
Oblivians - Sympathy Sessions
Sympathy for the Record Industry 1996

Jay Reatard - Blood Visions
In The Red 2006

New Bomb Turks - !!Destroy-Oh-Boy!!
Crypt 1993
1. Na początek cytat z knigi pt. "Uczeni w anegdocie" traktującej, nie wiedzieć czemu, w dużej mierze o chemikach. Może autor był chemikiem? Nieważne, cytat.
"Z okazji jubileuszu ministerstwo chciało obdarzyć czymś Tammanna:
- Co możemy uczynić dla pańskiego instytutu?
- Nic.
- Może przydałby się panu jakiś drogi aparat?
- Moje aparaty kosztują najwyżej 10 marek.
- Może w takim razie jakaś premia dla pańskich asystentów?
- Hm, owszem. Ale nie więcej niż 100 marek.
- Czemu tak mało?
- Ptaki nie śpiewają w złotych klatkach."
2. I jeszcze druga rzecz. Ta recenzja.
Nieładnie śmiać się z innych, wiem. Ale nie będę się kłócił z oceną płyty. Nie wracam do niej często, więc nie będę oceniał.
Natomiast muszę się przyczepić do dwóch rzeczy. Po pierwsze, mniej ważne (i bolesne) jest błędne umiejscowienie stylistyczne Yume Bitsu. Dobry zespół, teges, tyle że od brzmienia "Amanity" i "Well Oiled" dzielą ich kilometry. Oni nie uczyli się na Pondziakach, man. To nie jest szkoła filadelfijska - raczej brytolska. Yume Bitsu brzmią jak improwizatorska wersja Bark Psychosis albo Flying Saucer Attack. Albo okolice Kranky. Poza tym twierdzenie, że Pondziaki zostali tam gdzie byli też jest dyskusyjne. Można się kłócić, czy są dziś lepsi, czy gorsi niż we wczesnych latach, ale porównanie ich debiutu do ich dzisiejszego brzmienia (na samych LP, nie licząc limitowanych winyli i nagrań sesji jamowych) jasno wykazuje, że jednak się zmieniają.
Ale to nic. Najbardziej rozbił mnie ton tej recenzji. Gość, wyobraźcie sobie, pisze: "ja z Bartkiem daliśmy radę smęcić tak przez 30 minut, a LSD Pond ciągną to ponad cztery razy dłużej." I tu następuje skaga na brzmienie, że na płycie nie słychać jedenastu osób, które miały by brać udział w nagraniu.
Jest kilka możliwości. Może to jest taki ultraśmieszny dowcip, którego nie rozumiem? Bo tak szczerze, kiedy zbierają się dwa bardzo poważane składy grające psychodelę, to jednak do takiej płyty podchodzi się z pewnym szacunkiem. To są jam sessions, tu się stosuje trochę inne standardy oceny.
Ale też być może, że autor jest jakimś wybitnym muzykiem, o którym nie słyszałem. Może gra w jakimś zespole coś w klimatach Karpat Magicznych i stąd ta dezynwoltura? Jeśli tak, to czekam na wydanie jego dźwięków nagranych z rzeczonym Bartkiem, może być CDr. Płyta polskiego muzyka grającego w klimatach LSD Pond byłoby dla mnie dużym wydarzeniem.
(2.1. A jeśli nie gra, to ta recenzja jest po prostu buractwem.)
3. Teraz będzie ultrapłynne nawiązanie do dzisiejszych płyt - dobre garażowe granie wyróżnia się dwoma elementami. Brakiem złotej klatki i wielkim respektem dla muzyki. Cała trójka dzisiaj polecanych zanim muzykami, była fanami muzyki. Takimi obsesyjnie kolekcjonującymi płyty, mogącymi o nich gadać przez dłuższy czas. To w takim samym stopniu wyłazi w wywiadach jak i słychać na ich nagraniach.
