18 marca 2008, 21:26:13

sell your love for rocks and stones



1. Thee Oh Sees - Graveyard Drug Party
2. Woods Family Creeps - Twisted Tongue
3. Sebadoh - Temptation Tide
4. The Ohsees - I Agree
5. The Cherry Blossoms - Rocks and Stones
6. Beachwood Sparks - Jugglers revenge
7. Grandaddy - Broken Household Applilance National Forest
8. The Olivia Tremor Control - Grass Canons
9. The Angels of Light - Sunflower's Here to Stay
10. Walkmen - Everyone Who Pretended to Like Me Is Gone
---
11. Bardo Pond - Good Friday

38 minut popu i easy-listening. także czyl-ałt oraz lekki klubowy d'n'b. zaprawione naturalnie najmodniejszymi z modnych bitów. pamiętajcie - miliony wyzwolonych kobiet musiały spalić biliony staników, abyście teraz mogli doświadczyć tej muzyki.

uwagi:
- nie było tu jeszcze składaka z taką ilością indie.
- the ohsees dwa razy - wcielenie nowe i starsze. te starsze pochodzi z ultrarzadkiej epki 'grave blockers'. przepraszam za trzaski w tle tego drugiego kawałka. to wina zgrywania z winyla. nie moja. nigdy nie moja wina.
- cherry blossoms są zaraźliwie radośni. podaję śpiewnik, aby zarazie uczynić zadość:
"sell your love for rocks and stones
sell your love for money
rocks and stones will weigh you down
money - it can kill ya"

- woods family creeps to projekt poboczny zespołu woods. ten kawałek tak bardzo mi przypominał sebadoh, że z rozpędu dodałem także ich kawałek.
- choć długo musiałem się do tego przybierać - stwierdzam, że nowy album angels of light rzeczywiście jest gites.
- tydzień temu w saturday night live grał vampire weekend. ależ banda wymoczków. zastanawiam się, czy grandaddy też byli tak wymoczkowaci. wskazywałaby na to nazwa, ale nie muzyka.
- dwa tygodnie temu w snl grało wilco. wypadli zaskakująco dobrze.
- kawałek ostatni jest dodatkiem okazyjnym i antyklimatycznym. tak jak the fall w audycjach bożonarodzeniowych.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

15 marca 2008, 14:48:03

przegląd #2 - wiosna padła mignąwszy siedemnaście razy

Jest mniej-więcej sobota, po południu. Kalendarz twierdzi, że piętnastego. Dobrze. Pogoda deszczowa, błoto po kolana. Za dwie godziny Liverpool gra z Reading (czyta się 'reding'). Na paczce żelków Maoam truskawka pieprzy się z jakimś niezindentyfikowanym zielonym owocem (mango?). Poniżej jest lista gites albumów wyszedłszych ostatnimi czasy.



Grinderman - s/t (Anti-)
Wow, jak zwykle jestem mocno spóźniony. Rozum pana Nika Kejwa wreszcie zrobił sobie przerwę na papierosa i wyszedł z tego ultragłupi garage-rock. Rzecz głównie o frustracji seksualnej - kawałek 'No Pussy Blues' jest bardzo na czasie. Plus, Kejw gra na gitarze. Nieumiejętnie, ale z jajem.

Fuzz Against Junk - Netti Netti (Invada)
Paul Allen z The Heads robi projekt poboczny. Znaczy, pewnie nie on robi, ale tak napiszę, bo tylko jego kojarzę. Jest na tej płycie jakiś taki pseudo-jazz, jeden kawałek z przykopem, kilka utworów prawie popowych (w stylu Gong, nie timberlejka) i wszystko to z saksofonem.

Thee Oh Sees - The Master's Bedroom is Worth Spending a Night In (Tomlab)
Kolejna zmiana nazwy i (delikatna) zmiana stylistyki. Tym razem melodyjny garage-rock w stylu lat bitelsowych zagrany głośno. Ponownie, masa rzeczy ślicznych, ale tym razem z towarzyszeniem rzeczy porządnie bujających. Jest głośniej i więcej śpiewu. Nie ma już kawałków drone'owych - same piosenki. Do oblukania trzy kawałki: raz, dwa i trzy.

Suishou no fune - Prayer for Chibi (Holy Mountain)
Znów - psychodela popołudniowa. Rozmarzona banda japońców. Materiału jest dużo (dwie płyty) i nie jest on najrówniejszy, ale cukierki takie jak 'Becoming A Flower' to rekompensują. Przy okazji - ciekawe rzeczy się na Holy Mountain ostatnio dzieją.

Howlin Rain - Magnificent Fiend (American)
oraz Wild Life (Three Lobed)
Wokalista złagodniałych ostatnimi czasy Comets On Fire gra niby solowo, ale z kumplami. Mocarna rzecz. Pełno solówek, zmian tempa i organów Hammonda. Magnificent Fiend jest bardziej piosenkowe (wydane na majorsie), a Wild Life to dwa kwadransowe jam'y .

