
10. i ty zresztą też.

Witamy w post-modernizmie. Witamy w pseudo-post-modernizmie. Teraz zespoły nie tylko śpiewają o złym zachowaniu, braku kontroli popędu seksualnego i przyjmowaniu toksycznych substancji. Teraz śpiewają też o słuchaniu innych zespołów. Witch Hats mają na tej płycie kawałek - "Neil Diamond Entry". Mają też "Doors' Film", ale to raczej nie jest o zespole bo brakuje "the". Choć, cholera wie - to australijczycy.

Witch Hats podpieprzają zagrywki najlepiej w świecie. Mają chwytliwe refreny i mocne brzmienie. W najlepszych momentach brzmią jak wiejskie Mclusky, w najgorszych jak Zespół Muzyki Młodzieżowej "Giewont". Na szczęście "Giewont" to dobry zespół.

***



Fragmenty monologu sprzedawcy w telezakupach zachwalającego album Hunchback:
[...] jeśli nudzi cię obecny rock, jeśli szukasz czegoś cięższego[...]
[,..] noise rock, brzmiący jak szybszy Scratch Acid lub jak Clockleaner na poprzedniej płycie. Z domieszką camp-horroru a'la The Cramps.[...]
[...] mocny reverb na perkusji.
[...]Oprah Winfrey vs. Mechagodzilla.
[...]Na początek - horror-noise pvnk. Następnie, jak gdyby nigdy nic - trzy kawałki retro-popowe, żeńskie wokale, refreny. Zdziwienie może udzielić się[...]
Później znów noise-punk, ale z refrenem.
[...]Do tego zestawu dołożymy cover rzewnej pieśni Krystyny Aguilery pt. "Beautiful" śpiewany do spółki z Michaelem Geraldem z Killdozer.[...]
[...] czy to nie brzmi jak Instant-Win? Czy nie przywołuje to obrazów triumfu w twym umyśle? [...] to wszystko może być twoje za jedyne osiem dolarów.

10 powodów, dla których najnowszy film o batmanie jest niegit:
1. To nie jest film o batmanie.
2. Wszyscy poza batmanem są w tym filmie gitni.
3. Christian Bale w masce mówi naprawdę kretyńskim głosem
4. Batman dostaje wciry, rozbija batsamochód i batmotocykl.
5. Gdyby wyciąć wszystkie sceny z batmanem film niewiele by stracił.
6. Ultraidiotyczny fabularny przekręt pod koniec filmu.
7-9. bla bla bla
10. "Machine Girl" był lepszy

10 powodów dla których masz mój respekt:
1-10. Wiesz, skąd zapieprzyłem tytuł dzisiejszej rekomendacji.


02 listopada 2008, 01:15:13

you wouldn't know cool if you were a charlie parker horn solo


Uncle Jim - Superstars of Greenwich Meantime
Abduction 2005


Country Teasers - Live Album
In The Red 2005


Ross Johnson - Make It Stop! The Most of Ross Johnson
Goner 2007


Jest wszystkich świętych a mi na wklepanie tej rekomendacji zebrało się akurat teraz. Dziwactwo. Ale mam wymówkę - po grobach chodził będę jutro. Dziś nadmierny tłok.

Miałem, kumacie, taki głupi pomysł by napisać wprowadzenie po angielsku. Raz - żeby się popisać i dwa - bo zerknąłem w statystyki i 25% moich czytelników pochodzi z krajów anglojęzycznych. Według moich obliczeń to oznacza trzy i pół czytelnika brytolsko-jankesko-australijskiego.

Nie wychodzą mi dziś dowcipy. Ale jak mogą wychodzić? Pierwszy listopada, cholera.

***



Dziś pogadamy o literackości w (mojej ulubionej) muzyce. Kiedy byłem małym chłopcem myślałem, że wszystkie te knigi z Wielką Literaturą zawierają wyłącznie duże, grube słowa. Że w nich siedzą same anafory, kamfory i telesfory. Że się tego nie da czytać bez literackiego BeHaPe. Dlatego przez dłuższy czas czytałem więcej komiksów i sci-fi niż literatury pięknej.

Właściwie daleki od prawdy mój przesąd nie był. Książki są pisane przez straszliwych nudziarzy. W dużej mierze traktują o innych książkach, napisanych przez innych nudziarzy. Czasem to polemika, czasem trybut. Tych ciekawszych oryginałów należało wykopywać z najbardziej zakurzonych półek, albo z archiwów. Karel Capek, na przykład. Zanim ja się do niego dorwałem czekał w mojej bibliotece od '74. I, widzicie, z muzyką mam tak samo.

***



Etc.

***



"I know real niggers, real niggers don't work for bankers."
Uncle Jim

Więc dziś trzy razy literacko. Na początek Wujek Jim. Jest to ksywa pana Charles'a Gochera z Sun City Girls. Wspominanie o nim jest nawet pasujące do dnia dzisiejszego, bo Gocher nie żyje. Niestety. Ale zanim umarł, robił najlepszą podróbkę bitników od czasu samych bitników.

