24 kwietnia 2008, 13:55:11

Salome, your dress is on fire


Brainbombs - Urge To Kill
Load 1999

Witam, proszę zająć miejsca. Mam nadzieję, że egzamin będzie przebiegał w profesjonalnej atmosferze. Proszę zapoznać się z materiałami dodatkowymi. Jeśli któreś z pytań jest wydrukowane niewyraźnie proszę podnieść rękę, a osoba z komisji wymieni kopię.

POWODZENIA!!!

materiały dodatkowe:
do przesłuchania - płyta urge to kill
teksty
teledysk
okładka w powiększeniu
wywiad (w komentarzu jest tłumaczenie ze szwedzkiego)
definicja dead baby comedy

Pytania z wiedzy ogólnej:

1. Który z poniższych napisów na blokach w moim osiedlu jest najlepszy?
a) 1-2-3 jebać psy
b) Naughty By Nature (bardzo ładny graf)
c) Fala rulez!
d) BEZ PRZYPAŁU

2. Czy ten rysunek można uznać za przykład niezamierzonego komizmu?
a) nie
b) tak
c) nie wiem

3. Która z płyt The Stooges jest twoim zdaniem najlepsza?
a) The Stooges
b) Funhouse
c) Raw Power
d) inna

4. Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że dobry rock to napisanie i powtarzanie jak najlepszego riffu, a melodie, refreny i tego typu pierdoły to domena popu?
a) tak
b) nie, The Rolling Stones też mieli refreny, a grali rock.
c) nie. tak mówią tylko zboczeńcy uwielbiający muzykę gitarową i nie widzący niczego poza nią.
d) TAK. The Rolling Stones to banda cieniasów.

5. Czy według ciebie maestria instrumentalna stanowi o jakości zespołu? Czy nie da się jej zastąpić tak zwanym podejściem (pure rawk attitude)?
a) stanowi, nie da się zastąpić podejściem
b) stanowi, ale da się ją zastąpić podejściem
c) ni cholery nie stanowi, da się ją zastąpić odpowiednią promocją
d) ni cholery nie stanowi, da się ją zastąpić czymkolwiek

6. Czy nurt komizmu zwany dead baby comedy (patrz: materiały źródłowe) uważasz za śmieszny?
a) nie
b) tak
c) nie wiem

Pytania specyficzne:

7. Bazując na pierwszej lekturze tekstów [patrz: materiały źródłowe] z omawianej płyty można uznać, że Brainbombs to:
a) psychole
b) naziole
c) psycho-naziole
d) Szwedzi

8. Bazując na lekturze tekstów z omawianej płyty, czy można stwierdzić jednoznacznie, czy Brainbombs jest zespołem, który można umieścić w nurcie dead baby comedy?
a) nie
b) tak
c) nie wiem

9. Wedle przypowieści Salome, przyrodnia córka króla Heroda III, była wspaniałą tancerką. Po jednym z jej występów zachwycony król zadeklarował, że w nagrodę spełni każde życzenie córki. Czego, po zasięgnięciu rady u swej matki, Salome zażyczyła sobie:
a) złota
b) władzy
c) głowy Jana Chrzciciela na talerzu

10. Przytoczenie historii Salome w piosence na omawianej płycie to przykład:
a) dysonansu w kategorii stylu (sacrum vs. profanum)
b) dysonansu historycznego (zabijanie prostytutek w Leeds vs. przypowieść biblijna)
c) próby ukazania, że brutalność jest cechą wrodzoną każdego człowieka
d) kolejnego nieśmiesznego dowcipu

11. Które z poniższych zdań mogłoby posłużyć jako wypowiedź pana na okładce płyty [patrz: materiały źródłowe]:
a) "czy teraz usiądziesz spokojnie?"
b) "szanuję twe uczucia jako kobiety i człowieka"
c) "w którą stronę uciekł bydlak, który ci to zrobił?"

12. Dokończ zdanie: "Urge To Kill to dla mnie...":
a) jeden z najcięższych albumów, jakie słyszałem.
b) jeden z najgorszych albumów, jakie słyszałem.
c) nic specjalnego.
d) nic specjalnego. słucham tak dużo muzyki, że już nią rzygam.

13. Jeśli b), c), lub d) - czy twoja ocena może być związana z faktem, że nie lubisz szokujących dowcipów?
a) tak
b) nie
c) nie wiem
d) wybrałem a)

14. Jeśli a), to czy zgodziłbyś się z moim stwierdzeniem, że ich brzmienie jest (holyfuckingshit) genialne, akurat tak złe, jak powinno?
a) nie
b) tak
c) jaka różnica?

