03 czerwca 2008, 12:32:22

knocking dust off a good thing



1. A Day in Black and White - Forward/Backward
2. Maximillian Colby - Shoot Hypotenuse
3. City of Caterpillar - An Innocent Face/Ghosts Of Shadows Passing On City Streets
4. Gospel - And Redemption Fills The Emptiest Of Hearts
5. Deep Turtle - Basura
6. Mass Movement of the Moth - Riddle Me 666
7. Antioch Arrow - Introducing Elizabeth
8. Dead Elephant - Post Crucifixion
9. Breach - Breathing Dust
10. Keelhaul - Randall

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania

- okładka autorstwa Raymond'a Pettibon'a.
- dziś to samo co tydzień temu, tylko agresywniej.
- właściwie zapodałem popis perkusistów. zwracam uwagę na tłuczenie w bębny w pierwszych czterech kawałkach.
- city of caterpillar brzmi nieklawo, bo jest to rzecz zgrywana z ich nieczęstego splitu z pg. 99 i musiałem sztucznie podbić głośność. na ten split popełnili moim zdaniem najlepszą swoją rzecz.
- deep turtle z finlandii. znajomi nomeansno. tutaj można ściągnąć cały album z błogosławieństwem zespołu.
- gospel są o tyle ciekawi, że grając w taki sposób, jako swoich idoli podają wczesne genesis z tym brodatym jakmutam.
- antioch arrow są jeszcze ciekawsi, bo po wydawaniu pierdyliardów krótkich kawałków emo-core'owych pod koniec kariery nagrali awangardowe dziwo pt. gems of masochism. naprawdę nie da się opisać, jaki to gatunek. post-core jest dla tego zbyt mało pojemnym słowem.
- dead elephant gra kawałek z saksofonistą z zespołu zu. włosi.
- breach z płyty kollapse. szwedzi. jeśli jeszcze tego nie słyszeliście, koniecznie obaczcie ten album.
- keelhaul to, dalibóg, najzabawniejszy metal-core jaki słyszałem. mało wrzasków, żadnych emocjonalnych ciągot, tylko trzaskają tłuste riffy. i wszystko idealnie w tempo.
- podomatic pozmieniał serwery, na których hostuję podkast, więc pliki mogą zachowywać się dziwnie. w przypadku stwierdzenia jakichkolwiek anomalii dajcie znać.
- nie ma czasu na bzdury, trzeba pisać pracę roczną.

31 maja 2008, 23:06:25

that bird is broke, that bird won't sing


Valet - Naked Acid
Kranky 2008


Indian Jewelry - Free Gold!
We Are Free 2008


Alex Delivery - Star Destroyer
Jagjaguwar 2007


Wildildlife - Six
Crucial Blast 2007

1. WYSTARCZY WYMIENIĆ GATUNEK !!!

2. Choć w przypadku tych czterech płyt (rekord rekomendacji jak dotąd) nie wystarczy.

3. Czytałem niedawno recenzję książki jakiegoś Francuza, w której ów pisze, że powszechna wiedza na temat wielkich dzieł literackich jest tak szeroka, że - będąc odpowiednio oczytanym - można rozmawiać o knigach, których się nie czytało. Nie czytałem tych jego wypocin (chłe chłe), ale moim zdaniem żabojad napisał bardzo fajną książkę. Z płytami też można tak samo zrobić. Trzeba znać klasykę, żeby wiedzieć do czego porównywać. Bo właściwie nikt już nie jest oryginalny. Kwestia jest tylko w tym, ile i czyich influencji zespół przedstawia. Albo jak ładnie im się te influencje układają w całość.

4. W przypadku tych czterech rekomendowanych płyt trudno jednoznacznie określić źródło ich stylu. To znaczy - jest tych źródeł zbyt wiele. Ich dźwięk też jest inny. Podobna jest tylko odwaga w łączeniu gatunków. Problem z tymi płytami jest taki, że aby je docenić trzeba lubić drone, kraut, folk, noise, ciężki rock, indie pop i jeszcze do tego być przygotowanym na częste (i nagłe) przeskoki z jednego gatunku w drugi. Czyli to niby awangarda, ale jednak te płyty czymś świecą, jakoś błyszczą. Nie jest to plumkanie dla plumkania.

5. Zacznijmy od rzeczy najmniej napastliwej. Valet jest to pani nazwiskiem Honey Owens. Wszystkie pisma twierdzą, że jej pierwszy album (Blood Is Clean) był taki mocarny, ale moim zdaniem mocarny jest właśnie ten rekomendowany. W tym przypadku punktem wyjściowym dla brzmienia jest drone. Pojawiają się różne dodatki - ładne wokale na kilku kawałkach, przefuzzowana gitara z włączonymi kilkoma reverbami, automat perkusyjny na kawałku ostatnim. Czasem Owens gra prosty riff, a czasem po prostu daje drone. Wszystko jest tak powolne, że melodie się rozmywają i właściwie dewaluują. Pozostaje błogość. Jak ciepłe popołudnie na hamaku.