4. Zaczynamy od Oblivians. Mieszkali w Memphis, w żadnym wypadku nie będącym złotą klatką. Może oglądaliście "Mystery Train" Jarmuscha? Chodziło w nim o Króla. W podniszczonym hotelu siedział znudzony Screamin' Jay Hawkins i wynajmował obskurne pokoje. W jednym z nich w nocy ukazywał się Elvis. Był też zdenerwowany Joe Strummer, którego z powodu fryzu przezywano Elvisem. W radiu Tom Waits zapowiadał "Blue Moon" w interpretacji Elvisa. No i para japończyków kłóciła się kto był lepszy - Elvis czy Carl Perkins. Tradycyjne klimaty Jarmuscha. Z wywiadu z Erikiem Oblivianem:
'Memphis is Memphis. It's fucked up and great, and fucked up and terrible. It's dirty water and soul. High crime and great gangsta rap. Fried chicken and the best barbecue ribs & sandwiches (pork, not beef) in the world. Sometimes I gotta get out, sometimes I can't believe I'm lucky to be here. The river, the music, the food. The heat.'
W każdym razie, gdybyście się do Memphis wybierali (by obaczyć Graceland, na przykład) to na stronie gitesnej wytwórnii Goner jest przewodnik po tym mieście.
5. I ta wytwórnia została założona przez perkusistę Obliviansów. Pozostałych dwóch gości przyszło z Compulsive Gamblers. CG niby też robili garaż, ale byli znacznie mniej konfrontatywni i grali bardziej skomplikowane kompozycyjnie rzeczy. W kwestii podejścia do tematu był to raczej retro-rock, niż garażówka. Właściwie trudno powiedzieć, że założył ją perkusista, bo cała trójka wymieniała się instrumentami. Więc Goner to twór gościa nazwiskiem Friedl. Tych dwóch z CG to Cartwright i Yarber. Co zresztą też nie jest tak ważne, bo cała trójka ochrzciła się się nazwiskiem Oblivian, na modłę Ramones'ów. Bardzo dobra modła, gdybyście mnie pytali.
6. Więc pochodząc z takiego miasta, mającego takie tradycje, mając taką wytwórnię i grając takie rzeczy jakie grali wcześniej musieli być giteśni. I oczywiście byli.
7. Nie mieli basisty. W perkusji brakowało tzw. centrala (czyli perkusista nie grał stopą). Więc nietrudno się kapnąć, że brzmieli dość szorstko. Do tego jeszcze grali szybsze tempa. Nie byli pierwszym zespołem o takim brzmieniu - ich debiut wyszedł w 1994. Wtedy Jon Spencer Blues Explosion mieli już trzy płyty na koncie. Byli też Gories z gościem, który teraz gra w The Dirtbombs. Cheater Slicks grać podobnie zaczęli dekadę wcześniej. Więc dlaczego warto znać Oblivians?
9. Albowiem u nich było najwięcej luzu. Wrzucali gołe, lub niekompletnie ubrane panie na okładki płyt. Zamieniali się instrumentami i zmieniali brzmienie. Raz grali jakby blues-punk, raz prawie soul, nagrali nawet płytę z gospelem (właściwie gospel-punkiem). I mieli naprawdę idiotyczne teksty w ogromnej większości traktujące o seksie. Plus chwytliwość. Nikt, spośród wymienionych powyżej podobnych zespołów, nie miał takich refrenów jak oni. Obaczcie na przykład "I'm Not A Sicko, There's A Plate In My Head" (już sam tytuł jest gitesny). Albo świetny, hymniczny riff z "Feel Real Good". Albo psychotyczny "Show Me What You Like". Albo rozwrzeszczany "What Rock'n'Roll Is All About". Albo, z innej płyty, "Guitar Shop Asshole" (czyli po naszemu "Sprzedawcy w sklepie z gitarami żałosny rapsod").
(9.1. Nie znoszę Norwida.)