15. Czy kontrowanie kolejnych, coraz potworniejszych, wersów z kawałka "Driving Through Leeds" słowem 'tired' nadaje tekstowi wydźwięk:
a) realistyczny
b) komiczny
c) nie nadaje żadnego, to kolejny głupi tekst

16. Czy twoim zdaniem Brainbombs to koniec drogi, jaką zaczęli The Stooges?
a) nie, GG Allin ROBIŁ (patrz: 1, 2 i 3) znacznie gorsze rzeczy.
b) nie, w ekstremalnym metalu (gore-grind) takie rzeczy gra się i śpiewa od dwóch dekad.
c) nie, zawsze da się wymyślić coś jeszcze bardziej szokującego.
d) tak

17. Czy gdyby powstał komitet wspierający beatyfikację GG Allin'a, wpisałbyś się na listę członków?
a) tak
b) nie
c) ha, powiedziałeś 'członków'.

18. Czy bis repetita rzeczywiście placent?
a) tak
b) nie
c) nie wiem
d) nie wiem co znaczy 'bis repetita placent'

19. Czy bis repetita rzeczywiście placent?
a) pewnie.
b) daj spokój.
c) nie. jednak, nie.
d) przestań chrzanić i zapodaj link do drugiego zbioru singli Brainbombs - ostatniej ich płyty.

oto i on.

UWAGA!!! W przypadku wypełnienia testu przed czasem proszę nie wstawać z miejsca i nie opuszczać pomieszczenia egzaminacyjnego. Osoby, które skończyły proszone są o podniesienie ręki - wyznaczony członek komisji zbierze pracę i dopiero wtedy piszący będzie mógł opuścić budynek. Wypełnione prace należy przekazać komisji obecnej na egzaminie. Zostaną one przesłane do zewnętrznego komitetu sprawdzającego. Wyniki testu zostaną podane za miesiąc. Przewidujemy fajerwerki i kruche słodkości.

Moje odpowiedzi:
1) d, 2) b, 3) b, 4) a, 5) b, 6) b, 7) d, 8) b, 9) c, 10) a, 11) a, 12) a, 13) d, 14) b, 15) b, 16) c, 17) a, 18) a, 19) d

22 kwietnia 2008, 15:23:58

don't tell the riverman



[na obrazku okładka płyty pontiak]

1. Bardo Pond - Splint
2. The Warlocks - Slip Beneath
3. The Black Angels - 18 Years
4. Dead Meadow - Eyeless Gaze All Eye / Don't Tell The Riverman
5. Pontiak - Sun On Sun
6. Comets on Fire - Blue Tomb

trzy kwadranse relaksującej psychodeli.

uwagi:
- muzyka relaksacyjna. miejscami głośna, ale odpoczywająca.
- bardo pond z najnowszej płyty batholith i z radością.
- the black angels z nowego albumu. wytworne.
- dead meadow z feathers, nie z tej nowej (old growth). do tej nowej zupełnie nie wracam.
- comets on fire z blue cathedral, nie z tej ostatniej (avatar). do tej ostatniej zupełnie nie wracam.
- za tydzień jubileusz, przewiduję odcinek specjalny.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

18 kwietnia 2008, 19:09:30

przegląd #3.5 - edycja ciężka

[obrazek to okładka splitu grey daturas z yellow swans. a właśnie, yellow swans się rozpadają po wydaniu następnego albumu. szkoda.]

z wieści różnych:
1. "first they came for the plates. and i didn't speak up, because i wasn't a plate"

[1.1 albo ten.]

2. komiks z wkurzonym kwiatkiem także bywa znakomity.

3. a tiny mix tapes są nadal cholernie śmieszni.

4. niechcący skasowałem plik ze szkicami wpisów i listami płyt do rekomendacji. w tenże sposób zapomniałem o kilku cięższych płytach. w ramach autokrytyki:

ufomammut - idolum
ufomammut ist kvlt. nie, serio - jak mogłem o nich zapomnieć? zespół o najlepszej nazwie i nawiększych basach w branży. 'snailking' trudno byłoby przeskoczyć, więc próbują destylować jego gitesność (słusznie). względem ich ostatniej płyty z lento brzmienie jest znacznie niższe. względem 'lucifer songs' (ten tytuł zdecydowanie ist kvlt, a nawet ist krieg), jest nieco mniej space-odjazdów. względem wszystkich dotychczasowych płyt - wokale są zupełnie w tle, brzmi to nawet lepiej. znów, ostatni kawałek jest cholernie długi. to wszystko plus masa gitesnych riffów. tak, jest to jednostajne, ale wszelkie negatywne uczucia znikają wraz z otwarciem piwa. jest to gwarant.

the catalyst - marianas trench
w podsumowaniu 2006 polecałem ich split z mass movement of the moth. dopiero teraz się dowiedziałem, że wydali album. głupia, cholernie głośna muzyka grana przez agresywnych stonerów (wiem, to prawie oksymoron). goście wrzeszczą przez cały niemal czas, ale najfajniejsze jest u nich brzmienie - zupełne lo-fi, nie wiadomo czy słychać riff, czy to jeszcze echo poprzedniego dźwięku. plus robienie sobie jaj z nazw innych zespołów (vide kawałek o tytule 'this bike is a gravity bong') i jeden z najfajniejszych tytułów w trybie rozkazującym - 'smoke crack worship satan'.