6. Naked Acid ma specyficzny pływ. Konstrukcja tej płyty jest o tyle fajna, że słucha się tego płynnie czasem odnotowując co gitniejsze rzeczy. Najmocniejszy jest fragment od kawałka trzeciego do przedostatniego. Kehaar jest chyba najtradycyjniej brzmiącą rzeczą. Później jest świetnie narastający w crescendo Fuck It. I Fire, który wyszedł na siedmiocalówce rok temu. Jeśli mielibyście obaczyć jeden kawałek stąd niech będzie nim właśnie rzeczony Fire. Przypomina mi spokojniejsze rzeczy, jakie w okolicach Levitate robił gość z Idaho. Może trzasnę z tym podkast, się obaczy.

7. Jeszcze jest do polecenia składanka Ambient Not Ambient. Kawałek Valet ją zamyka. Fajna rzecz ten składak i ma prawdziwy tytuł. Cholera go wie, czy to ambient czy coś innego.

8. Podkręcamy stopień wariactwa - Indian Jewelry. Łatwo się wyłożyć w ocenie takiej płyty. Zrobił to ostatnio piczfork w tej recenzji. Raz, że przyczepili się do tekstów, a to jest trochę tak, jakby się przywalać o to samo do Damo Suzuki. Dwa, że piczforkowi (jak i porcysowi i dużej liczbie krytyków) nie udaje się właściwie najprostsze w pisaniu o muzyce - lubienie tego, o czym się pisze.

(8.1. Lub, jak w przypadku obu wymienionych serwisów, lubią gówno.)

9. Odważna jest to płyta. Trudno powiedzieć od czego oni gatunkowo wychodzą. Obstawiałbym shoegaze. Problem w tym, że ten szugejz jest grany do bitów robionych na tanim casio. Ale to i tak działa. Rzecz może ma korzenie w Suicide, ale ich chłód zastępuje tutaj ciepły przester.

10. Produkcja jest w tradycji japońskiej - to znaczy, gówno słychać, wszystko jest zgrywane w jednej głośności. Tego samego sposobu próbują też Wooden Shjips, i dla obu ten sposób gra tak jak trzeba.

11. Wbrew temu co napisali w Dusted - pływ albumu jest nierówny. Początek jest dla nowego słuchacza odstręczajacy - trzy kawałki losowo wybranych dźwięków granych na zestrojonych gitarach. Te numery są w porządku, ale nie da się tego stwierdzić od razu. Natomiast od kawałka czwartego zaczyna się tour de force zespołu. Pompeii to właśnie pół-akustyczna ujarana balladka. Później jest piękne Walking On The Water, zupełnie rozstrojony shoegaze grany na kilku dźwiękach z wokalem jakby zza ściany. (To by była nawet niezła przenośnia - wokal zza ściany dźwięku. Nie, jednak kiczowata ta przenośnia.) Później jest ciężkie, narastające Too Much Honkeytonking z partią gitar grających riff oparty na wysoko/nisko, trochę jak na Acrobat U2. I następuje cudo w postaci Bird Is Broke.

12. I część szugejzowa się kończy. Później jest Hello Africa! z basem na powolnym flangerze granym z didgeridoo w tle. Dzikie. Natomiast sama końcówka brzmi zupełnie jak Wooden Shjips. I to jest, proszę państwa gitesność, do której trzeba się przegryźć.

13. Teraz, żeby opisać Alex Delivery muszę wspomnieć inny zespół. Holy Fuck się zwie taki jeden kolektyw (będą grali na kimś festiwalu w Polzce niedługo). Pomysł na siebie mają taki, że przepuszczają analogową elektronikę przez różne pudełka z efektami i robią sobie takie pół-improwizowane kraut-kawałki. Nie mogę ich w pełni polecić, bo nie udało im się jeszcze nagrać porządnego albumu, ale na żywo są podobno giteśni. Tutaj możecie obaczyć tych gości. Zwracam uwagę na kostkę BOSS umieszczoną na jednym z syntezatorów.

14. Więc Alex Delivery to jest brzmienie Holy Fuck + ładne melodie. Ale to nie jest do końca prawda, bo oni nie improwizują. Ich schemat jest taki - wychodzą z ładną melodią, którą ledwo słychać przez paletę efektów, później idą w krautowy jam, żeby na końcu znów wrócić do tej pierwszej (pierwotnej) melodii. Mówię 'paleta efektów', bo naprawdę dużo tego jest. Ich znakiem rozpoznawczym jest jakiś syntezator podpięty do perkusji, który wydaje dźwięk trochę jak śpiew ptaków przy wystukiwaniu rytmu.