10. "Sympathy Sessions" to dziwaczna rzecz do polecenia - zbiór dwóch dziesięciocalówek plus kilka dodatkowych kawałków nagranych w studiu wytwórnii Sympathy For The Record Industry w Kalifornii. Jest to rzecz nierówna, ale właściwie żaden ich album nie był spójny, a na tym jest po prostu najwięcej rzeczy mocnych. Jedyny problem w tym, że lepiej się tego słucha w pojedynczych dawkach, niż albumu w całości. Ale to już cecha łącząca ich granie z muzyką z lat '50 i '60, zanim nastała era albumów.
Ponownie, głos ma Eric Oblivian:
'Sympathy Sessions CD compiles a couple of times we ventured into Doug Easley's studio and let them twist knobs while we play the songs we had as best we could.... depending on the day, it went well or it went like shit. We trashed a couple of sessions completely, just came back and re-did everything. The guys at Easley are basically invisible, at least for us. They anticipated the kinds of sounds we'd want without us having to ask. The sound is raw but controllable in the mix.'
I rzeczywiście. Słychać, że zgrywane jest to na żywo. Dzięki temu brzmienie jest cholernie dynamiczne. Przester - strasznie rozlazły, zagłuszający wszelkie subtelności. Czasem z perkusji słychać tylko talerze. To brzmienie przesteru ściągnęli od nich później Tokyo Electron. Z gitnym skutkiem, oczywiście.
11. Tak jak mówiłem - git rzecz. Ale pierwsze przesłuchania mogą być trudne przez tę niespójność stylistyczno-brzmieniową. Po prostu traktujcie "Sympathy Sessions" jak składak porządnej garażówki.
Teraz, zamiast opowiadać o zakończeni kariery zespołu po raz ostatni zacytuję wywiad:
'PSF: Why music? Why did the Oblivians have to be formed? Greg Oblivian: Fuck, at the time everybody wanted to be the Gories... we couldn't even do that. We didn't know what we were doing. It was a joke! We broke up because the joke had become like work... and none of us like to work.'
Dobre, nie? Ładnie to podsumowuje ich podejście.
***
12. Przerwa. Pogadajmy o garażówce w szerszym kontekście. Dlaczego warto bawić się w wyszukiwanie zespołów grających na zepsutych gitarach trzy dramatycznie przesterowane akordy bluesowe? Nic prostszego - po pierwsze, nieoryginalność tej muzyki jest pozorna. Ci goście grają kawałki sprzed połowy dekady, ściągają zagrywki od ludzi, którzy podwaliny muzyki popularnej tworzyli. To znacznie zabawniejsze niż ściągać od ludzi grających dance-punk, którzy ściągali od ludzi grających post-punk, którzy ściągali od ludzi grających punk, którzy ściągali od ludzi grających beat, którzy ściągali od ludzi grających pub-rock, którzy...
Po drugie, idea DIY bardzo giteśnie jest przez garażówkę podtrzymywana. Ludzie siedzą na małych wytwórniach, tłoczą niskonakładowe siedmiocalówki (na przykład tacy The Retainers, istnieją kilka lat, a wydają tylko małe winyle) i grają dla małych publiczności.
I trzecie, najważniejsze. Garażówka uczy pokory dla muzyki (uczy szukania, właściwie) i świetnie się nadaje na imprezy. Choć ilość ludzi, którzy takie imprezy organizują liczona jest w promilach, a nie procentach. Może nawet w promilach procentów. To jest ten odłam muzyki nazwijmy to melodyjnej, który najlepiej nadaje się na bezmózgie odstresowanie. Jak oglądanie bardzo marnych filmów z Cinemageddon. Bo i pasja ludzi grających garażówkę jest porównywalna z pasją ludzi, którzy zbierają filmy klasy B. Nie szukając daleko - są dwie składanki zapomnianych piosenek, których covery grali The Cramps i Cheater Slicks. I oba te składaki zawierają tonę zapomnianych, zakurzonych diamentów. Jak już mówiłem, ta pasja poszukiwawcza przenosi się na granie.
Dobra, koniec przerwy. Wracamy do rekomendacji.