dead elephant - lowest shared descent
znów włosi. w klimatach catalyst właśnie, ale z artystycznym zacięciem - gościnnie występują saksofonista z zu (trzeci kawałek) i wokalista z oxbow (kawałek przedostatni). są te występy chyba najlepszymi momentami na płycie. o ile nie jest nim otwierający całość ryk ranionego śmiertelnie słonia (albo gość udający ryk słonia). fajne jest w nich to, że są mądrzejsi wszystkimi gatunkami, które przed nimi wymyślono - płynnie przeskakują z łupania do rzeczy prawie matematycznych, do post-metalu do...etc.

grey daturas - return to disruption
antypodziacy robią denerwująco głośne dźwięki za pomocą gitar. zabawny w grey daturas jest fakt, że przyznają się do nich i stonerowcy, i miłośnicy awangardy. ja też się do nich przyznaję - gites jest ta płyta. i wychodzi na neurot.

vizusa - vizusa
drone-metal, ale ciekawy. ulubieńcy kobiet, zespół men of porn, mieli album pt. 'experiments in feedback' i to też mogłoby się tak nazywać. czasami pojawiają się zupełnie ujarane kobiece wokale (np. na kawałku 'disintegrater') brzmiące jak ten z kawałka pt. ivixor b electric wizard. do relaksu, o ile was, tak jak mnie, relaksuje porządny przester.

foot village
to z rekomendacji polskiego współściągacza na soulseeku. noise rock grany akustycznie (!). dwie panie i pan wykrzykują nazwę jakiegoś kraju, po czym tłuką w bębny przez kilka minut. zabawa. nie udało mi się znaleźć żadnej płyty, słyszałem tylko kilka kawałków z promo i na majspejsie.

the heads - bedlam
nowa płyta. podobno znowuż zbiór luźnych jam'ów. naturalnie, na pierwokup oferowany na ich stronie nie zdążyłem się zapisać, więc wypada poczekać aż całość wysiąknie. polecam niesłuchawszy, ale z przekonaniem.

strings of consciousness - our moon is full
o tym miało być już miesiąc temu. projekt muzyków z różnych stron świata. klecone jest to korespondencyjnie, ale jakież tu się znajdują nazwiska! pan thirlwell (czyli niejaki foetus), pan simonelli z genialnych enablers, pan mccloud z girls against boys (też świetny zespół) oraz pan eugeniusz robinson z nieśmiertelnego oxbow. i nie, to nie jest kolejny nudny post-rock. to raczej siedem deklamacji (i jeden krótki przerywnik) z podkładem muzycznym. oprócz kawałka mccloud'a - on tamoj śpiewa swoim tradycyjnym, nosowym, hiperwyluzowanym stylem.

5. poza tym - chodzą słuchy, że wysiąkł nowy album melvins. absolutnie nic o tym fakcie nie wiem.

6. oraz, co jeszcze ciekawsze, nabyłem tanio album zespołu form sludge-marksistowskich killdozer. tytuł brzmi 'bezkompromisowa walka ze sztuką pod dyktaturą proletariatu'. we wkładce, zamiast tekstów, zamieszczone są:
- zdjęcie che guevary z podpisem 'męczennik';
- zdjęcie lenina z podpisem 'nasz bohater';
- zdjęcie jelcyna borysa z podpisem 'wróg';
- cztery figurki żołnierza armii czerwonej do wycięcia (z czego trzy w kolorze);
- wytłumaczenie linii politycznej wszystkich zawartych piosenek wraz z przypisami do książek o komunizmie.
- dedykacja dla, cytuję, ś.p. śpiewaka folkowego nazwiskiem burl ives z dopiskiem 'jak się okazuje, on wcale nie umarł. możliwe nawet, że nadal żyje'.

a w samych kawałkach mają jeszcze więcej takich kwiatków. killdozer są jednym z najśmieszniejszych zespołów. posłuchajcie ich kiedyś, goddamit, a nie tak siedzicie jak na klasówce z biologii.

