29 lipca 2008, 21:23:12

say no to all



1. intro
2. Men of Porn - One of These Days
3. The Black Angels - Mission District
4. George Brigman - DMT
5. King Loser - Cyclonic Vibration
6. Elevator Through - Fate
7. Elevator Through - Wink
8. The Heads - Crawling
9. Jex Thoth - Equinox Suite D: the Damned and Divine
10. Entrance - Please Be Careful In New Orleans
11. Terminals - Something Dark
12. Hunchback - You Have A Light
13. The Clean - Franz Kafka At The Zoo
14. Wooden Shjips - Start to Dreaming (Live at Cafe Du Nord)
15. Vocokesh - John's Fuzz Theme
16. Los Natas - Soma
17. Acrimony - Whatever
18. outro

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- na dzisiejszej okładce - kobieta. niestety, ubrana.

- dokładnie półtora godziny. wieczorne pogotowie psychodeliczne. doom, powolny rawk, masa echoplexów i reverbów.

- men of porn grają cover pink floyd z "meddle". dłuższa wersja niż w orignale (12 minut).

- the black angels z nowej płyty. naprawdę znakomicie umieją robić klimat. rozważam trzaśnięcie dłuższego tekstu o nich.

- george brigman z lat dawniejszych. płyta zwie się "jungle rot". majstersztyk.

- king loser, the clean i terminals są z antypodów. ci pierwsi z końca ich kariery, ci ostatni - z początku. the clean chyba też z późniejszego okresu twórczości.

- 'wink' autorstwa elevator through. już kiedyś puszczałem. nie zawadzi drugi raz.

- the heads z nowego cdr'a pt. "time in space". właśnie wrócili z krótkiej trasy po brytanii współbrat z wooden shjips. a wooden shjips natomiast z zeszłorocznego bootlegu. krąży ten bootleg po p2p, poszukajcie wedle woli. tutaj wrzuciłem ich w dłuższej (i wolniejszej) wersji kawałka z ich genialnego singla. goddamn, następny ich album musowo będzie znakomity.

- obaczcie doskonałe brzmienie gitary w kawałku jex thoth. i jeszcze wokal. niby pisze się o nich, że to taki candlemass z panią na wokalu, ale w graniu thoth jest znacznie mniej taniej gotyckiej teatralności, a więcej porządnego psychodelicznego kombinowania. obaczcie te mini-solówki na ogranach hammonda.

- entrance z drugiej płyty. niedawno sobie o nim przypomniałem. nowsza wersja tego kawałka nazywa się 'please be careful in new orleans because you may get killed by a hurricane'. ha ha. ach, bycie śmiesznym nie jest łatwe, ale jakoś sobie radzę.

- hunchback w tym kawałku brzmi jak blur na "trzynastce" (np. "1992"). właściwie głupia sprawa, bo mogę sobie pisać, że hunchback wydał jedną z najlepszych płyt w tym roku, a i tak większość z was jej nie znajdzie (i nic w tym dziwnego). poza tym, jak tu sensownie mówić o albumie, który zaczyna się noise-punkiem, później idzie w ciężki horror-punk, później w jakiś acid-folk, a na końcu znów noise-punk, by wreszcie skończyć się coverem krystyny agilery śpiewanym przez wokalistę killdozer? no właśnie.

- vocokesh z zeszłorocznego "...all this and hieronymus bosch".

- los natas z gitnego debiutu. wiewiur pisał, że niegit ten debiut, ale moim zdaniem jak najbardziej respekt się tej płycie należy. trudno powiedzieć kto ma rację.

- acrimony z walii i z debiutu niedawno było ponowne tegoż wydanie z jakimśtam bonusem. nie interesowałem się, bo jestem twardzielem i mam pierwsze wydanie.

- intro i outro to piosenka zespołu shaggys pt. 'i need you so', którą znalazłem na tym składaku trudnodostępnej niemieckiej garażówki. trochę ten kawałek zmieniłem (czyt. dodałem chyba z siedem reverbów i dwa echa) i wyszedł szugejz a'la lata sześćdziesiąte.

- nie wiem. jakaś choroba śni mi się co noc. przesądny nie jestem, ale przezorny..?

22 lipca 2008, 21:23:50

siesta contemplativa



1. The Gris Gris - Me Queda Um Bejou
2. RTFO Bandwagon - Children Are Expensive
3. Valet - Fire
4. Idaho - Run But You Ran
5. M. Ward - Involuntary
5. The Ink Spots - We Thee (My Echo, My Shadow, And Me)
6. Eden Express - On the Beach
7. Eden Express - Swelling Moon
8. Brightblack Morning Light - Amber Canyon Magik
9. Guts - Endless Night
10. Big Blood & The Bleeding Hearts - Oh Country

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps
plik mp3 135kbps vbr

uwagi:
- 51 minut. utwory głaszczące i usypiające.

- na okładce obraz pani wokalistki z big blood. tutaj można obaczyć zdjęcia z jej niedawnej wystawy w galerii.

- rtfo bandwagon jako gitesna rzecz zeszłoroczna niedawno przeze mnie znaleziona. folk-punk w stylu trzeciej płyty velvet underground, albo jeszcze lżejsza wersja the evens. wydali też miesiąc temu siedmiocalówkę pt. "new jack", brzmiącą znacznie gorzej, ale dynamiczniej.

- idaho z płyty "alas". niedawno wyszła reedycja tejże z dodatkiem w postaci epki "forbidden". git rzecz, tylko dość drogo.

- m. ward z jego drugiego albumu "transfiguration of vincent" (trzeciego, jeśli liczyć "duet for gitars"). zupełnie nie podoba mi się kierunek, który obrał ten gość. ze znakomitego retro poszedł w indie. jego nowy projekt - she & him - jest paskudnie mdły.

- the ink spots sprzed lat siedemdziesięciu. klasa.

- guts z rekomendacji grzesia. płyta zwie się "le bienheureux" (ciekawe jak się to wymawia). znakomity psychodeliczny instrumentalny hip hop.

17 lipca 2008, 01:13:07

prawdopodobnie najlepsze radio na świecie

Składak miał być tydzień temu, ale jest dziś. Jak wspominałem, to nie podkast. I nie mój składak. Rzecz znajduje się tutaj. Git jakość, z okładkami. Jest to sampler z projektu radia WFMU, który ma być rozkręcony jesienią, a dotyczyć będzie darmowej muzyki. To mniej więcej znaczy, że na ich stronie będzie zbiór darmowych dźwięków na żywo, próbek płyt i tym podobnych. Zapewne coś jak archive.org. I git.
Na składaku m.in.:
- trochę pokrojonej elektroniki;
- pierced arrows, mahjongg z nowych płyt;
- strapping fieldhands, czyli zespół wydający dekadę temu na siltbreeze, niedawno coverowali ich sic alps.
- świetne kawałki clockcleaner, psychedelic horseshit, kinski, new bomb turks i citay zgrywane na żywo. co jest ciekawe zwłaszcza w przypadku citay, bo wcześniej mnie nie zachwycali.
- kolejny projekt faust z hip hopowcami, tym razem z zespołu food for animals;
- dwa kawałki etniczne (hinduski i japoński);
- znakomity, klasyczny acid-rock (tommy jay).
- kilka kawałków awangardowych.
- gitny cover suicide grany przez oneidę.
- jeden z najładniejszych kawałków, jaki big blood dotąd zagrali.
Szerszy opis i link do ściągnięcia tutaj.

Tak wiem, dziwaczne to cholernie, ale takie jest całe WFMU. Właśnie, wykorzystam ten moment, żeby o tym radiu opowiedzieć.
WFMU to jest, parafrazując reklamę carlsberga, prawdopodobnie najlepsze radio na świecie. Nadają z New Jersey. To miasto odznacza się w kulturze zachodniej dwoma elementami: mieszkał tam Tony Soprano i w Futuramie cały czas robią sobie z tegoż miejsca żarty ("Kto by powiedział, że piekło naprawdę istnieje i jest w New Jersey?").
Więc siedzą sobie wariaci w tymże mieście i robią coś co sami nazywają radiem free-form. Oznacza to, że kiedy je włączysz, to możesz spodziewać się jakiegokolwiek gatunku muzyki ludzkość dotąd wymyśliła. Może to być (sprawdzone!) gitny acid-punk przechodzący w nowy singiel tatu (tych dwóch małych rosjanek), albo francuski proto-metal z lat '60 przechodzący w chóralne śpiewy jakichś mnichów. Ci ludzie (didżeje WFMU) są naprawdę popieprzeni i cholernie dobrze znają się na muzyce.

