25 lipca 2006, 19:45:42

Dream of their fall, dream of their death.

bootlicker
Melvins - The Bootlicker
Ipecac 1999

To nie jest tak, że Melvins cię nie lubią. Nie, twój los im kompletnie zwisa. King Buzzo, ich wokalistogitarzysta wie wszystko - że zęby płuczesz wyłącznie wódką, że właściwie uwielbiasz balet i płaczesz na smutnych filmach (i dlatego je tak bardzo lubisz), no i że gówno cię obchodzi muzyka, której trzeba szukać poza radiem i telewizją, bo zadowala cię artyzm dody elektrody czy erosa ramazottiego. Buzzo wyczytał to wszystko z twej paskudnej gęby. Słowem, Melvins mają nad tobą przewagę i mogą z tym zrobić, co tylko zechcą. Mogliby nawet zakablować, ale oni są ponad tym. Możesz się pocieszyć, odetchnąć na chwilę. Bo następnego dnia na spacerze nos twojego psa spuchnie jak stuletnia beczka kwasu chlebowego, bo Melvins rozsypali ałun na chodniku. Zaraz potem twoja żona zostawi cię, bo nie zarabiasz tyle, ile obiecywałeś przed ślubem, a poza tym poznała "takiego niesamowitego perkusistę, nie uwierzyłbyś jak mocno i oszczędnie uderza..."

Tak jest. Melvins doprowadzą cię do szału z jednego tylko powodu: bo mogą. Będą skakali świętując nad twoim zimnym trupem a ty nie będziesz miał bladego pojęcia co siedzi pod ich bujnymi czuprynami. Nic nie będziesz wiedział, bo mózg obumiera w kwadrans po zatrzymaniu pracy serca, a nikt nie chciałby pracować dla takiego nieudacznika jak ty.

Z czego się śmiejesz? Mówię poważnie. Obacz ich stronę oficjalną. Włączyć wentylator? No właśnie.

A rzecz jest tak cholernie prosta - chodzi o to, żeby nie nagrywać jednego albumu dwa razy. Istniejąc 25 lat spojrzeć na swoje wydawnictwa i stwierdzić, że wszystkie są naprawdę różne - oto osiągnięcie! Oczywiście, część z tych albumów jest niesłuchalna/nudna/bezcelowa ale [tu wstawić celny argument]. Nagrali m.in. godzinę czystego noise'u (Colossus of Destiny), płytę ambientową (Pigs of the Roman Empire), serię nieśmiesznych żartów muzycznych (Prick), jeden długi kawałek (Lysol), serię szybkich utworów (Gluey Porch Treatment), serię utworów powolnych (Bullhead), wybitną płytę oniryczną (Honky) no i tzw. Kwiatową Trylogię. Bootlicker jest jej środkową i najlepszą częścią. Jest też jedyną rzeczą bez przesteru. Całość jest mocarnie rozbasowana, za pomocą mesieur Kevin'a Ruthmanis'a (nie)znanego z zespołu Tomahawk, a wcześniej Cows. Oszczędność środków pozwala popisać się także perkusiście. A King Buzzo wydusza z siebie dziwne melodie. W rezultacie otrzymujemy rzecz, którą można wrzucić w wieżę stereo o czwartej nad ranem i nie ryzykować linczu ze strony współlokatorów. I to jest mniej więcej tak. Jedyne co jest niezrozumiałe, to fakt, że Melvins są dobrymi kumplami idiotów z Tool (ich ostatnia płyta i koncert u nas to większy śmiech na sali niż komedie z De Funes'em). Jak do cholery mogą kumplować się z tak żałosnym zespołem? W każdem razie widzisz, rozgryzłem ich i zmieściłem cały sekret w jednym akapicie, bo jestem twardy, a ty co zamierzasz zrobić? Spiąć się i przeczytać "Alchemika" Coelho? Are you gonna be so stupid? Don't be so fucking stupid!

Popatrz na świeży wywiad z Buzzo, on wie co jest grane:
"I'm pretty much always thinking to myself what a genius I am. Sometimes I stand outside and scream it but the neighbor kids then start shooting me with their BB guns. I should burn down their fucking house the little bastards."
Nie rozumiesz? Kup sobie gadający słownik. I nie podlewaj tych kiczowatych bratków kiedy inni wybijają kamieniami okna.

