18 września 2007, 10:39:02

bring da ruckus



1. Harry Pussy - Youth Problem
2. The Hospitals - She's Not There
3. Happy Flowers - Not Fade Away
4. Gravitar - Krug Calling Retik
5. Pterodactyl - Chx Bx
6. Pterodactyl - Ask Me Nicely
7. Arab on Radar - Swimming With a Hard On
8. Meat Puppets - In a Car
9. Meat Puppets - Dolphin Field
10. Homostupids - Mister Payback
11. Homostupids - Highwayman

28 minut. cholernie głośne.
matki! - chrońcie siebie i dzieci właśnie w tej kolejności.

plik mp3 do pobrania.


11 września 2007, 11:57:16

a loud noise with no train coming



chyba zdałem metodykę. nic więcej nie muszę pisać, bo zatrudniłem profesjonalnego spikera. tak jest, teraz Tableau! pełnoprawną jest audycją! bierzcie mnie, gryźcie mnie!

1. Intelligence - The World Is A Drag
2. The Pop Group - Snowgirl
3. Shapes and Sizes - Piggy
4. Nomo - Book Of Right On
5. Holy Fuck - They're Going to Take My Thumbs
6. Trenchmouth - Onus
7. Fugazi - Nightshop
8. Pterodactyl - Esses

plik mp3 do pobrania.


21 sierpnia 2007, 11:10:48

pamiętaj co ci mówiłem



zupełna beznadzieja. rzeczy raczej pokryte cieniem. pseudo dub-punk przez black eyes, nowe grails, stare 90 day men, laddio bolocko udający granie jazzu, ewa braun z mojej ulubionej płyty, nowe skull defekts.

1. black eyes - drums
2. grails - drawn curtains
3. 90 day men - hey, citronella!
4. laddio bolocko - the man who never was
5. ewa braun - woda
6. skull defekts - white lights burning eyes

plik mp3 do pobrania.


14 sierpnia 2007, 20:54:23

Otóż nie.

horizon
Homostupids - The Intern
Parts Unknown 2007

1. Bardzo nie wierzę w pisanie. Nie ma sensu. Podam dwa przykłady, którymi podbuduję moją pisarską inercję.

2. Przykład pierwszy. Rozmawiam z pewną drapieżną dziewczyną. Drapieżną w takim znaczeniu, że posiada nos spuchnięty od wyniuchiwania modnej rozrywki, szmalastego męża i małej stabilizacji cały czas utwierdzając się w przekonaniu, że to ona stanowi tę najlepszą żeńską część społeczeństwa. Rozmawiamy. Mówi coś o przymuszaniu ludzi do oglądania telewizji. Ja mówię, że to było git opisane w Mechanicznej Pomarańczy. Panienka nie zna. Pytam - jakim cudem? Wszyscy to znają. Zainteresowana z całkowitą powagą i jakby wyrzutem odpowiada - "Wiesz, ja mam życie towarzyskie!" Panienka studiowała anglistykę. Jedyna pociecha w tym, że ta idiotka prawdopodobnie nie zostanie nauczycielką.

2. Przykład drugi - recenzja Inches Les Savy Fav na Screenagers. Napisałem ją jakiś czas temu, i nawet utrafiłem z oceną. Podstawą tej recenzji był dość prosty koncept - wszystko było napisane na odwrót. Oczywiście, po publikacji na forum owego wspaniałego serwisu poczęły odzywać się watahy ludzi, którzy się z tym konceptem rozminęli. "To jednak zła to płyta? Ale dlaczego ocena jest tak wysoka?". Napisałem im już tylko jedną recenzję (gorszą) i poszedłem sobie. Później założyłem Tableau!, który trwa już dwa lata. I nie ma sensu.

