02 grudnia 2007, 02:56:39

as of lately i've been dreaming


Big Blood - Strange Maine 1.20.07
Dontrustheruin 2007


The Oh Sees - Sucks Blood
Castle Face 2007

1. Mam duży problem z ocenianiem muzyki. Niby istnieje wyraźny (najwyraźniejszy podobno) podział na dobrą i złą, ale skąd mam do cholery wiedzieć która jest ta dobra? Problem mój dotyczy też źródeł moich ulubionych płyt - może słucham ich, bo nikt o nich nie słyszał? Może ten cały acid-freak-folk to tylko taka ułuda? Może nie rzygałbym po zjedzeniu pepperoni, gdybym uprzednio wydłubał z niej wszystkie zielone papryczki?

2. Co ja tam wiem? Po angielsku brzmi to dobitniej - what the fuck do I know? Jestem wieśniakiem - mniej więcej co weekend wyjeżdżam na wieś. Jest to forma autoterapii, nieważne. Więc dziś (wczoraj) właśnie jechałem i grało radio. Dwójka. Siostra jest skrzypaczką, więc słucha Dwójki. Leciał jakiś koncert na fortepian, bardzo przyjemny, soundtrackowy taki. Pan lektor po zakończeniu koncertu zaczął wymieniać całość tytułu i całość nazwiska autora, jedno i drugie było długie. Później zapowiedział coś innego i znów zaczęło grać. Mój szósty zmysł pigmeja rozpoznał dźwięki. Cholera, mam to gdzieś na płycie... Wierzycie w przeznaczenie? Nie? Ja właściwie też nie. Napiszę wszystko, byle tylko wam się przypodobać. Bądźcie moimi kumplami, będę pisał co tylko trzeba, tylko bądźcie kumplami.

3. Panem, który to skomponował okazał się Erik Satie (dzięki internetowi jestem wszechwiedzący). Płytą, na której to słyszałem wcześniej, jest omawiany album Big Blood. Teraz baczcie jaka zbieżność losu. Zamierzałem opisać Big Blood od jakiegoś czasu, ale nie bardzo byłem pewien, czy ta płyta naprawdę jest gitesna, czy tylko mi się zdawało. Teraz nadal tego nie wiem, ale mam z nią już jakieś poyzytywne skojarzenie poprzez tę historyjkę. Niebywałe, prawda?

4. Big Blood to (o ile się nie mylę) małżeństwo, które gra taki dziwaczny acid-folk. Pan małżonek i pani małżonka wcześniej grali w Cerberus Shoal, dziwacznym zespole post-rockowym. Znów, jak w przypadku wielu innych, post-rock to metka przypinana im z braku innych, lepszych metek. Najobiektywniejszą rzeczą jaką mogę powiedzieć o Cerberus Shoal jest to, że mieli wybitne obrazki na płytach.

5. Big Blood wydali jak dotąd cztery albumy, dwa z nich to CD-ry sprzedawane w małym nakładzie na dwóch koncertach (stąd daty i miejsca w tytułach płyt). Z powodu, że nakład rozszedł się dość szybko i nie zaspokoił popytu, są one do ściągnięcia za darmola. Link podaję na dole. Dwa pozostałe albumy to dwie części pt. Sew Your Wild Days, do których dołączony był komiks. Te dwa też są do ściągnięcia, ale w nie się nie zagłębiałem. Wiem przeto, że jeden z nich zawiera cover zespołu Can.

6. Powodem, dla którego wybrałem Strange Maine, a nie Space Gallery jest to, że ten pierwszy jest skrycie zdechły, a ten drugi sztucznie żywy. Żywotność (żywiołowość) Space Gallery czasem działa (pierwszy kawałek, uwielbiam go), a czasem nie. Strange Maine wydaje mi się także być bardziej spójny - ma mocny początek, motyw przewodni (właśnie utwór Satie'go) i znakomite zakończenie. Ale znów - what the fuck do I know? Linkuję oba albumy, możecie sprawdzić sami.

7. Dźwiękowo Big Blood to niby ten freak lub acid-folk. Repetycja na akustyk, akordeon, elektroniczne instrumenta, etc. Małżeństwo się wyspryciło na tyle, że udziwnia i upsychodelnia jeszcze bardziej niż inni. Dodają echo do wszystkiego. Zapętlają dźwięki. Przestrajają wokale tak, że brzmią piskliwie. Grają indonezyjską piosenkę (podobno to cover Sun City Girls), i tak dalej. Dużo pomysłów, niewiele wpadek. Całość brzmi staro, jakby było nagrywane wiek temu, i mgliście. Dobre na dzisiejsze czasy.

