
Valet - Naked Acid
Kranky 2008

Indian Jewelry - Free Gold!
We Are Free 2008

Alex Delivery - Star Destroyer
Jagjaguwar 2007

Wildildlife - Six
Crucial Blast 2007
1. WYSTARCZY WYMIENIĆ GATUNEK !!!
2. Choć w przypadku tych czterech płyt (rekord rekomendacji jak dotąd) nie wystarczy.
3. Czytałem niedawno recenzję książki jakiegoś Francuza, w której ów pisze, że powszechna wiedza na temat wielkich dzieł literackich jest tak szeroka, że - będąc odpowiednio oczytanym - można rozmawiać o knigach, których się nie czytało. Nie czytałem tych jego wypocin (chłe chłe), ale moim zdaniem żabojad napisał bardzo fajną książkę. Z płytami też można tak samo zrobić. Trzeba znać klasykę, żeby wiedzieć do czego porównywać. Bo właściwie nikt już nie jest oryginalny. Kwestia jest tylko w tym, ile i czyich influencji zespół przedstawia. Albo jak ładnie im się te influencje układają w całość.
4. W przypadku tych czterech rekomendowanych płyt trudno jednoznacznie określić źródło ich stylu. To znaczy - jest tych źródeł zbyt wiele. Ich dźwięk też jest inny. Podobna jest tylko odwaga w łączeniu gatunków. Problem z tymi płytami jest taki, że aby je docenić trzeba lubić drone, kraut, folk, noise, ciężki rock, indie pop i jeszcze do tego być przygotowanym na częste (i nagłe) przeskoki z jednego gatunku w drugi. Czyli to niby awangarda, ale jednak te płyty czymś świecą, jakoś błyszczą. Nie jest to plumkanie dla plumkania.
5. Zacznijmy od rzeczy najmniej napastliwej. Valet jest to pani nazwiskiem Honey Owens. Wszystkie pisma twierdzą, że jej pierwszy album (Blood Is Clean) był taki mocarny, ale moim zdaniem mocarny jest właśnie ten rekomendowany. W tym przypadku punktem wyjściowym dla brzmienia jest drone. Pojawiają się różne dodatki - ładne wokale na kilku kawałkach, przefuzzowana gitara z włączonymi kilkoma reverbami, automat perkusyjny na kawałku ostatnim. Czasem Owens gra prosty riff, a czasem po prostu daje drone. Wszystko jest tak powolne, że melodie się rozmywają i właściwie dewaluują. Pozostaje błogość. Jak ciepłe popołudnie na hamaku.
6. Naked Acid ma specyficzny pływ. Konstrukcja tej płyty jest o tyle fajna, że słucha się tego płynnie czasem odnotowując co gitniejsze rzeczy. Najmocniejszy jest fragment od kawałka trzeciego do przedostatniego. Kehaar jest chyba najtradycyjniej brzmiącą rzeczą. Później jest świetnie narastający w crescendo Fuck It. I Fire, który wyszedł na siedmiocalówce rok temu. Jeśli mielibyście obaczyć jeden kawałek stąd niech będzie nim właśnie rzeczony Fire. Przypomina mi spokojniejsze rzeczy, jakie w okolicach Levitate robił gość z Idaho. Może trzasnę z tym podkast, się obaczy.
7. Jeszcze jest do polecenia składanka Ambient Not Ambient. Kawałek Valet ją zamyka. Fajna rzecz ten składak i ma prawdziwy tytuł. Cholera go wie, czy to ambient czy coś innego.
8. Podkręcamy stopień wariactwa - Indian Jewelry. Łatwo się wyłożyć w ocenie takiej płyty. Zrobił to ostatnio piczfork w tej recenzji. Raz, że przyczepili się do tekstów, a to jest trochę tak, jakby się przywalać o to samo do Damo Suzuki. Dwa, że piczforkowi (jak i porcysowi i dużej liczbie krytyków) nie udaje się właściwie najprostsze w pisaniu o muzyce - lubienie tego, o czym się pisze.
(8.1. Lub, jak w przypadku obu wymienionych serwisów, lubią gówno.)