Birds of Maya - Volume I (Holy Mountain)
Ultrasurowy lo-fi blues-rock. Nagrywane w kimś garażu, albo piwnicy. Z przykopem, bo autorami są goście ze znanych składów stonerowych.

Ross Johnson - Make It Stop! The Most of Ross Johnson (Goner)
Pan Johnson jest ultraekstrawertykiem. Do prostackich staromodnych podkładów gitarowo-popowych (czyt. w stylu lat '60) opowiada swoje dziwaczne historie. A to raz spił się jak wieprz na urodzinach swej córki, a to zaprasza swoją ukochaną do swej Chatki-Odlotki ("Get High Shack"). Na poprawę humoru, bo literacko jest ta płyta mocna.

The Dirtbombs - We Have You Surrounded (In The Red)
O, konsternacjo! Brudnebomby wydały najlepsze z tego, co dotąd wydały. Przebojowe, z wykopem. Przedostatni kawałek jest wyrazem końca świata (8 minut noise-improwizacji), po czym następuje piosenka po francusku. Mimo git konceptu, jest to słabe zakończenie, ale wszystko przed tym końcem świata jest odjechane.

Shit and Shine - Cherry (Riot Season)
Wiadomo, rekomendowałem ich niedawno. Tym razem dwa razy winyl. I znów - kawałki krótkie i dwa dłuższe. W porównaniu z 'Jealous of Shit And Shine' te krótsze są lepsze, ale dłuższe już nie dorastają. Dużym gitesem jest gościnny występ wokalisty Enablers nazwiskiem Pete Simonelli na drugim kawałku płyty. Jak zwykle zapodaje porządny poetycki monolog.

Blacktusk - Passage Through Purgatory (Hyperrealist Records)
Jajeczny południowy metal. Produkcja nieco ugładzona (a'la, powiedzmy, Mastodon), a klimat jak w Motorhead - metal/punk.

Billy Bao - Dialectics of Shit (Parts Unknown)
Nigeryjski noise-punk (wspominałem przy okazji podsumowania poprzedniego roku). Brutalna repetycja repetycja repetycja.

The Goslings - Occasion (Not Not Fun)
Goslings jakoś nigdy mię nie zachwycali, ale jedno muszę im przyznać - są tak ciężcy, że aż tchu brak. Tutaj nieco przystopowali, ale i tak przy pomocy niektórych kawałków można zabierać się do demolki budynków.

Religious Knives - It's After Dark (Troubleman Unlimited)
All-stars jankeskiej sceny noise'owej gra jeden dźwięk przez godzinę. Jak na taką przeszłość muzyczną - rzecz jest cicha, stonowana. I, naturalnie, dziwaczna. W tle - senne zawodzenie.

Terrible Twos - s/t (Criminal IQ)
Czyli sposób, w jaki powinno się użytkować klawisze w muzyce rozrywkowej. Jest to zespół gości z The Piranhas, więc nie spodziewajcie się egzaltacji - pełno idiotycznych wrzasków i hałasu. Fun.


To wszystko oraz skarga/prośba. Nie mogę nigdzie znaleźć 'Batholith' Bardo Pond. Już wyszedł, całe 1000 kopii już się rozeszło, a na w Necie tego nie ma. Jeśli gdziekolwiek się na to natkniecie, dajcie znać.
nieważne, już dorwałem. nawet z bonusową EPką. zgadnijcie, co o tej płycie sądzę.

11 marca 2008, 12:12:35

just to get a taste of you



1. Unwound - Go To Dallas And Take A Left
2. Shellac - Billiard Player Song
3. Dragged By Horses - The Need to Fight
4. Rye Coalition - Fucking With Beautiful Posture
5. Skull Defekts - Rhythm Is The Key
6. Magik Markers - Taste
7. A-Frames - Eva Braun
8. Fuzz Against Junk - A Progression

część pierwsza - szelakowatość. w części drugiej dostępujemy ciężkiego artyzmu.

uwagi:
- obrazek wzięty z majspejsa skull defekts. na important ma wyjść ich nowy album. szykuje się radocha.
- kawałek unwound jest jak powieść Philip'a K. Dicka - zaczyna się niby normalnie, a kończy headfuckiem.
- rye coalition z pierwszej płyty. jeśli wam się spodoba, to posłuchajcie ich debiutu i 'lipstick game'. rzeczy późniejsze to już hit-and-miss.
- magik markers wreszcie udało mi się wpasować klimatem w podkast. obaczcie, bo z nimi to jest naprawdę ciekawa ewolucja brzmieniowa.
- fuzz against junk z końca ich płyty. dziś albo jutro dorzucę kolejny przegląd, tam napiszę o nich coś więcej.
- dzisiejszy shellac z singla 'a rude gesture'. powinni wreszcie wydać jakąś kompilację epek i siedmiocalówek.
- poza tym shellac gra we wrocławiu czwartego maja! poszukiwani są ludzie, którzy mogą zapewnić piwne towarzystwo oraz nocleg w breslau (w razie potrzeby mogę nawet powiedzieć, że knigi krajewskiego są niezłe).