15 kwietnia 2008, 15:15:57

retropop



1. Clinic - Emotions
2. Richard Swift - Opt I
3. Richard Swift - Sign Language
4. Richard Swift - Even More Sign Language
5. Thee Oh Sees - Maria Stacks
6. The Amps - Tipp City
7. The Amps - Bragging Party
8. The Monks - That's My Girl
9. M. Ward - Big Boat
10. Jay Reatard - See/Saw
11. Sic Alps - Message From The Law
12. Nothing People - Twinkie Defense
13. Vee Dee - What We See
14. Gong - Fohat Digs Holes In Space
15. Thee Oh Sees - The Coconut

uwagi:
- straszny dziw, że ostatnio tak dużo popu mi się wkrada w składaki. ale nie przyzwyczajajcie się, od następnego tygodnia będzie ciężko artystycznie.
- clinic z nowej płyty. nic specjalnego, ale przyjemne.
- the amps to naturalnie zespół kim deal z pixies. wrzuciłem dwie pijackie piosenki. z niewiadomych powodów the amps zawsze wydawali mi się fajniejsi od the breeders.
- m ward z genialnego transistor radio. ten jego nowy projekt, she & him, to coś zupełnie nieciekawego.
- składak rarytasów i singli sic alps nadal się nie ukazał. czekamy.
- ryszarda swifta, vee dee i jay reatard omawiałem wczoraj.
- the monks są tutaj najstarsi, ich kawałek jest z 1965. tutaj jest ich koncertówka. zwracam uwagę na ich fryzury i mandolinę, na której gość gra kostką.
- gong niepasująco, ale łazi za mną ten kawałek od dłuższego czasu.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

14 kwietnia 2008, 16:11:48

przegląd #3 - czerwone futro dla świętego mikołaja wymagało poświęcenia 22 wiewiórek

Wita Państwa DJ Warzywo. Chciałbym Zaprezentować Dziś Muzykę Dobrą Graną Przez Radio Srebrne Dzwony. Pamiętajcie - Dzwony Jako Część Garderoby, A Nie Takie Dzwoniące Z Książki Hemingway'a.

Przystąpmy więc:
[poniżej obraz pana odpowiedzialnego za {{{sunset}}}, wzięty stąd]



{{{sunset}}} - bright blue dream
znów będę porównywał - ten cały atlas sound przy tym albumie biednieje. i nie, atlas sound nie jest zły, tylko to po prostu bije go na łeb. przepiękny, wlokący się, repetytywny psych-pop. jak wczesne spiritualized, tylko facet bardziej gra atmosferą niż pisze melodie, ale pal to sześć. jeden kawałek był niedawno w podkaście i zapewne puszczę jeszcze jakieś. cymes, gites, pierwszorzędne, etc.

the warlocks - heavy deavy skull lover
wye oak - if children
dwie melodyjne psychodelicje, szugejzy.
o the warlocks dowiedziałem się stąd i nadal tłukę się w łeb mój zakuty jakim cudem płyta tej jakości mogła mi umknąć. prawie dream-rock, prawie shoegaze. mnóstwo echa, przesteru i flangerów.
natomiast wye oak to nic wybitnego, ale nadal do polecenia. druga połowa krążka to prawie country. natomiast kawałki z cukierkowym przesterem się jakością wybijają.

richard swift - as onasis I & II
nagrany domowym sposobem portret wczesnej muzyki popularnej. lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. gitesne, bo z dziwacznym, krautowo-psychodelicznym podejściem. miejscami nawet po pośpiewania.

the dodos - visiter
znów cymes, gites, etc. tym razem duet. płyty powinni sprzedawać z naklejką "trybut dla indie z lat '90". mają instrumentarium jak dawne violent femmes - grają na akustykach - ale czasem pojawiają się dokrętki gitary elektrycznej. no i goście znają się na muzyce - niedawno mieli rubrykę na piczforku - polecali thee oh sees. słusznie. (na filmach też się znają - the king of kong rzeczywiście był świetny.)

jay reatard - see/saw
vee dee - glimpses of another world

dwie siedmiocalówki. obie będą jutro w podkaście. reatard się sprawił - melodie przyjemne, produkcja kawałków nieco bardziej wygładzona. vee dee natomiast z dziwacznego (ale nudnego) punka poszli w okolice vincent black shadow - ale zastąpili wrzaski melodiami. podobno niedługo ma wyjść ich pełny LP. na płytę reatarda też warto czekać.

the black angels - directions to see a ghost
trudno mi wyrazić radochę z faktu, że black angels się nie zepsuli. planuję dłuższą rekomendację obu ich albumów, więc na razie tylko dam wypis zespołów, do których na tym krążku nawiązują (i które będą się masowo w recenzjach pojawiać):
- velvet underground
- the doors
- jefferson airplane
- 13th floor elevators (jest jeden kawałek, gdzie grają na butelce)
- u2 z drugiej części mojego ulubionego 'the unforgettable fire'

pontiak - sun on sun
julian cope polecał to jakiś czas temu, ale dopiero teraz udało mi się to znaleźć. stoner, ale z klasycznym, lekko-rockowym zacięciem. naprawdę ładne.

siekiera - na wszystkich frontach świata
reedycja legendarnego demka jarocińskiego z budzyńskim na wokalu. kawał historii - wypada znać. cena jest wesoło niska.

coctopus - twelve inches of
spoglądając na tytuł płyty i nazwę zespołu - kogo nie bawią dowcipy falliczne? zwłaszcza, jeśli towarzyszy im cymesowy, jajeczny rock w klimatach amplified heat. kolejny album do picia piwa i machania łbem.

the drift - memory drawings
spring heel jack - songs and themes

dwa dżezy. drift to prawie-dub na klasyczne instrumentarium, a płyta spring heel jack to taki dżez tła, na której gościnnie udziela się pan jason spaceman. na deszczowe klimaty.

health - health
nie mam pojęcia jak to nazwać. na pewno noise, ale czasem z (eterycznymi) melodiami, czasem prawie-industrialowy. dziwna mieszanka, ale działa.