9. Odważna jest to płyta. Trudno powiedzieć od czego oni gatunkowo wychodzą. Obstawiałbym shoegaze. Problem w tym, że ten szugejz jest grany do bitów robionych na tanim casio. Ale to i tak działa. Rzecz może ma korzenie w Suicide, ale ich chłód zastępuje tutaj ciepły przester.
10. Produkcja jest w tradycji japońskiej - to znaczy, gówno słychać, wszystko jest zgrywane w jednej głośności. Tego samego sposobu próbują też Wooden Shjips, i dla obu ten sposób gra tak jak trzeba.
11. Wbrew temu co napisali w Dusted - pływ albumu jest nierówny. Początek jest dla nowego słuchacza odstręczajacy - trzy kawałki losowo wybranych dźwięków granych na zestrojonych gitarach. Te numery są w porządku, ale nie da się tego stwierdzić od razu. Natomiast od kawałka czwartego zaczyna się tour de force zespołu. Pompeii to właśnie pół-akustyczna ujarana balladka. Później jest piękne Walking On The Water, zupełnie rozstrojony shoegaze grany na kilku dźwiękach z wokalem jakby zza ściany. (To by była nawet niezła przenośnia - wokal zza ściany dźwięku. Nie, jednak kiczowata ta przenośnia.) Później jest ciężkie, narastające Too Much Honkeytonking z partią gitar grających riff oparty na wysoko/nisko, trochę jak na Acrobat U2. I następuje cudo w postaci Bird Is Broke.
12. I część szugejzowa się kończy. Później jest Hello Africa! z basem na powolnym flangerze granym z didgeridoo w tle. Dzikie. Natomiast sama końcówka brzmi zupełnie jak Wooden Shjips. I to jest, proszę państwa gitesność, do której trzeba się przegryźć.
13. Teraz, żeby opisać Alex Delivery muszę wspomnieć inny zespół. Holy Fuck się zwie taki jeden kolektyw (będą grali na kimś festiwalu w Polzce niedługo). Pomysł na siebie mają taki, że przepuszczają analogową elektronikę przez różne pudełka z efektami i robią sobie takie pół-improwizowane kraut-kawałki. Nie mogę ich w pełni polecić, bo nie udało im się jeszcze nagrać porządnego albumu, ale na żywo są podobno giteśni. Tutaj możecie obaczyć tych gości. Zwracam uwagę na kostkę BOSS umieszczoną na jednym z syntezatorów.
14. Więc Alex Delivery to jest brzmienie Holy Fuck + ładne melodie. Ale to nie jest do końca prawda, bo oni nie improwizują. Ich schemat jest taki - wychodzą z ładną melodią, którą ledwo słychać przez paletę efektów, później idą w krautowy jam, żeby na końcu znów wrócić do tej pierwszej (pierwotnej) melodii. Mówię 'paleta efektów', bo naprawdę dużo tego jest. Ich znakiem rozpoznawczym jest jakiś syntezator podpięty do perkusji, który wydaje dźwięk trochę jak śpiew ptaków przy wystukiwaniu rytmu.
15. Alex Delivery (trzeci akapit rozpoczynany ich nazwą) nie są popularni i musowo nie będą. Dowodem na to niech będzie ilość odsłuchań na ich myspace'ie i fakt, że ich płytę (używaną) kupiłem za 17 złociszy. Znów, jak w przypadku Indian Jewelry trudno się w to wgryźć, ale naprawdę po dłuższym obcowaniu pojawia się radocha.
16. Album jest zrobiony jak przekładaniec - trzy długie i trzy krótkie kawałki na przemian. Te trzy dłuższe są najmocniejsze, każdy z nich działa w inny sposób. Komad ma najlepszą melodię, Sheath-Wet rządzi pływem, a Milan lekkością (te smyczki grane pizzicato na końcu!). Zamknięcie też jest porządne. Zepsół odgrywa melodię, później to samo jest głośniej, później całość jest grana jeszcze raz z dęciakami i smyczkami w tle. Plus, oczywiście, szereg 'la la la la'. I cały czas słychać ten efekt udający śpiew ptaków. Nie wiem, może to sampel? Nieważne. Rzecz w tym, że jest to ładne.