Tutaj mógłbym zacząć o Sun City Girls. Ale nie mogę, za mały jestem na nich. Mogę tylko sypać ogólnikami. SCG to było trzech facetów, którzy, jeśli ich zamknąć w szczelnym pomieszczeniu z kilkoma losowo wybranymi instrumentami muzycznymi, byli w stanie w krótkim czasie zrobić najlepszą muzykę awangardową, jajcarską, dziwaczną, jeden kuźwa pies jaką. Najpierw byli z Arizony, później pojechali do Seattle. Z pustego zadupia do deszczowego zadupia. W czasie swojej pięknej kariery, od drugiej połowy lat osiemdziesiątych począwszy, wydali MASĘ płyt różniących się brzmieniem, konceptem, instrumentarium i tak dalej, ale połączonych posraną wiarą w to, że udziwacznianie ma jakiś sens. I miało, trzeba przyznać patrząc na ich dyskografię.

Sami sprawdźcie. Nagrywali między innymi: garażowy, etnicznie brzmiący rock; kilkudyskową zabawę w radio; noise improv; i płyty "gadane". Nagrywali naprawdę dziwaczne filmy. Zrobili soundtrack do filmu (do spółki z J. Spaceman'em, płyta wyszła niedawno). Nagrywali koncertówki przypominające bardziej teatr/happening niż zwyczajny koncert. Właśnie, użyłem słowa "normalny". Tak się nie da omawiając SGC. To jest dziki żywioł. Niby coś jak Zappa, Holy Modal Rounders, The Fugs, ale jednak z bardziej wysokoartystycznym zacięciem. Kurna, faceci potrafili zrobić piosenkę z refrenem "Fuckin' A, it's the CIA.", ale dodać do tego taki tekst, że łeb odpada (dobra, tego akurat nie napisali, to jest cover The Fugs, ale zawsze). Nie będę podawał tytułów. Mam wam nadziewać ryby na haczyk? Nauczcie się łowić. Albo nurkować.

Plus projekty poboczne. Najsławniejszy z trójki jest oczywiście Richard Bishop - od lat wydaje swoje solówki na gitarze. A trzeba otwarcie powiedzieć, że graniu na tejże jest mocny. Plus, grał też dziki folk w projekcie zwanym Alvarus B.

I mój ulubieniec - martwy, zmarły Charles Gocher. Perkusista, który czasem deklamował te bitnickie teksty. W ramach SCG objawił się głównie na moim ulubionym (tak, ściągnąłem to od Prindle'a) dwupłytowym "Dante's Disneyland Inferno". Dodatkowo sporadycznie przemawiał jako Uncle Jim. Płyta, którą dziś polecam to właśnie zbiór sześciu takich przemówień.

Lounge jazz, bity prawie hip-hopowe, cichy podkład z chórkami, przepity blues, surf-rock przechodzący w zapętlony sampel jazzowy - to są podkłady. A do tego przemówienia. Wujek Jim jedzie po wszystkich, wspomina swoich kumpli, opowiada o sąsiadach, pluje na muzykę młodzieżową. I dotyka geniuszu, moim zdaniem.

To pewnie kwestia mojego nieobeznania. Mojego prostactwa prosto z wioski. Gdybym słuchał high-artowych spoken-word artystów to bym na to spojrzeć nie chciał. E, pierdoły opowiadam. Nikt nie łączył takiego grania z takimi tekstami. Stąd ten geniusz. Jeśli znacie coś lepszego - jak zwykle czekam na propozycje.

Momentów, tych z angielska zwanych Crowning Moments of Pure Awesome jest zbyt wiele, nie sposób ich wszystkich wskazać. Rzecz polega na tym, że większość z tych tekstów wytatuowałbym sobie na plecach. Choć, może wskażę ten moment we "Flashback", kiedy pośród głupich (bardzo śmiesznych) dowcipów i różnych okrzyków Gocher nagle jakby traci swój sarkazm, swoją pozę i mówi zupełnie szczerze i kompletnie od rzeczy: "You know the Layoceans are good hard working people, fellas". A ostatnia linijka w tym kawałku brzmi... W kontekście śmierci Gochera brzmi to niesamowicie.

Co zresztą dla SCG nie jest niczym nowym. Na "Dante's Disneyland Inferno" jest kawałek pt. "Charles Gocher Sr." Tamże, ojciec Gochera opowiada (zza grobu, oczywiście) o śmierci swego syna i o sposobie, w jaki zostanie zużytkowany jego zezwłok. Zastanawiam się, cholera, czy Gocher w 1996-tym wiedział, że ma raka?

***



Gdybyście stwierdzili u siebie zainteresowanie tematem Sun City Girls, polecam:
- trzy znakomite, informatywne i retrospektywne audycje Siehana.
- artykuł o SCG w perfect sound forever
- trybut dla Gochera pióra Alana Bishopa.
- strona o Wujku Jimie
- teksty SCG. lektura wręcz obowiązkowa.

***



Teraz inne rejony tego marnego świata. Szkocja. Co ja wiem o Szkocji? O, mam. Szkoci mają swoich reprezentantów w parlemencie brytyjskim, ale brytole nie mają swoich w szkockim. Plus, kilkanaście lat temu Glasgow było brytyjskim zagłębiem narkotykowym.