10 kwietnia 2008, 01:02:48

i won't be happy 'till you're dead


Prolapse - Backsaturday
Lissy's Records 1995


Moonshake - Eva Luna
Too Pure 1992

1. To, co teraz nastąpi będzie próbą jak najdłuższego uniknięcia sedna. Bear with me, jak mawiają anglosasy.

2. Najpierw cytat. jeśli się nie wie, co napisać, trzeba cytować. 49 idzie pod młotek Thomas'a Pynchona, rozdział piąty:

Jakiś chłopak o nieskoordynowanych ruchach [...] na pożegnanie wpił się matce w usta.
- Napiszę, mamo - powtarzał.
- Pisz przez ŚMIETNIK - radziła mu jeszcze. - Pamiętaj. Rząd otworzy listy, jak napiszesz normalnie. Delfiny będą wściekłe.
- Kocham cię , mamo - odrzekł.
- Kochaj delfiny - doradzała. - Pisz przez ŚMIETNIK.


3. Oglądałem niezadawno Inwazję barbarzyńców. Film kanadyjski, ale z montrealu, więc mocno żabojadzki. Francuzy umieją nieźle udawać, że się nie napuszają jednocześnie pusząc się jak kogut na viagrze. Więc film jak film, nienajgorszy, nienajlepszy. Naliczyłem dwa dobre dialogi i jedną ładną francuzkę. Rzecz szła o to, że umierał na raka profesor czegośtam. Kto by płakał po profesorze? Nikt. Ale to film, więc nieprawda, więc grono płaczących, politycznie poprawnych przyjaciół tam było. Naturalnie na końcu profesor wydaje swoje tchnienie ostatnie po czym jest kilka ujęć pustych miejsc. Między innymi pusta ławka opodal jeziora. Jakoś filmowcy zawsze muszą pokazywać puste ławki jako symbole śmierci. Zaproponowałbym panu filmowcowi inne zakończenie. Mianowicie profesor kipie, i następuje przebitka na uśmiechniętego, szczerbatego dzieciaka żującego gumę. Dzieciak gapi się w kamerę nic nie mówiąc, uśmiecha się tylko. Mesadż za tym stoi taki: "wal się na ryj, świecie i widzu tego filmu". Wtedy, i świat i widz, pod naporem tego szczerbatego uśmiechu, waliliby się na ten ryj.

(3.1 Po Inwazji barbarzyńców przestawiłem na jedynkę. Szedł akurat Atak Pszczół Mutantów. Też kanadyjski. Bawiłem się przy oglądaniu znacznie lepiej niż na tym poprzednim, poważnym. Najlepszy był moment, kiedy protagonista wraz z rudą laseczką próbowali, uwaga, wysadzić rój pszczół w powietrze za pomocą ciężarówki wypełnionej dynamitem. Bryliant.)

4. Dobra. Krótka wersja opisu Prolapse, dla ludzi, którzy słyszeli nieco kraut-rocka: ich gitarzysta na pierwszym teledysku popisuje się wlepką z napisem 'Neu!' na swojej gitarze. I już.

(4.1. Przy okazji, niedawno umarł założyciel Neu! - tutaj jest znakomity odcinek podkastu zrobiony z tej okazji)

5. Wersja dłuższa, dla ludzi normalnych: Prolapse mieli trochę jak Jesus Lizard. Ich sekcja instrumentalna, że tak powiem, była zdyscyplinowana. Trzymali rytm, dłuższe improvy czy odskoki robili najczęściej na koncertach. Co wcale nie znaczy, że na płycie brzmi to bezpłciowo. Wręcz przeciwnie.

6. Ale nie brzmieli jak Jesus Lizard, to tylko taka przenośnia. To byli brytole, jednak. I ich brytolskość zawierała się w mocno rozjechanym przesterze, i wokalach. Uwaga (będę opowiadał o pszczołach-mutantach) - duży zarośnięty szkot i mała blondynka z okolic Yorkshire (mieszkający tam brytole wymawiają 'r'). Nie pisali tekstów, wymyślali je podczas nagrywania. I najlepsze, nie czekali aż jedno skończy swoją partię - nadawali oboje jednocześnie. W lewym kanale pani zapodaje słodziutki wokal, a w prawym słychać monolog wkurzonego szkota.