8. Właśnie, czasy - muszę się poskarżyć. Mam tak, że zwykle w takiej porze roku potrzebuję jakiejś dobrej, pustej płyty. Zwykle to byli Castanets, którzy wydają płyty późną jesienią. Teraz też wydali, ale nie jest tak dobra jak First Light's Freeze. Nie jest tak dobra jak debiut. Rasposa, brodaty mózg Castanets, podobno wyszedł z depresji i nagrał pół godziny niemal wesołej americany. Rozumiem faceta, odcina się od przeszłości, teges. Problem mam taki, że nie lubię americany, bo nie jestem jankesem. Jestem wieśniakiem-Polakiem, do którego trafiały płyty Castanets z dziwnie przerobionymi kawałkami pseudofolkowymi (na debiucie potrafili zagrać rytm na dzwonku od roweru). Dlatego pierwszy kawałek na In The Vines mi pasuje, a drugi nie. I tak dalej, wedle wzoru. I dlatego Big Blood mi pasuje do tej zimy, bo jeśli oni folkują o białych łąkach, to takich abstrakcyjnych, a nie amerykańskich.

9. Teraz The Ohsees. Właściwie The Oh Sees, od tej płyty. Wcześniej było OCS. Orinoko Crash Suite. Solowy projekt pana z dziwnym fryzem. Projekt się nieco rozrósł personalnie. Pan się nazywa John Dwyer. Wcześniej grał w Coachwhips. Paskudnie głośny zespół. Prymitywny garage rock. Gdyby ten rock ściszyć i rozłożyć na nuty to wyszedłby nam trybut dla lat sześćdziesiątych. Z Ohsees jest podobna historia, ale to już nie rock.

10. Rok temu wydali Cool Death of Island Raiders. Bardzo dobra. Teraz mają Sucks Blood. Inny to już zespół. Dynamiczniejszy. Doszedł basista (gitarzysta altowy?), wyraźniej słychać śpiewającą panią. Kawałki zrobiły się jeszcze bardziej melodyjne, piosenkowe. Jest mniej eksperymentalnych rozjazdów (dwa bardzo krótkie kawałki pt. Drone versus dwa dłuższe drony z płyty poprzedniej).

11. Ohsees mają podobny klimat jak Big Blood. Mają takie naiwne melodyjki. Grają na jednym, dwóch akordach. Wszystko jest nagrane z dużym echem. Brzmią jakby sprzed lat, ich wokale są przetworzone, instrumenty niewyraźne. Aby uzyskać efekt lo-fi Big Blood zmieniało instrumentarium i nagrywało w garażu, a w Ohsees Dwyer kopiuje swoje nagrania z jednej kasety magnetofonowej na drugą tak, że kompresja jest w końcu bardzo wyraźna. Tylko, że jest to kompresja analogowa - w przeciwieństwie do cyfrowej rozmazuje brzmienie, nadaje jej ciepłoty. To jest fajne.

12. Wybrane cukierki z płyty - świetny otwierający It Killed Mom, Ship z dzwonami w tle, Invitation ze spontanicznymi wybuchami entuzjazmu, ostatni kawałek rozpadający się w śpiew ptaków. Tego tła nie słychać od razu - dlatego najlepiej się Sucks Blood słucha na słuchawkach, wieczorem.

(12.1. Jest w muzyce Ohsees jakaś nieuchwytna staroszkolna właściwość. Nie umiem tego określić, trzeba trafić w klimat.)

13. Nie mam pojęcia. Jest późno.

Do ściągnięcia posłuchania:
- dwa albumy Big Blood:
Strange Maine
Space Gallery
- wywiad z big blood
- The Ohsees na myspace (po lewej stronie są nagrania video).
- wywiad z Johnem Dwyer'em

27 listopada 2007, 11:49:48

ciche czasy, vol. 2



1. The Claudia Quintet - This Too Shall Pass
2. Smog - Dirty Pants (live)
3. Tristeza - Mirror Image
4. Six Organs Of Admittance - Coming To Get You
5. White Magic - What I See
6. Sic Alps - E.R.Q.
7. Mammal - Fatherlands

ciche kawałki z okazji pierwszego śniegu.

odsłuch, nasłuch, zesłuch: [PLAY]
plik mp3 do pobrania.

20 listopada 2007, 14:52:38

nine parts water, one part sand



1. The Scientists - Swampland
2. Brain Donor - Pa Doden's Trae
3. Clockcleaner - Vomiting Mirrors
4. Spider Vomit - Problems
5. Oxbow - 3 O'Clock
6. Clockcleaner - Out of the City

powolne, okropne, ochrypłe kawałki rockowe. chrońcie rodzinę i dobytek.

plik mp3 do pobrania.

20 listopada 2007, 01:03:14

all your friends, they should be shot


Clockcleaner - Babylon Rules
Load 2007

Patrzcie, zapodaję staroangielszczyzną:
O punk, how I love thee! For thou didst spawn so many great sub-genres.

Zanim napiszę cokolwiek, proszę o obejrzenie poniższego wywiadu:
wywiad w nowym oknie.

Clockcleaner grają tam dwa kawałki z opisywanej płyty. Na początku zespół ukazuje wyrazy, jakie uczynni mieszkańcy Filadelfii wydrapali im na samochodzie. Zwracam też uwagę na uroczą panią basistkę. Perkusista gra z fajką w gębie i stanikiem uwieszonym na talerzach. Pan gitarzysta ma okulary, koszulkę Homostupids oraz niewyparzoną gębę. Nazywa się Sharkey i jest bardzo zabawny. W nagraniu jedzie po zespołach z Filadelfii - mówi, że najpopularniejszy stamtąd obecnie Man Man dziesięć lat temu grałby ska. Zapewne ma rację. Nie zapominajmy, że z Filadelfii są też Bardo Pond. Oni nie graliby ska nawet, gdyby ich umyć i podać sole trzeźwiące.