I są rudzi. Szkoci są rudzi i wymawiają 'r'.

Kiedy już ustaliliśmy te podstawowe dla zrozumienia istoty szkockości fakty przedstawmy drugich dzisiejszych bohaterowiczów. Country Teasers, zespół którego nie wpuściłbyś na imprezę. Nawet do domu byś ich nie wpuścił.

To jest tak - powiedzmy, że masz inteligentnego kumpla, który za grosz nie ma taktu. Przychodzi na stypę i zaczyna opowiadać dowcipy. Jego dowcipy są śmieszne, jak najbardziej, i kumpel też równiacha, ale to jest nie na miejscu. Teraz, Country Teasers są w CAŁOŚCI nie na miejscu. Ich teksty traktują o rasizmie, nienawiści i tym podobnych. Nie powinienem się śmiać, ale kiedy słyszę taką linijkę: "Slave barge, ancient Egypt, birthplace of the blues". to nie mogę, to jest zbyt śmieszne.

Ale sztuczka polega na tym, że mogę się śmiać. Bo koncept jest taki, że pan Ben Wallers wyśpiewuje (pijacko brzmiącym głosem) takie rzeczy aby ukazać pewien problem. Chodzi o to, że istnieją ludzie, którzy takie teksty uznaliby za wyrażające ich pogląd.

Przykład? Proszę bardzo. Przychodzę po wypłatę za tłumaczenia. Głupi, stary antystemita przelicza ilość znaków (zaokrąglając w dół, oczywiście). Po przeliczeniu i (żałosnej) wypłacie pyta mnie:
- A wie pan, dlaczego w Szwajcarii nie pisze się dobrej literatury?
- Trudno powiedzieć. Neutralność. Nie mieli wojen od bardzo dawna. Trzeba tragedii dla dobrej sztuki, wie pan.
- No tak, tak. Ale jest jeszcze coś. Wie pan o co chodzi?
- Nie.
- Nie ma tam jodu. Nie mają dostępu do morza, nie ma jodu i ich mózgi wykształcają się w taki sposób. I dlatego nie umieją pisać.

No nie?

Pan Wellers to katalizator takich Głębokich Myśli. On takie myśli kolekcjonuje, poleruje do błysku i wystawia na poklask w swoich piosenkach. Tyle, że u niego to jest (zamierzenie) śmieszne. A kiedy słyszę coś takiego od gościa, dla którego pracuję, to niewesołe.

Wellers ma projekt solowy, który podpisuje jako The Rebel. Tak ta solówka jak i Country Teasers brzmią jak The Fall (kto nie brzmi?), tylko jeszcze bardziej lo-fi i bez melodii. Facet ma głos trochę jak Falco z Mclusky. Ostrzegam, ciężkostrawna muzyka. Ale jeśli macie twardy żołądek, to prosta sprawa, spróbujecie.

Wybrałem ten album do polecenia, ponieważ (albowiem), jest on chyba najlepszym punktem startowym ku poznawaniu Country Teasers. Choć nie, może jest najbardziej reprezentatywny względem ich kariery. Najłatwiejszy w odbiorze jest chyba "Destroy All Human Life". Natomiast tylko na "Live Album" możecie usłyszeć publikę rozkazującą zdjęcie zespołu ze sceny. Poza tym, to nie jest "live album" per se. Są tam odrzuty, skity i oczywiście koncertówki. A poza jeszcze tamtym, grają tam GENIALNĄ wersję "Please Stop Fucking Each Other" i covery Randy Newmana, New Order (jak ja ich nie znoszę), Butthole Surfers i Brainbombs. Sensownie byłoby zadać sobie pytanie - jakiż to zespół gra takie kowery? Dobry, bardzo bolesny zespół, moja droga zagubiona dziecino, poczciwa kobieto, szlachetny chłopcze.

***



"I love hating music as much as I enjoy listening to it".
Ross Johnson

Prosta rzecz na koniec. Johnson wydał tylko jedną płytę jako on. Jako członek zespołu wydał więcej. Grał jako perkusista u Alexa Chiltona. W trakcie swej Niebywałej Kariery zakładał kilka własnych i je rozpadał. Stąd wzięły się single, które zbierane są na ostatniej dziś rekomendowanej płycie.

Pan Ross Johnson jest z południa Stanów, ma problemy z kobietami i nie znosi psów (zwłaszcza pudli i chihuahua (to drugie jest też prowincją meksyku)). Pan Johnson, w przeciwieńśtwie do poprzednich dwóch artystów, się w nic nie przebiera. Grubawy perkusista siada przed mikrofonem i do (nienajlepszego) retro rock n' rolla opowiada o swoich przejściach z kobietami, swoim nieudanym życiu, największych wpadkach i tym podobne. Niby nudy, niby słyszeliśmy, niby złamanie zasady kreatywnego pisania numer jeden.

A ta zasada brzmi: "Czasu obcych ci ludzi używaj w taki sposób, by nie uznali go za zmarnowany."

