19 maja 2007, 20:02:26

we speak the deadverse


Dälek - Abandoned Language
Ipecac 2007


Antibalas - Security
Anti 2007

Najpierw inwokacja. Po rzymsku:
tympana tenta tonant palmis et cymbala circum
concaua, raucisonoque minantur cornua cantu


po polsku:
to ma oznaczać, że ja umiem cytować łacinę
dzięki czemu jestem oczytany i jenteligentny


Antibalas to są biali murzyni z Chicago (prawdziwi Polacy wymawiają "czikago"), co to się zdecydowali grać afro-beat na poprzednich płytach, ale na tej postanowili dodać trochu różnech elementów z różnech gatunków i wyszło coś wybitnego. Moja siostra jest muzykiem, kumiecie, i wedle niej to brzmi zupełnie chaotycznie. Ja, z drugiej strony, nie mam za grosz słuchu co pozwala mi cieszyć się rzeczami przez nią określanymi jako niesłuchalne. Ale to jest słuchalne. Wybitna produkcja, słuchawkowa. Kiedy się z tym w uszach stoi w zatłoczonym autobusie to nie słychać gimnazjalistek/licealistek/studentek rozprawiających na tematy filozoficzne, tylko tego gościa z solówką na organach hammonda i te kilka perkusji grających jakby w różnych rytmach, ale tak naprawdę w jednym.

No i dęciaki. Uwielbiam dęciaki. Główny powód dla którego tak cholernie podoba mi się to, co nagrali Blues Brothers (poza czarnymi garniturami, kapeluszami i okularami) jest taki , że tam była genialna sekcja dęto-blaszana. I tutaj jest to samo. Niestety, słychać że to było zgrywane z dokrętek. Tak dobrze brzmieć wszyscy muzycy na raz by nie mogli. Chyba, że istnieje magia, o której nie wiem.

Security jest duszną płytą. Przeznaczoną raczej na pogodę szaro-ciepłą. Akurat taką, jaką mamy teraz. Wokali jest na niej stosunkowo niewiele, co jej bardzo służy. Najlepszym momentem w mojem odczuciu jest instumentalny I.C.E., który to kawałek pod wpływem entuzjazmu zupełnie na rympał i niepasująco wcisnąłem do jednego z wcześniejszych odcinków podcasta. Polecam wsłuchać się w (tak mi się wydaje) arkusz blachy wyginany w taki sposób, by brzmiał jak odgłosy burzy w drugiej połowie tegoż kawałka. Poza tem jego motyw przewodni jest rozluźniony, choć niepokojący - co samo w sobie jest osiągnięciem.

Teraz Dälek. Zaskoczyli mnie tą płytą, bo po odejściu DJ Still'a myślałem, że poziom im poleci na łeb na szyję, a nadal jest gitnie. Wyczytałem w wywiadzie, że nagrali materiał na Abandoned razem z Absence (czyli jeszcze ze Still'em) i miksowali przez dwa lata, więc może dopiero następny album będzie zły. Choć nie, następny ma być ta długo przeze mnie wyczekiwana współpraca z włoskim Zu, a to powinno być dobre.

W każdym razie Dälek (teraz jako duet) wypuścili coś w stylu muzyki relaksacyjnej (w porównaniu do ich poprzednich płyt, znaczy). Już nie ma tutaj wybuchów, krzyczanych tekstów, i tym podobnych, ale jest coś równie ciekawego. Większość instrumentarium to klawisze i skrzypce, odpowiednio przetworzone i przewijające się właściwie przez całość albumu. Tekstowo to brzmi żałośnie, ale tworzy niesamowity klimat. Już na From Filthy Tongues... były momenty sentymentalne (Forever Close My Eyes), ale tutaj całość brzmi jak elegia o topniejącym lodowcu. Posłuchajcie Brick Crumble (będzie we wtorek w podcaście), podkład tam jest śliczny jak... Nie wiem właściwie jak. Jest jakiś taki Portishead'owy i delikatny. Kurcza, trudno mi to określić.