Anyways, nie jestem najwierniejszym słuchaczem, ale i tak pozwolę sobie podać kilka uwag:

1. tutaj jest artykuł na wikipedii. jest tam lista DJów, ale niezbyt aktualna. jest tam też historia. naprawdę ciekawa rzecz. tutaj natomiast jest FAQ stacji.

2. WFMU jest radiem niezależnym. Co roku organizują zbiórkę mającą pokryć koszty nadawania. jakiś czas temu do studia przychodził zespół yo la tengo i grało piosenki proponowane przez słuchaczy. w tym roku chyba było inaczej, ale nie wykumałem jak.

3. streamów internetowych jest kilka. nadają też w .aac i .ogg, co jest gitne dla każdego użytkownika foobara;

4. tutaj jest rozkład programów. a tutaj jest szerszy rozkład programów, wraz z opisami audycji, ale nie są te opisy bardzo pomocne.

5. należy wziąć pod uwagę fakt, że mamy sześciogodzinne przesunięcie czasowe, więc na żywo najczęściej będziecie słuchać audycji późnonocnych, albo wczesnorannych. ale na szczęście każda audycja jest zapodawana w formie podkastu (z plikiem mp3 do ściągnięcia) i na stronie z playlistą audycji z wbudowanym flashowym odtwarzaczem.

6. playlisty, z uwagi na dziwaczną muzykę, są prezentowane na żywo na stronach audycji. niektórzy DJeje nawet dorzucają do każdego kawałka obrazki. jak ten gość.

7. moje ulubione audycje:
a) Tree Chord Monte - trzy godziny garażówki, grane co czwartek od szóstej do dziewiątej wieczorem (w naszej strefie czasowej).
b) The Cherry Blossom Clinic - też gitarowo, w każdej audycji ktoś gra u nich w radiu na żywo (ostatnio byli turbo fruits!). dziewiąta wieczorem co sobotę.
c) Seven Second Delay - północ co środę. słucham tego w momencie pisania tego tekstu. dwóch gości (scenarzysta niezłego serialu "Monk" i szef całego WFMU) robi paskudnie śmieszny godzinny program. nie ma tam muzyki, przez cały czas gadają, ale to naprawdę jest śmieszne. często przyjmują jakiś idiotyczny motyw przewodni. dziś na przykład zaprosili do studia widownię, jeden z prowadzących pisze tejże widowni co mają mówić unisono, a drugi prowadzi program.
kilka tygodni temu obu prowadzących nie było, więc dwie zaprzyjaźnione panie poprowadziły program za nich jednocześnie obu facetów udając i rozdawały nagrody słuchaczom, których imiona były jednocześnie palindromem (więc dzwoniły osoby imieniem anna i bob).
tutaj jest blog audycji.

8. Inne ciekawości to na przykład The Best Show On The WFMU (gdzie do prowadzącego dzwonią tak prawdziwi, jak i nieprawdziwi słuchacze - ci prawdziwi są tak samo powaleni jak fałszywi), DJ/Rupture ma swoją audycję, Debbie Does WFMU, Music to Spazz By. I cała reszta, właściwie.

9. tutaj jest ogólny blog WFMU, różne rzeczy się tam znajdują. na przykład mają rubrykę fake beatles, gdzie wrzucają zespoły big-beatowe. był nawet artykuł o czerwonych gitarach.
poza tym, jeśli ktoś w wfmu zagra na żywo (poza audycją cherry blossom clinic) to na ten blog nagrania zazwyczaj trafiają. obaczcie na ten przykład niedawny radiokoncert indian jewelry.

10. polecam słuchanie tegoż radia jako trening słuchaczny (słuchaczowy), znalazłem na nim masę git muzyki. czasem trafi się na półtoragodzinne bicie w blaszany bęben połączone z deklamacją awangardowej poezji urugwajskiej, ale w tym cała zabawa.

do następnego.

15 lipca 2008, 20:35:46

ptaki nie śpiewają w złotych klatkach


Oblivians - Sympathy Sessions
Sympathy for the Record Industry 1996


Jay Reatard - Blood Visions
In The Red 2006


New Bomb Turks - !!Destroy-Oh-Boy!!
Crypt 1993

1. Na początek cytat z knigi pt. "Uczeni w anegdocie" traktującej, nie wiedzieć czemu, w dużej mierze o chemikach. Może autor był chemikiem? Nieważne, cytat.
"Z okazji jubileuszu ministerstwo chciało obdarzyć czymś Tammanna:
- Co możemy uczynić dla pańskiego instytutu?
- Nic.
- Może przydałby się panu jakiś drogi aparat?
- Moje aparaty kosztują najwyżej 10 marek.
- Może w takim razie jakaś premia dla pańskich asystentów?
- Hm, owszem. Ale nie więcej niż 100 marek.
- Czemu tak mało?
- Ptaki nie śpiewają w złotych klatkach.
"

2. I jeszcze druga rzecz. Ta recenzja.
Nieładnie śmiać się z innych, wiem. Ale nie będę się kłócił z oceną płyty. Nie wracam do niej często, więc nie będę oceniał.
Natomiast muszę się przyczepić do dwóch rzeczy. Po pierwsze, mniej ważne (i bolesne) jest błędne umiejscowienie stylistyczne Yume Bitsu. Dobry zespół, teges, tyle że od brzmienia "Amanity" i "Well Oiled" dzielą ich kilometry. Oni nie uczyli się na Pondziakach, man. To nie jest szkoła filadelfijska - raczej brytolska. Yume Bitsu brzmią jak improwizatorska wersja Bark Psychosis albo Flying Saucer Attack. Albo okolice Kranky. Poza tym twierdzenie, że Pondziaki zostali tam gdzie byli też jest dyskusyjne. Można się kłócić, czy są dziś lepsi, czy gorsi niż we wczesnych latach, ale porównanie ich debiutu do ich dzisiejszego brzmienia (na samych LP, nie licząc limitowanych winyli i nagrań sesji jamowych) jasno wykazuje, że jednak się zmieniają.
Ale to nic. Najbardziej rozbił mnie ton tej recenzji. Gość, wyobraźcie sobie, pisze: "ja z Bartkiem daliśmy radę smęcić tak przez 30 minut, a LSD Pond ciągną to ponad cztery razy dłużej." I tu następuje skaga na brzmienie, że na płycie nie słychać jedenastu osób, które miały by brać udział w nagraniu.
Jest kilka możliwości. Może to jest taki ultraśmieszny dowcip, którego nie rozumiem? Bo tak szczerze, kiedy zbierają się dwa bardzo poważane składy grające psychodelę, to jednak do takiej płyty podchodzi się z pewnym szacunkiem. To są jam sessions, tu się stosuje trochę inne standardy oceny.
Ale też być może, że autor jest jakimś wybitnym muzykiem, o którym nie słyszałem. Może gra w jakimś zespole coś w klimatach Karpat Magicznych i stąd ta dezynwoltura? Jeśli tak, to czekam na wydanie jego dźwięków nagranych z rzeczonym Bartkiem, może być CDr. Płyta polskiego muzyka grającego w klimatach LSD Pond byłoby dla mnie dużym wydarzeniem.

(2.1. A jeśli nie gra, to ta recenzja jest po prostu buractwem.)

3. Teraz będzie ultrapłynne nawiązanie do dzisiejszych płyt - dobre garażowe granie wyróżnia się dwoma elementami. Brakiem złotej klatki i wielkim respektem dla muzyki. Cała trójka dzisiaj polecanych zanim muzykami, była fanami muzyki. Takimi obsesyjnie kolekcjonującymi płyty, mogącymi o nich gadać przez dłuższy czas. To w takim samym stopniu wyłazi w wywiadach jak i słychać na ich nagraniach.