15. Alex Delivery (trzeci akapit rozpoczynany ich nazwą) nie są popularni i musowo nie będą. Dowodem na to niech będzie ilość odsłuchań na ich myspace'ie i fakt, że ich płytę (używaną) kupiłem za 17 złociszy. Znów, jak w przypadku Indian Jewelry trudno się w to wgryźć, ale naprawdę po dłuższym obcowaniu pojawia się radocha.

16. Album jest zrobiony jak przekładaniec - trzy długie i trzy krótkie kawałki na przemian. Te trzy dłuższe są najmocniejsze, każdy z nich działa w inny sposób. Komad ma najlepszą melodię, Sheath-Wet rządzi pływem, a Milan lekkością (te smyczki grane pizzicato na końcu!). Zamknięcie też jest porządne. Zepsół odgrywa melodię, później to samo jest głośniej, później całość jest grana jeszcze raz z dęciakami i smyczkami w tle. Plus, oczywiście, szereg 'la la la la'. I cały czas słychać ten efekt udający śpiew ptaków. Nie wiem, może to sampel? Nieważne. Rzecz w tym, że jest to ładne.

17. Git jest też to, że Alex Delivery, Holy Fuck i nawet Indian Jewelry używają rzeczy zarezerwowanych dla muzyki tanecznej i robią z niej coś wartościowego. Tak, jestem rockistą. Tak, słyszałem LCD Soundsystem na soundtracku do Burnouta na PSP mojego kuzyna. I powiem tylko, że LCDS z redefinicją gatunków muzycznych ma wspólnego tyle, ile Monika Richardson ze szczerym uśmiechem.

(17.1 Ale Burnout jest fajny.)

18. I teraz waga ciężka. Nietaneczna. Mówiąc krótko - Wildildlife tą płytą robią sobie ze słuchacza jaja. Zaczynają jednym z najlepszych kawałków otwierających, jakie słyszałem. Na Deaf Sparrow recenzent napisał prawdę - to jest nowy arena-rock. Ten kawałek powinni puszczać z głośników w mieście co rano. Chętniej by się człowiekowi myło i wychodziło do pracy/szkoły. Goddamit, gdyby całość popu brzmiała jak to, byłbym popistą, a nie rockistą. Ale nie jest, więc nie jestem.

19. I po pierwszym kawałku zaczyna się mindfuck, bo na drugim wchodzi riff jak z Amenra. I zespół zaczyna grać noise. Później, w połowie grają jeden dźwięk na basie. Później przeskakują w wybuch zupełnie jak z płyt Harvey Milk. Całość naturalnie z wokalami z byczym echem i puszczonymi w tle całości.

(19.1. Chciałbym napisać 'i tak dalej' i mieć z głowy. Ale tak łatwo nie będzie. Kawałków po kolei się zwykle nie opisuje ale tutaj nic innego się nie wymyśli.)

20. Dalej następuje krótki przerywnik pt. Whooping Church, który był podobno nagrywany przy ognisku (oczywiście w tym ognisku palili aromatyczne zioła, nie drewno). Później przez dwadzieścia minut idzie Magic Jordan. Znów, brzmiący jak pięćdziesiąt gatunków na raz. Powiem tylko, że jest w kontekście całości dość spokojny. To trochę jak ze Jenny Ondioline u Stereolab, tyle, że tam to była prawie końcówka, a tutaj jest to środek całości.

21. W drugiej części płyty - trylogia. Feed przez połowę trwania brzmi jak głupawy łomot z gitarą graną (chyba) tappinigiem, do czasu aż wejdzie bas. Wtedy się okazuje, że słuchamy porządnego melodyjnego kawałka. Kross natomiast jest utworem niezadowolonym i bolesnym. Zamiast ładnie się rozwinąć jak poprzedni, ten tłucze się przez dziesięć minut by znów pójść w duży riff a'la Harvey Milk. Żadnej nagrody dla wytrwałego słuchacza.

22. Natomiast wszystko to rekompensuje utwór ostatni. Wydaje się, że znów będzie nieładnie i rzeczywiście przez jakiś czas jest. Ale tutaj znów genialna zagrywka - wokalistę coraz gorzej słychać, a gitary są coraz głośniejsze. Później jest znów przerywnik noise'owy, który ładnie przechodzi w prawie-szugejz, który przechodzi w, zgadliście, BYCZY riff w stylu, zgadliście, Harvey Milk. Goddamit. A na końcu jest cichutka melodia grana na basie, dochodzą gitary i całość się ładne zamyka. I już.

23. Dwie rzeczy na sam koniec. Wszystkie cztery rekomendowane płyty mają wspołnego ze sobą tyle, że ciekawy sposób nawiązują do psychodeli. Nie wiem dlaczego, skoro podobają mi się te cztery wymienione, nadal nie mogę skumać co tak ciekawego jest w Animal Collective.