Teksty.
Prosto z albumu - Black Santa
Z albumu ale na żywo (całkiem git jakość) - Let It All Be
Jew Boy Flower Head
Up The Dumper
Lone Rose Holding On

19 lipca 2006, 00:04:03

I don't want to grow a head, I'd rather fuck myself instead

Short Music For Smart People czyli składanka, której się bardzo śpieszy:

01. Minutemen - Bob Dylan Wrote Propoganda Songs
02. New Bomb Turks - We Give A Rat's Ass
03. Black Eyes - A Pack of Wolves
04. Bad Brains - Pay to Cum
05. Black Flag - Six Pack
06. Hüsker Dü - I'll Never Forget You
07. Minor Threat - Filler
08. Archers of Loaf - Sickfile
09. The 5.6.7.8's - Woo Hoo
10. Pavement - Wanna Mess You Around
11. The Amps - Full On Idle
12. Nomeansno - Wiggly Worm
13. Fugazi - Great Cop
14. Thee Headcoats - I've Been Fucking Your Daughters And Pissing On Your Lawn
15. The Sonics - Keep A Knockin'
16. The Heads - Your Monkey Is My Master
17. KARP - Pistol Whipped
18. The Cramps - The Crusher
19. Transistor Transistor - Sweet William
20. KaitO - Anamoy
21. The Fall - The Joke
22. Flipper - Living for the Depression
23. Gogogo Airheart - Sit and Stare
24. Pixies - Something Against You
25. Sleater Kinney - Little Mouth
26. D-Generation - Scorch
27. Murder City Devils - Dance Hall Music
28. The Obsessed - World Apart
29. The Mummies - Sooprize Package For Mr. Mineo
30. Meat Puppets - In A Car
31. Blur - Chinese Bombs
32. Mclusky - Join The Mevolution
33. Unwound - Murder Movies
34. The Jon Spencer Blues Explosion - Identify
35. Scissorfight - Hex
36. Fu Manchu - Nothing Done
37. Mudhoney - F.D.K. (Fearless Doctor Killers)
38. Melvins - Sweet Willy Rollbar
39. Faraquet - Song For Friends To Me
40. Victims Family - Hell
41. Fishbone - Subliminal Fascism
42. The Jimi Hendrix Experience - Ain't No Telling
43. Mountain Goats - See America Right
44. Deadly Snakes - Mutiny & Lonesome Blues
45. Saturn's Flea Collar - Why Can't You Be Nice?
46. The Thermals - Our Trip

Krótki FAQ:
Czas trwania: godzina, 19 minut i 14 sekund;
Liczba kawałków o długości przekraczającej dwie minuty: 8;
Liczba kawałków o długości przekraczającej trzy minuty: 0;
Utwory...
najkrótszy: We Give A Rat's Ass;;
najdłuższy: The Joke;
najstarszy: Keep A Knockin';
najgłupszy: In A Car
Zespoły, których najbardziej tu brakuje do ładnego obrazka: Dead Kennedys, The Exploited i GBH;
Gatunki reprezentowane (poza punkiem): klasyczny rock, stoner, szybszy pop, math rock, blues-rock;
Liczba kawałków z Ianem Mackaye na wokalu: tylko 2
Liczba prezentowanych zespołów z murzyńskim składem: 2;
Liczba prezentowanych zespołów z żeńskim składem: 2;
Liczba prezentowanych zespołów z bosonogimi azjatkami w składzie: 1;
Zastosowanie: szpan przed ludźmi z krótkim okresem skupienia uwagi;
Najlepszy cytat ze składanki:
"I care 'bout something
I care 'bout nothing
I doesn't mean I couldn't care less
'Cause I care less 'bout you"

--New Bomb Turks
Komu się składak nie spodoba: ludziom, którym słowo "punk" kojarzy się z Green Day (czyt. 90% licelistek), miłośnikom gotyku, nastoletnim harcerkom, młodzieży wszechpolzkiej, miłośnikom elektroniki, prog etc.;
Potencjalna liczba fanów składanki (wliczając autora): 1;
Stopień znudzenia autora (skala 1-10): stopniowanie jest nudne;

05 lipca 2006, 21:15:11

lack of heroes, lines of zeroes

sided
The Heads - Under Sided
Sweet Nothing 2002

dive
The Heads - Under The Stress Of A Headlong Dive
Invada 2006

Na każdym dobrym koncercie rockowym winien być taki moment, kiedy to zepsół zaczyna grać niespotykanie głośno i energicznie. Głośniki dudnią, przestery zgrzytają, przestaje się rozróżniać instrumenty, rzecz dziejąca się na scenie zaczyna przypominać wielką niekształtną masę dźwięku. To są te najlepsze momenty. Przy okazji, podobno gdyby ścisnąć kulę ziemską tak, by miała cztery centymetry średnicy, to w wyniku zaburzenia proporcji między masą a grawitacją stałaby się ona czarną dziurą. Ciekawe, prawda? Teraz, najlepsze w The Heads jest to, że oni zawsze grają jak taka czterocentymetrowa kula dźwięku. Te cztery centymetry wynikają z faktu, że niewiele ludzi na tej planecie słyszało o tych gościach z Bristolu, natomiast natężenie energii i liczba decybeli zawarta w ich płytach posłużyłaby co najmniej trzem zwykłym albumom z tzw. młodzieżową muzyką gatunku rock and roll.