Czas nie jest zmarnowany, bo jego historyjki są naprawdę śmieszne. Podane ze sznytem komediowym. Komedia to płaczliwa, komedia po kilku głębszych, ale czego się spodziewać? Pan Johnson widocznie brzydzi się przemocą i terrorem więc została mu tylko butelka. Trzeba się jakoś realizować.

Masa śmiesznych tekstów. Nie mogę słuchać tego w autobusie, bo śmieję się cały czas słuchając jak pan Johnson wyraża swoją opinię na temat pudli, albo udaje kaowca na imprezie ("Keep On Dancin') gdzie wtrąca pogadankę na temat strachu przed byciem bitym. Albo świetny "It Never Happened" gdzie podmiot liryczny zastanawia się, czy jego żywot nie był tylko koszmarnym snem. Śmieszność i geniusz zaczyna się dokładnie w tym momencie, kiedy Johnson dobywa z siebie okrzyk "IMPOSSIBLE! IMPOSSIBLE!". Trochę jak ten komiks.

Recenzent z AMG pisze, że będzie się na tę płytę patrzeć po latach jako na kolejne autotematyczne dziwactwo pochodzące z podziemia Memphis. Sraty-pierdziaty. Humor jest w pisaniu najtrudniejszy. Jeśli ktoś potrafi być śmieszny to znaczy, że jest inteligentny. Prosta sprawa. Nie, Adam Sandler nie jest inteligentny, ale Ross Jonhson - jest.

Nie ma się co produkować.

***



Jeszcze tylko porównania. Uncle Jim i całe Sun City Girls to Pynchon, tylko z większą ilością kwasu. Country Teasers to Celine, tylko po angielsku i z poczuciem humoru. A Johnson to nikt. Bardzo śmieszny, mocno podpity gość siedzący w pubie i opowiadający losowo wybranym ludziom swoją biografię.

***



Jeszcze mi się przypomniało - Albini też jest literat. Miał tę piosenkę o wiewiórkach, którą kończył tymi słowy:
Because they were squirrels
Real squirrels!
And there were thousands
This isn't some kind of metaphor.
Goddamn, this is real.


Widzicie? Literatura jest wszędzie.

***



Na koniec konkurs. Znajdź pięć podobieństw i różnic między tym tekstem, a tym tekstem. Hej ho, naprzód, zabawa!



28 października 2008, 09:05:36

sic transit gloria mundi



1. Six Organs of Admittance - Spirits Abandoned
2. Grouper - Wind and Snow
3. Rodent Plague - Return to Zero
4. Religious Knives - Luck
5. Painting Petals On Planet Ghost - Yume No Hanashi
6. Castanets - Crying Shame
7. Plants - Seedling Three
8. Big Blood - I'm So Glad
9. Woods Family Creeps - Howling on Howling
10. Sons of Noel & Adrian - The Wreck Is Not A Boat
11. Think, Slumber and Solitude - Come Around
12. Hush Arbors - Nine Bones

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- składak medytacyjny, cichy, niewesoły, na nadchodzący weekend.

- nie licząc kawałka ostatniego, który głośnieje w postępie geometrycznym.

- six organs of admittance ze "spirits abandoned". niedługo wznowienie na holy mountain.

- grouper tegoroczny. "dragging a dead deer" podoba mi się coraz bardziej.

- rodent plague z jedynej siedmiocalówki. w oczekiwaniu na pełen album.

- "luck" to mój ulubiony kawałek religious knives. przy okazji - nowo wydany "the door" okazał się być tylko niezłą rzeczą.

- painting petals to nowe znalezisko, tutaj z tegorocznej płyty "fallen camellias". mocna rzecz. dwóch włochów z my cat is an alien i jedna włoszka - chyba po japonistyce. wywiad z całą trójką tutaj. stylistycznie - okolice grouper, teksty po japońsku.

- castanets z nowej epki "tendrills". nie usiadłem jeszcze do "city of refuge". w dzisiejszym odcinku pan raposa gra piosenkę gościa o ksywie deer tick.

- plants z "photosynthesis". polecałem i puszczałem już jakiś czas temu.

- big blood z coverem zespołu litter. nie mogło ich zabraknąć.

- woods family creeps z ich tegorocznej "s/t". czasami brzmią jak sebadoh, a innym razem jak freak-folk.

- sons of noel & adrian z rekomendacji migali. znakomity tegoroczny album.

- think, slumber and solitude to projekt jednej pani. nie jestem pewien, czy ta płyta została w ogóle wydana. można ją dostać tylko i wyłącznie stąd. polecam, bo album jest niesamowity. anglicy mają od tego słowo "haunting".

- hush arbors z epki "landscape of the bone". pan keith wood z kumplami.

22 października 2008, 14:59:01

space vs. place vol. 3


1. US Christmas - The Scalphunters
2. White Hills - Eternity
--
3. Southpacific - Automata
4. Radio Massacre International - Syd
5. White Hills & Gnod - Aquarian Downer
6. Silver Apples - Seagreen Serenades
7. Lumerians - Turquoise Towers
8. High Dependency Unit - The National Grid
9. All Natural Lemon & Lime Flavors - Nice Soup
--
10. Bam Bam - Astrobilly

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- na okładce: wycinek powierzchni ganimedy, jednego z księżyców jowisza.