4. Zaczynamy od Oblivians. Mieszkali w Memphis, w żadnym wypadku nie będącym złotą klatką. Może oglądaliście "Mystery Train" Jarmuscha? Chodziło w nim o Króla. W podniszczonym hotelu siedział znudzony Screamin' Jay Hawkins i wynajmował obskurne pokoje. W jednym z nich w nocy ukazywał się Elvis. Był też zdenerwowany Joe Strummer, którego z powodu fryzu przezywano Elvisem. W radiu Tom Waits zapowiadał "Blue Moon" w interpretacji Elvisa. No i para japończyków kłóciła się kto był lepszy - Elvis czy Carl Perkins. Tradycyjne klimaty Jarmuscha. Z wywiadu z Erikiem Oblivianem:
'Memphis is Memphis. It's fucked up and great, and fucked up and terrible. It's dirty water and soul. High crime and great gangsta rap. Fried chicken and the best barbecue ribs & sandwiches (pork, not beef) in the world. Sometimes I gotta get out, sometimes I can't believe I'm lucky to be here. The river, the music, the food. The heat.'
W każdym razie, gdybyście się do Memphis wybierali (by obaczyć Graceland, na przykład) to na stronie gitesnej wytwórnii Goner jest przewodnik po tym mieście.

5. I ta wytwórnia została założona przez perkusistę Obliviansów. Pozostałych dwóch gości przyszło z Compulsive Gamblers. CG niby też robili garaż, ale byli znacznie mniej konfrontatywni i grali bardziej skomplikowane kompozycyjnie rzeczy. W kwestii podejścia do tematu był to raczej retro-rock, niż garażówka. Właściwie trudno powiedzieć, że założył ją perkusista, bo cała trójka wymieniała się instrumentami. Więc Goner to twór gościa nazwiskiem Friedl. Tych dwóch z CG to Cartwright i Yarber. Co zresztą też nie jest tak ważne, bo cała trójka ochrzciła się się nazwiskiem Oblivian, na modłę Ramones'ów. Bardzo dobra modła, gdybyście mnie pytali.

6. Więc pochodząc z takiego miasta, mającego takie tradycje, mając taką wytwórnię i grając takie rzeczy jakie grali wcześniej musieli być giteśni. I oczywiście byli.

7. Nie mieli basisty. W perkusji brakowało tzw. centrala (czyli perkusista nie grał stopą). Więc nietrudno się kapnąć, że brzmieli dość szorstko. Do tego jeszcze grali szybsze tempa. Nie byli pierwszym zespołem o takim brzmieniu - ich debiut wyszedł w 1994. Wtedy Jon Spencer Blues Explosion mieli już trzy płyty na koncie. Byli też Gories z gościem, który teraz gra w The Dirtbombs. Cheater Slicks grać podobnie zaczęli dekadę wcześniej. Więc dlaczego warto znać Oblivians?

9. Albowiem u nich było najwięcej luzu. Wrzucali gołe, lub niekompletnie ubrane panie na okładki płyt. Zamieniali się instrumentami i zmieniali brzmienie. Raz grali jakby blues-punk, raz prawie soul, nagrali nawet płytę z gospelem (właściwie gospel-punkiem). I mieli naprawdę idiotyczne teksty w ogromnej większości traktujące o seksie. Plus chwytliwość. Nikt, spośród wymienionych powyżej podobnych zespołów, nie miał takich refrenów jak oni. Obaczcie na przykład "I'm Not A Sicko, There's A Plate In My Head" (już sam tytuł jest gitesny). Albo świetny, hymniczny riff z "Feel Real Good". Albo psychotyczny "Show Me What You Like". Albo rozwrzeszczany "What Rock'n'Roll Is All About". Albo, z innej płyty, "Guitar Shop Asshole" (czyli po naszemu "Sprzedawcy w sklepie z gitarami żałosny rapsod").

(9.1. Nie znoszę Norwida.)

10. "Sympathy Sessions" to dziwaczna rzecz do polecenia - zbiór dwóch dziesięciocalówek plus kilka dodatkowych kawałków nagranych w studiu wytwórnii Sympathy For The Record Industry w Kalifornii. Jest to rzecz nierówna, ale właściwie żaden ich album nie był spójny, a na tym jest po prostu najwięcej rzeczy mocnych. Jedyny problem w tym, że lepiej się tego słucha w pojedynczych dawkach, niż albumu w całości. Ale to już cecha łącząca ich granie z muzyką z lat '50 i '60, zanim nastała era albumów.
Ponownie, głos ma Eric Oblivian:
'Sympathy Sessions CD compiles a couple of times we ventured into Doug Easley's studio and let them twist knobs while we play the songs we had as best we could.... depending on the day, it went well or it went like shit. We trashed a couple of sessions completely, just came back and re-did everything. The guys at Easley are basically invisible, at least for us. They anticipated the kinds of sounds we'd want without us having to ask. The sound is raw but controllable in the mix.'
I rzeczywiście. Słychać, że zgrywane jest to na żywo. Dzięki temu brzmienie jest cholernie dynamiczne. Przester - strasznie rozlazły, zagłuszający wszelkie subtelności. Czasem z perkusji słychać tylko talerze. To brzmienie przesteru ściągnęli od nich później Tokyo Electron. Z gitnym skutkiem, oczywiście.

11. Tak jak mówiłem - git rzecz. Ale pierwsze przesłuchania mogą być trudne przez tę niespójność stylistyczno-brzmieniową. Po prostu traktujcie "Sympathy Sessions" jak składak porządnej garażówki.
Teraz, zamiast opowiadać o zakończeni kariery zespołu po raz ostatni zacytuję wywiad:
'PSF: Why music? Why did the Oblivians have to be formed? Greg Oblivian: Fuck, at the time everybody wanted to be the Gories... we couldn't even do that. We didn't know what we were doing. It was a joke! We broke up because the joke had become like work... and none of us like to work.'
Dobre, nie? Ładnie to podsumowuje ich podejście.

***



12. Przerwa. Pogadajmy o garażówce w szerszym kontekście. Dlaczego warto bawić się w wyszukiwanie zespołów grających na zepsutych gitarach trzy dramatycznie przesterowane akordy bluesowe? Nic prostszego - po pierwsze, nieoryginalność tej muzyki jest pozorna. Ci goście grają kawałki sprzed połowy dekady, ściągają zagrywki od ludzi, którzy podwaliny muzyki popularnej tworzyli. To znacznie zabawniejsze niż ściągać od ludzi grających dance-punk, którzy ściągali od ludzi grających post-punk, którzy ściągali od ludzi grających punk, którzy ściągali od ludzi grających beat, którzy ściągali od ludzi grających pub-rock, którzy...
Po drugie, idea DIY bardzo giteśnie jest przez garażówkę podtrzymywana. Ludzie siedzą na małych wytwórniach, tłoczą niskonakładowe siedmiocalówki (na przykład tacy The Retainers, istnieją kilka lat, a wydają tylko małe winyle) i grają dla małych publiczności.
I trzecie, najważniejsze. Garażówka uczy pokory dla muzyki (uczy szukania, właściwie) i świetnie się nadaje na imprezy. Choć ilość ludzi, którzy takie imprezy organizują liczona jest w promilach, a nie procentach. Może nawet w promilach procentów. To jest ten odłam muzyki nazwijmy to melodyjnej, który najlepiej nadaje się na bezmózgie odstresowanie. Jak oglądanie bardzo marnych filmów z Cinemageddon. Bo i pasja ludzi grających garażówkę jest porównywalna z pasją ludzi, którzy zbierają filmy klasy B. Nie szukając daleko - są dwie składanki zapomnianych piosenek, których covery grali The Cramps i Cheater Slicks. I oba te składaki zawierają tonę zapomnianych, zakurzonych diamentów. Jak już mówiłem, ta pasja poszukiwawcza przenosi się na granie.
Dobra, koniec przerwy. Wracamy do rekomendacji.

***



13. Teraz zgadnijcie jak nazywał się zespół, który nagrał dziewiątą płytę w historii wytwórnii Goner? The Reatards, z nastoletnim Jayem Reatardem na wokalu i gitarze. Idiotyczny, dość agresywny garage-punk. Zresztą nazywało się to "Get Real Stupid", więc sprawa brzmienia i podejścia jest oczywista. To był rok 1998.