The Głowy są moimi kumplami bo nigdy nie mają forsy. Pracowali podobnież razem w lokalnym sklepie muzycznym, teraz mają stałe zatrudnienie (tak jak goście z Shellac), ale bez kokosów. Ja też zawsze jestem na debecie i łatwiej mi pałać sympatią do ludzi, których pieniądze nie lubią. Przeszukuję ogłoszenia i wysyłam CV, a maile czasem wracają jako niedostarczone, a czasem przepadają bez echa. A w przypadku The Heads efekty braku szmalu są śmieszne - nagrali pierwszą płytę (Relaxing With The Heads) w normalnym studiu, na drugą (Everybody Knows We Got Nowhere) w połowie nagrywania zabrakło finansów, więc dopełnili ją odrzutami z własnych, wyjątkowo niskich jakościowo archiwów, na trzeciej (Under Sided) jest znów porządna produkcja, a ta najnowsza (Under The Stress...) jest w całości nagrywana w zatęchłej piwnicy, której zdjęcie zdobi stronę wewnętrzną okładki.

The Heads są także moimi kumplami, bo grają porządnego rocka. Atonalnego, upitego i ujaranego, cuchnącego spalonym wzmacniaczem lampowym. Ich wokale nie mają melodii, to najczęściej jakieś bzdury wypowiadane z gitnym brytolskim akcentem. Zresztą, nawet gdyby śpiewali o fasolce po bretońsku to i tak nie robiłoby to różnicy, albowiem przez większość czasu wokale się nie przebijają przez masę dźwięku. No i ta energia. Wracając do analogii koncertowej, jakże często widzę kretynów z gitarami miotającymi się po scenie jakby grali grind-core, a nie pseudorockowe popłuczyny z list przebojów, a ci panowie są raczej statyczni scenowo (elektrostatyczni, elektrostateczni), ale brzmią jakby mieli za zadanie wysadzić salę w powietrze bez użycia materiałów wybuchowych.

Kumpelstwo na wykresie. Najpierw kawałek Yo La Tengo:

Później The Heads:

I nie, nie próbuję deprecjonować YLT. Chcę tylko pokazać jak cholernie głośne są te dwie polecane płyty. I jak marnie wyprodukowane. I jak bardzo mi się oba te elementy podobają.

Są oni moimi kumplami (oni są. kumplami są.) bowiem słychać, że tak jak ja lubią dziwną muzykę. Zapodają kraut-rockiem, nojzem, stonerem, psychodelą i tym podobnymi. Czasami wykręcają krótkie szybkie numery, czasami jadą przez dobry kwadrans. Zdarza im się, że przy tym męczą (vide Stodgy na najnowszym krążku), ale najczęściej robią rzeczy wybitne. Właściwie podsumowałbym to w ten sposób, że przez nich, reszta ciężkiego rocka psychodelicznego nieco mi się zdewaluowała (czyt. pierwszy z brzegu Monster Magnet pozostający w tej samej kategorii wagowej to przy tym przedszkole).

The Heads są moimi dobrymi kumplami bo mają nieubrane panie na okładkach.

The Heads są moimi kumplami i dlatego wydałem te 15 funtów 40 funtów (za słownikiem polszczyzny - wielka kupa forsy) z mojej krwawicy, by ściągnąć z brytyjskiego Amazona ich płytę dwie płyty i się z tego powodu wcale głupio nie czuję. Jello Biafra ich lubi, to ja miałbym nie lubić? Co takiego ma Jello Biafra, czego nie mam ja? Jestem wręcz od niego lepszy, bo nie śpiewam i nie mam nadwagi.

27 czerwca 2006, 00:16:02

I forget all the same

quickspace
Quickspace - The Death Of Quickspace
Kitty Kitty 2000

jessamine
Jessamine - The Long Arm Of Coincidence
Kranky 1996

Latem zwą obecną porę roku. Jest to czas pełen boleści i trwogi. Czas nudy o linusie zmierzającym niezmiennie ku nieskończoności, muchach, którym ze skwaru blakną i odpadają skrzydła oraz smole topiącej się w brudnym asfalcie. Mam ochotę się powiesić latem. Co chcę przez to powiedzieć? To bardzo proste. Nie trzeba pisać, ani też czytać kiedy wydano jakie płyty, czy gdzie grał wokalista tego zespołu zanim został radosnym ska-punkiem ino należy posłuchać tego kawałka zespołu form dziwnych Quickspace:
They Shoot Horse Don't They
Przy okazji - piwo i dozgonny respekt dla pierwszego (w przypadku kobiet - natychmiastowa oferta matrymonialna), kto rozpozna do czego nawiązuje tytuł tejże piosnki.

Genialne, czyż nie? Piosenka popowa, której nie udaje się brzmieć wesoło. I ta gitara prowadząca... Adekwatne totoż niezwykle. Wszystko na swoim miejscu. Cały album jest podobny, ale straszliwie połamany. Różne dźwięki zdarzają się tam losowo. Ten ostatni album Quickspace cały jest jakiś taki na opak. Pierwszy kawałek zaczyna się i po kilku sekundach gaśnie, by znów rozpocząć się po krótkiej pauzie. Jest tu repetycja repetycja repetycja, przestery rządzące brzmieniem, dziwnie radosne wokale i jest jakieś niedopowiedzenie, energiczna nerwowość. I te infantylne kreskówkowe konie na okładce.

