wszystko naraz i na zawsze

The Black Angels - Directions To See A Ghost
Light In The Attic 2008

Th' Faith Healers - Imaginary Friend
Too Pure 1993

Grey Daturas - Path of Niners
Rocket 2007
1. Najpierw cytat graficzny, dla złapania rytmu:
[Scott McCloud - Understanding Comics]
2. I jeszcze wiadomość, dla wejścia w klimat:
Jest już blog Archiwum Darmowej Muzyki prowadzonego przez WFMU. Jest w fazie pre-launchu, więc archiwum jako takiego tam jeszcze nie ma. Ale są sety z WFMU: Vivian Girls, Ariel Pink, Kurt Vile. Jest też set pani podpisującej się jako US Girls, o twórczości której nie wiem co sądzić. Tak czy owak, archiwum pełne darmowej muzyki na zasadach creative commons to duża rzecz.
3. Teraz:
The Black Angels działają inteligentnie w tych częściach muzyki, w których inteligencji brak The Walkmen i Intepolowi. Oczywiście, BA to nie ten sam styl i gatunek co te dwa, ale popatrzcie - wszystkie trzy zespoły działają tymi samymi sposobami - to jest proste, kilkudźwiękowe granie - brzmieniówka. Przyznaję, wokalista Walkmen potrafił napisać niestandardową melodię, a Interpol miał te znakomite reverby na debiucie. Ale to wszystko. Każdy kolejny ich album to porażka. "Bows + Arrows" był dla mnie pustym pudełkiem, później słyszałem już tylko tę epkę gdzie grali covery kiegoś bluesmana. Nic szczególnego. Interpolu właściwie teraz może już nie być. Banks zawsze pisał marne teksty - a od "Antics" doszły do tego marne kawałki, coraz słabsze brzmienie (cholera, "Turn On The Bright Lights" był znakomicie wyprodukowany, jak mogli to spieprzyć?) i coraz wyraźniejsze próby ulizania czasu antenowego w prime time.
4. A Black Angelsów to ominęło. Wiedzą o co chodzi w ich graniu. Nie są świetnymi muzykami, nie piszą znakomitych melodii, nie szukają oryginalnych brzmień. Ale umieją prostymi środkami robić klimat. I to nie byle jaki. Powolny, przefuzzowany surf z motywami wojennymi skandowanymi przez pana brodacza w czapce z daszkiem. To naprawdę nie jest łatwe. To było świetne już na "Passover", tyle, że tamten album był staroszkolny - mniej spójny jako całość. Co oczywiście nie przekreśla jakości pojedynczych kawałków. Obaczcie ten prostacki, świetnie brzmiący riff z "Black Grease" (podpieprzony z The Scientists, jak nic), albo te przebitki country na "Bloodhounds On My Trail". I były też potknięcia - ostatni, najdłuższy kawałek był najsłabszy z całości, a po nim następowała ukryta piosenka antywojenna. Słabe to było jak pasztetowa w lipcu.
5. I tu zaczyna się moje zdziwienie. Bo w tym roku, zamiast tłuc repetycję repetycję repetycję w stylu Scientists przeszli w drone-rock, właśnie taki jak ten ostatni marny kawałek na ich debiucie. I najlepsze, że udało im się to obronić. Grają jeszcze prościej, niż poprzednio. Dodali jeszcze więcej efektów i jeszcze bardziej spowolnili tempa. Są na tej płycie momenty, gdzie nie ma nawet riffu, słychać tylko klawisze i mocno przesterowany feedback - jak na "Vikings". Na pierwszy plan wyszedł bas, (vide "Science Killer", "18 Years). Gitary poszły w tło, plus jeszcze nałożyli na nie dodatkowe pogłosy. I klawisze grające jeden, dwa dźwięki. Cholera, naprawdę dziwacznie i jednocześnie bardzo ciekawie to brzmi.
6. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze gra dynamiką. Jeden z najlepszych kawałków na płycie, "Mission District", przez trzy minuty z prostego tłuczenia w perkusję wzrasta w znakomity psych-jam prowadzony przez odjechaną gitarę. Najgitniejszy jest tutaj sposób w jaki oni to wszystko przeprowadzają - nieśpiesznie, szanując dźwięk i tłukąc jeden prosty riff przez cały czas. I, to zabrzmi dziwacznie, cholernie seksowny jest dla mnie ten jam kończący kawałek. Nie potrafię tego wytłumaczyć.
7. I poprawiły się teksty. Motyw niby nadal jest antywojenny, ale tym razem jest to zarysowane subtelniej. Z niewiadomych powodów spodobał mi się zwłaszcza tekst z "Vikings". Coś o normańskich drakkarach i niemieckich bombowcach: "gonna do things my way / gonna see you tommorow / on a german war plane / we'll gonna bomb you 'till tuesday." Ten tekst, podany w dość specyficzny sposób (wokalista BA nie jest ultraśpiewakiem, ale perfekcyjnie opanował zawodzenie podbijane reverbem) i do minimalistycznego podkładu sprawia cholernie dobre wrażenie.
A następuje po nim zaśpiew cholernie przypominający mi (o czym kiedyś wspominałem) U2 z czasu "The Unforgettable Fire". [Cholera, przez black angelsów zacząłem znów słuchać wczesnego U2. Zwłaszcza, że wyszedł niedawno remaster "War".]
(7.1. Co znów przypominało mi dowcip Gervais'a. W GTA4 można oglądać telewizję i wrzucono tam fragment stand-upu Gervais'a właśnie. Gość tam robi ranking wojen. W pewnym momencie mówi coś w stylu: "Miejsce trzecie: Wietnam - najlepszy soundtrack" (nie pamiętam dokładnie, dawno w to grałem). I, cholera, The Black Angels zapodają właśnie soundtrack do "Czasu Apokalipsy". "You In Color" to coś w stylu opisu doznań tego surfera biorącego LSD przed wejściem do ostrzeliwanego okopu.)
8. I, oczywiście, nawiązania do innych zespołów: sitary (wiadomo), akustyki i wokale na "The Return" (zupełnie jak The Terminals i ogólnie szkoła nowozelandzka), electric jug na "Never/Ever" (13th Floorsi, oczywiście - świetny trybut), i drone na ostatnim kawałku.
9. Co tu dużo gadać, świetna płyta. Niby jednowymiarowa, ale nagrywana przez fanów (dobrej) muzyki, świetnie wyprodukowana, z licznymi smaczkami brzmieniowymi i znakomicie złożona. Dodajcie do tego jeszcze gitesną tegoroczną epkę pt. "Black Angel Exit" i jesteście ustawieni. To znaczy, ja jestem ustawiony, nie wiem jak to jest z wami.
10. Th' Faith Healers. To równie dobrze jest historia mojego popieprzenia na punkcie zespołu Quickspace. To ten sam gitarzysta. Ale Quickspace już polecałem.
(10.1. Muszę przyznać, że teraz poleciłbym ich debiut, a nie "Death of Quickspace", choć wszystkie ich albumy były ciekawe.)
11. Znów, nie byli to ludzie z nadmiarem talentu, ani z wysokoartystycznymi zapędami, ani... etc. W obu zespołach praktykowano granie na jednym riffie do czego śpiewała pani. Ładnie i melodyjnie śpiewała, należy dodać, ale nie robiło to różnicy, bo była dość nisko w miksie. Ich granie próbowało odpowiedzieć na pytanie: "jak długo można jechać na jednakowym groovie i nadal być nazywanym zespołem popowym?". Długo, jak widać.
12. O ile w Quickspace obsesja jednego riffu przybierała rozmiary dziwacznie duże (świetny, 12-minutowy kawałek "The Precious Mountain" z epki pod tym samym tytułem, albo przenoszenie jednego riffu do kilku różnych podkładów na "The Death of Quickspace"), Faith Healers byli nieco bardziej standardowi. Choć odjazdy u nich też się zdarzały. Ich debiut i wczesne single (zebrane na płycie pt. " L' " były głośne i dość agresywne. Oczywiście, były to lata '90, recenzenci słyszeli panią śpiewającą do przesterowanej gitary więc Faith Healers umieszczano w shoegaze. Gówno prawda. To było coś innego.