- w audycji: kosmos and beyond.

- zaczyna się dwoma kawałkami głośniejszymi (dwa razy hawkwind worship, by być ścisłym), później audyt zwalnia i cichnie, na samym końcu dwa razy melodie. prosta sprawa.

- us christmas (niezła nazwa, nie?) ze znakomitego "eat the low dogs" wydanego na neurot.

- white hills dwukrotnie. najsampierw z zeszłorocznego "heads on fire", później z nowszego albumu pt. "aquarian downer" nagranego do społu z gnod.
trzy rzeczy, które warto wiedzieć o white hills:
1. grają ciężki space rock i robią to dobrze.
2. są z nowego jorku.
3. niedługo wydadzą split z the heads.

- southpacific oraz all naturalsów zamierzam puszczać przy każdej audycji kosmicznej. do znudzenia.

- silver apples z niesamowitego debiutu. rok 1968.

- radio massacre to brytole. tutaj grają z albumu "rain falls in grey", który ponoć jest trybutem dla barretta. "syd" to jeden z niewielu kawałków, który ma jako-taki rytm. zwykle bawią się w space-improv.

- lumerians z epki "lumerians". za każdym razem, kiedy ich słucham przychodzi mi na myśl słowo "wytworny".

- hdu z nowej zelandii. to jest właśnie ten melodyjny-drone kawałek z saksofonem i klaskaniem. znakomity tegoroczny album "methamathics".

- na końcu meksykanie z bam bam. ich album jest dostępny za darmo tutaj. polecam raz jeszcze.

14 października 2008, 15:19:50

stop the rain



1. The Now Time Delegation - Nothing But A Heartache
2. Diplomats Of Solid Sound feat. The Diplomettes - Soul Connection
3. The Bamboos feat. Kylie Auldist - Now That You Are Mine
--
4. Betty Davis - Git In There
5. Cosa Nostra - Squeeze It Tight
6. Ugly Duckling - Left Behind
7. Soul Coughing - Disseminated
8. New Wet Kojak - Punxnotdead
9. Ethel Smith - The Syncopated Clock
10. Nomo - Rings
11. Eddie Gale - The Rain
12. Archie Shepp - Blues for Brother George Jackson
13. Nomo - Last Beat
--
14. Melvin Jackson - Bold And Black

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- brzmienia dzisiejsze opisuje poniższe twierdzenie (przy czym zajmujemy się jego prawą stroną):
epic shit is epic <=> funky shit is funky

- now time delegation to zepsół będący efektem zebrania się kilku ludzi grających garażówkę, dołączenia do tychże ludzi soulowej pani i podłączeniu instrumentów oraz mikrofonów do wzmacniaczy.

- diplomats of sound znalezieni na wfmu. the bamboos znalezieni przez grzesia. tutaj jest teledysk z uroczą okularnicą.

- cosa nostra byli z meksyku. ich płyty momentami brzmią jak funkadelic.

- ugly duckling to białasy z kalifornii. usłyszałem ich w którymś miksie grzesia. niech mnie cholera, jeśli oni nie są świetni..

- soul coughing z "irresistible bliss". uwielbiam tych gości.

- new wet kojak z "do things". pan mccloud nie ma głosu, on ma vibe.

- nomo z nowego "ghost rock".

- przeczytałem biografię pana milesa davisa. w tejże napisał on, że jego żona imieniem betty (w dzisiejszej audycji grająca i swą twarz na dzisiejszej okładce prezentująca) znała się niezwykle dobrze z panem hendrixem. wznowienia dwóch jej płyt ukazały się niedawno na light in the attic - tej samej wytwórnii, na której wyszła najnowsza płyta black angels.

- o archie shepp'ie pan davis napisał: "Parokrotnie grałem z Archiem, bo prosił mnie o to Tony Williams, ale nadal nie potrafię skumać, co on właściwie gra". głębokie słowa.

- eddie gale z płyty "ghetto music". ciekawe podejście do dżezu.

- pan melvin dżekson gra na kontrabasie. wpadł w latach sześćdziesiątych na pomysł, że tenże instrument podepnie do kilku efektów. przed nagrywaniem oczywiście srodze przyjarał. płyta zwie się "funky skull".

13 października 2008, 19:01:50

przegląd #8: wszystko jest piękne, ale nic nie działa


Dwadzieścia dwie minuty na dobę spędzam gapiąc się w czajnik oczekując, aż zagotuje się woda. Trzydzieści dziewięć sekund zajmuje włączenie systemu na moim komputerze (jeśli nie liczyć czasu na zalogowanie się). Włosy na głowie człowieka rosną w tempie 0.1 mm na dobę. Dwa psy pozostawione w jednym pomieszczeniu zjedzą się nawzajem po kilku dniach wygłodzenia. Innymi słowy, czas ucieka. Jestem tym przerażony. Nie mogę być tylko idiotą piszącym o muzyce. Muszę być ZNANYM idiotą piszącym o muzyce. Doszedłem do wniosku, że dostosowanie się do świata zewnętrznego jest istotne. Serio. Dlatego wprowadzam zmiany. Będę oceniał. To ułatwi mi kontakt z (także potencjalnymi) czytelnikami. Jak wspomniałem, czas ucieka, więc nie będę tłumaczył skali ocen. Wszystko wyjdzie w praniu, kiedy wyliczę płyty warte mojej (może też waszej) uwagi.