24. Druga rzecz jest taka, że to nowatorskie nawiązywanie do psychodeli staje się coraz częstsze. Było wcześniej Function. Jest {{{Sunset}}}, Psychic Ills, Deerhunter i HEALTH. Niedawno wyszło zupełnie dziwaczne (i ciekawe) Pyramids i The Pink Noise. Czy to jakiś nowy gatunek? Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to Recenzenci Nie Mają Jebanego Pojęcia Co Się Dzieje!.

do posłuchania:
Valet na myspace (kranky nie dają empetrójek)
Indian Jewelry:
Walking On The Water
Nonetheless
Wildildlife:
genialne otwierające Things Will Grow
Feed
Alex Delivery - Komad

27 maja 2008, 15:36:40

spelling out your name



1. The Creeping Nobodies - Intent
2. Fugazi - Caustic Acrostic
3. Q And Not U - X-Polynation
4. Ponytail - 7 Souls
6. Les Savy Fav - Reprobates Resume
7. You.May.Die.In.The.Desert - In Case I Should Die...
8. 18th Dye - D.
9. North of America - The Feeling Of Being In Key
10. North of America - Speech Is An Experiment
11. Couch - Gegen Den

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania

- dziś gramy rzeczy kanciaste, ale pokojowe. za tydzień będą bojowe.
- czytam sobie rodzime strony o tematyce muzycznej i kumam, jak bardzo dzisiejszy składak jest staroświecki. ani tutaj disko, ani wokali ładnych. inna epoka.
- creeping nobodies to jedyny zespół, o którym mogę powiedzieć, że czerpie z the ex. i jest to duża ich zaleta.
- fugazi z end hits. jak można nie lubić tej płyty?
- wrzuciłem ten kawałek q and not u, albowiem był on w pierwszej edycji burn to shine.
- ponytail nowe, dzikie.
- wersja reprobates resume z inches bije na łeb tę z go forth. gotów jestem bić się na pięści z kimkolwiek kto powie inaczej. brzmi gorzej, jest głośniejsza i, co najważniejsze, dynamiczniejsza.
- you.may.die... z ich splitu z gifts from enola. niezła rzecz.
- north of america z dwóch pierwszych płyt. gitnie łączyli polvo z pavementem. kompletna zrzynka z indie lat '90, aż łza się w oku kręci.
- couch z fantasy. repetytywni niemcy (drugi mój ulubiony niemiecki zespół po colour haze). wydali chyba dwa lata temu jeszcze jedną płytę, ale była jużnietaka.
- w ramach rytualnego seansu filmów klasy C obejrzałem z berniem bollywoodzką wersję supermena - krrisha - w całości (prawie, przewijaliśmy piosenki). tutaj jest gitne sprawozdanie berniego z tegoż oglądania. dodatkowe punkty za to, że dobiliśmy do napisów końcowych na trzeźwo. nie było to tak złe jak manos: the hands of fate, ale i tak dało porządnie po łbie.

22 maja 2008, 02:11:11

are you compelled enough to leave your seat?


Duster - 1975
Up 1999

1. Drugiego meczu chelsea - Liverpool (mała litera zamierzona) w półfinale LM nie było. Pierwszego właściwie też. Nie rozmawiamy o nim. Aha - finału też nie było. Grał nikt na nikogo. Sędzia biegał po pustym boisku i odgwizdywał własne przewinienia.

2. Miało być o tej nowej fali lo-fi psychodeli, która nam teraz nastała (nieco naciągana teza, ale spróbuję to niedługo udowodnić), ale to będzie później. Teraz krócej o rzeczy, z której się ta obecna lo-fi psychodela wzięła.

3. Wedle wszelkich podań (niewiele ich jest) Duster to dwóch gości (plus ich koledzy), którzy kiedyś grali screamo. Później siedzieli w garażu przy szpulowym czterościeżkowcu i grali...

4. Nie, żałośnie. Spróbujmy z innej strony. Na wytwórni Up byli kiedyś Modest Mouse. Jako 'kiedyś' mówię 'czasy, w których nagrywali mocne rzeczy'. jako 'mocne rzeczy' rozumiem 'debiut, drugą płytę, split z 764-Hero i zbiór singli'.

5. Na Up byli też Karp, ale to inne klimaty. Oni byli do picia taniego piwa z puszki. Duster są raczej do wąchania eteru.

(5.1.) Przypomina mi się scena z Fear And Loathing, gdzie Depp i Del Toro grali kompletnie uwalonych eterem w samym centrum Las Vegas. Ależ mieli śmieszne miny.
Ah, devil ether. It makes you behave like the village drunkard in some early Irish novel. Total loss of all basic motor function. Blurred vision, no balance, numb tongue. The mind recoils in horror, unable to communicate with the spinal column. Which is interesting because you can actually watch yourself behaving in this terrible way, but you can't control it.

