
Homostupids - The Intern
Parts Unknown 2007
1. Bardzo nie wierzę w pisanie. Nie ma sensu. Podam dwa przykłady, którymi podbuduję moją pisarską inercję.
2. Przykład pierwszy. Rozmawiam z pewną drapieżną dziewczyną. Drapieżną w takim znaczeniu, że posiada nos spuchnięty od wyniuchiwania modnej rozrywki, szmalastego męża i małej stabilizacji cały czas utwierdzając się w przekonaniu, że to ona stanowi tę najlepszą żeńską część społeczeństwa. Rozmawiamy. Mówi coś o przymuszaniu ludzi do oglądania telewizji. Ja mówię, że to było git opisane w Mechanicznej Pomarańczy. Panienka nie zna. Pytam - jakim cudem? Wszyscy to znają. Zainteresowana z całkowitą powagą i jakby wyrzutem odpowiada - "Wiesz, ja mam życie towarzyskie!" Panienka studiowała anglistykę. Jedyna pociecha w tym, że ta idiotka prawdopodobnie nie zostanie nauczycielką.
2. Przykład drugi - recenzja Inches Les Savy Fav na Screenagers. Napisałem ją jakiś czas temu, i nawet utrafiłem z oceną. Podstawą tej recenzji był dość prosty koncept - wszystko było napisane na odwrót. Oczywiście, po publikacji na forum owego wspaniałego serwisu poczęły odzywać się watahy ludzi, którzy się z tym konceptem rozminęli. "To jednak zła to płyta? Ale dlaczego ocena jest tak wysoka?". Napisałem im już tylko jedną recenzję (gorszą) i poszedłem sobie. Później założyłem Tableau!, który trwa już dwa lata. I nie ma sensu.
3. A może ma? Czytam często Tiny Mix Tapes. Piszą na ogół znakomicie. Jednak niedawno opublikowali recenzję debiutu Godflesh. Ocena była odpowiednio wysoka do ważkości tej płyty, ale napisali że to grind-core. Otóż nie, drodzy TMT, grind-core to jest coś takiego. (bene nota - Dead Infection to właściwie gore-grind o światowej sławie. i słusznie - mają znakomite riffy i są z mojego miasta), A Godflesh to coś jakby post-doom-industrial. I to jest ten problem z krytyką muzyczną. Ludzie, którzy na ogół słuchają (niezależnego) popu łapią się za metal, bo to ostatnio modne. Ludzie, którzy zostali wychowani na płytach swoich rodziców czasem z tych płyt nie wyrastają,
Jak na przykład w Esensji. Ostatnio otworzyli swój dział z recenzjami muzycznymi. I już dziś wyszła recenzja nowej płyty Scorpions. Facet, który to recenzował napisał, że tylko dyletanci zapytaliby, czy członkowie tegoż wspaniałego kolektywu jeszcze żyją. Otóż nie, panie Gołębiewski, to właśnie dyletanci muzyczni opisują nowe płyty ludzi, którzy byli popularni wieki temu i, co gorsza, ową popularność zawdzięczali wątpliwej jakości przebojom. Śmiech pusty ogarnia. Ostatni akapit jest najlepszy, obaczcie sobie sami.
4. Problem Esensji nie jest wyjątkowy, ale jest symptomatyczny. Wpewnej gazecie czytałem wywiad z Wojciechem Mannem, którego darzę dużym szacunkiem, żeby nie było. Wywiad dotyczył Rolling Stones i ich koncertu w Polsce. Mann zapytany, czy RS są jeszcze ważni w muzyce odpowiedział twierdząco. Że niby ustalają trendy, wytyczają granice, no i (co najważniejsze) żyją jak prawdziwi rokendrole. Otóż nie. Byli ważni, potwierdzam, ale już nie są. Pierwsza lepsza banda łebków nagrywająca swe kawałki na komputerze i wypuszczająca je na swoim myspace częściej ustala trendy niźli ci panowie.
5. W innej gazecie czytam recenzje Tymańskiego. Wynajduje rzeczy ciekawe, nieszablonowe opisuje z właściwą sobie swadą. Ale mają jego recenzje dwie wąskie kolumny, podczas gdy obok jakiś spec pokroju Sankowskiego z Wyborczej opisuje z absolutną powagą i z głębokim zacięciem płytę gówniano-popularną. Pan Basiński z Mumio ma taki skecz gdzie udaje, że mówi różnymi językami. Przy niemieckim stuka rękami w klawisze pianina krzycząc "grosse, grosse dissonanzen!". Takie recenzje obok siebie to są właśnie te dissonanzen.
Widzę także niepokojąco postępujący trend w słuchaniu muzyki radyjkowo-popularnej na poważnie. Dejnarowicz z Porcysa opowiada głodne kawałki pieska niebieska jak to niby muzyka popularna jest ostatnio znakomicie zaaranżowana i ogólnie wysoka poziomem. Nie chce mi się w to wierzyć. Myślę, że raczej to Dejnarowiczowi zmienił się gust (albo zauważył, że grając w zespole wydającym na EMI brzmi jak hipokryta czepiając się indie-creda). Zaczął słuchać popu, bawią go zmiany tonacji, piękno akordów i podobne duperele. Reszta redakcji, chcąc czy nie chcąc, musiała przyporządkować się rednaczowi. W Borcysie tak to już jest. Problem jednak w tym, że nie przestali pisać o awangardzie i metalu. Czynią to, naturalnie, wyrywkowo i nieudacznie, ale jednak. Czytelnicy podążają za opinią Borcysa pamiętając o ich dawnych recenzjach (to dzięki nim podłapałem setki lat temu Mogwai) lub po prostu uznają, że skoro tacy spece zajmują się Dżastinem Timberlejkiem to znaczy, że nic już ciekawego 'niezależni' nie proponują. Otóż nie, to spece się zdewaluowali.