7. I teraz pointa - Prolapse myśleli, że będą nadawać się do radia. Ni cholery. Nagrali nawet taki popowy album, ale się nie sprzedał. Wiadomo. Natomiast ten, który polecam teraz miał być EPką, ale przy nagrywaniu mieli za dużo materiału i wyszedł cały LP. Wiadomo po raz drugi - najdziwniejszy z ich dyskografii. Tutaj zespół się nie trzyma w ryzach. Mnóstwo odjazdów, kawałków jakby niedokończonych, spontanicznych wyskoków. Jest jeden ładny singiel, jedna noise'owa przeróbka pieśni folkowej, jedna próba lounge-popu i (co najważniejsze) jeden kwadransowy kawałek kraut-punkowy. Trudna płyta, ale jak mawiają - do odważnych karetki przyjeżdżają pierwsze.

8. Najwięcej charakteru Prolapse zawdzięczają jednak tym wokalom. Państwo udają sprzeczki (mieli nawet taki kawałek na debiucie, gdzie przez osiem minut darli ze sobą koty), śpiewają jakby dwa różne kawałki, robią tzw. shout-and-response i tak dalej. I jeszcze jedno - udało im się wymyślić najlepszy tytuł piosenki jaki dotąd widziałem. Uwaga, cytuję: 'Every Night I'm Mentally Crucified (7000 Times)'. Genialne, nieprawdaż?

9. Prawdaż. Teraz, wersja krótka opisu Moonshake, dla ludzi, którzy słyszeli nieco kraut-rocka: nazwę wzięli z piosenki zespołu Can. I już.

10. Wersja dłuższa: Cholera, nawet nie wiem od czego zacząć. To jest gatunkowo nieopisywalne. Rytmy mieli prawie dubowe, jakby The Pop Group naprawdę próbujące grać pop. Trochę sampli. Gitara też mocno przesterowana, ale bardziej w tle. Najważniejsza była rytmika. Moja siostra po usłyszeniu tego powiedziała, że brzmi to jak muzyka puszczana na pokazach mody. Co ciekawe, to samo powiedziała o Remain In Light Talking Heads'ów. Jest kwestia, czy mówi to więcej o omawianej płycie, czy mojej siostrze.

11. I znów, wokale dwojakie płciowo. Bardzo wnerwiony pan i słodkośpiewna pani. I znów, tak samo jak u Prolapse, dziwaczna, niepokojąca energia. Różnica jest taka, że Moonshake ją lepiej ukrywają. Na przykład mój ulubiony ich kawałek, Bleach & Salt Water (wieki temu puszczałem w podkaście), jest bardzo cichy. Ale kiedy się wsłuchasz pod koniec, to obaczysz, że tam w tle krzyczy wokalista. Im bliżej końca, tym wydziera się głośniej. Ale zrobione jest to tak, że nigdy się z tym krzykiem przez główną linię dźwięku nie przebija.

12. Wydźwięk dla mnie ten album posiada mocno urbanistyczny. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale to brzmi jak spacer między blokami. Później ulica z podpitą modną młodzieżą. Żałosne neony. Teges. To wszystko idzie z niesamowitych dźwiękowych i gatunkowych dysonansów. Jak ten sampel ze smyczków granych pizzicato na początku Drop In The Ocean dostawiany do mocnego przesteru.

13. Wartość historyczna. Jest dość podniosła z dwóch powodów. Po pierwsze, za tamtych czasów nikt tak nie grał. Choć trip-hopem nie można tego nazwać, to posiada z nim pewne elementy zbieżne. I wyszedł na dwa lata przed Dummy Portishead. Nie, żeby to w jakiś diametralny sposób zmieniło tamtejszą muzykę, ale jednak. Po drugie, w stronę wyznaczoną przez Moonshake poszedł później pewien zespół z Waszyngtonu DC. Mówię tu o Trenchmouth, naturalnie. Niedawno grali u nas goście z tegoż w projekcie zwanym The Eternals. Jeśli gdzieś na świecie jest więcej takich zespołów (czyt. dub-punku i pokrewnych) i o nich wiecie, to polecajcie. Mam ostatnio klimat na takie rzeczy.

14. Teraz najlepsze. Jako, ze oba te albumy są dawno-dawno niedostępne i wyszedłe z obiegu wrzuciłem je oba na serwer. Jakość jest niezła. Można to nazwać piractwem (tylko po co, skoro nigdzie tego nie można kupić w normalnej cenie?), ale mnie nie możecie oskarżać. Jestem szczerbatym dzieciakiem żującym gumę. Walcie się na ryj, prawa autorskie!