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

09 marca 2008, 02:40:19

Day by day. The moon gains on me.


The Fall - Palace Of Swords Reversed
Cog Sinister/Rough Trade 1982


Hawkwind - Space Ritual
United Artists 1973

1. Pisanie o nowościach płytowych jest niefajne. To tak, jakby wpuszczono cię do nowego mieszkania i nakazano jak najszybciej opisać to miejsce. Ten opis się szybko dewaluuje. Po jakimś czasie niechęć okazuje się strachem, a zachwyt - potrzebą akceptacji. I tak dalej, i dalej. Jeśli zamiast mówić o czymś, dajesz "i tak dalej" to znaczy, że to jest głupie, nie?

2. I uwielbiam opisywać płyty, które znam dłużej. Fajnie się ich słucha - kawałków siebie samego. Jeszcze fajniej wracać do nich po dłuższym czasie. Prawda? Prawda.

3. Wspominałem już - pisałem licencjat o brytolskości w muzyce. Dupny wyszedł ten licencjat, ale to jest rzecz, która mię zawsze interesowała i imponowała - brytolskość. Uwielbienie dla rodziny królewskiej, Steven Gerrard charkający przed i po każdym rzucie wolnym, najlepsza telewizja publiczna na świecie, celebracja noszenia zielonych wellingtonów. Ile jest narodów dumnych z noszenia kaloszy?

3.1 Dlaczego Morissey niezmiennie działa mi na nerwy, a jednocześnie cholernie cieszę się, że Mark E. Smith jest moim imiennikiem? Porównajmy - ten pierwszy grał w rzygacznie wystawnym zespole, który niemalże zaczął wszystko to, co teraz słychać w mainstream indie, jest "otwarty politycznie" (krytykuje Busza, wow, jaki twardziel), i ubiera się w najmodniejsze garniaki. Naturalnie, musi też dobrze ustawiać się do zdjęć. Ten drugi, z kolei nagrał ponad 25 albumów (zwykłych LP, nie licząc solowych, kompilacji, bootlegów i projektu z Mouse on Mars). Wywalił kilka hektolitrów gorzały i wypalił tony fajek, dzięki czemu wygląda i mówi jak bezzębny menel, i obraca śliczną greczynkę, która z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu jest jego (kolejną) żoną. A do tego, jest Mark E. Smith najfajniejszym brytolem, jakiego mogę w chwili obecnej wymienić. Jest to więc wynik gitesności The Fall, albo dziwactwa obecnej chwili. Nie wiem.

4. Poza tym, czas w jakim Johnny Marr z The Smiths dołączył do Modest Mouse jest czasem definitywnie straconym. Nie spowodował upadku MM, ale go umocnił, rzekłem. A ja umiem rzekać.

5. The Fall to jest Mark E. Smith. On wywala ludzi z zespołu, on ich zatrudnia. On bije się z gitarzystą podczas trasy po USA i on kręci potencjonometrami na wzmacniaczach wszystkich członków zespołu (dosłownie - chodzi po scenie i zmienia ustawienia wzmacniaczy). Nie umie śpiewać, ma niezłe wyczucie rytmu. Mówi z akcentem mankuniańskim (mancunian = mieszkaniec Manchesteru) - przy wygłosie absolutnym dodaje bezdźwięczną sylabę (czyt. zamiast 'wings', powie 'wings-uh'). Ależ to kulernie brzmi.

5. Podejście. Muzycy mówią do ciebie różne rzeczy. Czasem "hej, jesteśmy seksowne/seksowni, patrz na nasze teledyski i kupuj płyty", albo "hej, my jesteśmy indie, jesteśmy zblazowani na wszelkie tematy, ale kupujcie płyty", i tak dalej. Muzycy awangardowi mówią "hej, jesteśmy awangardowi, słuchajcie albo spierdalajcie, nie obchodzi nas to". A Mark E. Smith mówi tylko "jesteśmy The Fall, spierdalajcie".

6. Serio. Smith potrafi zacząć płytę od tekstu tak obraźliwego, że kosztowało go to kontrakt z gitną wytwórnią ('The Classical' na Hex Enduction Hour), albo śpiewać refren inaczej niż jest w tytule ('plastic man' zamiast 'elastic man' w 'How I Wrote Elastic Man'). To nie jest przekora - to taki charakter. On nie lubi ludzi. I bardzo słusznie, muszę dodać. Ludzie są do dupy. Oglądałem swego czasu dokument o nim, robiło go BBC. Rzecz w tym, że Smith nie lubi BBC i oni o tym wiedzą. Więc wywiadowca przed kamerą wyraził swój strach przed mającą nastąpić rozmową. Wcale się nie dziwię - Smith rytualnie psuje wywiady.