14. Wspominałem o nim już wielokrotnie, ale dotąd nie było okazji faceta opisać. Więc obaczcie gościa na jego blogu tutaj. Zapuśćcie film na dole, Reatard opowiada tam o Cheap Time i The Barbaras (git zespoły). Ten film na górze jest z MTV, wymoczek przed przedstawieniem materiału o lo-fi ostrzega młodzież przed niebezpieczeństwem słuchania głośnej muzyki. Mógłby równie dobrze podać sposób obsługi gorącego kubka z herbatą.

15. Skracając długą historię - Reatard wyrósł z punka (co nie znaczy, że z nim skończył) i w 2006 popełnił "Blood Visions". I będzie się o tym albumie mówiło za kilka dekad. Z kilku powodów.

16. Tutaj nastąpiłby opis tej płyty, eksklamacje i wyliczenia zalet. Ale raz - że szanuję waszą inteligencję - a dwa, że opisano temat wielokrotnie i lepiej niż zrobiłbym to ja. Czy tego chcecie, czy nie "Blood Visions" jest albumem ważnym i możecie (powinniście) się z nim zapoznać i wyrobić własne zdanie. Powiem tylko, że to jest jeden z niewielu pop-punkowych albumów, których mogę słuchać bez zgrzytania trzonowcami. I że słychać tam Ramones i Wire. I że trudno mi znaleźć na tej płycie dłużyzny, i właściwie nie mam do czego się w niej przyczepić. To jest Reatarda tour de force.

17. Pisałem tydzień temu - Reatard od czasu swojego solowego debiutu tłucze coraz bardziej popowe single, które podobają mi się coraz mniej, ale są coraz lepiej przyjmowane. Jakimś cudem Reatard przebił się do mediów modniejszych i popularniejszych (czyt. piczfork i pokrewne) dzięki czemu jego muzyka jest dyskutowana szeroko i na bieżąco. Co od razu powoduje oddźwięk w dzisiejszym graniu (vide płyta Nobunny). To w końcu może (ale nie musi) zaowocować zmianą podejścia do punku. Bo powiedzmy sobie szczerze, przez długie lata granie na kilku akordach Modne Media Piszące O Muzyce miały we wzgardzie.
Natomiast polecam Reatarda w innych aspektach - w jego drugim zespole Final Solutions (świetny zeszłoroczny album), albo przy producenckiej konsolecie - też zeszłoroczny Reigning Sound (kolejne nawiązanie - to jest zespół Grega Obliviana). Zresztą Reatard miał jeszcze jednopłytowy projekt z Erykiem Oblivianem. Nazywało się to Bad Times. Brudny, nieładny, zniszczony blues-punk.

***



19. Najlepsze na koniec. New Bomb Turks. Synonim garage-punku. Już nie z Memphis, ale z Columbus w stanie Ohio. Trochę na północ. To jest tzw. midwest. To jakby północna Anglia - jest tam mniej szmalu niż na wybrzeżach, ludzie są trochę milsi (jak Geordies na Wyspach), politycznie niezdecydowani. I nie, nadal nie jest to złota klatka.
Cała czwórka poznała się na uniwerze w Columbus. Studiowali filologię angielską (nienajlepszy wydział, gdyby ktoś mnie pytał). Stąd pewnie te gry słowne w tytułach ich kawałków.
Wychodząc z midwestu i będąc dyplomantami nie grali ulizanej muzyki. Już pierwszy kawałek na płycie zadaje pytanie, czy bycie artystą to powołanie, czy praca.

(19.1. Toulouse-Lautrec z tytułu tego pierwszego kawałka to taki malarz, który specjalizował się w malowaniu dziwek paryskich. Taki jakby Henry Miller, tylko z pędzlem.)

20. Więc są (powinni być) ci goście synonimem garage-punku, ale tak naprawdę go nie grają. To jest po prostu bardzo przyśpieszona garażówka. Jakby kapitan Pickard powiedział im "prędkość warp 5, panowie". Ta szybkość debiutu się zresztą śmiesznie na nich zemściła, bo na późniejszych albumach znacznie zwolnili i tym samym stracili wielu punkowatych fanów. Ale starsze albumy nie są złe, tylko mniej równe. Kombinują tam ze zwyczajniejszym brzmieniem.
Ale tak w porównaniu z The Hives (wystartowali jednocześnie) - debiut szwedów był sympatyczny, owszem, ale tam gdzie Hives prezentowali zmysł mody i fotogeniczność NBT mieli przykop. A w takim graniu zmysł mody jest, delikatnie mówiąc, mniej ważny.

21. Natomiast sam album - ho ho, człowieku. Gitara z pokrętłami głośności i treble podkręconymi do oporu - z początku irytujące. Bas słychać sporadycznie. Wokalista nosowym głosem zapodaje linijki, które zapamiętujesz po pierwszym przesłuchaniu. "We beat our heads to the ground, what a cool sound, hey hey hey!" i na to ostatnie "hey" riff zmienia się z szybkiego w epicko-stadionowy.
Albo "I want my baby dead, I want my baby dead, and i want my baby... DEAD, DEAD, DEEEEEAD!"
Głupie, przezabawne i podane z takim jazdem, jaki kiedyś miał Frankowski na bramkę. Obaczcie końcówkę "Sucker Punch" - paskudnie szybka solówka i wokalista coraz szybciej wykrzykujący poszczególne sylaby tytułu. Później przestaje powtarzać tekst i zaczyna się wydzierać jakby w ramach tryumfu nad materią muzyczną. Słusznie, moim zdaniem.

22. Cholera, wokalista. Potrzebny do niego jest osobny akapit. Gość jest odjechany. Ma ten, nazwijmy to trademark, że cholernie szybko powtarza niektóre początkowe sylaby ("da-da-da-da-dragstrip" kilka razy pod rząd, łamanie języka) i krzyczy euforycznie (właśnie końcówka "Sucker Punch").

23. Style na płycie. Jest przyspieszona garażówka na większości kawałków. Jest trochę prostackiego, ale genialnego punku (minutowy "We Give A Rat's Ass"), są dwa kawałki hymniczne - 'I'm Weak' i 'Mr. Suit'. Ten ostatni oczywiście wcześniej grało Wire. Tutaj NBT zmienili tekst, spowolnili refren i wyszedł im hymn każdego człowieka, który nienawidzi swojego pracodawcy (a są inni?).

(23.1. A Wire, proszę państwa, to taki bardzo gitesny zespół, którego często słuchają ludzie, którzy chcą wydawać osądy o punku jednocześnie nie będąc trzyakordowego grania fanami.)

24. Punkty wyjściowe. Jeśli wam ta płyta przypasi (a jeśli kumacie klimaty które polecam, to absolutnie powinna), to obaczcie ich epkę "Drunk On Cock" (sic), świetny zbiór wczesnych singli i bonusów pt. "Pissing Out The Poison" i gitny późniejszy album "At Rope's End". I polecajcie "Destroy-O-Boy" innym ludziom, cholera. To jest jeden z najlepszych albumów poprzedniej dekady, a niewielu u nas go słyszało.

25. Ależ się rozgadałem. Wybaczcie. Wakacje są niegit, nastały ogólnie nienajlepsze dla mnie czasy, więc jakość dzisiejszej rekomendacji też nie jest najwyższa. Miałem jakoś zgrabnie skończyć tę dłużyznę, ale zapomniałem.

Trzy oglądactwa:
reatard
oblivians
i new bomb turks

09 lipca 2008, 00:43:39

przegląd #6: różowe biedronki w żółte kropki



jestem po dłuższym jeżdżeniu pociągiem do i z warszafki. nie lubię tego miasta (przepraszam warszawiaków - nie poradzę). nie lubię pociągów. i nie znoszę wcześnie wstawać. tyle chciałem powiedzieć. aha, składak (nie podkast) wrzucę jutro. howgh!