13. "Imaginary Friend" to ich ostatni album. Najlepiej wyprodukowany, najmniej agresywny, ale i najciekawszy zagrywkami. Są tutaj momenty brzmiące zupełnie jak Quickspace ("See-Saw"), są klimaty leniwe ("Curly Lips") i jest monolityczny, 20-minutowy "Everything, All At Once Forever" składający się z jednego riffu.
14. Nie wiem, cokolwiek bym na temat tej płyty powiedział - powtórzę się. A tego chciałbym uniknąć. Więc obaczcie sami, czy takie granie was żre czy nie. Jednostajne jamy z żeńskimi wokalami i dużym przesterem. Plus ten 20-minutowy kawałek. Sama definicja takiej muzyki jest zabawna, a co dopiero wykonanie.
15. Mam jakiegoś pierdzielca na punkcie brytolskich zespołów z lat '90 grających kraut z różnymi domieszkami. Uwielbiam Moonshake, uwielbiam Quickspace, uwielbiam Prolapse. Cholera, może jest jeszcze kilka zespołów grających w takich klimatach?
16. Na koniec rzecz jesienna, ale nadal w ramach powtarzalności. Grey Daturas, australijczycy. Dowiedziałem się o nich rok temu. Przy okazji ponownego wydania "Dead In The Woods" i polecanego "Path of Niners". Ten pierwszy był doomowaty, gitary miały chrzęst w brzmieniu. Ten drugi, natomiast, ukazywał Daturas grających coś ciekawszego.
17. Pierwszy kawałek na tej epce (minialbumie?) przypomina mi "Bufo Alvarius" Bardo Pond, albo kawałek "Narmada" ze splitu Pondziaków z Subarachnoid Space. To prawie ten sam riff, grany pulsem, dzięki czemu linie gitar idą falami. Gitesny efekt. "Neuralgia" pojawia się też na końcu tegorocznego albumu Daturas, "Return to Disruption", mniej udanego. Głównie z uwagi na kompletnie rozbijające bieg albumu pseudoeksperymenty (na przykład trzy minuty brandzlu pt. "Balance of Convenience", kompletnie niepotrzebne). Natomiast "Path of Niners" to najlepszy album GD w znaczeniu takim, że ma najlepszy pływ ze wszystkiego, co dotąd wydali.
18. Motywem przewodnim jest tutaj nieokreślony niepokój. W żaden sposób gotycki, czy bawiący się w dawno zmarły schemat post-rockowy cicho-głośno. Raczej jamowy, przeplatający riff i improwizację. Goście bawią się głównie efektami i pomysłami formalnymi (perkusja puszczona od tyłu na "Cretinism"). Jest tutaj coś jakby ambient ("Aurora Australis") i staroszkolne narastanie do crescendo (świetny "Ghosts of the Eastern Block"). Wszystko świetnie poustawiane.
19. I jeszcze jedna rzecz stanowiąca o gitesie Grey Daturas. Ci goście mają cholerną łatwość w przechodzeniu z klimatów doomowych do psychodelicznych jamów. To sprawia, że mają fanów tak u stonerów, jak i miłośników psychodeli. Jeśli "Path of Niners" wam przypasi, to obaczcie jeszcze "Blood Trail", też z 2007. Dwa kwadransowe jamy o podobnym brzmieniu do tej płyty. Świetna rzecz.
20. Nie mam pojęcia dlaczego akurat ta płyta kojarzy mi się z zimnymi miesiącami. Czy to kwestia przyzwyczajenia, czy brzmienia? Nie wiem. Wybaczcie, jeśli ta rekomendacja jest nienajlepsza. Te wakacje są tak okropne, że czekam do początku roku akademickiego. Taki dramat, kumacie.


![[PLAY]](http://tableau.jogger.pl/files/play_button.gif)