7. Fan The Fall ze mnie jak z koziej trąbka - słyszałem chyba z dziesięć ich albumów. Z czego uwielbiam cztery. Ten polecany to zbiór singli, kiedyś o nim wspominałem. Najlepsze wprowadzenie do The Fall - młodszej wersji zespołu, jeszcze bez elektroniki i dziwactw. Od garażówki, do rzeczy epickich. 'Wings' to jeden z najlepszych kawałków jaki dotąd słyszałem. Ot tak, po prostu. Jedzie na jednym zestrojonym riffie, jak większość ich kawałków. Ale tekst, holy fuck, TEKST.

8. Otóż teksty Smith'a nie mają sensu. Ale to nie jest problem. On wie, że niektóre słowa obok niektórych słów brzmią mocno. Wiedzą to tylko najlepsi pisarze (i to nie wszyscy i nie zawsze). Teraz - wszystkie słowa w 'Wings' są mocne. To się prawie nie zdarza, a tutaj... Historia dotyczy, skumajcie, gościa który nabywa w sklepie skrzydła, wraz z gremlinami psuje brytolskie linie lotnicze, wpada w wir czasowy, trafia do przeszłości, tam zostaje postrzelony, znów wpada w wir czasowy i wraca. Ale tego sklepu od skrzydeł już nie ma, bo go wymazał w przeszłości. I teraz podmiot liryczny mówi tak:
So now I sleep in ditches.
And hide away from nosey kids.
The wings rot and feather under me.
The wings rot and curl right under me.
Posłuchajcie (błagam) jak Smith akcentuje te 'rot', 'feather' i 'curl'. Godfuckingdamnit.

9. Aha. Niejasno i nie na temat. Jak zwykle. Teraz będzie jeszcze gorzej. Hawkwind - tam grał Lemmy, zanim założył Motörhead. A Motörhead znowuż są:
1. überfajni (za wikipedią: dziennkarz pyta Lemmy'ego, jak jego zespół będzie brzmiał za lat dziesięć, odpowiedź: "tak samo, tylko głośniej")
2. odpowiedzialni za jeden z najgłupszych teledysków na świecie (Lemmy wyjeżdża z własnego grobu na motorze! z kuso ubraną laseczką!)
Hawkwind to dziadkowie space-rocka. Brytole. Cholernie dużo koncertowali. Cholernie dużo wpieprzali LSD. I się nic a nic nie zestarzeli. Przyznajcie, nawet Black Sabbath teraz brzmi jak muzyka popularna. A Hawkwind to nadal goście z Jowisza.

10. Space Ritual to właściwie bootleg. Zgrywany z koncertu, ale z dokrętkami. Nie łapię się w tych wszystkich edycjach (na winylu było krócej, później było 2xCD, a ostatnio wyszła wersja deluxe z DVD, czy jakoś tak). Nic ciekawego na tej płycie nie ma, poza jej niezbadaną jakością.

11. Kawałki wloką się na jednym transowym riffie, przesterowanym jak mój widok w lustrze o obecnej godzinie. Po piętnaście minut. Czasem dłużej. W tle losowa elektronika analogowa. Czasem melodyjne wokale o robotach i statkach kosmicznych. Pomiędzy kawałkami gość nazwiskiem Calvert czyta swoją space-poezję (śmieszną jak janiemogę, oczywiście). Nie ma przerw, wszystko jest jednym długim pływem. I brzmi znakomicie. Zupełnie nie wtedyźniejszo, ale też nie jakbydzisiejszo.

12. Poza tym, patrząc na to z historycznego punktu widzenia, Hawkwind to pierwszy zespół, który grał tak mantrycznie. W tamtych czasach rządzili twardziele gitarowi - '20 solówek na minutę' - Cream, 'Pan Niskie C' - Tony Iommi, i tak dalej. A tutaj - żadnych popisów, wszystko w niewoli (lub wolności, zależy jak patrzeć) sci-fi-rytmu.

13. Aha, Michael Moorcock kiedyś w Hawkwind był na wokalu. Moorcock to był niezły gość - tak jak Mark E. Smith napisał rzecz o podróży w czasie. Tym razem gość się cofa dwa tysiące lat wstecz i widzi, że Święta Rodzina nie jest święta i to on musi umrzeć na krzyżu, by się słowo z Biblii dopełniło. Zabawna rzecz, ale mniej tam mocnych słów niż, w 'Wings'.