Tak, a później jest okrutna jesień. Wtedy też mam ochotę się powiesić, bo jest mokro i chmury są bardzo nisko, a dziewczyny przestają chodzić w spódnicach. Wtedy pisze się poprawki, jeździ autobusem pięćdziesiąt razy w jedną i drugą stronę, liczy pasy na poboczu, itede. Wtedy też słucha się Jessamine, bo ochota przychodzi na nastroje skacowane, a Jaśmin tak właśnie dźwięczy. U nich nawet perkusja brzmi, jakby poprzedniego dnia wypiła wiele i zabrakło kefiru. Wszystko jest okropne, ohydne i beznadziejnie nieludzkie. Pani wokalistka wyśpiewuje melodie, które po przetworzeniu brzmią jak piski poetyckiego szczura przygniecionego cegłą, pan wokalista coś szepce lub wyje. Tempa są potwornie powolne. Gość na klawiszach zamiast grać melodie stuka w losowo wybrane klawisze i przekłada je przez przester. Bas zatacza się i potyka o własne nogi. Gitarzysta pojawiający się sporadycznie używa efektów brzmiących jakby struny jego gitary sparciały ze starości. Hohyda, jak mawia mój brat cioteczny. Omijajcie tę płytę. Albo nie, posłuchajcie jej fragmentów tutaj.

Jessamine na tej płycie zrobiła najwybitniej szarą muzykę jaką słyszałem. I najlepiej oddaje to, co czuje się rano wychodząc na wydział/do pracy. Taka piękna nieogolona beznadzieja, kałuże, ubłocone autobusy, ludzie w szarych płaszczach. Wszystko to jednak bez nihilizmu a raczej z pewną lekkością. Jessamine operują tymi samymi narzędziami brzmieniowymi co Quickspace, ale transmitują całkowity brak uczuć, a nie nerwowość. Przy czym, istnieją momenty, kiedy Jessamine się tak rozleniwiają, że pozwalają jednemu dźwiękowi wisieć w przestrzeni przez kilka minut, po czym wracają do powolnego rytmu kawałka. Tak jest na It's Cold In Space. Genialne.

Przy okazji, wiecie jak nazywa się najbardziej beznadziejny, powolny i zniszczony kawałek na Long Arm Of Coincidence? "Polish Countryside". Łatwo mi identyfikować się z taką pustotą.

W końcu czuć już nadejście przerażającej zimy. Wtedy nie mam siły się nawet wieszać, bowiem dni są tak krótkie, że nie zdążę spleść sznura zanim zapadną ciemności, a poza tym wszystko wtedy jest śliskie i okropnie białe. Dzieci prześladuje jakiś brodaty pedofil, przez niektórych czczony jako święty, a psy robią brunatne kupy na pokrywę śnieżną, czyniąc wstręt w tę jakże żałośnie obleśną porę roku.

Naturalnie, później jest wiosna - okres żałości i depresji. Trudne trzy miesiące pełne deszczów i błota... Dyndam wtedy wesoło uwieszony na słupie podtrzymującym powałę i jak zwykle znajdzie się jakiś nudziarz, który mnie w najważniejszym momencie odetnie.

Nie odcinać mnie, do cholery! I nie dawać mi swojego numeru telefonu, bo nie oddzwonię. Nawet nie mam komórki.

19 czerwca 2006, 21:09:43

it's war, I tell ya

mclusky
Mclusky - wszystkie płyty
Too Pure 1998-2005

Jak powszechnie wiadomo, Mclusky jest jednym z najlepszych zespołów, którym dane było grać w ostatnich dziesięciu latach. Co zrozumiałe, nie znalazł on tylu fanów ile powinien, ani nie sprzedał miliona egzemplarzy płyt. Największym wkładem trze

Nie, to było beznadziejne zawiązanie tekstu. Może inaczej - dzięki Mclusky lubię walijczyków. W życiu z żadnym nie zamieniłem choćby słowa, ale jeśli choć promil procenta tamtejszej populacji posiada równie zgrzytająco cyniczne poczucie humoru gości z Mclusky to literacka i muzyczna Nagroda Nobla powinna przypadać regularnie południowozachodniemu kawałkowi brytolskiej wyspy. By nie być gołosłownym, czy nawet gołousznym (a nawet wysłołysym) pozwoliłem sobie zebrać ólóbione teksty ze wszystkich trzech ichnich albumów. Pamiętajcie, wiele dawniejszych pokoleń zbierało się w swych owocnych gronach by konstatować ową niebiańską transmisję mądrości. Nie bądźcie gorsi, drodzy Nieistniejący Czytelnicy! Przesłuchajcie choć jedną z poniższych. Tak, są głośne. Tak, bardzo. Nie, nie jestem trzeźwy, ale mój oddech czuć pikantnymi waflami.

