
The Fall - Palace Of Swords Reversed
Cog Sinister/Rough Trade 1982

Hawkwind - Space Ritual
United Artists 1973
1. Pisanie o nowościach płytowych jest niefajne. To tak, jakby wpuszczono cię do nowego mieszkania i nakazano jak najszybciej opisać to miejsce. Ten opis się szybko dewaluuje. Po jakimś czasie niechęć okazuje się strachem, a zachwyt - potrzebą akceptacji. I tak dalej, i dalej. Jeśli zamiast mówić o czymś, dajesz "i tak dalej" to znaczy, że to jest głupie, nie?
2. I uwielbiam opisywać płyty, które znam dłużej. Fajnie się ich słucha - kawałków siebie samego. Jeszcze fajniej wracać do nich po dłuższym czasie. Prawda? Prawda.
3. Wspominałem już - pisałem licencjat o brytolskości w muzyce. Dupny wyszedł ten licencjat, ale to jest rzecz, która mię zawsze interesowała i imponowała - brytolskość. Uwielbienie dla rodziny królewskiej, Steven Gerrard charkający przed i po każdym rzucie wolnym, najlepsza telewizja publiczna na świecie, celebracja noszenia zielonych wellingtonów. Ile jest narodów dumnych z noszenia kaloszy?
3.1 Dlaczego Morissey niezmiennie działa mi na nerwy, a jednocześnie cholernie cieszę się, że Mark E. Smith jest moim imiennikiem? Porównajmy - ten pierwszy grał w rzygacznie wystawnym zespole, który niemalże zaczął wszystko to, co teraz słychać w mainstream indie, jest "otwarty politycznie" (krytykuje Busza, wow, jaki twardziel), i ubiera się w najmodniejsze garniaki. Naturalnie, musi też dobrze ustawiać się do zdjęć. Ten drugi, z kolei nagrał ponad 25 albumów (zwykłych LP, nie licząc solowych, kompilacji, bootlegów i projektu z Mouse on Mars). Wywalił kilka hektolitrów gorzały i wypalił tony fajek, dzięki czemu wygląda i mówi jak bezzębny menel, i obraca śliczną greczynkę, która z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu jest jego (kolejną) żoną. A do tego, jest Mark E. Smith najfajniejszym brytolem, jakiego mogę w chwili obecnej wymienić. Jest to więc wynik gitesności The Fall, albo dziwactwa obecnej chwili. Nie wiem.
4. Poza tym, czas w jakim Johnny Marr z The Smiths dołączył do Modest Mouse jest czasem definitywnie straconym. Nie spowodował upadku MM, ale go umocnił, rzekłem. A ja umiem rzekać.
5. The Fall to jest Mark E. Smith. On wywala ludzi z zespołu, on ich zatrudnia. On bije się z gitarzystą podczas trasy po USA i on kręci potencjonometrami na wzmacniaczach wszystkich członków zespołu (dosłownie - chodzi po scenie i zmienia ustawienia wzmacniaczy). Nie umie śpiewać, ma niezłe wyczucie rytmu. Mówi z akcentem mankuniańskim (mancunian = mieszkaniec Manchesteru) - przy wygłosie absolutnym dodaje bezdźwięczną sylabę (czyt. zamiast 'wings', powie 'wings-uh'). Ależ to kulernie brzmi.
5. Podejście. Muzycy mówią do ciebie różne rzeczy. Czasem "hej, jesteśmy seksowne/seksowni, patrz na nasze teledyski i kupuj płyty", albo "hej, my jesteśmy indie, jesteśmy zblazowani na wszelkie tematy, ale kupujcie płyty", i tak dalej. Muzycy awangardowi mówią "hej, jesteśmy awangardowi, słuchajcie albo spierdalajcie, nie obchodzi nas to". A Mark E. Smith mówi tylko "jesteśmy The Fall, spierdalajcie".
6. Serio. Smith potrafi zacząć płytę od tekstu tak obraźliwego, że kosztowało go to kontrakt z gitną wytwórnią ('The Classical' na Hex Enduction Hour), albo śpiewać refren inaczej niż jest w tytule ('plastic man' zamiast 'elastic man' w 'How I Wrote Elastic Man'). To nie jest przekora - to taki charakter. On nie lubi ludzi. I bardzo słusznie, muszę dodać. Ludzie są do dupy. Oglądałem swego czasu dokument o nim, robiło go BBC. Rzecz w tym, że Smith nie lubi BBC i oni o tym wiedzą. Więc wywiadowca przed kamerą wyraził swój strach przed mającą nastąpić rozmową. Wcale się nie dziwię - Smith rytualnie psuje wywiady.