13. Lista muzyków, którzy zżynają z Hawkwind i The Fall jest ogromna. Lista ludzi, którzy o tym procederze jeszcze nie wiedzą jest jeszcze dłuższa, ale pracuję nad nią. Chcecie się dopisać?

do posłuchania:
albumy w całości (co za pirackie czasy)
space ritual tutaj
palace of sword tam albo jeszcze tam

04 marca 2008, 20:33:39

space vs. place vol. 2



0. Electric Orange - Traumama
1. Deerhunter - Fluorescent Grey
2. Mugstar - Floatation Tank
3. A Place to Bury Strangers - Another Step Away
4. Wooden Shjips - Start to Dreaming
5. Earthling Society - Girls Talk
6. Southpacific - Interconnect
7. SIANspheric - This All Happened

space-pop. starałem się, by było lekko. wszystkim.

uwagi:
- na obrazku okładka nowego singla wooden shjips. właśnie z niego pochodzi jeden kawałek zawarty w playliście dzisiejszej.
- jest też deerhunter. ich zeszłoroczny album był mocno średni, ale epka za to - znakomita.
- mugstar to scouser-space-noise (scouser to inaczej mieszkaniec liverpoolu). zabawne, bo z liverpoolu jest też zepsół kling klang - podobny stylem, ale bardziej krautowy.
- kawałek earthling society (też brytole) jest niereprezentatywny względem całej płyty - jego długość nie przekracza kwadransa i posiada melodię.
- southpacific kojarzy mi się klimatem z 'dayvan cowboy' boards of canada. polecam zresztą cały album (a tytuł jego 'trzydzieści i trzy', serio)
- AMG twierdzi, że sianspheric brzmią jak my bloody valentine, ale tak przecie nie jest. więcej w nich kosmosu niż kucyków my little pony (z całym szacunkiem dla mbv).

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY] plik mp3 do pobrania.

01 marca 2008, 23:33:13

by easy multiplication i give you the key


Skull Defekts - Blood Spirits & Drums Are Singing
Conspiracy 2007


Shit And Shine - Jealous of Shit And Shine
Riot Season 2006


The Psychic Paramount - Gamelan Into The Mink Supernatural
No Quarter 2006

1. Wymyśliłem ostatnio taki dowcip:
Czym się różni omnipotencja od ultrapotencji?
Przy omnipotencji możesz wszystko. Przy ultrapotencji możesz zawsze.

2. CHŁERECHŁECHŁE! Dwie powyższe linijki umacniają moją pozycję najśmieszniejszego idioty na tej planecie.

3. Zmarnowałem już dwa punkty na marny dowcip. Teraz poważniej - jeśli istnieje jakiś wart uwagi trend w muzyce to jest to skłonność muzyków awangardowych do przenoszenia się na nieco większe wytwórnie i nagrywania rzeczy normalniejszych. Tak było w poprzednim roku. Wystarczy spojrzeć na listę znormalizowanych muzyków: Six Organs of Admittance, Raccoo-oo-oon, w pewnym sensie Yellow Swans. I Magik Markers, ze świetnym 'Boss'. Tylko Lambsbread jakoś to przeżyli. U nich nadal za cholerę nic nie słychać, mimo że siedzą na Ecstatic Peace!.

4. I teraz, jeśli mówię - noise, to nie chodzi mi o godzinne odjazdy na jednym cyfrowym dźwięku przepuszczonym przez stado efektów a'la Merzbow. Szanuję taki czysty hałas, ale go nie lubię. Noise najlepiej smakuje podlany jakimś fajnym sosem. A to porządnym riffem, a to rytmiką.

5. Rytmika jest w Skull Defekts. Właściwie jest tylko rytmika. I jeden, dwa akordy na gitarze. W tle piski i jęki. Znużony wokal o szwedzkim akcencie. Sześć kawałków męczących jak rowerowa wycieczka po Saharze. Trwających zresztą podobnie długo.

6. Ciekawy jest klimat 'Blood Spirits...'. Jakby dyskoteka, na którą w charakterze gwiazdy zaproszono zespół noise'owy. Właściwie tak jest. Ten album to odskocznia od reszty ich materiału, który jest właśnie w stylu drone-noise, bez riffów i pulsu.

7. Goście ze Skull Defekts mieli kiedyś zespół o nazwie Kid Commando. Zajrzałem do jednego z ich wywiadów.
Pytanie: Dlaczego nie macie basisty?
Odpowiedź: Znacznie lepiej bawiliśmy się przepinając struny basowe do normalnej gitary.
Dalej w tymże:
Rozstrojone struny żyją własnym życiem. Jeśli uderzysz nastrojoną strunę dziesięć razy, to otrzymasz ten sam dźwięk. Przy naprawdę rozstrojonych strunach to loteria. Lubimy element losowości.
Mój komentarz: Tak! Absofuckinlutnie tak!. O to w tym wszystkim chodzi. Jednego riffu przez dziesięć minut git się słucha, jeśli gitara jest porządnie rozstrojona.