3. A może ma? Czytam często Tiny Mix Tapes. Piszą na ogół znakomicie. Jednak niedawno opublikowali recenzję debiutu Godflesh. Ocena była odpowiednio wysoka do ważkości tej płyty, ale napisali że to grind-core. Otóż nie, drodzy TMT, grind-core to jest coś takiego. (bene nota - Dead Infection to właściwie gore-grind o światowej sławie. i słusznie - mają znakomite riffy i są z mojego miasta), A Godflesh to coś jakby post-doom-industrial. I to jest ten problem z krytyką muzyczną. Ludzie, którzy na ogół słuchają (niezależnego) popu łapią się za metal, bo to ostatnio modne. Ludzie, którzy zostali wychowani na płytach swoich rodziców czasem z tych płyt nie wyrastają,

Jak na przykład w Esensji. Ostatnio otworzyli swój dział z recenzjami muzycznymi. I już dziś wyszła recenzja nowej płyty Scorpions. Facet, który to recenzował napisał, że tylko dyletanci zapytaliby, czy członkowie tegoż wspaniałego kolektywu jeszcze żyją. Otóż nie, panie Gołębiewski, to właśnie dyletanci muzyczni opisują nowe płyty ludzi, którzy byli popularni wieki temu i, co gorsza, ową popularność zawdzięczali wątpliwej jakości przebojom. Śmiech pusty ogarnia. Ostatni akapit jest najlepszy, obaczcie sobie sami.

4. Problem Esensji nie jest wyjątkowy, ale jest symptomatyczny. Wpewnej gazecie czytałem wywiad z Wojciechem Mannem, którego darzę dużym szacunkiem, żeby nie było. Wywiad dotyczył Rolling Stones i ich koncertu w Polsce. Mann zapytany, czy RS są jeszcze ważni w muzyce odpowiedział twierdząco. Że niby ustalają trendy, wytyczają granice, no i (co najważniejsze) żyją jak prawdziwi rokendrole. Otóż nie. Byli ważni, potwierdzam, ale już nie są. Pierwsza lepsza banda łebków nagrywająca swe kawałki na komputerze i wypuszczająca je na swoim myspace częściej ustala trendy niźli ci panowie.

5. W innej gazecie czytam recenzje Tymańskiego. Wynajduje rzeczy ciekawe, nieszablonowe opisuje z właściwą sobie swadą. Ale mają jego recenzje dwie wąskie kolumny, podczas gdy obok jakiś spec pokroju Sankowskiego z Wyborczej opisuje z absolutną powagą i z głębokim zacięciem płytę gówniano-popularną. Pan Basiński z Mumio ma taki skecz gdzie udaje, że mówi różnymi językami. Przy niemieckim stuka rękami w klawisze pianina krzycząc "grosse, grosse dissonanzen!". Takie recenzje obok siebie to są właśnie te dissonanzen.

Widzę także niepokojąco postępujący trend w słuchaniu muzyki radyjkowo-popularnej na poważnie. Dejnarowicz z Porcysa opowiada głodne kawałki pieska niebieska jak to niby muzyka popularna jest ostatnio znakomicie zaaranżowana i ogólnie wysoka poziomem. Nie chce mi się w to wierzyć. Myślę, że raczej to Dejnarowiczowi zmienił się gust (albo zauważył, że grając w zespole wydającym na EMI brzmi jak hipokryta czepiając się indie-creda). Zaczął słuchać popu, bawią go zmiany tonacji, piękno akordów i podobne duperele. Reszta redakcji, chcąc czy nie chcąc, musiała przyporządkować się rednaczowi. W Borcysie tak to już jest. Problem jednak w tym, że nie przestali pisać o awangardzie i metalu. Czynią to, naturalnie, wyrywkowo i nieudacznie, ale jednak. Czytelnicy podążają za opinią Borcysa pamiętając o ich dawnych recenzjach (to dzięki nim podłapałem setki lat temu Mogwai) lub po prostu uznają, że skoro tacy spece zajmują się Dżastinem Timberlejkiem to znaczy, że nic już ciekawego 'niezależni' nie proponują. Otóż nie, to spece się zdewaluowali.

6. O muzyce popularnej/niezależnej pisze się zwykle:
a) stylem wysokim o gównianych płytach (Esensja)
b) stylem niskim o dobrych płytach (Mark Prindle, Tiny Mix Tapes)
c) stylem arcyhiperspeca o żałosnych płytach (Porcys, Pitchfork, Stylus)
d) blogiem o swoich znaleziskach

7. Jedyny problem, jaki można mieć z dobrą muzyką niezależną w dzisiejszych osieciowanych czasach to lokalizacja jej źródła. Odpowiedź jest prosta - labele. Nie ma teraz wytwórni, która nie dawałaby próbek swoich albumów. Jest myspace, gdzie oprócz hipsterów siedzą także dobre zespoły. Mam taką (idealistyczną) zasadę - zawsze będzie kiedyś tam gdzieś tam dobry zespół, o którym nie słyszałem. Więc poświęcę trochę czasu na jego znalezienie. I już. Nie ma sensu bawić się w słuchanie aranży Timbalanda w nowyn singlu Dżenifer Lopez, skoro w tym samym czasie wychodzi wznowienie arcyrzadkiej płyty sprzed dziesięciu lat, jacyś goście w zatęchłym garażu na zepsutym wzmacniaczu nagrywają znakomity album i goście, którzy kiedyś grali w git zespole zakładają następny.

