
Neil Young - On The Beach
Reprise 1974, 2004

Gravitar - Edifier
Manifold Records 2001
freezing my soul.
1. dziś mówię tylko prawdę. wyłącznie. jestem najobiektywniejszym człowiekiem na świecie.
2. te dwie płyty są bardzo dobre, ale to tylko moja opinia. musicie mi wierzyć na słowo. opinia jako przedmiot (abstrakcyjny przedmiot) też jest sprawą dyskusyjną bo się bierze z mózgu. a mózg to przecie taka galaretowata maszynka na prąd. i teraz, gdyby ludzie nie istnieli, to wtedy nie robiłoby różnicy czy coś istnieje czy nie, bo nie byłoby komu świata doświadczać. więc i tak żadna różnica, bo gówno doświadczamy. nie jest to kwestia, czy drzewo upadające w środku lasu wydaje dźwięk, bo w środku lasu żyje masa dźwierząt, a dźwierzaki mają lepszy słuch od nas. ale gdyby nie było organizmów słyszących to nie byłoby różnicy czy wybucha supernowa, czy meteor się zderza z planetą. nikogo by to nie obeszło. więc to jest tylko opinia wzięta z mojej galaretowatej maszynki na prąd.
3. wszyscy kojarzą young'a. swego czasu jedną gitarą zrobił soundtrack do 'dead man' jarmuscha (fajny film). i wydał trochę innych rzeczy. i narkotyzował się nieco. też bym się narkotyzował, gdybym miał forsę i odwagę. fajna płyta, ta 'on the beach', bo niezadowolona. miałem kiedyś okazję kupić 'harvest' za trzy dychy, ale nie kupiłem. i dobrze zrobiłem, bo to jakiś nudny wycyzelowany country-pop. a 'on the beach' nie jest wycyzelowany. remasterowany jest za to. pełniej brzmi. ma piosenki o śmierci i niszczeniu przyrody i niszczeniu ludzi. galaretowata maszynka neila young'a pracuje w taki sposób, żebyście słuchali z przyjemnością jego grania, ale nie byli w pełni z siebie zadowoleni.
4. a tę płytę gravitara kupiłem za osiem dolców (plus drugie tyle za wysyłkę). to jest jedyna rzecz, którą mogę bez problemu przyrównać do bardo pond. powtarzają kilka dźwięków w kółko i dodają kolejne efekty. i tak z kilku cichych dźwięków nagle robi się głośnej. i narasta narasta narasta i staje się wreszcie WYKURWIŚCIE GŁOŚNO. ot tak. i później ta melodia z początku przebija się przez ten zgiełk. i właściwie nie wiesz, czy naprawdę ją słyszysz czy może tylko pamiętasz ją z tego początku kawałka, kiedy jeszcze jakoś to brzmiało. pod koniec wszystko gaśnie, rzężenie idzie w tło. i idzie samo echo.
5. to trochę tak, jak z najfajniejszym dźwiękiem jaki słyszałem. znów - na słowo musicie. najfajniejszy dźwięk wydają organy w pustym kościele, kiedy organista przestaje grać i dźwięk odbija się przez kilka sekund od ścian. i to jest ładne. i to jest album young'a. najfajniejszy dźwięk jest też ten, kiedy gitarzysta przestaje grać i w rozgrzanych wzmacniaczach wybrzmiewa ostatni akord. i zaczynasz słyszeć pisk w uszach i widzisz jak było głośno. i to jest takie genialnie okropne. i to jest album gravitar.
6. u young'a jest osiem piosenek. raczej długawe. ostatnia ma osiem minut. wszystkie kawałki mają tytuły. 'revolution blues' podoba mi się najbardziej. i ten ostatni, najdłuższy.
7. u gravitara też jest osiem. ale nieco bardziej rozwlekle. jeden kawałek trwa jedenaście minut, inny siedemnaście. tylko cztery utwory mają tytuły. reszta ma datę nagrania zamiast tego.
8. na 'edifier' jest cover piosenki 'diana' niejakiego skipa spence. spence grał w jefferson airplane. jefferson grali na woodstock, tak jak neil young. piosenka jefferson airplane 'white rabbit' była wspomniana w 'fear and loathing in las vegas', a tam grał johnny depp. depp grał też w 'dead man', gdzie sountrack robił neil young. wszystko jest wielkim kręgiem życia, jak mówił mufasa.
9. na okładce 'edifier' jest zakrwawiona gitara. jakby gość pociął sobie palec struną E. to nie takie trudne, szczerze powiedziawszy. spytajcie jakiegokolwiek początkującego gitarzystę. na okładce 'on the beach' jest naturalnie plaża. i coś jakby rufa cadillaca wystająca z piasku. zakopać cadillaca w piasku jest znacznie trudniej niż rozciąć palec struną E, więc większe kudos dla young'a.
10. skończyły mi się obiektywne słowa na temat płyt, więc pogadajmy o filmach. o westernach. gdybym napisał książkę, to byłby to western. byłby w niej clint eastwood strzelający do poddających się ludzi.
11. musicie mi wierzyć kiedy powiem, że 'mccabe & mrs. miller' jest perfekcyjnym filmem. to jest niby western, ale tak naprawdę to jest film o wszystkim. pani julie christie się uśmiecha w taki sposób, jak powinna się uśmiechać każda kobieta - tylko kiedy nikt jej nie widzi. twardzielka z niej. adoruje ją pan beatty. problem polega na tym, że christie gra dziwkę, a beatty prostackiego spryciarza. beatty gada do siebie. mówi, że ma w sobie poezję. może i ma. jedyne, co mogę obiektywnie potwierdzić to jego złoty ząb.
12. więc pani christie nie będzie po sobie dawała poznać i będzie ciągała opium, żeby jakoś tę samokontrolę wytrzymać. a pan beatty uzna się za zbyt sprytnego i zostanie zastrzelony. dobre zakończenia są dla dzieci. kiedy oglądam ten film przypominam sobie warsztaty pisarskie w esejach jakiegoś pisarza. napisał, że jeśli się fabułę odpowiednio rozrusza, to mniej więcej w połowie powinno się wiedzieć jak się wszystko skończy. i tak właśnie jest.
13. tytuł notki możecie wyszukać tutaj. cały monolog pana mccabe'a jest genialny. przepraszam, chciałem powiedzieć - według mnie oraz kilku krytyków filmowych jest przynajmniej przyzwoity. w znaczeniu jakości, a nie obyczajów.
14. w tym filmie grają chyba dwie piosenki leonarda cohena. mój chrzestny powiedział, że z cohena jest dupa nie bard, bo szmalasty był i modnie ubrany i ta jego niezależność była na pokaz. tak mojemu chrzestnemu kazała powiedzieć jego galaretowata maszynka na prąd. ja byłbym nieobiektywny, więc się nie wypowiem.
Do posłuchania:
album gravitar w całości do ściągnięcia stąd