Teraz kilka niepowiązanych ze sobą faktów:
- termin "punk toaletowy", który w samozadowoleniu ukułem jakiś czas temu został dawno wymyślony i zwie się z angielska "skull music".
- wobec powyższego Clockcleaner gra skull punk.
- na ich oficjalnej stronie jest prowadzony zapis do fanklubu. Diamentowa karta kosztuje 25 dolców rocznie. Nie sądzę, by po przesłaniu tej sumy ktokolwiek otrzymał od zespołu to, co jest opisane przy każdej z kart.
- pierwsze słowa Sharkey'a na ich drugiej płycie brzmią: "I saw your girlfriend leaving an abortion clinic the other day." po czym pan wokal dodaje jakby tego było mało: "With another man".
- zespół ma zakaz grania w większości klubów w swoim mieście.
- razu pewnego pan Sharkey obsikał stoisko z tzw. merchandise'm zespołu Bad Wizard, ponieważ jeden z jego członków się źle o Clockcleaner wyrażał. Zapytany dlaczego to zrobił Sharkey odpowiada: "Nie mogłem mu przywalić, bo miałem chorą rękę".

Patent na grę Clockcleaner mają taki, że sekcja rytmiczna gra riff w stylu Scratch Acid, tylko szybciej lub wolniej, a gitara gra PRZECIWKO całej reszcie, z rzadka dołączając do głównego motywu. Tak, żeby jak najbardziej przeszkadzać słuchaczowi w odbiorze utworu. Efekt jest taki, jak we Flipperze.

Pierwszy album (The Hassler) był najbardziej tradycyjny brzmieniowo i trwał 17 minut. Drugi (Nevermind, zatytułowany tak, by wkurzyć fanów Nirvany) wprowadził użycie echa do efektów gitarowych, dzięki czemu zamiast jednego dźwięku molestowanego kota otrzymaliśmy w porywach piętnaście. Trzeci album, obecnie opisywany jest nieco spokojniejszy. W niektórych kawałkach gitara wręcz prowadzi, w innych gra dwa dźwięki, a jeszcze w innych nawet odwala solówki. Jest to zjawisko wcześniej niespotykane i wymaga interwencji militarnej państw zachodnich.

Teksty i nastrój. Dość oczywiste jest o czem może traktować płyta zespółu, przy którym wymienia się Scratch Acid. Brudny seks, narkotyki, przemoc, etc. Na myspace swoje brzmienie opisują jako 'horny sadness'. Dobre określenie.

Najlepszy kawałek, który zresztą jutro będzie w podkaście, to Vomiting Mirrors. Gdzieś przeczytałem, że Liars nagrali najlepszy rockowy kawałek w tym roku (niby Plaster Casts Of Everything). Nie nagrali, bo właśnie Vomiting Mirrors. W poprzednim zdaniu brakuje orzeczenia, ale zostawmy to w ten sposób. Babylon Rules to jeden z najlepszych tegorocznych. Tutaj znów brakuje podmiotu. Albo przydawki. Vomiting Mirrors ma wszystko - riff, echo, brzmienie i jeden dźwięk pianina powtarzany do rytmu, zupełnie jak na debiucie The Stooges. Cymes kawałek, na każdą okazję, o ile jesteśmy cały czas poddenerwowani.

Jedyne czego nie rozumiem, to jakim cudem Clockcleaner jeszcze nie są popularni, a tacy Pissed Jeans ze średnim tegorocznym albumem już są. Może wszyscy powinni wydawać na Sub Pop?

06 listopada 2007, 21:59:14

Wahrscheinlich Katzendreck, Herr Oberst



1. The Black Angels - Manipulation
2. Wooden Shjips - Lucy's Ride
3. Brightblack Morning Light - A River Could Be Loved
4. ST 37 - Discorporate
5. Psychic Ills - January Rain
6. Alex Delivery - Milan

jednoczesność wszechświata - buduje się stacja orbitalna, liverpool wygrywa dwa osiem do koła (fuck, yeah!), a ja tu daję drone-rock.

plik mp3 do pobrania.

31 października 2007, 17:44:44

co, jak i gdzie czytać o muzyce

Żyjemy w świecie, w którym mieli się mięso na bardzo drobną masę, dodaje tłuszcz oraz galaretę i nazywa to pasztetem. Lub w czasach kiedy każda herbata smakuje jak słodzona woda. To nic nie znaczy.