17. Git jest też to, że Alex Delivery, Holy Fuck i nawet Indian Jewelry używają rzeczy zarezerwowanych dla muzyki tanecznej i robią z niej coś wartościowego. Tak, jestem rockistą. Tak, słyszałem LCD Soundsystem na soundtracku do Burnouta na PSP mojego kuzyna. I powiem tylko, że LCDS z redefinicją gatunków muzycznych ma wspólnego tyle, ile Monika Richardson ze szczerym uśmiechem.
(17.1 Ale Burnout jest fajny.)
18. I teraz waga ciężka. Nietaneczna. Mówiąc krótko - Wildildlife tą płytą robią sobie ze słuchacza jaja. Zaczynają jednym z najlepszych kawałków otwierających, jakie słyszałem. Na Deaf Sparrow recenzent napisał prawdę - to jest nowy arena-rock. Ten kawałek powinni puszczać z głośników w mieście co rano. Chętniej by się człowiekowi myło i wychodziło do pracy/szkoły. Goddamit, gdyby całość popu brzmiała jak to, byłbym popistą, a nie rockistą. Ale nie jest, więc nie jestem.
19. I po pierwszym kawałku zaczyna się mindfuck, bo na drugim wchodzi riff jak z Amenra. I zespół zaczyna grać noise. Później, w połowie grają jeden dźwięk na basie. Później przeskakują w wybuch zupełnie jak z płyt Harvey Milk. Całość naturalnie z wokalami z byczym echem i puszczonymi w tle całości.
(19.1. Chciałbym napisać 'i tak dalej' i mieć z głowy. Ale tak łatwo nie będzie. Kawałków po kolei się zwykle nie opisuje ale tutaj nic innego się nie wymyśli.)
20. Dalej następuje krótki przerywnik pt. Whooping Church, który był podobno nagrywany przy ognisku (oczywiście w tym ognisku palili aromatyczne zioła, nie drewno). Później przez dwadzieścia minut idzie Magic Jordan. Znów, brzmiący jak pięćdziesiąt gatunków na raz. Powiem tylko, że jest w kontekście całości dość spokojny. To trochę jak ze Jenny Ondioline u Stereolab, tyle, że tam to była prawie końcówka, a tutaj jest to środek całości.
21. W drugiej części płyty - trylogia. Feed przez połowę trwania brzmi jak głupawy łomot z gitarą graną (chyba) tappinigiem, do czasu aż wejdzie bas. Wtedy się okazuje, że słuchamy porządnego melodyjnego kawałka. Kross natomiast jest utworem niezadowolonym i bolesnym. Zamiast ładnie się rozwinąć jak poprzedni, ten tłucze się przez dziesięć minut by znów pójść w duży riff a'la Harvey Milk. Żadnej nagrody dla wytrwałego słuchacza.
22. Natomiast wszystko to rekompensuje utwór ostatni. Wydaje się, że znów będzie nieładnie i rzeczywiście przez jakiś czas jest. Ale tutaj znów genialna zagrywka - wokalistę coraz gorzej słychać, a gitary są coraz głośniejsze. Później jest znów przerywnik noise'owy, który ładnie przechodzi w prawie-szugejz, który przechodzi w, zgadliście, BYCZY riff w stylu, zgadliście, Harvey Milk. Goddamit. A na końcu jest cichutka melodia grana na basie, dochodzą gitary i całość się ładne zamyka. I już.
23. Dwie rzeczy na sam koniec. Wszystkie cztery rekomendowane płyty mają wspołnego ze sobą tyle, że ciekawy sposób nawiązują do psychodeli. Nie wiem dlaczego, skoro podobają mi się te cztery wymienione, nadal nie mogę skumać co tak ciekawego jest w Animal Collective.
24. Druga rzecz jest taka, że to nowatorskie nawiązywanie do psychodeli staje się coraz częstsze. Było wcześniej Function. Jest {{{Sunset}}}, Psychic Ills, Deerhunter i HEALTH. Niedawno wyszło zupełnie dziwaczne (i ciekawe) Pyramids i The Pink Noise. Czy to jakiś nowy gatunek? Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to Recenzenci Nie Mają Jebanego Pojęcia Co Się Dzieje!.
do posłuchania:
Valet na myspace (kranky nie dają empetrójek)
Indian Jewelry:
Walking On The Water
Nonetheless
Wildildlife:
genialne otwierające Things Will Grow
Feed
Alex Delivery - Komad