To wszystko plus bas. Większość posiadaczy BMW i Audi (lub zestawu głośników JBL za pięć i pół tysiąca) wie, jak ważny jest porządny bas w życiu mężczyzny. Tutaj niskie dźwięki spinają wszystko. Brzmi to kretyńsko, bo to hip-hop, ale tak jest. Posłuchajcie tej linii basu z ostatniego kawałka, jak się pod koniec dynamizuje.
Co tam jeszcze. Świetny jest pomysł zagłuszania wokali (vide Tarnished), widać że emsi Dälek jest świadom, że jego gadanina nie zawsze musi być na pierwszym planie. Aha, no i wydaje mi się że buchnęli kilka sampli z oprawy dźwiękowej z gry Homeworld. Tak to brzmi.

do posłuchania:
I.C.E z Security
Paragraphs Relentless z Abandoned Language

15 maja 2007, 17:44:28

edmondo de amicis is fucking dead



1. Born Against - Born Against Are Fucking Dead
2. Flipper - Ha Ha Ha
3. G.B.H. - Big Women
4. Clockcleaner - Shingles/Black Baby
5. The New Flesh - Leather
6. Antioch Arrow - Antioch Gold For You
7. Refused - Refused Are Fucking Dead

24 minuty. punk i podobne. na przekór.


tableau.podomatic.com/enclosure/2007-05-15T08_32_04-07_00.mp3

08 maja 2007, 20:01:24

humming eighty venus



01. unwound - the world is flat
02. can - mushroom
03. pere ubu - humor me
04. quix*o*tic - the breeze
05. the amps - breaking the split screen barrier
06. kim salmon & the surrealists - shine
07. moonshake - bleach and salt water
08. hoover - electrolux
09. the melvins - harry lauders walking stick tree
10. bardo pond - be a fish

plik: tableau.podomatic.com/enclosure/2007-05-08T10_34_30-07_00.mp3
czas: 42:50
bitrate: 130 vbr

z powodu braku zainteresowania zadam sobie kilka pytań:
q: czy jest to warte słuchania
a: nie.
q: jak brzmią te kawałki?
a: jakby były bardzo zmęczone i chciały do domu.
q: nudno jest?
a: niestety.
q: żadnych ciekawych momentów?
a: może kilka.
q: na ten przykład...?
a: na ten przykład (wypić jednego zawsze) jest okazja do przesłuchania mushroom ze znakomitego remastera tago mago. najlepszego kawałka, jaki nagrali goście z hoover w swej niedługiej karierze. melvins grający coś w rodzaju psych-folku.
q: jakieś ciekawostki?
a: nie. zainteresowani mogą posłuchać co krzyczy w głębokim tle gość z moonshake na samym końcu kawałka.
q: będą nagrody ?
a: nagrody są, ale konkursu nie ma.

02 maja 2007, 00:31:31

2x4+3



1. The Beauty Pill - You Are Right To Be Afraid
2. Les Breastfeeders - Viens avec moi
3. Les Breastfeeders - Tuer l'idole
4. Palomar - The Single
5. Palomar - Up!
6. Do Make Say Think - The Universe!
7. KaitO - Anamoy
8. KaitO - A.S.A. To Accuracy
9. Jay Reatard - Death Is Forming
10. Jay Reatard - Oh It's Such A Shame
11. Prolapse - Testation

cztery pary i trzech samotników. szybki gitarowy pop w 31 minut.
vbr 134kbps
tableau.podomatic.com/enclosure/2007-05-01T15_19_15-07_00.mp3

17 kwietnia 2007, 17:52:00

the echo of my voice causes avanlanches



1) 500 Ft. Of Pipe - Molotov Cocktail
2) Josiah - Malpaso
3) The Moaners - Terrier
4) Dead Fly Buchowski - Blackout
5) Major Stars - Portable Freak Factory
6) Dark Fog - Ferris Wheel
7) Golden Pig Electric Blues Band - Light Years
8) Scissorfight - Fang

tableau.podomatic.com/enclosure/2007-04-17T08_33_44-07_00.mp3

rock na osiem sposobów. trzydzieści jeden minut. sto sześćdziesiąt kilobitów. zdanie bez choćby jednego liczebnika jest zdaniem straconym.