It's just a rattlesnake.
That looks like you.
-Friends Stoning Friends

nick berry had talent in a previous life
nick berry had it all
and i don't like it
but my kids will
-Random Celebrity Insult Generator

Accidents happen where the rain won't go
God is a colour that we can't let go
And faith is admission that we just can't win
And we are just a part of this
And we are just a part of this
Relatives matter when your legs don't work
KY KY STD
Alcohol matters when you can't be free
And love is eternal 'til it isn't anymore
-The World Loves Us And Is Our Bitch

Married life in prison is a lottery
Conditions are dickensian at best
Celebrate animals celebrate animals
Standing in the corner like you've pissed yourself
-Reviewing the Reviewers

Danny keeps beats in a box by the door.
She's a diligent girl but she's been here before.
It reminds her of riding a bike.
Hey, hey, hey!
-Rock Vs Single parents

You are my sun.
So shut up!
-You Are My Sun

There can only be one god in your head she said.
There can only be fire in fireplaces and in firewalls.
Still I'm scared of losing touch of love.
And I'm glad you're dead.
-Problems Posing As Solutions

All of your friends are cunts
Your mother is a ball-point pen thief
Notoriety follows you
Like beatings follow rain
-Gareth Brown Says

she is only here for ballast
-Your Children Are Waiting For You To Die

hey! hey! legends of make your mind up
what's the point of losing weight if it won't lose you?
born in cardiff, raised by wolves and died on his fucking arse
-You Should Be Ashamed, Seamus

to the left two bored men discuss suicide by drum solo
serious songs!
jesus christ!
once a year or maybe twice!
your son looks like michael jackson...
-1956 And all That

Nagrania z koncertów i teledyski:
http://youtube.com/watch?v=VD7DlUnaCN8
http://youtube.com/watch?v=pO4bUxwoJEA
http://youtube.com/watch?v=btd9dl6DWno
http://youtube.com/watch?v=Y8y7LVuFfs0

26 maja 2006, 22:04:27

i pray for you, murderers / i pray for you, well honed and clean

mother
Angels of Light - New Mother
Young God 1998

Bo wszyscy zaczynaliśmy jako pojedyncza komórka, która podzieliła się na dwie, które podzieliły się na cztery, które nadal się dzieliły. I jakoś tak wygląda, że z dzielenia wychodzi człowiek. I nigdy nie przestaje się, ha ha, dzielić. To znaczy, dopiero gdy umrze - wtedy zapada stagnacja. I niby zwykle nie pisuję z jakiejś okazji, ale dziś jakoś naszła mnie ochota na trybut, bo od dawien dawna chciałem Wam, Nieistniejącym Czytelnikom, wskazać jedną z najpiękniejszych pieśni jakie słyszałem. Spokojną, mocną i tak cholernie żywą. Brzmiącą zupełnie, jakby muzyka mogła mieć płuca i oddychać z naturalnością osoby głęboko śpiącej. To było nadęte z mojej strony, proszę, błagam, uniżenie dopraszam się o przesłuchanie poniższej pieśni:

Praise Your Name
Dedykuję wszystkim matkom i kobietom w całości.

Już? Wzruszeni? Whatever. Będę teraz rozprawiał na niezrozumiałe i wydumane tematy. Oto Wieczność i Nicość splecione w niekończącym się tańcu. Chwyćmy za falbanę wspaniałej sukni Wieczności. Falbana ta nazywa się Czas. Jeśli spojrzymy wystarczająco dokładnie możemy zauważyć, że dwadzieścia pięć lat temu w brudnej mieścinie zwanej Nowym Jorkiem pewien pan nazywający się Michael Gira założył zespół pod nazwą Swans. Nazwa może i była obiecująca, ale muzyka jakoś mniej. To znaczy, że Łabędzie specjalizowali się w rytmicznym biciu w różne metalowe powierzchnie i wywrzaskiwaniu obscenicznych tekstów. To były początki muzyki dziś znanej jako noise. W pewnym nie do końca określonym momencie do zespołu dołączyła pani zwana Jarboe, małżonka pana Gira. Ta pani o nienaturalnie stoickiej twarzy potrafi wokalnie z zagubionej dziewczynki zmienić się w opętaną przez setkę demonów siódmego kręgu piekieł (ósmy krąg jest zarezerwowany dla Diamandy Galas) femme fatale za ćwiercią mrugnięcia oka. Chodzą słuchy, że Jarboe potrafi zaklinać węże (czego może dowodzić ten obrazek). W każdym razie Swans był zespołem ciężkim, a do tego poważnym. Gira i Jarboe naprawdę wierzyli (i zapewne wierzą nadal) w niesiony przez ich twórczość nihilizm. Humor wdzierający się do ich albumów przybierał dość ekstremalne formy. Dobrym tego przykładem jest tutaj tytuł jednego z nagrań live (cały czas rozważam zrobienie sobie z powyższego obrazka nadruku na koszulkę).