WFMU Free Music Archive Sampler vol. 2
Drugi sampler z darmową muzyką. Dostępny tutaj. Na tymże - Kurt Vile, Sic Alps, Ariel Pink, Indian Jewelry, Dälek, Plastic Crimewave Sound (świetny kawałek), Black Pus, The Ex i inni.
[Płytę oceniam na 4.0. Jest fajna, lubię jej słuchać, ale nie przeszywa ona mego kręgosłupa zimnym prądem jak swego czasu czynił to najnowszy krążek Radiohead, w dniu premiery którego wagarowałem.]

Brightblack Morning Light - Motion to Rejoin
Kompletni hipisi. I niesamowity gites. Płyta wczesnoporanna-późnonocna. Na kac i niedospanie. Soundtrack do przelewania wyjątkowo gęstego kisielu do niezwykle głębokiej beczki. O ile płyta poprzednia była mocno minimalistyczna, to ta świeci ozdobnikami. Goście dorzucili do swojego brzmienia soulowe chórki żeńskie i delikatne dęciaki (przypominające mi ścieżkę dźwiękową "Taksówkarza" Scorsese). I udało im się to, co nie udaje się panu J. Kosmicie ze Spiritualized. Nie mogę przestać tego słuchać. Jest zbyt zimno by bujać się na hamaku, ale poczekam do następnego lata. Do dorwania stąd.
[Album oceniam na 3 gwiazdki na 5. Nie rzuca mnie to na kolana, wyczuwam w tym hype, brzmienie jest nietęgie, ta płyta wśród pięciu tysięcy innych, które oceniłem na RYM prezentuje się dość niespecjalnie. Właściwie, tak naprawdę nie mam czasu się wsłuchiwać, w ciągu następnych dwóch dni zamierzam przesłuchać i ocenić dyskografię Franka Zappy.]

Causa Sui - Summer Sessions vol. 1
Gonga - Transmigration
Dwa stonery. Causa Sui są z Danii, ich poprzedni album był zupełnie niespecjalny. Teraz goście pozbyli się wokalisty i nagrali prawie 50-minutowy space jam podzielony na cztery części. I z niespecjalności skoczyli w gitesność. Dobre brzmienie, klimat a'la prog z lat '70, teges. Plus, ta płyta wyszła na Elektrohasch co w takim graniu jest niemal gwarantem jakości.
Natomiast Gonga to brytole. Są w trakcie pozbywania się wokalisty. Ale w ich przypadku może to spowodować spadek jakości dalszych wydawnictw. Tutaj tłuką klasyczny doom w stylu tegorocznego Jex Thoth, tylko z facetem na wokalu. Facet ten, wraz z zespołem, czasem wpada w stylistyczne okolice pana Homme'a ("Stethogeo"). Natomiast o gitesach - cholernie tłuste brzmienie, świetne riffy, zapodawanie melodii i prężenie muskułów akurat tam, gdzie trzeba. Jeden z najlepszych (i najzabawniejszych) stonerów jakie słyszałem w tym roku.
[Oceny: causa sui - 6.6, gonga - 5.0. Uzasadnienie - stoner i psych to muzyka, której z samej jej definicji nie należy się perła z muszli Prawdziwego Recenzenta.]

Enablers - Tundra
Nie mogę tego nie polecić. Jako fan zespołu ograniczę się do suchych statystyk - dziesięć kawałków, pół godziny. Jeden z kawałków ("The Achievement") wyszedł wcześniej w dłuższej wersji na dwunastocalówce. Natomiast w porównaniu do poprzednich albumów pojawiło się kilka nowych elementów - Pan Simonelli czasem deklamuje w rytm, czasem dołączają do niego wokale. Mocne.
[4.3 - odtwórcze, nie rusza mnie to. Post-rock to martwy gatunek, a ja nie chcę dymać trupa. Odjąłem też 0.2 punktu za głupią nazwę zespołu, a dodałem dwa za fajną okładkę. Poza tym, 4.3 to pojemność silnika mojej kosiarki do trawy.]

High Dependency Unit - Methamatics
Lumerians - Lumerians EP
Nowozelandczycy i jankesy. Dwa razy spejs is da plejs. HDU są na scenie długo, dlatego uprzedzam argumenty o zżynce z wczesnego Mogwaia. Zwłaszcza, że tutaj pan gitarzysta momentami ładuje w brzmienie astronomiczne ilości przesteru. Do tego muszę pochwalić różnorodność - niby zaczyna się standardowo, ale później idzie w okolice space-drone'u. A w najdłuższym kawałku drone'owym jest nawet klaskanie. Jakby to komukolwiek miało pomóc w odbiorze płyty...
Lumerians to wytworny spejs. Czasem jadą brzmieniem Wooden Shjipsów albo Loop, czasem instrumentalnymi pół-drone'ami, sielanka. Do tego ich wokale, które - w przeciwieństwie do Shjipsów - najczęściej wyraźnie słychać.
[2 gwiazdki i 1,5 gwiazdki na 5, słabe to to.]
A tak przy okazji o Wooden Shjips wspominając...