Mam ochotę pisać o innych ludziach. Żywych. Nie pasuje to do klimatu, ale nie poradzę. Skończyłem licencjat, czekam na sprawdzenie. Druknę, obłożę i odniosę. Nie wyobrażacie sobie jak bardzo można nienawidzić każdej litery w swojej pracy. Bardziej niż ludzi, bo literom nie można dać w mordę. Pisałem o brytyjskości brytyjskiej muzyki. Po kilkudziesięciu stronach opisów kolejnych artystów miałem ochotę wykasować wszystko, wpisać:
Mark E. Smith = The Brit
Morrissey = The Twat
podpisać się i oddać. Niestety, Pani Brytolce by się to nie spodobało.

Ale inni ludzie - napiszę dziś o miejscach, gdzie można przeczytać o git muzie. Pisuje mi się rzadko, więc chciałbym by czytelnicy zainteresowani polecaną tu git muzą mieli równie git źródła. Choć pewnie i tak mają, skoro tu trafiają.

Dusted Magazine

Najlepszym obecnie serwisem o ciekawej muzyce jest Dusted. Zajmują się głównie eksperymentalem, choć zdarza im się zaserwować coś bardziej słuchalnego. Jeśli polecają zwykły album rockowy, to wiadomo, że to będzie coś specjalnego. To u nich znalazłem zeszłoroczny Dark Meat. Dusted są o tyle fajni, że nie mają ocen. Jeśli chcesz się dowiedzieć co recenzent sądzi o płycie, to musisz się przegryźć przez porządnie napisany, ale trudny tekst. Żadnych wieśniackich 6.7 albo 9.4. Tekstowa opinia. Pełno porządnego dziennikarskiego "mięsa".

Dusted codziennie recenzuje trzy płyty. Zdarzają się dni, kiedy są to same wznowienia płyt ultrarzadkich zespołów funkowych z lat '70-tych ale oni po prostu rzadko marnują słowa na gówna. Co piątek wystawiają rubrykę Listed, gdzie zaproszeni muzycy wydają listy swoich ulubionych albumów, artystów albo wydarzeń. To dzięki tej rubryce znalazłem swego czasu 400 Blows (polecał to chyba Aaron z Buddyhead) i Brainbombs (a to znowuż było na liście gościa z A-Frames). Pitchfork próbuje ostatnio udawać Listed wstawiając swoje Guest List. Niestety, zadają tam muzykom pytania typu "jaki masz dzwonek w komórce?". Zajmujące. Jest też na Dusted rubryka Still Single. Facet to prowadzący opisuje nadesłane mini-winyle i CDry. Czasem wpadają tam naprawdę ciekawe rzeczy, w większości noise, punk i (dla odmiany) noisepunk.

Jakiś czas temu zaczęli dodawać do swych recenzji streamowane próbki kawałków opisywanych płyt. Genialna sprawa.

Tiny Mix Tapes

TMT są najzabawniejsi. Wystarczy spojrzeć na ich newsy. Większość z nich jest tak napisana (albo narysowana, bo czasem wstawiają własne obrazki), że trudno nie zakrztusić się herbatą. Recenzje na TMT bywają różne - na przykład najnowszy Interpol pojechali absolutnie słusznie i równo z trawą - ale zdarza im się podniecić czymś zupełnie średnim. Ale w przypadku tegoż serwisu to nie problem - do każdej recenzji dopisany jest styl muzyki i kilka zespołów grających w podobnych klimatach. Dzięki temu genialnemu wynalazkowi od razu wiadomo, czy zapoznawać się z płytą, czy olać.

TMT co łykend dorzucają nowe płyty do DeLorean, rubryki gdzie opisują klasykę i rzeczy wcześniej niezauważone. Zwykle bardzo dobre. Eureka! to zbiór najlepszych z najnowszych płyt. Zwykle dobre.

Największa wada TMT to mało wywiadów. Największe zalety, to brak recenzji nowej płyty Beyonce czy Britnejówy, porządne pisanie (choć stylem znacznie bardziej blogowe niż Dusted) i niewielka wrażliwość na trendy.

Mark Prindle

Mój pisarski idol. Facet jest z Nowego Jorku, kiedyś miał problemy psychiczne (o czym sam wspominał), pisze przepaskudnie śmiesznie (vide recenzja nowego Neurosis) i odpisuje na każdy mail. Wiem, bo korespondowałem z nim przez czas jakiś. Wybitny równiacha. Uwielbia The Cows i Fugazi, gardzi Toolem. Prindle co jakiś czas organizuje plebiscyty, których wyniki publikuje na swojej stronie. Plebiscyty są zabawne, bo zwykle wygrywają w nich The Monkees.

Z gatunku nieciekawych historyjek, dwa lata temu głosowałem i podałem trzy płyty Bardo Pond jako swoje ulubione. Sprawdziłem w wynikach - wszystkie trzy dostały tylko mój głos. W tym roku wstrzymałem się, sprawdzam, i cóż widzę? Wszystkie trzy dostały kilka. Byczo!

No i humor gościa. Dla muzycznego laika może być trudnym przebrnięcie przez jego niekończące się zboczenia z tematu i ohydne dowcipy ("8 prostych sposobów na załapanie AIDS od zwłok"), ale jeśli ktoś złapie ten klimat... Proponuję uczyć się na humorze Neil'a Hamburgera, jeśli ktoś łapie taki humor, to do Prindle'a będzie zaglądał często. Jego strona jest zrobiona prostacko, komentarze można dodawać mailowo - Prindle wrzuci je jakkolwiek by brzmiały, byle były na temat.