Jak to bywa, z czasem zepsół się zestarzał i uspokoił. Muzyka nabrała nieco elementów folkowych, a dotąd niemiłosiernie tłuczone blachy i palone wzmacniacze zamieniono na gitary akustyczne i senny nastrój. Dość powiedzieć, że zdarzyło się późniejszym Swans nagrać cover "Love Will Tear Us Apart". W każdym razie, w 1997 roku Swans dokonali żywota jako zespół, a półtora roku później Angels of Light wydali pierwszą płytę. Właściwie - wydał, bo AoL tworzy wyłącznie Michael Gira, z pomocą kilku (w przypadku tego albumu - dziewiętnastu) znajomych muzyków.

New Mother to rzecz o macierzyństwie. Płyta zadedykowana Jarboe i sławiąca kobiece ciało jako nośnik nowego życia. Ciekawe jest to podejście, i na swój sposób optymistyczne, jak na pana Gira. Album nie jest w całości tak kontemplacyjny jak pierwsze dwa jego utwory, kluczy gdzieś pomiędzy cichą diabolicznością, a złożonym stanem rozedrgania intelektualnego. Najważniejsze jest to, że cała muzyka na nim zawarta jest podana z absolutną powagą, bez brzęczących elektrycznych gitarek i młodzieżowo-marihuanowego luzu. To poezja napisana i wyśpiewana przez człowieka, który chciał uwiecznić piękno życia, wiedząc, że jego pędzlem, farbami i sztalugą będą druciana szczotka, błoto i krzyż nagrobkowy.

Kurcza, końcówka wyszła jak nieudane wypracowanie szkolne. Oh well. Za kilka dni/tygodni/pięć lat opowiem o Melvinsach i Bark Psychosis.

Wiecie co Wieczność w tańcu szepcze Nicości do ucha? Mówi jej: "To właśnie jest...". Dokończcie sami, nieco kreatywności Panowie, Panie.

06 maja 2006, 15:36:54

baby, you can dig my grave

amore
Beat Happening - Black Candy
K 1989

Piszę te smutne słowa już jako weteran 21 kampanii życiowych. Tak jest, dwa tygodnie temu w czwartek zegar wybił pierwszą trzydzieści siedem i oto jestem starszy. Piękne panie pragnące z tej okazji rzucić mi się na szyję proszone są o ustawienie się w kolejkę.

Więc wedle metryki dwadzieścia jeden, a mentalnie pięć. Nie wierzycie? No to przykład: dwie godziny temu wydałem 314 złotyszy na pięć płyt z Anglii, fajnie, nie? [Pytanie Miesiąca: czy za przesyłki od Brytoli dolicza się cło?] I, niczym dzieciak zadowolony i umorusany żarciem piasku, pochwalę się, że są to dwa razy The Heads, dwie Thinking Fellers i Idaho. Nic wam te nazwy nie mówią, prawda? Ha, normalka, ja już tak mam, że muszę być eksluzywny. Dla osób postronnych może to wyglądać na chorobę psychiczną, a dla mnie zakleszczenie pazurów na niedawno otrzymanej paczce z płytami to jedna z niewielu radości tego marnego świata.

Anyways, niczym Oskar Matzerath nie chcę dorastać. Za późno, oszywista, na takie deklaracje. I nawet gdybym spadł ze schodów, to i tak już na nic się nie zda. Trza by się ustatkować, nieistniejące umiejętności zmienić na marną forsę. Mieszkać w jakimś zapadłym bloku i pielęgnować jakąś podrzędną miłość swego życia. Byle się nie mnożyć, bo sprowadzanie niewinnych dzieci na tę zdewastowaną planetę to grzech, który powinien być karany dożywotnią katorgą. Z drugiej strony, jeśli tak o tym pomyśleć...

Ale znów nie na temat. Dziś przedstawiam Beat Happening, a rzecz to fajna i charakterna. Trzech facetów z mieściny zwanej Olympią ze stanu Waszyngton (nie mylić z DC, ten Waszyngton jezd na zachodzie), którzy uparli się, że będą grali punka jak im się spodoba. A podobało im się zamiast szybkich kawałków grać proste (by nie rzec - prostackie) melodie z dziecinnymi tekstami (np. z przedszkolnymi refrenami typu "Do you wanna play house?"). Śmieszność, zważywszy, że jest to słuchalne i nawet bawiące. Więc o co ten ambaras? Właściwie, nie wiem. Chciałem powiedzieć, że ciężko jest, ale poradzę, jak wszyscy. Ile tabletek nasennych trzeba łyknąć, by cię nie odratowali? Bo jedna znakomita koleżanka (znana głównie z tego, że każde jej słowo wylewa na mnie zawartość naczynia nocnego na większości przerw między zajęciami) powiedziała, bym porzucił myśli o tabletkach, bo mogę się obudzić z uszkodzonymi organami wewnętrznymi. Martwi się o mię biedna istota - prawdziwa miłość musi to jest, nie ma co.