7. Fan The Fall ze mnie jak z koziej trąbka - słyszałem chyba z dziesięć ich albumów. Z czego uwielbiam cztery. Ten polecany to zbiór singli, kiedyś o nim wspominałem. Najlepsze wprowadzenie do The Fall - młodszej wersji zespołu, jeszcze bez elektroniki i dziwactw. Od garażówki, do rzeczy epickich. 'Wings' to jeden z najlepszych kawałków jaki dotąd słyszałem. Ot tak, po prostu. Jedzie na jednym zestrojonym riffie, jak większość ich kawałków. Ale tekst, holy fuck, TEKST.
8. Otóż teksty Smith'a nie mają sensu. Ale to nie jest problem. On wie, że niektóre słowa obok niektórych słów brzmią mocno. Wiedzą to tylko najlepsi pisarze (i to nie wszyscy i nie zawsze). Teraz - wszystkie słowa w 'Wings' są mocne. To się prawie nie zdarza, a tutaj... Historia dotyczy, skumajcie, gościa który nabywa w sklepie skrzydła, wraz z gremlinami psuje brytolskie linie lotnicze, wpada w wir czasowy, trafia do przeszłości, tam zostaje postrzelony, znów wpada w wir czasowy i wraca. Ale tego sklepu od skrzydeł już nie ma, bo go wymazał w przeszłości. I teraz podmiot liryczny mówi tak:
So now I sleep in ditches.
And hide away from nosey kids.
The wings rot and feather under me.
The wings rot and curl right under me.
Posłuchajcie (błagam) jak Smith akcentuje te 'rot', 'feather' i 'curl'. Godfuckingdamnit.
9. Aha. Niejasno i nie na temat. Jak zwykle. Teraz będzie jeszcze gorzej. Hawkwind - tam grał Lemmy, zanim założył Motörhead. A Motörhead znowuż są:
1. überfajni (za wikipedią: dziennkarz pyta Lemmy'ego, jak jego zespół będzie brzmiał za lat dziesięć, odpowiedź: "tak samo, tylko głośniej")
2. odpowiedzialni za jeden z najgłupszych teledysków na świecie (Lemmy wyjeżdża z własnego grobu na motorze! z kuso ubraną laseczką!)
Hawkwind to dziadkowie space-rocka. Brytole. Cholernie dużo koncertowali. Cholernie dużo wpieprzali LSD. I się nic a nic nie zestarzeli. Przyznajcie, nawet Black Sabbath teraz brzmi jak muzyka popularna. A Hawkwind to nadal goście z Jowisza.
10. Space Ritual to właściwie bootleg. Zgrywany z koncertu, ale z dokrętkami. Nie łapię się w tych wszystkich edycjach (na winylu było krócej, później było 2xCD, a ostatnio wyszła wersja deluxe z DVD, czy jakoś tak). Nic ciekawego na tej płycie nie ma, poza jej niezbadaną jakością.
11. Kawałki wloką się na jednym transowym riffie, przesterowanym jak mój widok w lustrze o obecnej godzinie. Po piętnaście minut. Czasem dłużej. W tle losowa elektronika analogowa. Czasem melodyjne wokale o robotach i statkach kosmicznych. Pomiędzy kawałkami gość nazwiskiem Calvert czyta swoją space-poezję (śmieszną jak janiemogę, oczywiście). Nie ma przerw, wszystko jest jednym długim pływem. I brzmi znakomicie. Zupełnie nie wtedyźniejszo, ale też nie jakbydzisiejszo.
12. Poza tym, patrząc na to z historycznego punktu widzenia, Hawkwind to pierwszy zespół, który grał tak mantrycznie. W tamtych czasach rządzili twardziele gitarowi - '20 solówek na minutę' - Cream, 'Pan Niskie C' - Tony Iommi, i tak dalej. A tutaj - żadnych popisów, wszystko w niewoli (lub wolności, zależy jak patrzeć) sci-fi-rytmu.
13. Aha, Michael Moorcock kiedyś w Hawkwind był na wokalu. Moorcock to był niezły gość - tak jak Mark E. Smith napisał rzecz o podróży w czasie. Tym razem gość się cofa dwa tysiące lat wstecz i widzi, że Święta Rodzina nie jest święta i to on musi umrzeć na krzyżu, by się słowo z Biblii dopełniło. Zabawna rzecz, ale mniej tam mocnych słów niż, w 'Wings'.
13. Lista muzyków, którzy zżynają z Hawkwind i The Fall jest ogromna. Lista ludzi, którzy o tym procederze jeszcze nie wiedzą jest jeszcze dłuższa, ale pracuję nad nią. Chcecie się dopisać?
do posłuchania:
albumy w całości (co za pirackie czasy)
space ritual tutaj
palace of sword tam albo jeszcze tam