8. Homostupids to ci z garażu.

9. Homostupids się znakomicie nazywają. Grają do szczętu prymitywnie i są w tym bardzo dobrzy. Tak jak wspominany wcześniej Dead Infection przejawiają werwę, swadę, leją na wielbicieli stylu wysokiego, są parszywie głośni. Na youtube'ie są cztery nagrania z ich koncertu. Na żadnym z nich nic nie widać, a słychać tylko nieprzerwany jęk wzmacniaczy. To wina nagrania, zaznaczam. Przywołajmy opisy poszczególnych części nagrania:
1. reverb
2. it gets worse
3. are you really still watching?
4. balls

10. Homostupids grają coś jakby garage punk w stylu genialnych New Bomb Turks tylko krótszy, bez refrenów i bez żadnego masteringu. Albo trochę jakby szybsze The Mummies. Taki energetyczny potok hałasu. Trudno przy tym nie skakać. Wszystko to trwa 17 minut. Melodii w tym za grosz. Wrzaski trwają przez 90% długości utworów. Perkusję ledwo słychać (tak jak trzeba!). Co ciekawsze wydarzenia na albumie to na przykład otwierający kawałek, gdzie gość krzyczy coś w stylu "achin' apeshit!" w kółko. Piąty, gdzie cały zespół raźno skanduje "She's a bitch!". Ósmy, który zaczyna się falstartem, po czym słychać jak gitarzysta się usprawiedliwia, że zgubił kostkę od gitary, bo próbował grać jak B.B. King. Aha, jeszcze trzynasty, przedostatni, gdzie (niesamowite!) jest zagrana kilkunutowa melodia. Ten melanż trwa około siedem sekund po czym dalej jest łupanie.

11. To punk toaletowy. Wymyśliłem tę etykietkę całkiem niedawno. Otóż punk toaletowy to nowy-stary trend w zachodniej muzyce niezależnej, który za zadanie postawił sobie przywracanie aury zespołów typu Flipper i Germs. Wyróżniają się wykonawcy tego nurtu tym, że nie zależy im na przyjemności słuchacza, śpiewają/krzyczą o różnych czynnościach fizjologicznych i, że tak powiem, grają jakby tych czynności właśnie dokonywali. To znaczy, nie ma sampli z pierdnięć i stęknięć, ale ich płyty mają najgorszy mastering na świecie. Albo nie mają go wcale. Jak dotąd zaliczyłbym do nich (wcześniej) Drunks With Guns, Lake of Dracula , Homostupids, The Piranhas, Times New Viking, Snake Apartment Clockcleaner, Pissed Jeans, The New Flesh, Coachwhips, od biedy Part Chimp, setkę zespołów garage punkowych i miliard jeszcze innych zespołów, o których jeszcze nie słyszałem. Do czasu.

12. Pomysł pisania w punktach zerżnąłem od niejakiego Hamiltona. Niedawno dorwałem zbiór jego esejów. Genialne. Facet nazywał się Słojewski i miał taki patent, że udawał nieco starszego niźli był i niby to wspominał dawne, przedwojenne czasy. Dałem się nabrać. Miał świetny styl, pracował w "Kulturze" z Kisielem. Kiedy wszyscy po redakcji tego pisma rozprawiali dlaczego to Gmoch nie wpuścił Bońka na którychśtam mistrzostwach Hamilton łaził po korytarzu i pytał wszystkich: "Przepraszam, czy pan myśli, że Bóg jest?". Dziwak, też nie wiem dlaczego Gmoch Bońka nie wpuścił. Ale to pisanie w punktach zamierzam jeszcze wykorzystać.


do posłuchania: Caveman

02 sierpnia 2007, 20:21:19

your mouth's a mile away



jest okazja - dwudziesty piąty odcinek. wypijcie jednego za moje zdrowie. zaczyna się pixysami, zawsze chciałem ich puścić. jest nieco nowych rzeczy - causa sui, assemble head, hackman - okolice ciężkorockowe. jest Chrom, którego obiecałem jakiś czas temu. i jest versus - goście z nowego jorku, którym dawno temu udało się nagrać jedną wybitną EPkę i kilka średnich płyt.