Grouper - Dragging A Dead Deer Up A Hill
Eden Express - Que Amors Que
Dwie rzeczy na przeciwnych końcach tego samego spektrum. Rzeczone spektrum to powolny, delikatny psych . Przeciwieństwa są takie, że Grouper robi lodowaty prawie drone, z niebiańskimi wokalami. A Eden Express (jest taka książka Marka Vonneguta, syna TEGO Vonneguta) to rzecz w brzmieniu prawie tropikalna - nieśpieszne, przetworzone hipisowskie przeciąganie nut. Naprawdę relaksujące.
Tak czy kwak - obie rzeczy są naprawdę świetne i można puszczać je późno w nocy. Nawet do zasypiania. Oczywiście, obie są nudne jak cholera, ale w tym właśnie cały ich urok.
[grouper do dorwania stąd]

Vivian Girls - s/t
Wszyscy ostatnio robią jakiś szugejz. Tutaj mamy wersję szugejz-pvnk. Niby trzy panie grają szybkie piosenki harcerskie, ale fuzz, multum efektów i klimat czynią z tego rzecz hymniczną. Naprawdę. Kawałek ostatni, albo "Tell the World" będą na pewno na następnych składakach. Plus, cała rzecz trwa 20 minut. Nie ma miejsca na bzdury. Gitna rzecz do słuchania w pociągu pośpiesznym (sprawdzone!). Nakład 500 kopii już poszedł po ludziach, więc ją zapodaję. Jesienią ma wyjść wersja na CD na Goner, ale póki co...
[ściągamy stąd]

Nobunny - Love Visions
Płyta w klimatach Jay Reatarda, zresztą jak może nie być skoro ma taki tytuł? Tym razem jest to grane przez faceta w masce królika (I shit you not! nawet sprzedaje figurki!). Znów, 20 minut, ale jaka zabawa! Obaczcie przynajmniej melodię (i perfekcyjne wpasowanie śmiesznego sampla w rytm) na 'I Am A Girlfriend', lub gitary na 'Church Mouse'.
[do dorwania stąd - kliknijcie w okładkę]

Wooden Shjips - Volume 1
Jay Reatard - Singles 06-07

Kolekcje singli. W przypadku Wooden Shjips całość była dodawana jako bonus do niektórych wersji ich debiutu, więc właściwie bez nowości. Szczerze rzekłszy, zamiast słuchać tego czekam raczej na powtórne wydanie ich najnowszego singla, na którym był ich najlepszy dotąd kawałek ('Start to Dreaming'). Pewnie to trochę potrwa.
Natomiast płyta Reatarda zbiera wszystkie single z In The Red. Wrzucili tam też siedmiocalówkę z czterema demkami piosenek z 'Blood Visions'.
Ogółem rzecz biorąc, Reatard zamiast nagrywać nową płytę przeniósł się na Matador i tłucze dwukawałkowe single. Każdy z nich jest ultralimitowany i już w dniu premiery osiąga zawrotne ceny na ebay'u. Dlatego też zalecam kupno owych singli. W żadnym wypadku nie należy ich ściągać z soulseeka czekając aż wyjdzie kompilacja singli matadorowych. To nie uchodzi. 50 dolców za dwupiosenkowy singiel to porządna cena.
Poza tym, na singlach (tak z In The Red jak i Matadora) Reatard idzie w power pop, oddalając się od tego genialnego pop-pvnka z Blood Visions. Nie jestem zachwycony, ale to i tak lepsze niż większość obecnego pvnka.
[tutaj]

Diamond Black Heavies - A Touch of Someone Else's Class
Garage-blues-rawk w lidze z The Dirtbombs, tylko wolniejszy i południowy. Co ciekawe, ich wokalista umie śpiewać. Czasem wychodzi im nawet porządny staroszkolny soul ('Bidin' My Time'). Na odstres z butelką w ręku.

La Otracina/Phantom Family Halo - 2008 US Tour
Znalezienie przeze mnie tej płyty na soulseeku, to jak trafienie szóstki w totka, albo lądowanie na księżycu. Choć nie - z pierwszego miałbym kasę, a z drugiego respekt, więc jednak nie. Nieważne - oba zespoły jeżdżą właśnie razem po Stanach i z tej okazji wydali ultralimitowany (50 kopii) split.
Phantom Family nie wydali albumu od dwóch lat, więc jest tu ich (gitny) nowy materiał. La Otracina natomiast cały czas coś nagrywają (niedawno wyszedł ich nowy CDr) i tutaj brzmią jak zwykle - improwizowanie (jazzowa perkusja) w gęstych obłokach marii. Ale najlepsze w tej płycie jest to, że brzmi ona dobrze jako całość, świetnie oba zespoły się uzupełniają.
[do dorwania stąd. rzecz jest w AAC w okolicach 130kbps, nie miałem więc serca kodować tego do mp3.]

The Notorious Hi-Fi Killers - Which Side Are You On?
Kolejny hard-rawk-psych głośnością naruszający konwencje genewskie. Brytolski, kumple The Heads. Świetne brzmienie. Wszystko mówi tytuł trzeciego kawałka ('Queen O' Fuck'). Plus obligaroryjny 15-minutowy odjazd na samym końcu.

Przy okazji - ten nowy Modey Lemon ('Season of Sweets') nie okazał się aż tak mocny. Ale wcześniejszy 'Thunder + Lightning' - owszem.

US Christmas - Eat the Low Dogs
Hotel Wrecking City Traders - EP
Ostatnią rzeczą jaką spodziewałbym się po nowym nabytku Neurot jest bycie tribut bandem dla Hawkwind, ale tak właśnie jest w przypadku US Christmas. Muzyka nerdowa i nudziarska, ale jak jej nie lubić? Są jakby jankeską wersją Litmus, tylko bardziej rozwlekłą. Natomiast HWCT to Australijczycy grający instrumentalny spejs-rawk. W klimatach najnowszej płyty 5ive, choć znacznie lżejszy. Podobno wydali też długogrający album, ale nigdzie nie mogę go znaleźć.

Nomo - Ghost Rock
Pod nieobecność Antibalas.

Eddy Current Suppression Ring - Primary Colours
Australijska garażówka. ECSR to zupełny minimalizm. Nie używają żadnych efektów poza przesterem we wzmacniaczach, robią riffy na kilku dźwiękach, czasem dodadzą prostackie klawisze. I ich wokalista zupełnie nie umie śpiewać (szczerze wątpię czy gość ma słuch muzyczny).
Co zupełnie nie zmienia faktu, że płyta po kilku przesłuchaniach wrasta w pamięć. Riffy są tak niezwykle gitne w swej prostackości. Teksty szczere jak cholera. Zero jakiejkolwiek pozy. W porównaniu do ich debiutu, rzecz jest znacznie bardziej stonowana, wręcz elegijna. Dużo piosenek o śmierci. Tak jak w przypadku Vivian Girls - płyta do pociągu.

Frustration - Relax
Francuski pvnk. Francuzi się wyrabiają w takim graniu ostatnimi czasy, czego dowodem jest ta audycja Siehana. Ciekawe wydaje się też Cheveu, ale nie miałem czasu się w to wkręcić.

Homostupids wydali epkę. Jeszcze jej nie słyszałem, ale wnioskując po tytule ('Cat Music') spodziewam się dzieła na miarę uwertury do Figara Mozarta (kimkolwiek byłby ten cały Figar Mozart).

Sunset - The Glowing City
Pan zmienił nazwę z {{{sunset}}} i zrobił kolejny album. Długi jak cholera (prawie 80 minut). Przyznam, że nie słuchałem jeszcze tego dokładnie (ani też nie mam wielkiej ku temu skłonności), ale te lepsze partie brzmiały jak Olivia Tremor Control. [tutaj]

Deerhunter wysiąkł. To już zupełny spejs-pop. Elegancki, wygładzony, ale chyba jednak mniej interesujący niż ich 'Fluorescent Grey'. Zamiast Deerhuntera proponuję płytę poniżej.