6. Poprawka, Duster są jak wąchanie eteru. Ta epka to ich najmocniejsza rzecz. Bardzo gitesny był ich debiut. Marnie brzmiący slo-core grany jak space-rock. Albo space-rock grany jak slo-core. Jeden pies. W każdym razie, o ile cała reszta artystów ultracichych grających w poprzedniej dekadzie raczej lubiła czyste brzmienie (nie licząc Codeine), to Duster pozwalali głośnikom buczeć, dodawali przesteru. Ale nie było dokrętek jak w MBV. Były tylko klawisze, albo jakieś dziwaczne analogowe przeszkadzajki typu zapętlona melodia puszczona od tyłu.

(6.1.) No tak, zapomniałem o Galaxie 500 i Spacemen 3. To są raczej takie klimaty, niż slo-core a'la Low.

7. Stratosphere miał własne tempo (czyt. miejscami dłużył się niemiłosiernie), ale też wyznaczył kilka standardów (pal sześć fakt, że nikt tych standardów nie zauważył). Na przykład to, że zespół genialnie grał brzmieniem. Tak jak i u The Oh Sees, ich lo-fi jest ciepłe. Zespół pozwala dźwiękom wisieć. Nie przejmują się pierdołami w stylu refrenów, czasami zaniedbują melodię. Ale jaka różnica? To są naprawdę senne klimaty. W taki sposób, w jaki leżysz na sekundy przed zaśnięciem. Jeszcze nie kimasz, ale już tracisz świadomość. To jest najfajniejszy moment. I ten moment udało się Dusterowi jakimś cudem zagrać.

(7.1.) O ile wy też macie sny o kosmosie. Wink wink, nudge nudge.

8. Drugim mocarnym standardem jest kawałek pt. Echo, Bravo. Na początek automat perkusyjny plus piszczący głośnik przez półtora minuty i niebiańska gloria prostego riffu przez resztę kawałka. Plus nieodłączne, błogie wokale, które idą z dźwiękiem, przezeń się nie przebijając. Wiem, 'błogie' to kretyńskie określenie, nic lepszego nie znajduję. Wspaniały utwór. Wrzuciłem go na mój muxtape. Obaczcie.

9. Po długawym debiucie rok później wychodzi 1975 EP. I tutaj już nie było miejsca na przypadkowość. Ta rzecz miała znacznie lepszy pływ. Sztuczki zostały te same (wokale z flangerem na kawałku trzecim, perkusja puszczona od tyłu na najlepszym - przedostatnim), ale zespół jest pewniejszy w tym, co robi. Na upartego można to uznać za kondensację gitesności debiutu w 20 minut. Rzecz zaczyna się analogowo-elektronicznym wstępem, a kończy motywem na fortepianie przechodzącym w dźwięk ruchliwej ulicy.

10. I powtarzam, i podkreślam - duża tego część była zgrywana sposobami chałupniczymi. To jest rękodzieło, jak oscypek. Tyle, że oscypek śmierdzi, a ta płyta pachnie.

11. Drugiej płyty nie słyszałem, ale sample brzmiały mało obiecująco. Jak zwyczajny, nudny indie-pop. Nie wiem co się z zespołem dalej stało. Może założyli jakiś nowy projekt? Ich strona jest od dawna nieaktualna, a myspace nic nie wyjaśnia. Podobno założyli jakieś studio nagraniowe. Co jeszcze? Nie wiem. Zimno jakoś. Pusto.

do posłuchania:
topical solution z debiutu.

20 maja 2008, 14:14:41

cztery długie kawałki vol. 7



1. Cable - It's My Right To Be An Asshole
2. Harvey Milk - The Anvil Will Fall
3. Melvins - Air Breather Deep in the Arms of Morphius
(mesadż od sponsora)
4. Up-Tight - Non-Title

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania

uwagi:
- 50 minut. długo.
- słowo na dziś to 'dezynwoltura'.
- wyrażenie na dziś to 'nagrywanie się na odtwarzaczu wydaje się fajniejsze w teorii niźli jest w praktyce'. przynajmniej się nie jąkałem tak mocno.
- cztery utwory prawie romantyczne. prawie na walentynki. prawie trzeźwe.
- cable już się rozpadli. po raz drugi jak się okazuje - kolejny raz. szkoda, bo byli odpowiednio zadowoleni z życia, co ukazuje ta okładka i słowa otwierające dzisiejszy podkast.
- harvey milk z debiutu. relapse niezadawno wydało tegoż wznowienie. polecam się tym zainteresować. oraz nowym albumem, który ma wyjść przy ciepłym czerwcu.
- melvins znów z honky. nie poradzę, uwielbiam tę płytę (ę-ę).
- nowy album melvinsów już jest i brzmi podobnie jak poprzedni, tylko trochę mocniej. ciekawe jak długo panowie z big business będą z nimi grali, póki king buzzo się nimi nie znudzi. robimy zakłady?
- na koniec up-tight z tego całego early years (link gdzieś poniżej). miał się ten kawałek znaleźć w jubileuszowej składance, ale się nie zmieścił. japoniec, wyobraźcie sobie państwo, molestuje tam gitarę przez siedemnaście minut. a przez ostatnie cztery drze się w niebogłosy. dlaczego wszystkie piosenki nie mogą takie być?