Julian Cope presents Head Heritage

Julian Cope to taki brytolski muzyk, który zawsze ubiera się jakby szedł na wojnę (czyt. jak kretyn). Gorzej, zwykle wrzuca na stronę swoje zdjęcia. Cope kiedyś grał w Teardrop Explodes (nie słyszałem ich), teraz robi płyty solo i z zespołem Brain Donor (z dwoma byłymi muzykami Spiritualized). Jego kawałek pt. Gimme Head wrzuciłem na któryśtam odcinek podcasta. Bawi mnie ten kawałek niezmiennie.

Head Heritage to głównie eseje Cope'a. Wydaje je pierwszego każdego miesiąca. Zwykle są dwa - dłuższy tekst o płycie miesiąca i tzw. Drudion, gdzie Cope opisuje dobre płyty, w których posiadanie ostatnio wszedł. Tutaj ostrzeżenie - facet ma pierdzielca na punkcie celtyckiego pogaństwa, często poświęca cały dłuższy akapit na to, by dokopać Chrześcijanom i opisać jak to Odyn przyjdzie i zrobi porządek. Jest to jednak do wytrzymania, albowiem poleca zwykle rzeczy wybitne. Nigdy nie zawiodłem się na żadnym z jego albumów miesiąca (oprócz tych drone-metalowych, bo drone mnie usypia). Od niego załapałem Harvey Milk, Les Rallizes Denudés, Vincent Black Shadow, Litmus, Von Lmo, Residual Echoes i jeszcze kilka innych.

Cope pisze chaotycznym stylem. Pełno u niego wtrąceń, uwag zrozumiałych tylko dla speców od psych-rocka (nie żebym był jednym z nich, nie łapię ich) i nieśmiesznych dowcipów. Czytając należy pamiętać, że to Brytol i wariat. Odłożywszy te dwie rzeczy na bok dojdziemy do naprawdę wybitnej psychodelicznej muzyki. Nie znam drugiego takiego speca od rzadkich płyt z ciężką psychodelą. Z Cope'm łączy mnie uwielbienie do 'rozjechanego brzmienia' przesteru. A poza tym, tak jak w przypadku Dusted, nie zajmuje się on gównianymi płytami i wyznaczaniem numerycznych ocen. Cope jest bardziej słuchaczem niż oceniaczem.

Oprócz jego tekstów, na Head Heritage są też (częstsze) recenzje autorstwa niejakiego Seth Man'a (też niezłe) i pokaźne archiwum tekstów czytelników. Głowę daję, nigdzie nie widziałem tak osłuchanych czytelników piszących tak dobre recenzje. Kopalnia dobrych płyt psychodelicznych.

StonerRock.com

Tu wchodzimy na grząski teren. Stonerrock.com to prawie-forum i jednocześnie sklep muzyczny. Są tu newsy, wywiady i dłuższe artykuły o zespołach grających (wiadomo) stoner. Przy recenzjach trzeba uważać - czasem piszą je ludzie pracujący w sklepie. Wtedy należy je z góry olać. Najciekawsze są jednak wrzucane przez czytelników opisy rzadkich płyt. Siedzi tam duża ilość osób znających się na rzeczy. Stamtąd naszły mnie wieści o La Ira De Dios, Mammatus, Black Cobra i podobnych. Recenzji popularniejszych płyt typu High On Fire czy Mastodon należy się wystrzegać - będzie tam pełno fan-boyów. Mała szansa na zdystansowaną opinię. W tym serwisie podoba mi się fakt, że goście są otwarci na różne brzmienia. Będzie tam wszystko od doom metalu do stoner popu. Listy robione na koniec roku są bezużyteczne. Naprawdę rzadko wygrywa tam cokolwiek wartościowego.

Roadburn

Drugie ważne miejsce dla fanów stonera. Roadburn to głównie strona festiwalu organizowanego co wiosnę w Holandii (co roku przymierzam się do wyjazdu na niegoż), ale jako, że w ten sposób byłoby tam pustawo goście dorobili rubrykę The Zine. Jest tam playlist, gdzie redaktorzy różnych serwisów co jakiś czas polecają płyty (zwykle naprawdę dobre). Są też sprawozdania z nagrania albumów - to dopiero jest znakomite. Dead Meadow na ten przykład kilka miesięcy temuż pisali, jak im się grało w nowym studiu. Na koniec roku goście z Roadburn nie robią tradycyjnych podsumowań, tylko proszą muzyków o podsumowanie i ulubione albumy. Później zbierają je w duży artykuł. Stonerzy piszą zwykle marnie, ale muzykę polecają cymes.