Black Candy to późniejsza płyta. Podobno jest trybutem dla The Cramps'ów, czyli można na niej wyczuć posmak psychobilly - piosenki o nagrobkach, nawiedzonech domach, te rzeczy... Gitesnym nazwać można także głos wokalisty, Calvina Johnsona, nieco podobny do Smoga (mademoiselle frogger3 rzekłaby zapewne, że i do Veddera Eddi'ego), ale bardziej naznaczony wieloletnią nudą i lekką psychozą. Ku uczczeniu tego ostatniego zdania proponuję zapoznać się z pieśnią z płyty:
Cast A Shadow
Oraz z nagraniem zespołu na żywo:
Black Candy.
Zwracam uwagę na rozbudowaną mimikę perkusisty, szereg gestów/układów tanecznych wokalisty oraz straszliwą, okropną i nienasyconą czarną dziurę, którą nazywamy rzeczywistością.

Dziękuję za uwagę, to tyle na dziś.

19 kwietnia 2006, 18:23:14

Czytajcie mój jogger! Zaglądajcie tu codzień, w środku nocy! Jezdem ciekawy, należy się mię uwaga! Jezdem nerdem, człowiekiem imprezowym! Moje lewe oko jezd jakby bardziej otwarte od prawego. Moja żona przysłała mi sms-a "kochanie :*****", słodkie! Kupiłem sobie rower! Dziś w szkole dostałem trzy z wuefu, a już za pięć lat matura! Pozdrowienia dla moich znajomych, oni wiedzą kto! Napisałem nowy szablon, zgodny w 100% z wymogami CSS! Nie układa mi się z kobietami, czy to wina mojego brązowego swetra!? Przesłuchałem nowy album Happysad i Toola, oba są super, ale ten pierwszy lepszy, bo pozytywniejszy! Ogłaszam, że "Wolna Palestyna to wszelkiego zła przyczyna" trzydzieści razy dziennie! Koleżanka zabrała mnie na koncert Comy, pan tak fajnie śpiewał, a potem piliśmy tanie wino w pociągu, czad! Posłuchajcie, jaki dowcip mi opowiedział kumpel, baba do lekarza, a tam koń w kitlu! Oto mój nowy wiersz... ku czci jednej takiej, co ode mnie odeszła! Raczej nie umiem pisać, ale wygrzebię swój tekst z szuflady i tutaj wrzucę! Śmieszny film wczoraj widziałem, niby bez scenariusza, ale akurat mi się spodobał! To są moje nowe fotki, tak właśnie wyglądam, a to moja luba! Żartowałem, to słup telegraficzny, ha ha!

Witam po dłuższej nieobecności. Dziś garść nowych, lecz już nieświeżych dzwonków polifonicznych:

Najsamwpierw The Black Angels, czyli jakby alternatywny soundtrack do Czasu Apokalipsy Coppolli. Wydali niezadawno pierwszą płytkię o wspaniałej nazwie "Passover", która jest fajna poza ostatnim długim kawałkiem, który brzmi jak U2 przejechane walcem. W każdym razie Czarne Anieli brzmią jak jankeska wersja The Scientists (którzy znowuż byli z Antypodów). Teksty mają o wojnie, modła na lata siedemdziesiąte, więc raczej dla post-hipisów. Fajny przester mają te gitary.
Sniper At The Gates Of Heaven

Dalej, kolektyw pt. Function z Australii (jak The Scientists). Płyta zwie się "The Secret Miracle Fountain". Jest to lekkie, śpiewne, niemożliwe do zanucenia. Rozluźniające. Nagrywane przez dwa i pół roku w różnych miejscach na tej zdewastowanej planecie. Podobne nieco do Broken Social Scene, ale bez ichniego zadęcia.
Beloved, Lost To Begin With

Następnie zaznaczę, że ulubieńcy jednoosobowych tłumów Bardo Pond wydają nową płytę "Ticket Crystals". Szósty czerwiec jezd datą. Ma być epicka i rozmarzona. Próbka prezentuje się średnio na jeża, ale wiadomo, Pondziaki raczej nie zawodzą.
Wzmiankowana próbka - Lost Word

Mogwai wydał jakiś czas temu nową płytkie. Zwie się "Mr. Beast" i jezd całkiem głośna. Mr. Maciej orzekł, że gitna, a z niego jezd raczej Mr. Znawca w tem temacie.
Przepraszam za to ostatnie zdanie... Właściwie przepraszam za cały tekst. Jeszcze tylko jeden akapit.
Folk Death 95

Secret Chiefs 3! Całkiem! Niedawno! Dwa lata temu! Wydali "Book of Horizons"! Świetne! Mr. Bungle bez Pattona! Instrumentalnie jakby indyjsko-arabskie techno! Pięćdziesiąt osiem milionów!
The End Times
The Exile
DJ Revisionist

Wszystkie wykrzyniki w tym tekście są wynikiem lektury książek dziwnego pana nazwiskiem Celine. Hiperbolizacja życiowej wstęgi! Potwory! Za dzień lub dwa napiszę o Beat Happening! Na razie!