Bam Bam - s/t
Meksykański pop. Trochę staroszkolnego indie, trochę kosmosu (zwłaszcza w końcówce). Ale najlepsze, że gitesne, po hyszpańsku, i za darmo. Ich wytwórnia wydaje tę płytę na swojej stronie: http://www.nenerecords.net/discos/bam-bam-nene-records-2008/

Obaczcie też przy okazji z tejże strony kompilację meksykańskiego garażu: http://www.nenerecords.net/discos/la-compilacion/

01 lipca 2008, 18:02:17

die, human scum



1. The Books - Motherless Bastard
2. Bobby Conn - Punch The Sky!
3. Sun City Girls - The Brothers Unconnected
4. Ross Johnson - My Mission
5. The Heroine Sheiks - Co-Angle Phenomenon
6. The Darvocets - Cattle Mutilation
7. Henry Rollins - World Peace
8. The Dead Milkmen - Stuart
9. Neil Hamburger - Flashers
10. Country Teasers - Please Stop Fucking Each Other
11. Bongwater - What Kind Of Man Reads Playboy
12. Neil Hamburger - The Ocean Blue
13. The Beauty Pill - Won't You Be Mine
14. Wrangler Brutes - Shank'd
15. Terry S. Taylor - I'm Thirsty, I Need Wahwah
16. Terry S. Taylor - Sound Effects Record #32
17. Ross Johnson - Signify
18. William S. Burroughs - Kill the Badger!
19. Prolapse - Tina This Is Matthew Stone

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
do pobrania:
plik mp3 96kbps(słabsza jakość, szybciej się ściąga)
plik mp3 135kbps vbr (lepsza jakość, zrób sobie kawę, idź na spacer z psem)

uwagi:
- 55 minut. utwory gadane

- tytuł wzięty z refrenu kawałka country teasers. niemiła to muzyka, wysoce konfrontatywna, a tutaj jeszcze podana w wersji live. ich wokalista specjalizuje się w udawaniu rasisty, homofoba i seksisty. polecam całą ich twórczość, ma ona właściwości katartyczne. poza tym, jak mógłbym nie polecać zespołu, który na swoim albumie live gra kawałki brainbombs i butthole surfers?

- w programie zawarto dwa dowcipy opowiedziane przez neila hamburgera oraz jeden mój. wszystkie trzy są wyjątkowo marne. hamburgera można obejrzeć tutaj.

- otwierające the books to jednocześnie ewenement i oczywistość. ewenement - bo nigdy nie słyszałem tak fajnego albumu robionego z dźwięków nagranych w terenie (nie licząc ostatniego albumu rachel's). oczywistość, albowiem drugi raz czegoś tak fajnego nigdy nie nagrali.

- kawałek sun city girls zawiera jeden z najlepszych (i najśmieszniejszych) trzyminutowych tekstów jakie dotąd widziałem/czytałem. zawiera masę genialnych one-linerów, dwuwersów, intertekstualnych odniesień i błyskotliwych gierek słownych oraz jest zakończony zabijającą pointą. o ile, naturalnie, wie się kim był sirhan sirhan.

- dead milkmen to zupełnie zapomniany (i już nieistniejący) zespół robiący satyryczny cow-punk. tutaj zagrali do stylizowanego monologu menela, w którym ów udowadnia, że ziemia wokół dużych miast staje się nieurodzajna na skutek działań gejowskich marsjan. bezcenne refleksje.

- rollins z albumu pt. 'think tank'. rzeczony mięśniak nie próbuje doić forsy z faktu, że grał w jednym z najważniejszych zespołów w historii. zamiast tego robi teraz gitny stand-up. widziałem niedawno jego dvd pt. 'uncut in nyc'. kolejna rzecz do polecenia.

- wrangler brutes to taki jednorazowy projekt pana sama mcpheeters'a, który przejął brzmienie po jednym z najważniejszych zespołów w historii (patrz myślnik wyżej). wcześniej grał w znakomitym born against. miał jeszcze swego czasu awangardowy zespół men's recovery project.
shank to taki nóż robiony z przedmiotów codziennego użytku. shank'd to przymiotnik określający osobnika z takowym nożem wbitym pod żebrem.

- kawałki 15. i 16. to wycinek soundtracku do gry komputerowej neverhood, o której można mówić tylko w kategoriach dzieła sztuki. bo jak inaczej można podejść do gry, w której rozwiązujemy łamigłówki co jakiś czas oglądając genialnie groteskowe animacje robione w glinie, możemy zginąć tylko w jednym miejscu (oznaczonym tabliczkami "nie wchodź tu bo zginiesz!"), a na końcu jesteśmy postawieni przed najprostszym z możliwych wyborem moralnym? do tego dodajmy jeszcze OST brzmiący jak dixieland na dragach będący najlepszym występem profesjonalnego muzyka w grze komputerowej obok davida bowie w omikron: the nomad soul.
dwa dzisiejsze utwory pochodzą z bonusa dołączanego do soundtracku Neverhood. nie pojawiają się w grze, i muzycznie nie mają nic z nią wspólnego. są po prostu cholernie śmieszne. a neverhood można dorwać na przykład stąd. .

- burroughs z legendarnej płyty 'dead city radio'. w puszczanym kawałku burroughs czyta fragment swojej powieści 'the cat inside'.
kolorowa postać ten burroughs. o ile ten przymiotnik pasuje do człowieka, który zabił swoją żonę po pijaku bawiąc się w wilhelma tella, ćpał wszystko jak leci i jeździł do meksyku w celach, powiedzmy sobie szczerze, pedofilskich.
co zresztą w literaturze nie jest niczym nowym - lord byron podobnież sypiał z 12-letnim chłopcem. pamiętacie ten komiks?

- w kawałku prolapse mamy zapasy damsko-żeńskie. i nie, nie jest to kolejny eufemizm na współżycie płciowe. o, kolejny eufemizm.

24 czerwca 2008, 11:32:45

save your breath



1. Grouper - Disengaged
2. Grouper - Heavy Water / I'd Rather Be Sleeping
3. The Static Silence - Candles
4. Parker & Lily - I Am A Gun
5. Bassholes - Angel Of Death
6. Big Blood - Something Brighter than the News
7. Charalambides - Walking Through The Graveyard
8. Valet - Kehaar
9. Indian Jewelry - Everyday
10. Indian Jewelry - Walking On The Water
11. Quickspace - Minors

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY] plik mp3 do pobrania

uwagi:
- 47 minut.
- muzyka do spania lub do podróży rowerem przez Saharę. powolna, cicha, rozwlekła. nie słuchajcie jej jeszcze teraz. poczekajcie aż się ściemni.

- grouper to moje najnowsze odkrycie. rzecz piękna. właściwie - śliczna, bo śpiewana przez kobietę. płyta zwie się dragging a dead deer up a hill i jest wspaniała. napiszę o niej więcej kiedy nie będę już miał sesji.

- parker and lily z ostatniej, najlepszej płyty.

- bassholes ze zbioru singli. inspirujący tekst.

- big blood z rzeczy najnowszej.

- resztę opisywałem wcześniej. z wyjątkiem wyjątków.

17 czerwca 2008, 15:02:21

look for me walkin' just any old way



1. Miss Alex White and the Red Orchestra - In the Snow
2. Sonic Chicken 4 - On My Way
3. The Little Killers - Street
4. The Hex Dispensers - Channel 13 Is Haunted
5. Reigning Sound - Get It!
6. The Yips - Tin Ear
7. Miss Alex White and the Red Orchestra - A Buzz
8. Tokyo Electron - They'll Come For You
9. Lord High Fixers - You Got It
10. Marble Sheep - Raise The Dead
11. Linus Pauling Quartet - Cannonball
12. Bantam Rooster - Shot Down
13. CPC Gangbangs - Teenage Crimewave
14. CPC Gangbangs - Driving Me To Habit
15. Vincent Black Shadow - Restless
16. Vincent Black Shadow - Shamanix
17. Tokyo Electron - When You Hear Me
18. The Black Keys - Have Love Will Travel (live)

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY] plik mp3 do pobrania

- 45 minut. grać głośno.
- głupi garaż. energia. potańcówka. pierwsza połowa bardziej melodyjna. druga połowa przyjmuje więcej toksycznych substancji.
- lord high fixers w najlepszym coverze mudhoney jaki dotąd słyszałem.
- wszystkie trzy rekomendowane wczoraj rzeczy są tutaj zaprezentowane (lepiej lub gorzej).
- reigning sound to gość z genialnych oblivians. poleca ich też migala, więc coś w tej płycie musi być.
- the yips z wcześniejszego katalogu siltbreeze. słychać skąd wzięło się brzmienie times new viking.
- znakomite marble sheep z rekomendacji istvana kohanego. dzięki, man.
- lp4 z poprzedniej płyty (nie tej zeszłorocznej). fun.
- the black keys grają standard r'n'r. to dzięki nim kilka lat temu usłyszałem wersję the sonics, a później całą resztę ich dokonań. i to wszystko doprowadziło mnie do robienia takich składaków. dziwny żywot.