8. Poza tym, muzycy awangardowi robią sobie jaja. Mogą, są inteligentni. Będą trzaskać długie i idiotyczne tytuły. Będą dawać zdjęcia dolnych rejonów ciał nieubranych pań na okładkach. Będą przetykać krótkie hałaśliwe kawałki z jednym, półgodzinnym i wielkim jak wieżowiec.

9. Tak właśnie zrobili Shit And Shine. Przyznaję otwarcie, najczęściej słucham tego jednego, wielkiego kawałka. Zwie się 'Practicing To Be A Doctor' i jest wspaniały. Kiedyś dałem jego fragment na podkaście. Tłuką dwie perkusje, rzężą dwa przesterowane basy i grają sample. Podobnież jest tam też gitara, ale nie słychać dokładnie. Niknie to w wielkiej chwale idiotycznie głośnego DŹWIĘKU.

10. Shit And Shine to synowie i córy Albionu. Czasem bawią się efektami gitarowymi (najczęściej na albumach), innym razem siadywują (zasiadywają) przy kilku perkusjach i walą ile wlezie. Grają jeden kawałek przez godzinę, lub półtora, po czym kończą i idą sobie. Luzacy. Tutaj można jedeno z takich kawałków zobaczyć (półgodzinny).

11. To wszystko, plus Psychic Paramount. To znowuż są goście z byłego Laddio Bolocko (natomiast Laddio Bolocko założył perkusista Dazzling Killmen - pierwszego chyba zespołu grającego ciężkie math-core).

12. Trzech gości bawi się urządzeniem zwanym chorus pedal. Wygląda to tak - gitarzysta gra riff, zapętla, gra drugi, też zapętla i tak dalej. W końcu otrzymuje pięć latających w powietrzu riffów podczas gdy sekcja rytmiczna próbuje nadążyć. Sztuczka w brzmieniu Psychic Paramount jest taka, że oni są POTWORNIE głośni. I nie jest to kwestia semantyki. Jakbyś nie kręcił gałką na głośnikach (słuchawki nie wchodzą w grę) twój pies i tak ze strachu schowa się w najdalszym kącie mieszkania. Podobnoż pan gitarzysta PP kończąc koncerty ma w zwyczaju zapętlić kilkanaście riffów, przekręcić głośność i zejść ze sceny. I nikt nie widzi różnicy. Prócz naszych sąsiadów, rzecz jasna.

13. Oczy bolą, kiedy widzę jak Pitchfork się kaja, że "ominęli świetne wydawnictwa Siltbreeze". Wprost niesamowite. Trzeba było Times New Viking wydających na Matador, aby superpismacy zauważyli znakomitość ich wcześniejszych rzeczy. Teraz jeszcze tylko brakuje tłumu dzieciaków siedzących na RYM słuchających Psychodelic Horseshit albo tych trzech omawianych albumów. Choć właściwie, może to byłoby lepsze? "Dzień dobry, Kaczkowski jestem, posłuchamy dziś najnowszego ultragłośnego noise'u".

Do posłuchania:
album skull defekts do ściągnięcia stąd.

26 lutego 2008, 14:47:52

who are these shadows in my way?



1. The Buff Medways - Medway Wheelers
2. Wild Billy Childish & The Musicians of the British Empire - Dear Santa Claus
3. The King Khan & BBQ Show - Too Much In Love
4. Deadly Snakes - I Can't Sleep At Night
5. Mark Sultan - We're Sinking
6. The Cassetes - South Arlington Life
7. M. Ward - Four Hours in Washington
8. Flat Duo Jets - Blackbeard
9. Flat Duo Jets - In My Neighborhood
10. GoGoGo Airheart - Nice Up The Dance
11. The Dirtbombs - Leopardman At C&A

informacje:
- pan na zdjęciu to Billy Childish. Się ten pan brytol charakteryzuje tym, że kiedyś zakładał miliard zespołów garage-punkowych (Thee Headcoats, The Milkshakes, dłuższa lista tutaj), a teraz zakłada kolejny miliard retro-rockowych. Buff Medways i Musicians of the British Empire to dwa należące do tej drugiej grupy.
- wywiad z Childish'em jest tutaj i jest dobry. Naprawdę dobry, dlaczego nie klikasz?
- Mark Sultan, wbrew pozorom występuje tutaj dwa razy: jako on sam pod własnem nazwiskiem, oraz jako King Khan.
- gitarzysto-wokalista Flat Duo Jets mieszkał przez dłuższy czas w szopie. nie wymyśliłem tego.
- perkusista FDJ nie mieszkał w szopie. tego też nie wymyśliłem.
- The Dirtbombs zupełnym przypadkiem wydali najlepszą płytę w swej karierze i ostatni kawałek grany tutaj jest tegoż faktu ucieleśnieniem.
- niejaki Maz pytał ostatnio czy podkast jest legalny. tutaj w komentarzach jest na to poniekąd odpowiedź (i niech to będzie wiadome dla wszystkich, że Linus Pauling Quartet to git goście).