Poza tym - komentujciekomentujciekomentujciekomentujcie! Piszcie, co sądzicie! Jak trafiliście na mój jogg!? Czy mam rację? Piszcie! Piszcie! PISZCIE! Czy już piszecie!?

01 kwietnia 2006, 20:33:21

(-)

mono
Mono - One Step More And You Die
Temporary Residence Limited 2002

Nie mam nic do powiedzenia, dlatego ograniczę się do pojedynczych haseł i grubiańskiego pokazywania palcem:

ciche chwila głośne japończycy pustka kontemplacja wiosna stratus elegijność gitary hałas sąsiedzi ściany cisza

com(?)
a speeding car
na żywo

10 marca 2006, 13:17:29

come on, sugar, let the good times roll

ladyland
Jimi Hendrix Experience - Electric Ladyland
MCA 1968

Układ jest bardzo prosty: jest pan i pani. Pan ma głowę w kształcie walca, a pani - kuli. Stoją sobie między czterema białymi ścianami na białej pustyni. Nie mają dachu, bo nad pustynią nie ma chmur. Nie ma tam nawet nieba. Po przedstawieniu scenografii przychodzi czas na zarysowanie konfliktu. Problem leży w panu walcowatym - chemikalia w jego mózgu rozkazują mu martwić się bez powodu. Pani kulista pomaga panu przez tłuczenie go w głowę młotkiem. Bije walcowatym o ścianę, przykłada mu w czoło patelnią, depcze długimi obcasami skronie. Po dłuższym seansie wstrząsowym pani sadza pana na krześle, po czym włącza wybitnie głośną muzykę. Widzimy jak walcowaty uśmiecha się niemrawo. Płyn mózgowy wycieka z jego ust, nosa i kanalików łzowych. Kulista patrzy z rozrzewnieniem na niego przez kilka chwil, po czym idzie zmyć białe naczynia w papierowo białej wodzie.

Jak widać powyżej wszystko jest naprawdę wspaniałe. Zaczynam doceniać całościowość rzeczywistości (czyt. piję już trzecie piwo). Chmiel blokuje chemikalia (fajna, niepełna aliteracja) odpowiadające za dynamiczne ekslamacje. Tylko dzięki temu nie pęknę na pół i nie spłonę tonąc w oceanie okrzyków, że znalazłem Genialny Album. Tak jest. Nie wiem gdzie byłem przez te wszystkie lata i dlaczego ukrywano przede mną fakt, że Electric Ladyland jest taki fajny. Wiem przeto, że dorwałem jegoż remaster i od tygodnia nie zważając na groźby (karalne) sąsiadów zapoznaję otoczenie w zakresie trzech osiedli o swym odkryciu.

Ależ bzdury. Może sensowniej - każdy słyszał Hendrixa ale najpewniej były to kawałki z debiutanckiego Are You Experienced?, moim zdaniem słabszego niźli ten. EL to ostatni i najdojrzalszy album Hendrixa, wedle jego własnych słów będący życiowym osiągnięciem i testamentem. Jest NAPRAWDĘ dobrze wyprodukowany, co wynikło z niezaprzeczalnej szajby Hendrixa w kierunku detali. Przed nagraniem zakupił pomieszczenie i wielgachną konsoletę. Do tegoż, wedle różnych podań, niektóre kawałki panowie z The Experience nagrywali ponad trzydzieści razy. Efekt tegoż sonicznego dziwactwa jest oszywisty. Remaster nadzorowany przez oryginalnego inżyniera albumu Eddiego Kramera brzmi bardzo przestrzennie, nawet przy małych głośnościach zapełnia szczelnie pokój. Słuchając Voodoo Chile można odnieść wrażenie, że stoi się metr od zespołu.

To była forma, teraz czas na treść. Mamy tu między innymi 15-minutowy chicagowsko-bagienny bluesowy trybut dla Muddy'ego Watersa, "Come On" czyli dynamiczna interpretacja standardu Earl'a Kinga, psychodeliczne "Burning of the Midnight Lamp", progowa sekwencja oniryczna (czyli kawałki 10-13), przepaskudnie rythm'n'bluesowy "House Burning Down", "All Around The Watchtower" pięćset razy lepszy niźli oryginał Dylana (polecam też wersję Brygady Kryzys, była na którejś ze składanek Machiny) i zamykający "Voodoo Child (slight return)" z riffem otwierającym, który do dziś jest wizytówką Hendrixa (ale niewiele osób go rozpoznaje).

Lirycznie też jest fajnie. Pan Gitarzysta przestaje opisywać swoje dokonania erotyczne i skupia się na tematach bluesowych. Komuś płonie dom, ktoś się urodził pod czerwonym księżycem itd. Słowem, fajnie.

Nie napiszę nic śmiesznego na koniec bo mojej klawiaturze skończył się tusz. Eee, beznadziejny dowcip...

do posłuchania: All Around The Watchtower