17 czerwca 2008, 01:05:16

play from yr fucking heart


CPC Gangbangs - Mutilation Nation
Swami 2007


Vincent Black Shadow - More Deeper
Heart Break Beat 2008


Tokyo Electron - Tokyo Electron
Empty 2005

1. ...nie wiem. To już tu było kiedy przyszedłem. To nie moje. Nie wiem. Mistrzostwa niezłe, nie? Ciekawe mecze, stosunkowo mało obronnego nudziarstwa. Anglików nie ma, ale prócz mnie nikt za nimi nie tęskni. To nic nowego, przyzwyczaiłem się. Kiedyś czytałem takie jedno pismo i kiedy przestano je wydawać znajomi śmieli się, że upadło bo tylko ja je kupowałem i zapomniałem o najnowszym numerze. Przyzwyczaiłem się.

(1.1) Pomijając oczywiście duet borek-kołtoń. Nie znoszę ich obu.

2. I WANT MY ROCKSTARS DEAD krzyczy pan Bill Hicks. I ma słuszność. Słuszność tak w samym fakcie, że krzyczy, jak i w wykrzykiwanych słowach. Rzeczywiście, gdybym miał dzieci (to się nie zdarzy) to też chciałbym, żeby słuchały ludzi leżących we własnych wymiocinach. Bo w muzyce takich ludzi jest (popieprzona) prawda. Krzykacze. W tych czasach nie trzeba walczyć o mięso, nie trzeba jeździć na krucjaty na rozkaz papieża. Nie ma zaborów, ani armat na wzgórzach. Ale potrzeba wrzasku nie znika.

(2.1.) Właściwie nadal trzeba walczyć o mięso. Krucjat nie ma, ale armaty nadal są. Więc nie miałem racji.

(2.2) Hicks nie był miłym człowiekiem i nie dożył spokojnej starości. Umarł na raka. Ale co się nakrzyczał - to jego. I jeszcze dostawał za to pieniądze. Cichy tryumf. Właściwie - głośny trymf.

3. Iggy Pop rozbijający butelkę o scenę, tarzający się w ostrych kawałkach i rozsmarowujący na sobie krew. Henry Rollins bijący fanów nie kumających późniejszych płyt Black Flag. Bannon z Converge wskakujący w tłum tak nieszczęśliwie, że pada i gitarzysta musi go wyciągać spod nóg zdziczałych widzów. Basista Cows, którego głównym hobby na koncertach jest charkanie na publikę. Członkowie Flippera unikający lecących w ich kierunku butelek. Albo to, lub to.
Julian Cope twierdzi, że esencją rockmana jest szamanizm. Jakieś ponadnaturalne właściwości. Możliwe, że to prawda. Ale moim zdaniem jest to umiejętność publicznego zdebilenia. Agresja o wektorach w kierunku zewnętrznym i wewnętrznym.

4. Co jest zresztą domeną nie tylko rocka. Choć nie kumam tej płyty - uwielbiam rozpoczęcie debiutu Wu-Tang Clan. Ten idiotyczny (genialny) okrzyk "Bring da muthafuckin ruckus!". Bryn da madafakin' rakaz!. Jakież to gitesne. Właściwie to powinna być inwokacja na wszystkich omawianych dziś albumach.

5. Rozważmy rzecz statystycznie. Jest tylko siedem podstawowych fabuł. Są dwie bramki i jedna piłka. Jest sześć strun. Riff z 'Louie Louie' to trzy dźwięki. 'Satisfaction' Stonesów - też. Najgłupszy punk da się grać na jednym chwycie. The Stooges grywali na swoim debiucie perkusyjnie jeden dźwięk na fortepianie. Nie ma miejsca na półśrodki. Jeśli bawisz się w minimalizm, to trzeba przynieść ze sobą do studia coś więcej niż znajomość schematu toniki/dominanty. I cała dzisiejsza trójka o tym doskonale wie.

6. Patrząc z perspektywy czasu, Funhouse nie powinien dziś być tak ciężki jak w momencie premiery (zgodnie z tą zasadą). A jest. To chyba kwestia groove'u. Tak samo, jak ciężcy są dla mnie Blues Brothers (może lepszym słowem byłoby 'dynamiczni'). Nie da się przy nich usiedzieć spokojnie.

7. Przy CPC Gangbangs też się nie da na spokojnie. Na wstępie dostają punkty za nazwę. Natomiast na pierwszy rzut ucha brzmią jak zwykła garażówka. Ale tu jest coś więcej. Nie dość, że czerpią ze wczesnego proto-metalu (a'la Pink Fairies) to jeszcze mają jazd jak najlepszy rhythm'n'blues (właśnie w stylu Blues Brothers). Właściwie taki pęd w graniu obecnie prezentują tylko The Dirtbombs. Za tym idzie chwytliwość. Bo rzeczy w stylu nagłego zgłośnienia w 'PCP', albo narastającego hałasu w 'Life Support' zostają we łbie jak diabli. I ta prędkość, jakby się im tyłki paliły

(7.1. Ha, kolejne nawiązanie do debiutu Mr. Bungle! Punkt dla mnie!).

8. I wokalista. Jego zasługą jest fakt, że najgłupszy refren świata w 'Mechanical Man' ("Mechanical Man!/Fuck you!" w kółko.) jakoś działa. Jest też "Habit!" wrzeszczany w refrenie 'Driving Me To Habit' przy genialnym "zjeżdzającym" riffie. I cała reszta.

9. Brzmienie jest perfekcyjne. To znaczy - brudne, ale i tak słychać doskonale obu gitarzystów. Czasami obaj ładują riff, a czasem jeden odłącza się by trzasnąć krótkie, prymitywne solo. Problemem może być tylko utwór otwierający. Jest powolny i niepasujący. Właściwie po tym otwarciu album cały czas przyspiesza. Rzecz kończy się najgłupszym kawałkiem, bez żadnego zwalniania, grania outra, czy jakichkolwiek pierdół. Ale płyta trzyma się lepiej niż zwykła kolekcja singli.
Aż dziw bierze, że Kanadyjczycy umieją tak czadzić. E, żartuję. Przecież jest Nomeansno. I Hanson Brothers.

10. Teraz Vincent Black Shadow. Dzielą nazwę z jakimś pseudopunkowym zespolikiem. A sami tłuką zupełnie przepity rock. Tohuwabohu rzekł słusznie - ich wokalista wie o co chodzi. Portishead nie byłoby bez Gibbons, a VBS bez tego uparcie psującego sobie gardło gościa. Jakby chciał powiedzieć - walić nuty! Odsuńcie się, będę pluł! I plwa.

11. VBS są z Baltimore. Każdy kto oglądał The Wire (który polecam z obu komór i zastawek jako najlepszy serial, jaki dotąd widziałem, bar none), wie, że to nie jest najprzyjemniejsze miasto pod słońcem. A co mówią o nim przeze mnie polecani? "Baltimore jest fajne, bo żyje się tu taniej i na ulicach jest tyle menelstwa, że zawsze jest z kim wypić". Co, jak zgadujecie, w ich graniu słychać. Na aversion.com napisano słusznie - jest coś obscenicznego w ich brzmieniu. Nie to, żeby zabijali na scenie zwierzęta, czy prezentowali szczegóły swojej anatomii. Całość po prostu brzmi tak cholernie zadziornie. I ciężko, w taki sposób, że jakbyś nie podkręcił głośności, to będziesz ten ciężar czuł.

12. I najlepsza rzecz w ich muzyce. Wszystko zgrywają na żywo w studiu. Tak jak The Stooges dawniej i The Heads teraz. Żadnych dokrętek, wszystkie błędy zostają. To jest cholernie ważne, bo w ten sposób zachowuje się wrażenie bycia na koncercie. Gitnym koncercie - bo nie ma na nim innych widzów, a zespół brzmi zupełnie wariacko. Tak samo jak w przypadku CPCG - żadnego intra. Od pierwszej do ostatniej sekundy napieprzają jakby się paliło. Ale naprawdę - to nie jest tylko takie wyrażenie. Oddech można złapać tylko w naprawdę krótkich momentach space-odjazdów po niektórych kawałkach.