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

23 lutego 2008, 01:06:27

you know when you grope for luna


Pixies - Trompe Le Monde
4AD 1991


Pavement - Watery, Domestic EP
Matador 1992

Wypijmy wirtualne piwo. Ja stawiam.
Palisz? Tak myślałem.
Pomińmy te pierwsze kilkadziesiąt sztywniackich minut gadania o ogólnikach. Co u ciebie, co u mnie. Cały świat się wali w gruzy, a tu takie pytania.
Siedzimy. Strzepujesz popiół albo patrzysz na bąbelki w piwie. Jeden pies, właściwie. Picie idzie wolno. Rozmowa przechodzi w coraz większe bzdury ale przynajmniej gada się łatwiej. Zaczynam opowiadać historyjki. Zupełnie nudne.

Idiotyzmy, które mogę opowiedzieć po kilku:
- Kiedy wejdziesz na wysoką sosnę i wieje wiatr, wtedy siadasz na gałęzi i możesz bujać się razem z całym drzewem. To całkiem fajny efekt. Jest w tym bujaniu dużo sensu.
- Gorącym latem łatwo jest wyczuć zapach agrestu. Krzak ma kłujące gałązki. Trzeba uważać.
- Czereśnie z drzewa trzeba wyżreć wcześnie, niedługo po dojrzeniu. Inaczej ptaki wydziobią wszystko. Skrzydlate bydlęcia.
- W każdej własnoręcznie zbudowanej bramce do piłki nożnej pierwsza zawsze połamie się poprzeczka. Żeby nie wiem co, coś się z nią zawsze stanie. Słupki, jeśli je umiejętnie wkopiesz w ziemię, przetrwają nawet najazd Hunów.
- Jedyną porą kiedy chodzenie po mieście jest fajne, jest bardzo wczesny poranek. Pusto wtedy jest, cicho. Tak powinno być cały czas. Gość rysujący Pearls Before Swine zrobił kiedyś komiks z Osiołkiem imieniem Danny. Osiołek-mizantrop zamurował wszystkich mieszkańców miasta w ich domach, po czym wybił szybę w kiosku, buchnął paczkę papierosów i w całkowitym spokoju wypalił je na ławeczce w parku.
- Koszulkę z Osiołkiem Danny'ym nosiłbym z dumą i nabożeństwem, choć nie palę i słaby ze mnie murarz.
- Podobno Einstein (Razgłaz) sypiał po dwanaście godzin na dobę.
- Nic, nic. Zaraz mi przejdzie.