1. The Pixies - Rock Music
2. Causa Sui - Top Of The Hill
3. Chrome - TV As Eyes
4. Sgt. Sunshine - Rio Rojo
5. The Assemble Head In Sunburst Sound - Ellen Koray
6. Versus - Seaweed Rising
7. Hackman - Fuck You, I Played Altamont

plik mp3 do pobrania.


przy okazji - nadal nie napisałem licencjatu i nadal posiadam pierdyliard poprawek na dwóch wydziałach w okolicach pięknego złotego września, wobec czego chciałbym ograniczyć nowe odcinki podcasta. będzie go więc mniej (rzadziej) do czasu kiedy pozałatwiam wszelakie studenckie nudziarstwa. rekomendacje będą tak samo sporadyczne. dzięki za słuchanie.

24 lipca 2007, 13:47:34

dwa słonie



rock górnolotny. skowyty i jęki czyli. mamy trochę nowego Szelaku, cover Minutemen zagrany przez Mike'a Watt i jego (byłą) żonę. mamy Giddy Motors z czasów, kiedy jeszcze potrafili napisać dziki riff. Mamy Magik Markers z wycinkiem ich najlepiej wyprodukowanego albumu (czyt. coś tutaj słychać). jest niesłusznie zapomniany włoski zespół Kash, produkowany przez Albiniego. mamy Harvey Milk z reedycji ich debiutu. na koniec wiecznie nieumyci Coughs. ta pani naprawdę potrafi krzyczeć. polecam czynić to, co ona - śpiewnik jest na stronie podcasta.

1) Shellac - Elephant
2) Dos - Do You Want New Wave Or Do You Want The Truth?
3) Gorch Fock - Owl Perkins
4) Giddy Motors - Sassy
5) Kash - Father of the Repetition
6) Magik Markers - Pinkie Brown Goes to the Shore (The Hero of the Sea is A Hero of Death)
7) Harvey Milk - Women Dig It
8) Coughs - Elephant

31 minut przeszło jak z bicza trzasł. 165 kbps vbr2.
plik mp3 do pobrania.

17 lipca 2007, 10:31:17

refreny vol. 1



dziś głupi pop-rock. z refrenami, melodiami i całym tegesem. na odprężenie i upały.

1. Julian Cope - gimme head
2. The Black Lips - not a problem
3. Murder City Devils - demon brother
4. GoGoGo Airheart - the big girl of beauty
5. The Make-Up - c'mon, let's spawn
6. The Aliens - season of the witch
7. Pink Fairies - chromium plating
8. The Spaceshits - jungle beauty
9. Victims Family - fridge

31:33 - liczba mnoga. 165 kbps vbr.
plik mp3 do pobrania.

15 lipca 2007, 22:12:13

in the park by the zoo


Chrome - Half Machine Lip Moves/Alien Soundtracks
Siren 1978/1979, Touch And Go 1995


Sun Ra - Space Is The Place
GRP 1972

Hej świecie, patrz na moją opinię!

Obaj faceci stojący na czele obu zespołów, które nagrały obie opisywane dziś płyty (obaj, obu, obie) są wariatami. Prawdziwymi. Obaj nagrywali coś bardzo dziwacznego i obaj byli twórcami nowych podgatunków. Lubię wariatów. Chciałbym być jednym z nich. Yossarian nie był wariatem, i Orr też nie, choć się dziwnie zachowywał. Yossarian chciał za wszelką cenę przeżyć, a to było głupie. Za to Joe Głodomór to był z pewnością wariat. Ale dość już o Wichrowych Wzgórzach.

Przeczytałem gdzieś taką anegdotę - Sun Ra pod koniec swego owocnego żywota trafił do szpitala. No i na oddziale rozmawia o nim dwóch pielęgniarzy. Pierwszy mówi "ty, tam leży jeden Murzyn i mówi, że jest synem boga słońca i pochodzi z Jowisza". Na co drugi, widocznie fan, odpowiada "man, ten gość to Sun Ra i on naprawdę pochodzi z Jowisza".