13. Tak samo jak na debiucie całość trwa pół godziny. Brzmią lepiej, słychać teraz lepiej obie gitary kosztem basu (na pierwszym albumie przesterowany bas rządził wszystkim). I wokal. Goddamit. Gość jest obecnie najlepszym krzykaczem w takim graniu. Jeśli słyszeliście lepszego, czekam na propozycje. I nie, Iggy Pop się nie liczy. Już nie.

14. Bring da muthafucking ruckus you fucking mouth breather! Pieprzyć skomplikowane solówki. Goście grają w ostatnim kawałku riff na dwóch dźwiękach. Całość, od tytułów piosenek (np. "Pac-Man Jones", przeskoczycie to?), do doskonale ustawionej kolejności kawałków, aż do kosmicznego (w stylu Hawkwind albo raczej Simply Saucer) zakończenia. Nie ma błędów. Nie wiem. Nawet trudno wybrać jeden najgiteśniejszy kawałek. Całość mija tak cholernie szybko, że właściwie najlepiej słucha się tego kilka razy w kółko.
Rozbija mi głowę ten album. Jest najlepszy z całej trójki.

(14.1. Jeszcze w ich temacie. VBS nie są ostatnimi, którzy dobrze robią space-punk. Są jeszcze goście o nazwie Vee Dee. Ich debiut był, co prawda, zupełnie niespecjalny, ale tegoroczna siedmiocalówka - jak najbardziej gitna. Zamiast udawać The Stooges goście robią space-rock w stylu wczesnych '60. Klasyczne harmonie wokalne do paskudnego przesteru. Cymes. Podobno w tym roku mają wydać nowy LP. Jeśli czeka nas coś fajnego, to obstawiałbym właśnie ich.)

15. Na koniec Tokyo Electron. W kontekście poprzednich - prawie relaks, choć jest najgłośniejszy. Goście grają garażówkę, z melodiami ukrytymi pod brzmieniem jak w Times New Viking czy Coachwhips, tylko cieplejszym i bardziej przestrzennym. No i tutaj nie są to indie-popowe melodie, jak w przypadku TNV, tylko rzeczy sięgające właśnie klasycznego r'n'b. The Sonics na sterydach.

16. Naprawdę świetne brzmienie. Distortion ustawiony w okolicach dziesiątki. Dramatycznie głośne. Riffy proste jak paczka gwoździ. Też, jak w przypadku pozostałych dziś omawianych zespołów, dwóch gitarzystów. Wokalista śpiewa chyba przez mikrofon za pięć dolców. Ledwo go słychać, tak samo jak perkusję. Czyli dokładnie tak jak trzeba.

17. Genialna rzecz na lato. Znów, trudno wybrać - tyle tutaj gitesności. Choć pływ gorszy niż na dwóch poprzednich. Za to lepiej im wychodzą melodie. Ale who cares? Będziecie przy tym siedzieć w wygodnym fotelu z kieliszkiem drogiego wina? To dopiero muzyka na imprezę. Oprócz tego, że nikt by na taką imprezę nie przyszedł, bo się tego u nas nie słucha.

18. Kurna, dlaczego w Polsce nikt tak nie gra? Kiedy czytam, że nadzieją rocka jest u nas coś takiego, albo takiego, to ręce opadają. Obydwa te zespoły są zapewne świetnym podkładem dla każdej modnej pani domu. Albo pana domu, bo równouprawnienie. Przy takiej muzyce pewnie łatwiej zmywa się naczynia, odkurza, dzieci przy tym nie płaczą i szybciej zasypiają. A że grają to ludzie wykształceni i osłuchani, i brzmi to lepiej niż cała reszta polskiej muzyki? To trochę tak jakby zwykły sportowiec wystąpił na paraolimpiadzie i krzyczał później "Wygrałem! Wygrałem!". Wow. Rzeczywiście - wygrałeś.

19. Po ostatnie - w żadnym wypadku nie należy słuchać tych trzech rzeczy na słuchawkach. Cholernie piszczy w uszach. Ustawia się, kumiecie, kolumny i jedziesz po głośności. Do oporu.

20. Cała trójka jest do kupienia dość tanio. Tutaj i tutaj. Nakład Tokyo Electron wyszedł na papierosa. Jeśli nie jesteście pewni czy warto wydawać dolce - ozywajcie się. Służę linkami.

do posłuchania:
cpc gangbangs
teledysk
'i want blood' na żywo
git audycja z ich udziałem

vincent black shadow

tokyo electron
na żywo #1
na żywo #2

06 czerwca 2008, 01:15:43

przegląd #5: mizerykordia to kawał ziemi pod grudziądzem



dziś szybko i krótko. żeby mieć z głowy.
1. oglądamy:
- ten komiks;
- ten występ;
- inne obrazy tego faceta;

2. czytamy:
- tę listę, jeśli chcemy wykumać o co chodzi w garażówce (a warto, zaświadczam);

3. słuchamy:
- trzech płyt z czerwcowego drudionu juliana cope'a:
jex thoth - s/t - bardzo klasyczny doom ze świetnym kobiecym wokalem;
pas chic chic - au contraire - kanadyjski psych-pop robiony m.in. przez gości z GY!BE (teledysk 1, teledysk 2 - wiem, wymoczki, ale julian cope to polecał, goddamit);
eternal tapestry - mystic induction - dwa długaśne (20 minut) fragmenty pół-improwizowanej psychodeli. dla fanów la otracina. i dla tych, którzy o la otracina słyszeli.

- będąc w klimatach rozwlekłej psychodeli muszę wspomnieć o reedycji pärson sound. nie powiedziałbym nic lepszego niż to, co napisał rekomendujący ten album john dwyer:
"Have you heard this shit? What the fuck? Swedish band from ’66-’69, it’s so good I want to rip it off but can’t even come close to writing anything like it. Too bad."
obaczcie przynajmniej wstęp do kawałka pt. sov gott rose-marie. lata sześćdziesiąte, a do dziś takich rzeczy nikt nie robi.

- no age - nouns
ta płyta w żadnym wypadku nie zasługuje na tak wysoką notę, ale jest mocna. brzmi jak przyśpieszony pavement z czasów ich pierwszych singli. zainteresujcie się - rzadko się obecnie słyszy pop, w którym gitary robią więcej melodii niż wokale.

- hunchback - pray for scars
o tym napiszę niedługo, rozwaliło mnie to kompletnie. nawrzucali w dziesięć kawałków około trzydzieści różnych gatunków i się obronili - wszystkie są udane. w pale mi się to nie mieści zwłaszcza, że wyszli od horror-punku. wychodząc od zupełnego profanum osiągnęli sacrum.
plus ostatni kawałek. OSTATNI KAWAŁEK!!!
teledysk (w wersji mniej dynamicznej, niż ta na albumie)

- colour haze - all
ważna, cholernie ważna rzecz dla każdego fana stonera. ci niemcy od dłuższego czasu grają rzeczy kyussowo-hendrixowe, z taką różnicą, że ten zespół naprawdę umie grać. ale naprawdę umie, tylko brzmią jak kyuss, bo konstrukcją utworów bliżej im do cream. wszystkie ich albumy są wspaniale wyprodukowane i ten się pod tym względem nie różni. album wyszedł im wieczorowy, kombinują z melodiami.
obaczcie ten teledysk, ale na nim nie poprzestajcie.

- harvey milk - life... the best game in town
nie imponuje mi tak jak special wishes. jest bardziej w stylu the pleaser - brzmienie jest deko lżejsze (nie ma tutaj tego walnięcia z początku poprzedniego albumu), grają tradycyjniej (coverują Fear). mniej jest artyzmu (co nie przeszkadza im w pierwszym kawałku wpaść w pięć minut idiotycznie prostego riffu). pan joe preston z thrones dołączył do składu, i to zapewne on jest odpowiedzialny za te wszystkie (fajne) noise'owe antysolówki na albumie.
ale też nie chcę nikogo zniechęcać - to jest nadal harvey milk. nadal brzmią ciężko jak kurzatwasz i nadal w swych kawałkach kombinują częściej i lepiej niż większość zespołów ich pokroju. po prostu nie utrafiłem w klimat.
(odsłuch albumu w stream)

- debiutu gris gris i ostatniej płyty lord high fixers. nie mam siły tłumaczyć dlaczego.

4. dajemy:
- spokój. błogi polski spokój.