Więc jesteśmy napici. Dla mnie właściwie niewiele wystarczy. Zaczynam gadać o muzyce. Tutaj mam pierdyliard historyjek i opisów. Jestem nudny.
Historyjki i opisy:
- Mógłbym opowiedzieć, jak to się stało, że kiedyś usłyszałem Pixies. Miałem bodaj dwanaście lat. Grałem w głupawą grę na komputerze. Jeździło się motorkiem i strzelało z karabinu do marnej jakości bitmapów. Gra była zripowana, w oryginale odgrywała muzykę z CD. Więc sobie grając pomyślałem - ale fajnie, gra ma soundtrack z wokalem! I to jakim wrzaskliwym. Fajnie, fjanie, fnafannjjie. Ty wiesz o co chodzi, ja wiem o co chodzi - to nie był soundtrack. To był 'Tame'. Kapnąłem się po jakimś czasie i słuchałem całości na odtwarzaczu. Podobało mi się wtedy głównie 'Hey'. Później słuchałem Metalliki. A później Pixies jakoś do mnie wrócili. I nadal wracają, choć Doolittle słucham rzadko.
- O Pavement takich historyjek nie mam.
- Do rekomendacji wybrałem akurat te płyty z przekory oraz faktu, że są to moje ulubione. I tak, wiem - Watery, Domestic trwa tylko dziesięć minut. Trudno.
- Trompe Le Monde to już nie są Pixies grający biedny punk-rock z hiszpańskimi tekstami (Surfer Rosa), ani Pixies jako pre-Nirvana (Doolittle), ani Pixies jako Upadła Madonna z Wielkim Cycem (Bossanova). Trompe Le Monde (kiedyś myślałem, że to znaczy Trąbka Świata) to Pixies jako Loud Guitars Screaming Right In Yr Fucking Face. Nie do końca, naturalnie (grali pop, jakby nie patrzeć), ale to fajnie brzmi.
- Szybko, jak najszybciej szukamy tak dobrego riffu jak ten z początku 'Space (I Believe In)', albo rockowych wokali z 'Planet of Sound', albo klawisze, które jakimś cudem nie brzmią wieśniacko ('Alec Eiffel'), albo...
- Goddamittopiwojestjakieśczerwonawealbozmieniłosięoświetlenie.
- Na przykład we wspomnianym 'Space' wokalista nagle mówi, że teraz zaśpiewa motyw przewodni z serialu Perry Mason. I tak robi.
- Watery, Domestic to album przejściowy - już nie tak źle brzmiący (i nie podrabiający The Fall) jak debiut, ale nie tak ładny i gładki jak Crooked Rain. Dużo tu basu - jest tak zmiksowany, że przebija się przez całą resztę i tą resztą właściwie rządzi. Malkmus tradycyjnie fałszuje, ale jest to fałsz wyćwiczony. Rzecz zaczyna się okropnymi klawiszami, a kończy słowami "don't expect'. Ani jednej zmarnowanej sekundy.
- Trudno, cholernie trudno jest o Pavement pisać. Raz, że jest to fenomen jankeski, a ja nie jestem jankesem. Dwa, że jest to fenomen właściwie do dziś przez nikogo nie podrobiony. Bo się nie da. Wszystkie porównywalne z nimi zespoły nie są do nich podobne. Bo kto? Built To Spill? Guided By Voices? Ni cholery.
- Po obu wymienionych zespołach słychać, że to są fani muzyki. I to tacy, którzy mają w domu dużo płyt. I stąd wzięły się nawiązania do tych najlepszych zespołów. W przypadku młodego Pavementu to był głównie The Fall (może też Swell Maps). Choć to też nie jest tak, że byli tylko ściągaczami - Pavement mieli takie melodie, że nawet mnie to rusza. Nie przeskoczysz tego, choćbyś siedział na barana u Isinbajewej (chciałbym napisać Pyrek, ale...). Poza tym, współpraca gitarzystów. Kannberg mógł grać nawet akord metalowy, a to i tak współpracowało z melodią. Jakimś niewytłumaczalnym cudem.
- Nie potrafię wymienić choćby jednej piosenki obu zespołów, której bym nie lubił. To znaczy, pewnie mógłbym, ale po co? Takiej solidności przy takiej ilości albumów i singli nie osiągnął raczej nikt. O genialności stanowi jakość B-Side'ów.
- Kolejne podobieństwa.
1. Wokaliści obu zespołów pisali teksty sylabicznie - tak, żeby dobrze brzmiały. W rezultacie rzadko miewały sens.
2. Przy końcu obu karier główny songwriter (Malkmus, Black) był śmiertelnie obrażony na drugoplanowego songwritera (Kannberg, Deal). Pavementowi wyszedł z tego najmniej lubiany (choć nadal znakomity) album, dla Pixies wyszedł mój ulubiony.
- I ostatnia rzecz - to są mistrzowskie piosenki. Nie długie improwizowane utwory na osiem strun, sklejone pudełko z reverbem i zepsuty wzmacniacz. Piosenki z refrenami. Do czterech minut. Do pośpiewania.
- z tymi zespołami jest tak: albo je uwielbiasz, albo ich jeszcze nie słyszałeś.

Było miło, może kiedyś powtórzymy? W następnym tygodniu jestem niestety zajęty. Ty też będziesz jak wytrzeźwiejesz. Idę o zakład.

Teraz trzeba wziąć takie składane krzesełko, co to go używają poważni rybacy (rybakowie), rozstawić na środku pokoju. Przysiąść, zapuścić te dwie płyty i podziwiać. Człowiek się od tego robi lepszym. Lepszeje.

19 lutego 2008, 15:05:06

cztery długie kawałki (plus jeszcze jeden) vol. 6



raz. Function - Hanalei (Alone With the Real Magic Dragon)
dwa. Collections Of Colonies Of Bees - Flocks III
trzy. Charalambides - Saddle Up My Pony
dodatkowy. Plants - Tumbleweed
cztery. Fire on Fire - Three or More

40 minut. jak widać, są dokładnie cztery utwory. tak jak mówi tytuł ostatniego kawałka. dźwiękowo uzyskaliśmy coś w rodzaju długaśnego pseudofolku. nasi wyspecjalizowani naukowcy przez kilka lat dobierali odpowiednie składniki, aby uzyskać wynik, który zupełnie nikomu nie stanowi.


odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]plik mp3 do pobrania.

19 lutego 2008, 12:45:58

Pękające bębenki


Kodo - mali Japończycy + duże bębny, odkopane z dysku z okazji gry w Audiosurf.
Z powodu zbyt wielu maili od wielbicielek dłuższego wprowadzenia nie będzie.
Kto ma chęć, to klikać, a kto nie...
Promo na youtubie
Lion, mp3, z fristajlem na trabce.

Dość na dziś. Kronika Nietowarzyska zamknięta.
"I'm a bird! I'm a plane! I'm a choo-choo train!"
Murdock