***
13. Teraz zgadnijcie jak nazywał się zespół, który nagrał dziewiątą płytę w historii wytwórnii Goner? The Reatards, z nastoletnim Jayem Reatardem na wokalu i gitarze. Idiotyczny, dość agresywny garage-punk. Zresztą nazywało się to "Get Real Stupid", więc sprawa brzmienia i podejścia jest oczywista. To był rok 1998.
14. Wspominałem o nim już wielokrotnie, ale dotąd nie było okazji faceta opisać. Więc obaczcie gościa na jego blogu tutaj. Zapuśćcie film na dole, Reatard opowiada tam o Cheap Time i The Barbaras (git zespoły). Ten film na górze jest z MTV, wymoczek przed przedstawieniem materiału o lo-fi ostrzega młodzież przed niebezpieczeństwem słuchania głośnej muzyki. Mógłby równie dobrze podać sposób obsługi gorącego kubka z herbatą.
15. Skracając długą historię - Reatard wyrósł z punka (co nie znaczy, że z nim skończył) i w 2006 popełnił "Blood Visions". I będzie się o tym albumie mówiło za kilka dekad. Z kilku powodów.
16. Tutaj nastąpiłby opis tej płyty, eksklamacje i wyliczenia zalet. Ale raz - że szanuję waszą inteligencję - a dwa, że opisano temat wielokrotnie i lepiej niż zrobiłbym to ja. Czy tego chcecie, czy nie "Blood Visions" jest albumem ważnym i możecie (powinniście) się z nim zapoznać i wyrobić własne zdanie. Powiem tylko, że to jest jeden z niewielu pop-punkowych albumów, których mogę słuchać bez zgrzytania trzonowcami. I że słychać tam Ramones i Wire. I że trudno mi znaleźć na tej płycie dłużyzny, i właściwie nie mam do czego się w niej przyczepić. To jest Reatarda tour de force.
17. Pisałem tydzień temu - Reatard od czasu swojego solowego debiutu tłucze coraz bardziej popowe single, które podobają mi się coraz mniej, ale są coraz lepiej przyjmowane. Jakimś cudem Reatard przebił się do mediów modniejszych i popularniejszych (czyt. piczfork i pokrewne) dzięki czemu jego muzyka jest dyskutowana szeroko i na bieżąco. Co od razu powoduje oddźwięk w dzisiejszym graniu (vide płyta Nobunny). To w końcu może (ale nie musi) zaowocować zmianą podejścia do punku. Bo powiedzmy sobie szczerze, przez długie lata granie na kilku akordach Modne Media Piszące O Muzyce miały we wzgardzie.
Natomiast polecam Reatarda w innych aspektach - w jego drugim zespole Final Solutions (świetny zeszłoroczny album), albo przy producenckiej konsolecie - też zeszłoroczny Reigning Sound (kolejne nawiązanie - to jest zespół Grega Obliviana). Zresztą Reatard miał jeszcze jednopłytowy projekt z Erykiem Oblivianem. Nazywało się to Bad Times. Brudny, nieładny, zniszczony blues-punk.
***
19. Najlepsze na koniec. New Bomb Turks. Synonim garage-punku. Już nie z Memphis, ale z Columbus w stanie Ohio. Trochę na północ. To jest tzw. midwest. To jakby północna Anglia - jest tam mniej szmalu niż na wybrzeżach, ludzie są trochę milsi (jak Geordies na Wyspach), politycznie niezdecydowani. I nie, nadal nie jest to złota klatka.
Cała czwórka poznała się na uniwerze w Columbus. Studiowali filologię angielską (nienajlepszy wydział, gdyby ktoś mnie pytał). Stąd pewnie te gry słowne w tytułach ich kawałków.
Wychodząc z midwestu i będąc dyplomantami nie grali ulizanej muzyki. Już pierwszy kawałek na płycie zadaje pytanie, czy bycie artystą to powołanie, czy praca.