Wooden Shjips/The Heads - split 7''
...wydali oni split z De Głowami.
[Moja ocena: 3/10. Kolejna banda idiotów bierze się za gitary i znów tłucze te wymęczone rockowe riffy. Dajcie spokój, ludzie, zobaczcie jak daleko świat poszedł do przodu!]

Jay Reatard - Matador Singles 08
Tak jak mówiłem (mam właściwości profetyczne), zamiast kupować za bezeceńskie sumy poszczególne single, wystarczyło poczekać na ich kompilację. Muszę przyznać, że druga połowa płytki jest naprawdę mocna (znakomite "Trapped Here"). Jest jeszcze kawałek z jego splitu z Queerhunterem.
[5.4 - przykład hype'u piczforka w działaniu. Kilka fajnych melodii i nic więcej. Słyszałem miliard takich rzeczy. Przynieście mi świńskie uszy smażone w cukrze.]

My Disco - Paradise
Mi Ami - African Rhythms
Znów - australia i stany. My Disco grają cholernie oszczędny noiz w stylu szelakowym. Taneczny, choć nikt normalny by do tego nie podrygiwał.
Mi Ami to goście z Black Eyes. Teraz bawią się jakimś noise-dubem. Dla mnie jeden pies co grają - to są goście z Black Eyes do cholery! W zeszły piątek zrobili Listed - obaczcie.
[0,5/10 i 1,5/10. Niestety, przerost formy nad treścią. Nudne dziamdziolenie, które już dawno temu lepiej robiono na pierwszej lepszej składance w stylu No New York, przekombinowane... etc.]

Buddy Guy - Sweet Tea
Z rekomendacji czytelnika. Holy Fuck Buttons! Klasyczno-bluesowego albumu z tak brzmiącą gitarą jeszcze nie słyszałem. Kilka długich kawałków (do dwunastu minut), kilka krótszych. Kurna, co ja będę się tu produkował. Obaczcie ten genialny duet pierwszych kawałków.
I, oczywiście, polecajcie mi rzeczy tak cholernie gitesne.
[3 gwiazdki na 5. Jeśli słyszeliście jakikolwiek blues to wiecie jak to może brzmieć. Polecam raczej White Stripes, to jest dopiero blues.]

White Drugs - Harlem
Landed - How Little Will It Take
Od razu uprzedzam, rozmawiamy tutaj o White Drugs z Teksasu, nie xemo-corex lalusiach z LA. Usłyszałem ich na WFMU (a gdzieżby indziej?). Ultraidiotyczne, kilkudźwiękowe tłuczenie tłustych riffów. Plus teksty. "There's a spot upon your heart/wipe that fucker clean!", albo "my girlfriend/she's for sale". Kurna, nie przeskoczysz takich tekstów i takiej ich podaży. Bardzo rozśmieszył mnie tekst z recenzji ich albumu, który zacytowali na swoim majspejsie:
"[...] that's some old-fashioned chest thumping and bile, something that's been missing in rock bands for ages. I just wanna lock these guys in a room with Bright Eyes and let nature take its course."
A Landed wydają na Load, co powinno niektórym zapalić mentalne światło zielone, a innych skłonić do szybkiego oddalenie się na możliwie największą odległość. Dramatycznie głośne i prymitywne walenie w losowo wybrane instrumenty dziwacznie przypominające scum-punk. Są w jednej lidze z Drunks With Guns, albo Stick Men With Ray Guns. Albo z Ktośtams With Some Kind of Guns, nie wiem.
[Moja ocena: 0.1 dla obu płyt - pozwolę sobie zacytować: "rzadko się zdarza, żeby ktoś dorosły siedział bardziej w punku, a wiadomo, że jako dzieciak się nie za dużo rzeczy ogarnie przed wyrośnięciem." Proste, dosadne i jakże prawdziwe.]

Rodent Plague - Blue Wave 7''
Zomes - Zomes
Dwa projekty muzyków z dwóch zespołów. Roden Plague to klient z A-Frames. Tutaj gra instrumentalny lo-fi surf. Znakomite i niby nic nie znaczące, ale zapuszcza klimat. Niedługo wyjdzie pełna płyta na Holy Mountain.
Zomes to projekt byłego gitarzysty Lungfish. Czyli wiadomo - dźwięki nieskończone.
[3.2 oraz 2.8 - Raczej "dźwięki niedokończone", gdyby ktoś mnie pytał. Żałosne i nudne granie. Dobre dla modnie ubranej młodzieży. Poza tym, jedyne warte uwagi single wychodzą w komercyjnym popie.]