Ruthless Reviews

Ci goście są mocni. To najczęściej black- i death-metalowcy z dość ciężkim podejściem. Uwielbiają zjeżdżać popularne filmy, muzykę i programy w jankeskiej TV. Ich rubryka muzyczna dość podupadła ostatnimi czasy. Najczęściej ukazują się recenzje filmów - autorem jest niejaki Matt Cale. Gość ma świetny gust i dobry styl. Kiedyś pisał u nich jeszcze niejaki Johnny. Zwykle o złych filmach - recenzja Patrioty z Gibsonem autorstwa tego gościa jest gitnym podsumowaniem jego stylu. Mają też całkiem niezłe forum.

Najlepszy w Ruthless jest jednak przewodnik po kinie akcji lat osiemdziesiątych. Wybitne i cholernie śmieszne. Polecam zwłaszcza opis Czerwonej Gorączki ze Szwarcym.

Sector 2814

Share-blog, na którym gość publikuje ultrarzadkie płyty. Kopalnia rarytasów dla wielbicieli noise-rocka i dziwnych brzmień.

Me & My Marrow

Podcast równego Brytola imieniem Paul. Paul zapodaje muzyką eksperymentalną i drone'm. W każdym odcinku ciekawie opowiada o płytach, które niedawno kupił. Rozmawialim swego czasu o ostatniej płycie Comets On Fire. Z niezrozumiałych powodów Paul twiedzi, że ten album był dobry. Happens to the best of us...

Combat Music Radio

Siedlisko podcastów. Różna, najczęściej ciężka muzyka. Jest audycja Eugene'a Robinsona z Oxbow, w której opowiada on o walkach w jakimśtam stylu. O Robinsonie opowiem innym razem, bo to ciekawa postać.

Najciekawsza za to jest audycja Return To Zero. Prowadzi ją Scott Kelly z Neurosis. Chyba nie mówię mówić, kim Kelly jest dla fanów dobrego ciężkiego grania. Kelly puszcza różne rzeczy, od punka przez klasyki, do post-rocka i drone metalu.

Diggin The Shelf

Teraz rodzime podwórko. Diggin to strona, która zainspirowała mnie do założenia Tableau. Czytam ich rzadko, bo nie siedzę w elektronice, ale byczo doceniam ich robotę. Rekomendują elektroniczną muzykę i hip-hop bez ocen i zadęcia. Ich forum podobnież też jest niezłe.

PopUp

Popup bywa znakomity i bywa słabowity. Uwielbiają Nomeansno, tak jak ja, ale potrafią strzelić optymistyczną recenzję zupełnie średniej płyty. Respektuję ich bardzo za bardzo szerokie zainteresowania muzyczne - potrafią pisać o elektronice tak samo jak i o metal-core. Popup ukazuje się jednak absolutnie zbyt rzadko.

KaZet

Magazyn o komiksach. Spece. Ich ostatnie numery słabują objętościowo, ale obecnie nie znam nikogo w Polsce, kto tak dosadnie i trafnie opisywałby zjawiska w sferze komiksowej. Polecam przeczytanie całego archiwum, bo zawiera mnóstwo porządnych artykułów i wybitnych twórcach. To z KaZetu dowiedziałem się o tym, co w USA wyprawia ostatnio CP Smith (przy okazji polecam jegoż rysunki, są obłędne), kim jest Richard Corben albo dlaczego Daniel Clowes maluje tylko niebieskim pędzlem. No dobra, nie wiem dlaczego tylko niebieskim, ale równie dobrze mógłbym.

Mój login na jabberze i adres mailowy po prawej

Jeśli ktoś chce pogadać o muzyce - niech uderza do mnie. Odzew jest tak mały, że czasem z nudów włażę na blogi innych ludzi i dewastuję je zniesmaczonymi i niesmacznymi komentarzami. To jest mój osobisty dramat. Jeśli chcecie polecić mi coś ciekawego lub powiedzieć, że nie mam racji (to się prawie nie zdarza) - ozywajcie się.

31 października 2007, 11:32:51

failing grades make me higher, still



1. The Low Lows - Wolves Eat Dogs
2. Pink Reason - Down on Me
3. The For Carnation - Being Held
4. Big Blood - A Goddamn Spell
5. Gowns - Feathers
6. The Oh Sees - You Make Me Sick, Oh Yeah
7. Castanets - Sounded Like A Train, Wasn't A Train
8. Jana Hunter - There's No Home

cicha muzyka na długi weekend.

plik mp3 do pobrania.

23 października 2007, 12:50:43

songs to drink beer to



piwo pierwsze, łyk pierwszy, najgłupszy.
1. Carn - Blood Pump Tempo
2. Jed Whitey - La Tacha
3. Scissorfight - Mountain Man Boogie
piwo pierwsze, łyk drugi, najszybszy
4. Amplified Heat - Moonshine
5. Thee Hydrogen Terrors - Sissy Bar
6. Thee Hydrogen Terrors - Plate In My Head
piwo drugie, łyk pierwszy, najdłuższy
7. Elevator Through - Wink
8. Intelligence - Rooms & Bags
9. Mudhoney - You Got It
10. The Flaming Lips - Pilot Can At the Queer Of God
11. The Scene Creamers - Candidate
piwo drugie, łyk drugi, najpodlejszy.
12. Cable - Can't You See?