(19.1. Toulouse-Lautrec z tytułu tego pierwszego kawałka to taki malarz, który specjalizował się w malowaniu dziwek paryskich. Taki jakby Henry Miller, tylko z pędzlem.)
20. Więc są (powinni być) ci goście synonimem garage-punku, ale tak naprawdę go nie grają. To jest po prostu bardzo przyśpieszona garażówka. Jakby kapitan Pickard powiedział im "prędkość warp 5, panowie". Ta szybkość debiutu się zresztą śmiesznie na nich zemściła, bo na późniejszych albumach znacznie zwolnili i tym samym stracili wielu punkowatych fanów. Ale starsze albumy nie są złe, tylko mniej równe. Kombinują tam ze zwyczajniejszym brzmieniem.
Ale tak w porównaniu z The Hives (wystartowali jednocześnie) - debiut szwedów był sympatyczny, owszem, ale tam gdzie Hives prezentowali zmysł mody i fotogeniczność NBT mieli przykop. A w takim graniu zmysł mody jest, delikatnie mówiąc, mniej ważny.
21. Natomiast sam album - ho ho, człowieku. Gitara z pokrętłami głośności i treble podkręconymi do oporu - z początku irytujące. Bas słychać sporadycznie. Wokalista nosowym głosem zapodaje linijki, które zapamiętujesz po pierwszym przesłuchaniu. "We beat our heads to the ground, what a cool sound, hey hey hey!" i na to ostatnie "hey" riff zmienia się z szybkiego w epicko-stadionowy.
Albo "I want my baby dead, I want my baby dead, and i want my baby... DEAD, DEAD, DEEEEEAD!"
Głupie, przezabawne i podane z takim jazdem, jaki kiedyś miał Frankowski na bramkę. Obaczcie końcówkę "Sucker Punch" - paskudnie szybka solówka i wokalista coraz szybciej wykrzykujący poszczególne sylaby tytułu. Później przestaje powtarzać tekst i zaczyna się wydzierać jakby w ramach tryumfu nad materią muzyczną. Słusznie, moim zdaniem.
22. Cholera, wokalista. Potrzebny do niego jest osobny akapit. Gość jest odjechany. Ma ten, nazwijmy to trademark, że cholernie szybko powtarza niektóre początkowe sylaby ("da-da-da-da-dragstrip" kilka razy pod rząd, łamanie języka) i krzyczy euforycznie (właśnie końcówka "Sucker Punch").
23. Style na płycie. Jest przyspieszona garażówka na większości kawałków. Jest trochę prostackiego, ale genialnego punku (minutowy "We Give A Rat's Ass"), są dwa kawałki hymniczne - 'I'm Weak' i 'Mr. Suit'. Ten ostatni oczywiście wcześniej grało Wire. Tutaj NBT zmienili tekst, spowolnili refren i wyszedł im hymn każdego człowieka, który nienawidzi swojego pracodawcy (a są inni?).
(23.1. A Wire, proszę państwa, to taki bardzo gitesny zespół, którego często słuchają ludzie, którzy chcą wydawać osądy o punku jednocześnie nie będąc trzyakordowego grania fanami.)
24. Punkty wyjściowe. Jeśli wam ta płyta przypasi (a jeśli kumacie klimaty które polecam, to absolutnie powinna), to obaczcie ich epkę "Drunk On Cock" (sic), świetny zbiór wczesnych singli i bonusów pt. "Pissing Out The Poison" i gitny późniejszy album "At Rope's End". I polecajcie "Destroy-O-Boy" innym ludziom, cholera. To jest jeden z najlepszych albumów poprzedniej dekady, a niewielu u nas go słyszało.
25. Ależ się rozgadałem. Wybaczcie. Wakacje są niegit, nastały ogólnie nienajlepsze dla mnie czasy, więc jakość dzisiejszej rekomendacji też nie jest najwyższa. Miałem jakoś zgrabnie skończyć tę dłużyznę, ale zapomniałem.
Trzy oglądactwa:
reatard
oblivians
i new bomb turks