03 kwietnia 2007, 19:29:49

cztery długie kawałki vol. 2



dazzling killmen - code blue (live)
unwound - side effects of being tired
antibalas - i.c.e.
harvey milk - brown water

38 minut. 160 kbps

tableau.podomatic.com/enclosure/2007-04-03T09_49_35-07_00.mp3

pierwszy odcinek drugiej serii podcastów. okazja do posłuchania kawałka z polecanej niedawno płyty Harvey Milk. to już coś, nieprawdaż?

27 marca 2007, 13:57:11

my broken heart will never mend


Harvey Milk - Courtesy And Good Will Toward Men
Reproductive 1997, Relapse 2006


Portishead - Roseland NYC Live
London 1998

No nie?

Nie znam się na kobietach, nie znam kobiet. Nigdy z żadną nie rozmawiałem. Właściwie, tylko czytałem o ich istnieniu, ale istnieją pewne dowody na to, że to prawda. Na przykład Sleater-Kinney. Albo fakt, że drogerie nadal istnieją mimo, że nikt tam nie zagląda.
Na forach czytam, że kobiety czasem mają depresję i nieco podupadają. Czytam dalej, że ich gruczoły łzowe wydają słoną wodę i wynika to z faktu, że jest im pusto. Podobno depresja kobieca to jest taki łysy kawałek ziemi, na którym powinna rosnąć trawa, ale zamiast tego są tam powtykane tabliczki z napisem "nikt mnie nie kocha".
O ile to zdanie oryginalne nie jest i przez różnych pióropisarzy zostało powyginane do niemożliwości to jednakowoż sposób, w jaki niejaka Gibbons, Beth - rocznik 1965, włosy ciemny blond, lekkie zgarbienie i papieros w dłoni - je artykułuje w kawałku pt. Sour Times zawartym na opisywanej płycie przyprawia mnie o drżenie i powoduje na mej obmierzłej facjacie dziwny uśmiech.
Przywołuję także PT czytelników uwadze sposób, w jaki owa pani rządzi całym zespołem (pięć osób + smyczki orkiestrowe), jak jej głos trzyma się zawsze nad wszystkimi instrumentami, jak spaja te dziwne jazzowo-elektroniczne kawałki w całość. Właściwie gdyby wszystkie zgarbione panie z papierosem tak śpiewały, to chętnie zostałbym ortopedą na usługach korporacji tytoniowych.
Ech, sobie jeszcze raz zasłuchałem tego kawałka. I za każdym razem kiedy słyszę jego końcówkę, to mówię sobie w duchu: "Holy...

...Fuck" to najlepsze określenie Courtesy And Goodwill. Holy - ciche momenty na tej płycie i ballady śpiewane głosem desperackim, święta Teresa na okładce (nie wiem dokładnie która), spastyczność słów. Fuck, natomiast, to czerń na okładce, to hałas gitarowy, łupanie perkusji i ryki wokalisty brzmiące jakby zabito mu rodzinę, a jego samego zamknięto w klatce na lat dwadzieścia kilka.
Rzecz jest tak nagrana, jakby Harvey Milk grali nie w jakimśtam studiu, ale zaraz obok, dwadzieścia centymetrów od błon bębenkowych. Rzecz jak u Albiniego, tylko ostrzej i znacznie cięzej. Wokalisto-gitarzysta Creston Spiers - biała koszula, krawat, karminowa gitara Gibson model SG - ukończył studia muzyczne w klasie perkusji. Podobnież do białej gorączki doprowadzały jego uwagi przekazywane właściwemu perkusiście zespołu. Metrum 4/4 tu nie uświadczysz, a chwile ciszy będą tak ułożone, by zaskoczyć momentami hałasu. Ale takiego naprawdę wielkiego hałasu. Faceci grają riffy klasyczno-rockowe (obaczcie solówkę w końcówce "Brown Water"), ale z takim walnięciem, że ziemia drży. Jakby do ścinania kwiatków używali piły spalinowej. Do tego dodajmy jeszcze cover Cohena, w którym wokalista przestaje zapodawać tekst, a zaczyna zawodzić coraz bardziej płaczliwym głosem. Prawdziwie poruszające.