jubileusz. w czterdzieści minut wywalamy dwa piwa za zdrowie moje, wasze i całej reszty. pierwsze dwa kawałki pochodzą ze znakomitej składanki pt. Doomed - Carn to jankesi, a Jed Whitey to Antypodziacy. później Scissorfight - puszczam ich często, ale to jest jeden z najlepszych zespołów pijackich. dalej, nowy Amplified Heat (cała płyta jest tak zabawna jak ten kawałek), wybitne Hydrogen Terrors, Elevator (tym razem z przydomkiem Through), nowe Intelligence, żałosny Mudhoney (oni zawsze byli żałośni, i za to ich uwielbiam - w tym kawałku facet gra dwa razy TAKIE SAME solo. szczyt prymitywu.), Flaming Lips z czasów, kiedy jeszcze nie bywali trzeźwi. hymniczne Scene Creamers i Cable grający cover Marshall Tucker Band.

Z okazji okazji sedna sedna istoty istoty przedstawiam losowo wybrane linijki, które należy w odpowiednich miejscach wykrzykiwać:
"Everyone goes to hell!"
"Instead of blown I got high!"
"Runnin' through the woods with his dick in his hand!"
"I got a plate in my head! x2"
"I want the candyman for the president!"
"Keep it outta my face!"
"Can't you see what that woman was doin' to me!?"

plik mp3 do pobrania.

16 października 2007, 12:23:35

cztery długie kawałki vol. 4



1. Vocokesh - All This And Hieronymus Bosch
2. La Otracina - Beyond the Dusty Hills (Cowboy in the Desert Part Two)
3. Grey Daturas - Ghosts Of The Eastern Block
4. Gravitar - Eskimo Angel

cztery kawałki bez słów. słuchać na głośno, w milczeniu.

plik mp3 do pobrania.

21 września 2007, 22:01:14

I got good news, I got eye witness


De La Soul - De La Soul Is Dead
Tommy Boy 1991


Bad Brains - Bad Brains
ROIR 1982

1. Trudno jest być skinheadem. Zwłaszcza teraz i tutaj. Mamy takie fajne czasy i tak pełny dobrobyt. Nie ma powodu by się denerwować. Ale tak kiedyś nie było. W latach osiemdziesiątych, na przykład, na samym tej dekady początku. U nas był Jarocin, a w Stanach rozkręcała się scena hardcore. Punki młodsze lały na starszych punków i robili krótsze, szybsze, dosadniejsze kawałki. Słusznie, bo starsze punki chlali i ciągali proszki wszystkimi otworami. I byli starsi, a to wystarczający powód by ich kontestować.

2. Więc jestem skinheadem. Mieszkam w Teksasie, w Austin dokładniej. Chcę się nawalić, pójść na koncert i rozwalić komuś łeb. Wybieram MDC. Millions of Dead Cops, obiecująca nazwa, nie? Wykonuję wszystkie powyższe czynności w odpowiedniej kolejności. MDC są najlepsi. Ich wokalista jest duży, łysy, ma pełno dziar i napierdala się na scenie z młodziakami w międzyczasie wykrzykując niezłe zaangażowane teksty. Zabawa! Wychodzę odrapany i zadowolony. Spotykam łysych kumpli. Pytają skąd wracam. Mówię im, a oni w konsternans. "MDC? przecież ich wokalista to pedał!". A ja na to: tableau!

3. Jestem skinheadem z Waszyngtonu, DC. Chcę iść na koncert, nawalić się, etc. Idę. Zapowiadają zespół. Bad Brains. Wychodzą. Grają genialnie, ale ja się nie bawię. To są Murzyni! Trudno być skinheadem.

4. U nas też trudno. Widziałem niedawno w gazecie zdjęcie nogi jednego z tych kretynów (widocznie gazeciarze bali się sfotografować im ryje). Naturalnie z nogawką pod kolano, by widać było dziarę. A wzór tejże wybitny - zębata czaszka w hełmie bundeswehry z polską flagą. Że niby powstaniec taki, tylko czaszka ma zęby ostre niczym pirania. To co to kurwa jest? Patriotyzm taki, że trzeba bić mniejszości (i stąd flaga), czy uwielbienie militaryzmu (i stąd debilizm)? To przez ten brak zrozumienia wyniosłej intelektualnej symboliki trudno być skinheadem.

5. Nigdy nie łapałem tej filozofii - bicie innych, bo są inni. Właściwie nie łapałem konceptu dzielenia ludzi na lepszych i złych. Są przecież tylko ci beznadziejni i ci żałośni. Każdy jest czyjąś dziwką, nie?

6. Ale Bad Brains. Krótka piłka - Murzyni robią najlepszą muzykę. Zawsze robili i będą robić. Lepiej - Murzyni wymyślili całą muzykę popularną. Dżez, blues, soul, funk, szybki punk. Zastanawiam się nad przyjęciem BB na ich pierwszych koncertach. Grają różne kapelki, mniej-bardziej nietrzeźwe białasy z mniej-bardziej udanym życiem płciowym (skreślić oba "bardziej" w przypadku Minor Threat) klecą akord do akordu, piszą piękne teksty z rymami męskimi i się jakoś prezentują, ale nikomu jakość nie stanowi, bo to DIY (uwielbiam tę filozofię). A tutaj wychodzi na podest grupa ludzi ciemnej karnacji i wszystkich poprzednich rozwala. Grupa ludzi po szkołach dżezowych, należy dodać, którym się nudziło. Niemal niesprawiedliwe.