(14.1 W płycie Moonshake zmieniłem kolejność kawałków - to jest wersja amerykańska z bonusową EPką. Jankesy jednak zupełnie popieprzyli bardzo dobrą sekwencję brytyjską, więc to na nią zmieniłem. Wiem, tak wiem. Ale jeśli jest jedna rzecz, na której się jako-tako znam, to jest nią sekwencjonowanie kawałków.)

do obejrzenia:
Prolapse próbujący dostać się do radia (TCR)
Prolapse mający radio w dupie (grają Flex, energicznie)
Moonshake w teledysku (dość marnym)

do posłuchania (ściągnięcia):
Backsaturday
Eva Luna

do przeczytania:
fajna recenzja Backsaturday
10 powodów, dla których należy uwielbiać Prolapse

07 kwietnia 2008, 00:55:13

nie wiadomo



fajna strona. pewnie na skraju bycia modną. i dobrze, bo robienie składanek to prawdziwa cnota. jestem wielce cnotliwy:

klika się tutaj - zbychomowca.muxtape.com

uwagi:
- robione na chybcika, bez żadnego konceptu, w duchu spontanicznych mixtape'ów. żeby nie było, że od tego mam podkast.
- duster robi się naprawdę fajny, kiedy się przeczeka tę perkusję z początku.
- o moonshake ma być następna rekomendacja. posłuchajcie, bo nie wiadomo kiedy się do tego przybiorę.
- portishead wysiąkły. wiem, wiem, nie poradzę. ten kawałek jest świetny.
- the black angels też przedwcześnie wysiąkłe. półgębkiem powiem, że ten nowy album też jest wybitny, tak jak debiut. zupełny osmalony, przejarany drone-psych-rock.
- dudley perkins wziąłem z któregoś z podkastów grzesia.
- lato idzie, fruit that ate itself mi się od razu kojarzy.

róbcie swoje składaki.

01 kwietnia 2008, 14:33:17

zmień ten riff!



1. Linus Pauling Quartet - She Bad She Thowed
2. New Bomb Turks - Out of My Mind
3. New Bomb Turks - Sharpen-Up Time
4. Terrible Twos - Chinky Glass Eye
5. Bantam Rooster - Put You Down
6. Thee Hydrogen Terrors - All Hail The Panamanian Subversive
7. Future of the Left - Plague Of Onces
8. Mclusky - Friends Stoning Friends (live at BBC)
9. Electric Eels - Agitated
10. Monoshock - Change That Riff
11. DMBQ - Altered Rock
12. Vincent Black Shadow - Pac Man Jones


okładka wzięta ze strony Casey Burns. pani robi plakaty dla zespołów. polecam, niektóre są cymesowe.

uwagi:
- wiosna jak co roku objawia się głośnym idiotyzmem.
- new bomb turks z ich kompilacji singli i rarytasów pt. 'pissing out the poison'. mają przykop ci panowie.
- bantam rooster to projekt garażowy gitarzysty gravitar. po awangardowym noise'ie gość musiał się odstresować grając garage-punk. nie dziwota.
- hydrogen terrors nazwałbym noisebilly. polecam cały ich album wydany na load.
- pan andy "falco" falkous występuje dwa razy. najpierw w nowym już-nie-takim' future of the left i w starszym o-ja-pierdziu-aż-takim mclusky. kawałek mclusky jakimś cudem nie znalazł się na ich pośmiertnej kompilacji, a to bycza szkoda.
- wedle podań większość z sześciu koncertów, które udało się electric eels zagrać skończyło się interwencją policji. a to takie miłe chłopaki. mają nawet generator wyzwisk na swojej stronie.
- gość z monoshock zrobił odwrotnie niż gość z gravitar. z noise-punka poszedł w awangardę zakładając the bad trips. a ci grali niedawno na sxsw. tutaj jest bootleg.
- vincent black shadow są genialni. a ich płyta kosztuje tylko 19 dolców z przesyłką. a właśnie, macie może pożyczyć 19 dolców? w obecnych czasach to niewiele.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

26 marca 2008, 02:23:22

hymny i przyśpiewki



1. The Dodos - Jodi
2. Dark Meat - Well Fuck You Then
3. The Dirtbombs - Ever Lovin' Man
4. Alice Donut - The Puny And Revolting Men Of Advertising Smile
5. Smart Went Crazy - Immutable Beauty (tm)
5. Pavement - Fight This Generation
7. Welcome - Actual Glad
8. Melvins - Mary Lady Bobby Kins
9. {{{Sunset}}} - I Love My Job
10. Tomahawk - In Every Dreamhome a Heartache (na żywca u Szwedów)

uwagi:
- posłuchajcie linii basu w kawałku alice donut.
- dirtbombs dla podkreślenia jakości ich ostatniej płyty.
- 'in every dreamhome' swego czasu było stale grane na koncertach tomahawk (sądząc po bootlegach, jakie słyszałem). patton pomylił słowa, ale kawałek wyszedł nieźle.
- 'in every...' w oryginale grali roxy music, ale to na pewno wiecie. polecam okładki ich wcześniejszych płyt - wystylizowane modeleczki w artystycznych pozach.
- melvins naturalnie z 'the bootlicker'. polecałem swego czasu i zdanie podtrzymuję.
- dark meat ku przypomnieniu, że im się rzecz z 2006 wielce udała.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