Cała rzecz była w '96 wydana wyłącznie na winylu i dopiero teraz Relapse przerzucił to na nośnik cyfrowy. Należy dodać - ze wszystkimi błędami. Na kawałkach drugim i ostatnim słychać trzaski, jakby wynikające z rys na płycie. Słowo 'jakość' zupełnie nie odnosi się do nagrania występu na żywo, które zostało dołączone na drugiej płycie. Tam rzeczą normalną jest, że nic ni cholery nie słychać. Taśma potrafi urwać się na kilka sekund, po czym znów zaskakuje. Nikt nie starał się tego poprawić przy masteringu.

I to jest męska depresja. Przynajmniej byłaby, gdyby istnieli jacykolwiek mężczyźni. Problem w tym, że ilekroć wyjdę z domu, ulice są zupełnie puste. Chodniki nie są wydeptane, nie jeżdżą autobusy, jest absolutnie cicho i nieruchomo. To dziwne uczucie - nie widzieć nikogo przez kilka lat, ale nie należy sobie tego liczyć za złe. Winniśmy raczej w takich chwilach przypomnieć sobie słowa mistrza:
"Człowiek jest jak żarówka, gdy go zapalić - świeci."

14 marca 2007, 20:13:36

"A zabiję ich wszystkich" - F. Maurer



Zbliża się już ten wspaniały okres nostalgii i nasilenia smutku zwany wiosną, kiedy to we wszystkich playlistach szanujących się rozgłośni radiowych "Z kopyta kulig rwie" zastępowane jest na "Wiosna" rodzimej supergrupy Skaldowie. To ten boski okres zastanawiania się nad własną egzystencją, gdy 40-letni górale z 4.3 promila we krwi obcinają sobie prącie, gdy niebezpiecznie jest zapuszczać się do Wołomina będąc czyimś bratem, w monopolowym wciąż jest niekończąca sie kolejka, a na joggerach piszący stosują tanie i niewybredne chwyty, byleby coś napisać. W ten okres nieświadomej zadumy warto wchodzić z słuchawkami na uszach i niewybredną muzyką w tychże słuchawkach.
Wschodzące słońce budzi w tym okresie nawet w najbardziej białym mieszkańcu globu jego murzyńską cząstkę. Ja jako polski, biały murzyn nie mogłem więc nie zawrzeć w opisywanym dziś podcaście tanich, zużytych, czarnych rapów zza oceanu, które wstrząsają zapewne osiedlem jakiejś utopijnej krainy położonej tuż obok malowniczych wysp z serialu "Lost". Mamy tu więc prawdziwie czarnego Madliba raz w kawałku sprzed wieków z zespołem Lootpack, innym razem tworząc kolaborację z podejrzanym Talibem o przydomku Kweli, jeszcze innym razem robiąc soczyste biciwo pod Dudley'a Perkinsa, by ostatecznie przeobrazić się w garbatego Quasimoto ciągnącego za sobą swoje stopy. Przez ten niezwykle melancholijny i smutny podcast przewija się również motyw tzw. energetycznego popu w wykonaniu małoopalonych Nino Moschelli oraz Jamie'go Lidell'a oraz zespół Breakestra. Jest tu także miejsce dla czarnego Afro Samuraja któremu towarzyszy The RZA.
Motywem przewodnim środka podcastu jest coś naprawdę nieszablonowego, temat jakże rzadko poruszany, często omijany i traktowany jako kontrowersyjny jakim są pieniądze. W niezwykle poruszający sposób artyści tacy jak duet Blacksmith, Mos Def, Ugly Ducking oraz Dudley Perkins próbują wesprzeć nowego prezesa NBP i zmierzyć się z problemem banknotu. W między czasie możemy naładować sie energią przy prawie deathmetalowych ;), szatańskich utworach grup Oneself oraz 4 hero.
Podcast kończy nieco bardziej zrównoważony Jazz-Hip Hop Miles'a Davisa i abstract dźwięki pociotka Alice Coltrane zacnego pana Flying Lotus. Podcast opuszczamy przy doniosłym głosie jakim natura obdarzyła Lindę.