14 maja 2008, 13:58:24

przegląd #4 - 500 much nie może się mylić



i tak dalej, i dalej, wiadomo. oto kolejny przegląd rzeczy nowych. wszystkie poniższe rzeczy są z moim atestem jakości*. ciekawe ilu z nich będę słuchał za kilka lat. ale fuck that, przynajmniej jest z czego wybierać.

indian jewelry - free gold!
cholernie dobra rzecz, w deseń tej całej neo-psychodeli. indian jewelry mają na siebie taki patent, że grają psychodelę do tanich bitów robionych na jakimś casio. wokale szugejzowe, melodie ulotne, reverb nałożony na całość prócz automatu perkusyjnego. czasem poprzestają na śpiewaniu do akustyków. właściwie nie wiem - cholernie trudno ich opisać, zrobię podkast z tymi nowymi psychodelicjami, to obaczycie o co w tym chodzi. a na razie oblukajcie koncertówkę.

modey lemon - birth of jazz ep
goddamit, ci goście są jakby jankeską wersją the heads. zaczynali od mocarnego garage-rocka, później robili elektro-rock nie utraciwszy testosteronu, a teraz idą w klimaty krautowe, czego wyrażeniem jest ta epka. kawałek z niej jest nagrany na żywca tutaj. wydali też nowy album, ale nadal na niego poluję. ich perkusista gra w midnite snake. tutaj jest jego muxtape (perkusisty, nie ms). a tutaj jest muxtape influencyj zespołu.

farflung - a wound in eternity
rock dla miłośników filmów sci-fi z bottom 250 imdb (santa claus conquers the martians, prince of space, ktoś oglądał może?). ci goście to legenda dla miłośników space-rocka. odeszli od robienia kosmicznego ambientu i tłuką tłuste riffy. naprawdę gitna zabawa, co udowadnia ten klip.

sic alps - long way around to a shortcut
wreszcie wyszło - zbiór singli i epek na jednym cedeku. garażowy pop. nagrania są równie profesjonalne jak klipy ich kawałków.

cheap time - cheap time
garage-punk z in the red. niektóre melodie mogłyby znaleźć się na soundtracku do filmów tarantino.

cloudland canyon - lie in light
grails - take refuge in clean living
grails grają ciekawy post-rock - ultrapowolne klimaty a'la bark psychosis z tłem robionym na folkowych instrumentach. tutaj jeszcze dodali riffy. mocna rzecz. (pozdrowienia dla wszystkich recenzentów, którzy porównują ich do gy!be.)
natomiast rzecz cloudland canyon to trybut dla kraut-rocka. poprzestając na pierwszym kawałku - brzmi to jak neu!, a nazywa się krautwerk. czasem z lekkim dodatkiem noise'u. na najnowszym me & my marrow paul zapodał jeden utwór. polecam.

moss - sub templum
brytolski doom. paskudnie powolny (czterokawałkowy album trwa 70 minut). przesterowany tak jak trzeba. do dorwania stąd.

awesome color - electric aborigines
byli we wczorajszym podkaście. tak jak pisałem - duży skok w gites.
[o, patrzcie. dusted się ze mną zgadza.]

heroine sheiks - journey to the end of the knife
jeszcze nie słuchałem, ale to jest zespół wokalisty cows. więc wiadomo. [recenzja prindle'a]

la ira de dios - cosmos kaos destruction
stoner z Peru w klimatach yawning man. w porównaniu z genialnym archaeopterix przyśpieszyli i podkręcili głośność. nadal w tle ich kawałków słychać szum wiatru. do oblukania tutaj.

religious knives - resin
znów mantry. nużące z premedytacją. w porównaniu do ich rzeczy poprzednich - jest tu więcej rytmiki. w tym tempie za trzy albumy będą grali tradycyjny psych-rock i napiszę o nich dłuższą rekomendację.

płyty z rubryki Doug'a Mosurock'a.
ze szczególnym wskazaniem na xyx (meksykański noise-rock) i snake flower 2 (cymes garażówka, było wczoraj w podkaście).

[*autor zastrzega sobie prawo do niesłuchania polecanych płyt, nie znania się na muzyce jako takiej, wychodzenia na idiotę w najmniej odpowiednich momentach i wyzywania wszystkich wokół od debili sam będąc największym z nich.]

13 maja 2008, 13:40:52

woke up in a dream



1. Coctopus - The Gambler
2. Awesome Color - Come And Dance
3. Weird Owl - White Hidden Fire
4. Astrosoniq - Lonely woman
5. Boris with Michio Kurihara - Rainbow
6. Elevator to Hell - Here to Here
7. Lights - Lick The Blood
8. Pontiak - Difficult Music
9. Snake Flower 2 - I Woke Up in a Dream
10. Eddy Current Suppression Ring - I Don't Wanna Play No More

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

uwagi:
- rzeczy wyluzowane i spokojne. oprócz snake flower 2. oni robią tempo.