26 marca 2008, 02:15:33

the gentle art of not giving a fuck


dowolny artysta - dowolny album
(dowolna wytwórnia) dowolny rok


0. Naprawdę nie wiem co polecić. Nie mam pojęcia.

1. Zamieniamy się. Teraz wy mi rekomendujecie albumy. Jakiekolwiek, wrzucajcie w komentarze. Przesłucham i powiem co sądzę. Może się zgodzimy, a może pokłócimy. Kłótnie są dobre. Zaraz powiem dlaczego. Teraz będzie dużo prywaty. I mało publiki.

[1a. Z perspektywy godziny - wstyd mi za poniższy tekst. Naprawdę.]

2. Jak już wspominałem, nie lubię słuchania nowości. Robienie podkastu mnie do tego zmusza. Największym problemem, z którym trzeba sobie poradzić przy robieniu kolejnych playlist jest chęć wrzucania tylko najbardziej uwielbionych rzeczy. W ten sposób te (prawie) pięćdziesiąt odcinków to byłyby wybory tylko z najbardziej ulubionych płyt. Czyli nuda. W składankach musi być dynamika, kawałki muszą się ze sobą ładnie poszarpać. Słuchacze muszą być odpowiednio podrapani.

3. Nie to, żebym wiedział jak sprawić by szarpało i drapało. Nie wiem. Boję się przy publikacji każdego kolejnego odcinka. Wcześniej przez dłuższy czas noszę te składanki ze sobą w odtwarzaczu. Dzielę kawałki względem klimatów. To trochę jak w fabryce. Przez te półtora roku robienia podkastu wyrobiłem u się jakiś taki automatyzm. Z jednej strony - fajnie. Z drugiej - może zatrudniłbym do tego robota? Słuchanie muzyki to ciężka praca.

3.1. Cały czas się boję, że wypstrykam się z albumów do polecenia. Że zabraknie materiału na podkast. Tak może być, cholera. Na świecie niedługo zabraknie gazu i ropy, a muzyka miałaby być wieczna?

4. Ile jest recenzenta w ocenianiu muzyki? Ile powinno być? Czy nie lubię timberlejka bo nie lubię takiego popu, czy po prostu jego muzyka obiektywnie ssie? Po co czyta się recenzje? Czy lepszy jest recenzent porywająco piszący o miernotach, czy wytrawny smakosz o siermiężnym piórze? Czy postaci muzyków są ważne w mówieniu o muzyce? Przecież aktorzy grający morderców nie są mordercami.

5. Jednego jestem pewien - Internet nie zabija muzyki. Internet ją uwalnia. Przez te kilka lat mojego amatorskiego kolekcjonerstwa widziałem malutkie fora, ziny, torrentownie i huby, na których siedzieli goście słuchający awangardy jak przeciętny zjadacz chleba popu. I wiecie co jest najlepsze? Oni nigdy nie ustawiają się w opozycji do kogoś albo czegoś. Po prostu zachowują się jakby te Wielkie Wydarzenia, gale, rozdania nagród i wiece nie istniały. Jakby były tylko wytwórnie tłoczące 500 kopii singli z najdziwniejszą muzyką. To jest genialne.

6. I znów pytanie - czy to czyni ich płyty lepszymi?

7. Ian Mackaye miał rację - muzyka rzeczywiście wleci oknem kiedy zamknie się jej drzwi. The Ex mieli rację - historia to jest to, co się właśnie dzieje. Za kilkadziesiąt lat ludzie będą czytali o zespołach, które powstają w tym momencie.

8. Prośba do wszystkich czytających - zakładajcie blogi o muzyce i kłóćcie się ze mną. Zakładajcie zespoły grające najidiotyczniejsze i najdziwniejsze dźwięki, by później zgrywać je na taśmy, płyty i winyle. Początkujcie miniaturowe lokalne sceny. Przepinajcie gitary do wzmacniaczy basowych, a basy do akumulatorów od trabanta. Róbcie cokolwiek. A później brońcie swojej muzyki zębami i pazurami. Byle nie modną fryzurą i dekoltem. Choć nie, porządny dekolt ujdzie - w teledyskach zawsze można wyłączyć dźwięk.

9. Kłótnie są najlepsze. Zwłaszcza te najostrzejsze. Z wzajemnego klepania po plecach nie wyszło nic prócz pierdyliarda amerykańskich komedii familijnych. Widzieliście choć jedną dobrą jankeską komedię familijną?

10. Właśnie. Ja też nie.