Czek dis madafakin hajporformik szit aut: tableau.podomatic.com/enclosure/2007-03-14T12_07_10-07_00.mp3

Playlist:
Lootpack - Whenimondamic
Nino Moschella - Didn't you see her
Jamie Lidell - The City
Breakestra - Stand Up
One Self - Bluebird
4 hero - superwoman (where were you when i needed you) (feat. terry d)
The RZA - Afro's Father Fight (Inst.)
Talib Kweli & Madlib - Funny Money
Mos Def - Dollar Day (Surprise, Surprise)
Ugly Duckling - Bang For The Buck
Dudley Perkins - Dolla Bill
Quasimoto - Come on Feet
Miles Davis - The Doo Bop Song
Flying Lotus - 1983 (Daedelus Odd-Dance Party Remix)
Świetliki i Linda - Filandia

- goscinnie GrzeHu AKA Denny Crane

28 lutego 2007, 21:05:02

sleepy silver door



dziś spokojnie. usypiająco. bez ukojenia, ale i bez śladów po zębach.

1. magnog - lost landing
2. wooden wand & the vanishing voice - dread effigy
3. earthling society - albion
4. la ira de dios - cordillera

pierwsze dwa kawałki są jankeskie, trzeci jest angolski, a czwarty pochodzi z Peru i trwa 24 minuty, psze paniów i panów. dobrze to wszystko brzmi kiedy się patrzy na brudny krajobraz migający za czystym oknem.

link: tableau.podomatic.com/enclosure/2007-02-28T11_37_47-08_00.mp3

trwać: 41:29
brzmieć: jak 160 kilobitów na sekundę
wyglądać: dobrze. zawsze dobrze. zwłaszcza w modnym szynelu.

07 lutego 2007, 22:19:54

She dreamt she was a bulldozer...


Godspeed You Black Emperor!
Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven

Kranky 2000

...She dreamt she was alone in an empty field.

Nie będę przedstawiał GYBE!. Można zajrzeć na odpowiednie strony, zapoznać się, skojarzyć. Powiem tylko, co sądzę o tej płycie i sobie pójdę.

To jest muzyka poważna. Nie klasyczna - nie pisana przez kompozytora o klasycznym wykształceniu - ale poważna w sensie miny, jaką robi do reszty świata. Nie ma tutaj miejsca na humor, na odprężenie. Tak jak w przypadku Neurosis i Swans (ale bez agresji tych pierwszych i twardych narkotyków tych drugich) rządzi tu hipnotyczno-katartyczny minimalizm. Kiedy wyłączasz odtwarzacz - ta muzyka nadal brzmi. Wiadomo, że na płycie zapisano tylko jej małą część.

bla bla bla, opowiadam coraz gorsze pierdoły. jeszcze inaczej.

Widzieliście Rozmowę Coppolli? Na samym końcu pan spec od podsłuchów, dowiedziawszy się, że sam jest podsłuchiwany, zrywa tapetę ze ścian, wywala klepki z podłogi, niszczy meble itede, itepe, szukając tej pchły z mikrofonem. Naturalnie, bezskutecznie. I co robi na końcu? Siada sobie pośród ruin swojego mieszkania i zaczyna grać na saksofonie. Wszystko zdechło, wszystko już było nieważne, nie było sensu walczyć, wierzgać ani płakać. Pozostała tylko jakaś nieokreślona melodia. Lift Your Skinny Fists... to właśnie taka muzyka. Już w niej wszystko stracone, nadzieja przykrywana jest kolejnymi powolnymi wybuchami orkiestry. Świat jest miejscem o tyleż strasznym, co żałosnym, wszyscy jesteśmy łudzącymi się idiotami, teges.

GYBE! są pretensjonalni, owszem. Ale całą rzecz wygrywają tłem. Ich płyty są świetnie ilustrowane, jest tutaj pełno nagrań z terenu - słyszymy nagranie z supermarketu, kobieta opowiada o swojej wierze, stary człowiek wspomina stare czasy. Dźwięki, wygląd, tytuły utworów - wszystko jest na swoim miejscu i się nawzajem dopełnia. Że tak powiem, nie ruszysz tego, choćbyś to ciachał najostrzejszym nożem.

Tego należy słuchać na słuchawkach późno w nocy. Powinienem był poprzestać na tym jednym zdaniu.

do posłuchania:
próbki utworów na stronie wytwórni

do obejrzenia:
znakomity amatorski teledysk do utworu z ich ostatniej płyty