- pontiak z płyty poprzedniej. całość jest do ściągnięcia stąd.

- awesome color z nowej płyty. w porównaniu z ich debiutem poczynili duży skok w gites.

- eddy current też z nowej i też się poprawili. ich debiut był raczej lepszy niż awesome color.

- astrosoniq grają standard ornette coleman'a. polecam po raz kolejnych ich najnowszą rzecz pt. speeder people. jest długawa i nieco nierówna, ale ma zakończenie, przy którym trudno nie parsknąć śmiechem.

- statystyki narodowe: 6 zespołów jankeskich, 1 z nipponu , 1 to holendrzy, jeszcze 1 to brytole (te śpiewające panie) i na koniec australijczycy.

- jako bonus proponuję to. na filmiku wyświetlany jest tekst, próbujcie śpiewać.

06 maja 2008, 23:19:05

dziękujęprzepraszamdowidzenia

[obraz henryka stażewskiego]

nie będzie dziś podkastu. ani pisania. piwo bym wypił, a nie ma piwa. zamiast piwa i podkasta będą linki do kradnięcia albumów, które ostatnio polecałem:

- ostatnia płyta up-tight. to znaczy, nie ostatnia - pierwsza. tylko wydana powtórnie niezadawno i z bonusem dwupiosenkowym. japońska gloria psych-rockowa. o ile się nie mylę, jest to już out of prynt.

- batholith pondziaków. ściągajcie, bo kupić się tego już nie da. całe półtora tysiąca kopii poszło w lud w trzy tygodnie. (z tego linku nie ściągałem. plik jest podejrzanie mały. obaczcie, czy jest tam siedem kawałków - jeśli nie, to dajcie znać. zapodam ten siódmy, bonusowy). wrzuciłem na inny serwer. w lepszej jakości i z bonusem. have phun.

- tutaj jest najnowsza płyta big blood. link na tamtej stronie jest z akceptacją i podziękowaniem dla zespołu. jak zwykle - nagrywane w garażu, brzmiące marnie i bijące jakością na łeb 95% reszty freak-folku.

- przedostatnia płyta the oh sees. ciepłe, ultra lo-fi melodie. ciche tak, że można tego słuchać w porze nocnej. w poprzednim roku podniecałem się płynącym z niej gitesem, a zapewne trudno było do niej dotrzeć. znów, kupić się tego nie da - zespół wydawał to własnym sumptem i się z tego sumptu wypstrykał.

- debiut the heads. niedostępna do kupna od prawieków. były plotki o dwupłytowym wznowieniu, ale wiadomo jak to z the heads jest. to ich najłatwiejsza i najzabawniejsza płyta. głośna jak cholera. mam ją w git jakości, to sobie myślę, co będę szkodował...

- znakomita epka moonshake. jeszcze z pierwszą wokalistką. upolowałem ją na ebayu za dolarów sześć (plus wysył). rzecz mocno dubowa, bez gitar. w klimatach tryp-hopowych.

- a to mi przypomniało - nowa rzecz portishead jest znakomita. ciężka, gęsta, pomysłowa i niezadowolona. zupełnie się jej takiej nie spodziewałem. fakt, że specom od muzyki się nie podoba jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to płyta na dłużej.

- spece od muzyki są jak nalepki na lodówkę. to znaczy - magnesy. to znaczy - myślałem, że to jest magnes, a to była nalepka. tak samo jest ze specami.

29 kwietnia 2008, 18:26:03

when I die, I'm coming back / quiet night



część pierwsza:
1. Calla - Promenade
2. {{{Sunset}}} - Man's Heart Complaint
3. Earthling Society - Psyckick Sunday
4. La Otracina - Mu's Muse
5. Psychic Ills - Highway of Death
6. Yellow Swans - Our Oases
7. Magik Markers - Bad Dream/Hartford's Beat Suite
8. Uncle Jim (Sun City Girls) - Flashback
9. Suishou No Fune - Becoming a Flower
10. Afrirampo - 6

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

część druga:
1. 5ive - Orange
2. Gravitar - Maybe Ben Hur
3. Ścianka - Wichura/Głowa czerwonego byka
4. Neurosis - Under The Surface
5. Raccoo-oo-oon - Invisible Sun
6. Wildildlife - Feed
7. wiadomo

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

uwagi:
- 50 składanek. prawie półtora roku.

- część pierwsza senna, część druga paskudnie głośna.

- dzisiejszy odcinek powstawał dwa miesiące. nie jestem pewien czy jest w nim coś specjalnego, ale przyjmijmy, że tak.