Space Is The Place. Popatrzcie jak często jest to wyrażenie w muzyce używane: było powtarzane na "13" Blur'a, było napisane na okładce debiutu Unwound, etc. (piszę 'etc.' bo skończyły mi się przykłady). Myślę, że jest tak, albowiem pierwszy, tytułowy, kawałek na tej płycie trwa ponad ćwierć godziny i przez cały ten czas różni ludzie powtarzają tam tą frazę. Pani z ładnym głosem, jakiś facet (pewnie sam Ra) i pewnie jeszcze kilka milionów innych ludzi, których nie słychać, bo przeszkadzają różne hałasy - saksofony, trąbki, perkusja, bas i dziwna elektronika uaktywniana w losowo wybranych momentach.

Nie znam się na dżezie, więc musicie mi wierzyć na słowo - to jest gites. Space-jazz, który idzie donikąd i dobrze się przy tym bawi. Naturalnie, to tylko jeden kawałek. Kolejne, krótsze tak samo repetytywne nie są. Są dobre z natury, aczkolwiek ('aczkolwiek' to słowo znamionujące intelektualizm) czasem pożyczą pięćdziesiątaka do pierwszego i nie oddadzą i człowiek musi do nich dzwonić i za nimi łazić żeby w końcu dostać to, co pożyczył w dobrej wierze i przy żadnej korzyści z procenta. Tak, owszem, nie wiem co więcej o tej płycie napisać i próbuję grać na czas. A może chcecie zobaczyć jak zmutowany dywan pożera ludzi na dansingu? Nie?

Dobrze, a teraz Chrom. Chrom jest dobrze brać na każdą dolegliwość. Mogę się mylić, ale bierzcie i tak. Pan Helios Creed (znów kosmiczne nazwisko) uważa, że widział UFO. Nie czyni tego, jak na przykład ten kretyn Marylin Manson by powiedzieć - "uuu, patrzcie! gram niezwykle ciężką muzykę i jestem przy tym bardzo kontrowersyjny. róbcie mi zdjęcia!". Nie. Pan Creed mówi o tym otwarcie. Na przykład tutaj, w wywiadzie z moim ulubionym recenzentem, Markiem Prindle.

O ile nie znam się na dżezie, to wiem, że Chrome na tych dwóch płytach (Touch And Go wydają to jako jeden album wyrzuciwszy dwa kawałki) zrobili coś niesamowitego. W '78-mym i roku następnym trzasnęli coś jakby space-noise- hard-rock. Sekcja rytmiczna coś tam stuka (czasem nawet coś tanecznego), do tego gitarzysta (Creed) gra czasem tłuste riffy, czasem jakieś dźwiękowe, hałaśliwe tło. Wokół latają sample z marnych filmów sci-fi i horrorów. Wokalista czasem cośtam śpiewa nie bawiąc się w trafianie w nuty, czasem coś szepce jak na przykład w You've Been Duplicated (patrzcie, zespół rockowy użył present perfect! w tytule! byczo!) Dziwactwo ogromne ta muzyka, ale jakże niesamowicie wyprzedzili epokę. Można ich nazwy używać jako twórców noise-rocka, industrialu, space-psychodeli czego tam człowiek zechce.

Do posłuchania dziś nic nie będzie, bo to stara muzyka, i nikt tego już nie słucha. Za to zapewne pojawi się kiedyśtam w podkaście.

12 lipca 2007, 14:01:31

przerywamy program, by przekazać ważną wiadomość

tak ni w pięć, ni w dziesięć:
chciałbym najgoręcej pozdrowić osobę, która wpisując w google'a "kocham bardo pond" trafiła tutaj . bo ja też. niesamowicie poprawiło mi to humor.
howgh!

10 lipca 2007, 12:31:44

space vs. place vol. 1



na zdjęciu powyżej - Malediwy widziane z orbity. nie wiem gdzie są Malediwy, ale orbita to taka guma do żucia. dziś muzyka orbitalna. kosmiczna. składak wyszedł od niechcenia, lecz okazał się bardzo dobry.

1. 35007 - Powertruth
2. Litmus - I Can't Be Sane
3. Subarachnoid Space - Floating Above the Skyline
4. All Natural Lemon & Lime Flavors - I Am Where You Were
5. Ostinato - Goal Of All Believers

29:06 - liczba niewiele znacząca. 165 kbps vbr.

plik mp3 do pobrania.