7. Dlaczego polecam? Albowiem oni potrafili do półtoraminutowej piosenki wcisnąć trzy gitne riffy i zdążyć zagrać dwie solówki. I wszystko było absolutnie w tempo. Więcej, było w tempo nawet na Black Dots - demku, które nagrali w '78 w domu Donalda Zientary, zanim jeszcze powstało jego sławne studio Inner Ear. Bo pod tymi riffami są melodie i są to cholernie dobre melodie. Bo teksty są tak napisane, że chcąc-nie chcąc trzeba je podczas trwania płyty kilkakrotnie wykrzyczeć. To jest dobre punkowe pisarstwo, bracia i siostry. Mackaye przyznawał się wielokrotnie, że zawsze próbował (zawsze=do mniej więcej połowy dyskografii Fugazi) pisać tak, by publika krzyczała razem z nim. Strzelajcie jak odpowiedział na pytanie, który zespół jako pierwszy, że tak powiem, rozwalił mu głowę?

8. Mógłbym zrobić ranking ich najlepszych kawałków, ale po cholerę tak to uprzedmiotawiać? Na tym krążku brakuje mi trochę How Low Can A Punk Get?, który znowuż był na następnym - Rock For Light. Ale ten następny ssał. Był beznadziejnie wyprodukowany. How Low to jeden z najlepszych ich kawałków, choć wolę wersję z Black Dots. Dr. Know, gitarzysta, łapie tam po kolei dziewięć akordów. Bardzo szybko łapie. Najbardziej definitywny dla mnie jest jednak Supertouch/Shitfit. Tam jest wszystko: tekst zapamiętywany po jednym przesłuchaniu i piętnastosekundowe solo w pierwszej części, wybitne start/stop w drugiej. Czyli jednak uprzedmiotowiłem. Głupie słowo.

9. Teraz nie bardzo wiem, jak opisać De La Soul, bom w tej mierze specem marnym. W mierze hyp-hopu, znaczy, nie opisywania. Najlepsza u nich jest dla mnie ilość pomysłów, które potrafili upakować w jednym kawałku. Niby sobie rapują, o pieniądzach, o seksie, o byciu 'tru', o hardcore hyp-hopie, etc. ale zaraz im się odmienia i przestawiają się na niby-relację z walki pomiędzy członkiem De La Soul i ludźmi w klubie o nazwie Donut Hill (Pease Porridge), albo grają na fortepianie piosenkę o martwym Johnnym, albo odstawiają monologi typu:
"I wonder why I feel so good. Could it be the music?
Could it be my breakfast? Or could it just be the fact that
I just hate everybody, dammit!
"

10. I teraz, wiem że ich debiut to absolutna klasyka. Tak, zdecydowanie, mówię tylko, że ta druga mi bardziej pasuje niż pierwsza, bo się z nią lepiej identyfikuję. Na pierwszej było radośnie, melodyjki były, o panienkach śpiewali, o pacyfizmie. A tutaj jest zgryźliwie, panienki odchodzą, fani doprowadzają ich do szału nazywając ich hipisami albo wciskając im swoje demka. Są tu nawet historie o bitych dzieciach, for fuck's sake! O seksie też jest, ale jakby już z perspektywy wieku (Let Let Me In), bardziej komicznie niż kosmicznie.

11. Teksty i podaż. Najbardziej bawi mnie fakt, że ci goście rapują bez tych nigga-naleciałości akcentowych. Nie ma problemu w wyłapaniu co mówią. Co dziwne, te naleciałości naszły ich na późniejszych płytach. Dlaczego ich naszło? Nie wiem. Grzesiu mówi, że się zestarzeli. Teksty - czasem zaglądam na Ohhla by sobie je jeszcze raz poczytać. Goddamit, pięćdziesiąt warstw w każdym kawałku. Nawiązania do różnych mediów, linia fabularna przechodząca przez całą płytę - jakby wszystko obracało się wokół tego całego lokalu Donut Hill - i inne smaczki. Na przykład słowo "kracker" wypowiadane w losowo wybranych momentach (nawet w skitach). A, jeszcze niewyraźne zdanie wypowiadane na pożegnanie niedobrym kobietom, które brzmi "and with your wrinkled..." co jest chyba cytatem ze Snoop Dogga. Google tak twierdzi.

12. Skity też są lepsze niż na debiucie. Grupa mięśniaków słucha tej płyty razem z nami i co jakiś czas komentuje. Paskudnie śmiesznie, należy dodać: "Listen, listen - I'm Hemoroid, I'm the leader!".

13. Się rozgadałem. A wystarczyło powiedzieć, że nudno jest i beznadziejnie. Po cholerę udawać, że to rekomendacje?