- otwierający kawałek zespołu calla to cover u2. chętnie puściłbym w oryginale, ale oni są nieco przewrażliwieni na punkcie praw autorskich. przy okazji polecam całość "the unforgettable fire". świetny album. i tak, wiem, że bycie antyfanem u2 jest w modzie.

- neurosis z ich oficjalnego (!) bootlegu ze sztokholmu.
- gravitar ze znakomitej składanki hall of mirrors. polecam ją wszystkim osobom, które chcą się wkręcić w scenę psychodeliczną. znakomity punkt startowy.

- sun city girls z tej płyty. pan dający monolog to charles gocher, zmarły rok temu. tutaj jest jego wspomnienie pióra alana bishopa, kolegi z zespołu.

- ścianka to dopiero trzeci czwarty polski zespół, który dotąd puściłem. nie licząc podkastów grzesia. nie znam się na polskiej muzyce.
- a jeszcze co do podkastów grzesia, spójrzcie poniżej. właśnie dziś sprezentował następny.

- suishou no fune rozwlekły, ale kontruje go kawałek ostatni.
- jako, że z większością z puszczanych składanek łażę po mieście w odtwarzaczu (i stąd właśnie większość z nich się bierze) czuję się moralnie usprawiedliwiony by je ocenić - moje ulubione odcinki to drugi, trzydziesty drugi i trzydziesty trzeci. najmniej lubię pierwszy, z dość oczywistych powodów.

- dzięki składam wszystkim słuchaczom i czytelnikom. oby do następnej pięćdziesiątki.

29 kwietnia 2008, 11:55:51

Muzyka dla szoferaków (grzesiu gościnnie n-ty raz)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

"Jakie czynności należy wykonać aby włączyć radio w maluchu? Wysiąść z malucha, włączyć radio, wsiąść do malucha."


Tym wspaniałym żartem zaczerpniętym z kanonu Karola Strasburgera wprowadzam jogger tableau w nowe rejony: muzyki samochodowej. Od niedawna jestem posiadaczem prawa jazdy(długo sie zabierałem, lecz w końcu sie udało), jak również kierowcą zdezelowanego poldka. Aby zagłuszyć nierówną pracę silnika potrzebuje oczywiście systemu grającego, o którym nie warto wspominać. Warto jednak wspomnieć, iż wcale nie banalnym zadaniem jest dobre dobranie dźwięków, które mają się z tego systemu grającego wydobywać podczas jazdy. Radio Zet zadowoli może podstarzałego kierowcę Tira, ewentualnie sałaciarza z centrum Warszawy, lecz na pewno nie takiego króla szos jak ja. Jak zawsze, gdy stawiam przed sobą tak wymagające zadania wychodzę z nich tragicznie. Nie jest inaczej tym razem. Set/składak/podcast nazwijcie to jak chcecie, jak zawsze tak i tym razem nie trzyma się kupy, przejścia są tragiczne, zero konceptu i totalny chaos. Przepełniony głównie starszymi rapami i jakąś mieszanką tego czego raczej nie puszczam w domu, a co daje sobie rade właśnie w samochodzie. Na pewno w przypadku niektórych mix może spowodować wypadek, innych za to uśpić za kierownicą, także proszę o rozwagę. Jak bardzo jest zły? Oceńcie sami: [PLAY] Download

Tracklist:
1. Johnny Pate - [Brother on the Run] Car Bumps
2. Ray Charles - [Ray OST] Hit The Road Jack
3. Mulatu Astatke - [Broken Flowers OST] Yegelle Tezeta
4. A Tribe Called Quest - [Midnight Marauders] Award Tour
5. BlackStar - [Mos Def & Talib Kweli are Blackstar] Definition
6. De La Soul - [Art Official Intelligence] Thru Ya City [ft. D.V. alias Khrist]
7. Danger Doom - [The Mouse and the Mask] Old School (ft. Talib Kweli)
8. Common - [Cool Common Collected] Soul By The Pound (Thump Mix)
9. Lootpack - [Soundpieces: Da Antidote!] Whenimondamic
10. Ugly Duckling - [Bang for the Buck] Slow the Flow
11. Mr. Oizo - [Analog Worms Attack] Flat Beat
12. Envee - [& Niewinni Czarodzieje] The Drive
13. Pogodno Gra Fochmann'a - [Hajle Silesia] Rozstaje
14. The Quantic Soul Orchestra - [Pushin' On] End Of The Road (Feat Alice Russell)
15. Aphex Twin - [Windowlicker (Single)] Windowlicker
16. DJ Shadow - [Mashin On The Motorway] Mashin on the Motorway (Radio Edit)
17. DJ Shadow - [The Private Press] Blood on the Motorway
18. Yarecque (Fisz vs Oliver Shant Friends) - [misc] 30 cm & Sacral Nirvana
19. Madlib & Friends - [Studio Kinda Cloudy Volume 2] Melvin Van Peebles-Come on Feet

Free Image Hosting at www.ImageShack.us



Król szos, pan G.