Sun Araw - The Phynx oraz trzycalówka Boat Trip
Lanterns - Mad River
Magic Lantern - High Beams
Bardzo odurzający psych. We wszystkich przypadkach nazwy zespołów i tytuły płyt są na tyle znaczące i deskryptywne, że nie ma sensu dalsze gadanie. Tutaj, tutaj i tutaj.
[3/10, 2/10 i 1,5/10. Kiedyś na feriach zimowych z Filipem graliśmy coś takiego, ale przynajmniej nie wydawaliśmy tego na płytach.]

Plus wyszła nowa płyta Castanets. Tutaj są dwie płyty Cherry Blossoms za darmo. A tutaj możecie zagłosować i odgłosować.


Jutro zamierzam przeskoczyć rekina puszczając audycję funkowo-jazzową. Nie Grzesia - moją. Będzie bolało.

07 października 2008, 09:54:40

goin' back to the nucleus state



1. The Trashmen - Drib Nifrus
2. The Ooga Boogas - The Octopus Is Back
3. The Resineators - Bag of Misery
4. Red Elvises - Hungarian Dance #5
5. The Reigning Sound - I'll Cry
6. The Spaceshits - The Raging Sea
7. Goodnight Loving - Train Hopping Man
8. Busy Signals - Got It All Wrong
9. Vivian Girls - No
10. The Bananas - Jus' Folks
--
11. The Monks - Love Came Tumblin' Down
12. Thee Oh Sees - Grease 2
13. Brimstone Howl - Hero of Gold
14. Demon's Claws - Unemployment
15. The Pagans - Fever
16. Hue Blanc's Joyless Ones - Pulling a Lonely
--
17. The Barbarians - Moulty
18. Box Elders - One Foot in Front of the Other
19. Box Elders - 2012
20. The Barbaras - Flow
21. Nobunny - I Am A Girlfriend
22. Nobunny - Church Mouse
23. Harlem - Psychedelic Tits
24. The Muslims - Extinction
--
25. Broken Strings - Aloha Sweet Little Monster

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr


uwagi:
- pop, rock'n'roll. lata sześćdziesiąte. puszczam teraz, albowiem przez resztę tego roku planuję grać najbardziej depresyjną muzykę w historii wszechświata.

- to znaczy, będę depresję puszczał po składance funkowej, którą zrobiłem niedawno.

- naprawdę dużo nowości.

- the thrashmen z arcyrzadkiego singla dostępnego wyłącznie u mnie w domu.

- ooga boogas z siedmiocalówki "the octopus is back". podobno już jest ich nowy album. jeden z kawałków można było usłyszeć w ostatniej audycji cherry blossom clinic.

- the resineators z płyty "don't ____ with the future" wydanej na siltbreeze. zgadnijcie, co należy wpisać w puste miejsce.

- nagranie czerwonych elvisów pochodzi z genialnego filmu "six string samurai". przyszłość ponuklearna, rock'n'roll i facet tnący wszystkich mieczem samurajskim. niczego więcej od żadnego filmu nie potrzebuję. elvisy grają tutaj utwór brahmsa (tutaj jest wykonanie pana yehudiego mehunina, dla porównania)

- spaceshits w coverze pana gene maltais'a. świetna, klasyczna (w ramach r'n'r) linia basu.

- obaczcie ten interplay gitarowy w kawałku goodnight loving.

- busy signals i the bananas to dwa z niewielu zespołów pop-punkowych (power-popowych?), które nie powodują u mnie gwałtownych wymiotów. trzecim byłby palomar.

- vivian girls zostały niestety zrecenzowane na piczforku. piszę "niestety", ponieważ teraz przez resztę roku w różnych miejscach na necie będę czytał recenzje idiotów chcących koniecznie udowodnić, że ten zespół to tylko hype. powodzenia.

- brimstone howl z nowiutkiego "we come in peace". niesamowicie się ci goście rozwinęli przez rok od ostatniego albumu.

- demon's claws to kanadole. niedawno wyszła kompilacja ich rzadszych kawałków pt. "sick chili" (pisownia oryginalna). nadzwyczaj gitny refren dali w tym kawałku, muszę przyznać.

- hue blanc's joyless ones jako bezpośrednie podejście do tematu grania retro. to znaczy, oni nie grają retro. grają po prostu tak, jakby im się dekady poprzestawiały.

- the barbarians z legendarnej kompilacji garażówki pt. "nuggets". nie wypada tego nie znać.

- box elders zapieprzyli nazwę zespołu z piosenki pavement, ale grają inaczej. czekam na pełen album.

- nobunny to ten facet w masce królika. wiem, nie poradzę.

- nie mogłem nie puścić kawałka zespołu harlem. "psychodeliczne cyce" winny być tematem niejednej pracy doktorskiej.

- the muslims z "the muslims". są zupełnie nieoryginalni, ale grają tak dobrze, że trudno się o cokolwiek przyczepić.

- broken strings na pewno jeszcze w tableau! będą. pierwszy kawałek na ich płycie ("my baby bites my head off") jest tak przesterowany, że nawet te dwie ostatnie płyty times new viking przy nim wysiadają.