6. O muzyce popularnej/niezależnej pisze się zwykle:
a) stylem wysokim o gównianych płytach (Esensja)
b) stylem niskim o dobrych płytach (Mark Prindle, Tiny Mix Tapes)
c) stylem arcyhiperspeca o żałosnych płytach (Porcys, Pitchfork, Stylus)
d) blogiem o swoich znaleziskach
7. Jedyny problem, jaki można mieć z dobrą muzyką niezależną w dzisiejszych osieciowanych czasach to lokalizacja jej źródła. Odpowiedź jest prosta - labele. Nie ma teraz wytwórni, która nie dawałaby próbek swoich albumów. Jest myspace, gdzie oprócz hipsterów siedzą także dobre zespoły. Mam taką (idealistyczną) zasadę - zawsze będzie kiedyś tam gdzieś tam dobry zespół, o którym nie słyszałem. Więc poświęcę trochę czasu na jego znalezienie. I już. Nie ma sensu bawić się w słuchanie aranży Timbalanda w nowyn singlu Dżenifer Lopez, skoro w tym samym czasie wychodzi wznowienie arcyrzadkiej płyty sprzed dziesięciu lat, jacyś goście w zatęchłym garażu na zepsutym wzmacniaczu nagrywają znakomity album i goście, którzy kiedyś grali w git zespole zakładają następny.
8. Homostupids to ci z garażu.
9. Homostupids się znakomicie nazywają. Grają do szczętu prymitywnie i są w tym bardzo dobrzy. Tak jak wspominany wcześniej Dead Infection przejawiają werwę, swadę, leją na wielbicieli stylu wysokiego, są parszywie głośni. Na youtube'ie są cztery nagrania z ich koncertu. Na żadnym z nich nic nie widać, a słychać tylko nieprzerwany jęk wzmacniaczy. To wina nagrania, zaznaczam. Przywołajmy opisy poszczególnych części nagrania:
1. reverb
2. it gets worse
3. are you really still watching?
4. balls
10. Homostupids grają coś jakby garage punk w stylu genialnych New Bomb Turks tylko krótszy, bez refrenów i bez żadnego masteringu. Albo trochę jakby szybsze The Mummies. Taki energetyczny potok hałasu. Trudno przy tym nie skakać. Wszystko to trwa 17 minut. Melodii w tym za grosz. Wrzaski trwają przez 90% długości utworów. Perkusję ledwo słychać (tak jak trzeba!). Co ciekawsze wydarzenia na albumie to na przykład otwierający kawałek, gdzie gość krzyczy coś w stylu "achin' apeshit!" w kółko. Piąty, gdzie cały zespół raźno skanduje "She's a bitch!". Ósmy, który zaczyna się falstartem, po czym słychać jak gitarzysta się usprawiedliwia, że zgubił kostkę od gitary, bo próbował grać jak B.B. King. Aha, jeszcze trzynasty, przedostatni, gdzie (niesamowite!) jest zagrana kilkunutowa melodia. Ten melanż trwa około siedem sekund po czym dalej jest łupanie.
11. To punk toaletowy. Wymyśliłem tę etykietkę całkiem niedawno. Otóż punk toaletowy to nowy-stary trend w zachodniej muzyce niezależnej, który za zadanie postawił sobie przywracanie aury zespołów typu Flipper i Germs. Wyróżniają się wykonawcy tego nurtu tym, że nie zależy im na przyjemności słuchacza, śpiewają/krzyczą o różnych czynnościach fizjologicznych i, że tak powiem, grają jakby tych czynności właśnie dokonywali. To znaczy, nie ma sampli z pierdnięć i stęknięć, ale ich płyty mają najgorszy mastering na świecie. Albo nie mają go wcale. Jak dotąd zaliczyłbym do nich (wcześniej) Drunks With Guns, Lake of Dracula , Homostupids, The Piranhas, Times New Viking, Snake Apartment Clockcleaner, Pissed Jeans, The New Flesh, Coachwhips, od biedy Part Chimp, setkę zespołów garage punkowych i miliard jeszcze innych zespołów, o których jeszcze nie słyszałem. Do czasu.
12. Pomysł pisania w punktach zerżnąłem od niejakiego Hamiltona. Niedawno dorwałem zbiór jego esejów. Genialne. Facet nazywał się Słojewski i miał taki patent, że udawał nieco starszego niźli był i niby to wspominał dawne, przedwojenne czasy. Dałem się nabrać. Miał świetny styl, pracował w "Kulturze" z Kisielem. Kiedy wszyscy po redakcji tego pisma rozprawiali dlaczego to Gmoch nie wpuścił Bońka na którychśtam mistrzostwach Hamilton łaził po korytarzu i pytał wszystkich: "Przepraszam, czy pan myśli, że Bóg jest?". Dziwak, też nie wiem dlaczego Gmoch Bońka nie wpuścił. Ale to pisanie w punktach zamierzam jeszcze wykorzystać.
do posłuchania: Caveman