04 marca 2006, 00:47:46

I am the one who has disappeared and i’ll reap my rewards

amore
The Black Heart Procession - Amore Del Tropico
Touch And Go 2002

Jestem władcą tego świata i za chwilkę to udowodnię. Pozwólcie tylko, że zlutuję zerwany kabel łączący moją osobę z globalną dominacją.
[mija tydzień drżących rąk i rozmów z samym sobą]
Aha! Stało się. Teraz życzę sobie, by na tym joggerze pojawiła się rekomendacja Amore Del Tropico.

Widzicie? Działa! Teraz ma pojawić się link do piosenki z płyty:
Tropics of Love

A teraz prostackie wytłumaczenie.
Bla bla bla bla... TBHP na początku nagrywali smutne, minimalistyczne albumy. Oszczędność ich twórczości była tak straszliwa, że dobrze się wsłuchując można na 2 albo Three (to tytuły albumów) usłyszeć przelatujące obok mikrofonu komary i muchy. Insekty te wyczuwały padlinę, ale były to tylko zgniłe jestestwa muzyków zdecydowanych na dźwiękową transmisję dupności wszechświata. Muzycznie był to niby slowcore, ale trudno to jednoznacznie nazwać. Zresztą, nikogo to nie obchodzi. Rzecz w tym, że po pierwszych płytach coś się panom odmieniło, i zaczęli kombinować. Efektem tychże muzyczno-psychicznych machinacji jest ten album, pełen hawajskich gitar, rozstrojonych klawiszy itede. Dobry na późną noc, albo bardzo wczesny ranek. Można do jego plumkania opróżnić butelkę wytrawnego winiacza alboż i gorzkiego piwa. Należy przy tym zasromać (gromkie słowo) się głęboko i westchnąć kilka razy spoglądając na żółtawy księżyc. Wygląda jakby zardzewiał. Głupi księżyc.

A teraz rozkazuję każdemu, kto przeczytał powyższe machnąć ręką na te mierne wypociny i zająć się czymś rozwijającym. Ot, postrzelać do nadlatujących na wiosnę bocianów. Pewna pani w telewizji powiedziała, że nie może się bocianów doczekać "bo oni bardzo miłe są". Życzę sobie, żeby ta pani żyła w zdrowiu i dostatku.

Na koniec życzę sobie, bym jutro obudził się człowiekiem (już teraz wymagam zbyt wiele) zamożnym, rześkim i wesołym. To już jutro! Zamknę oczy i wszystko okaże się tylko dzwudziestoletnim koszmarem! Ha! Macie prawo mi zazdrościć.

27 lutego 2006, 16:15:42

let it breakthrough, oh let it breakthrough!

long drive
Modest Mouse - This Is A Long Drive For Someone With Nothing To Think About
Up 1996

Czyli płyta tak długa, jak jej tytuł (70 monotonnie niewesołych minut).

Dziś wyjątkowo na szybko. Wczoraj koło południa na Polsacie szedł Metropolis i nic nie było w stanie zepsuć mi tych dwóch godzin. Ani trzy kwadranse reklam, ani oznaczenie filmu (właściwie Filmu) jako dla dzieci od lat siedmiu. Oh well. Rzecz w tym, że od wczoraj słucham w kółko "I Can't Stop Loving You" Ray'a Charles'a i to w zasadzie tyle...

Nie, zaraz, płyta. No tak. Modest Mouse trzaskali dużo fajnych, solidnych płyt ale właściwie nigdy nie udało im się palnąć kompletnego arcydzieła. Indie-dzieciaki będą się kłóciły, że owszem, że niby taka arcy jest The Moon And Antarctica ale nie wierzcie im, ich małe mózgi rozpoznają tylko trzy tryby: "depresja", "ekstaza" i "pitchforkmedia". Według mnie, MM nagrali dwa świetne albumy - opisywaną (zimową) i The Fruit That Ate Itself (letnią). O tej drugiej napiszę za pół roku, jeśli dożyję (w co wątpię).

"This Is A Long Drive..." to definitywny album samochodowy. Kawałki na nim zawarte czasami cicho pokrzykują, a czasami tęsknie szemrzą niczym strumyk skażony wyziewami elektrowni jądrowej. Brock w tamtych czasach (nie żebym je pamiętał) nie uważał się za fest wokalistę i nie miał potrzeby wtykać swoich coraz mniej wybitnych tekstów we wszystkie możliwe miejsca na płycie. Był obszczymurkiem w czapce z daszkiem i butelką piwa w papierowej torebce, któremu zdarzyło się w znakomity sposób ubrać depresyjną pustotę w muzykę.

Dla mnie ten album wygrywa swoim pływem - zespołowi nie jest śpieszno do refrenów, czy nowych, niesamowicie wyprodukowanych przejść melodyjnych, ale pozwalają muzyce płynąć. Gitary o dziwnym brzmieniu (nie wiem, czy to taki przester, czy strojenie) powtarzają prosty motyw, czasem Brock coś zajęczy drżącym głosem, czasem pojawi się damski wokal, czasem wiolonczela. Patrzcie na taki Custom Concern. To powinien być najnudniejszy kawałek na świecie. I jest. Tylko że ta jego nuda jest jakby znajoma, oswojona i naturalna. Nic się w tutaj nie dzieje, nie ma melodramatycznych krzyków rozpaczy jak na Moon and Antarctica, czy licznych muzycznych duperelków jak na Good News. Jest za to czas na gapienie się przez szybę na pustą ulicę. I już. I w tym był cały geniusz tego zespołu. Błysk geniuszu, właściwie, bo się ostatnio cała ferajna z Brock'iem na czele mocno zestarzała.

Ale pozostaje ten gitesny debiut - jest na nim nudno, smutno, jak za dawnych, nastoletnich czasów bywało. Właściwie nadal tak bywa, ale teraz jakoś łatwiej udawać, że jest fajnie. Ech. Wszystko jest wspaniałe i śmierć nam nie grozi. Tylko nuda.

do odsłuchania:
Dramamine - otwierający płytę.

22 lutego 2006, 17:05:09

ever lived a life that's real, full of zest, but no appeal?

sex bomb baby
Flipper - Sex Bomb Baby!
Infinite Zero 1995

Bywa różnie. Ja tam nie jestem punkiem, ale estetyka DIY się mię wcale podoba. I [ostrzeżenie: zbliża się nudna historyjka autobiograficzna] kiedyś tam usłyszałem o zespole o nazwie Flyper, która straszliwie kojarzyła mi się z beznadziejnym serialem o delifinie otoczonym przez potulnych transseksualistów (zwanych także Szczęśliwą Rodziną Amerykańską o Portfelu z Wyższej Klasy Średniej). Więc zaciągłem sobie pierwszą piosenkę z płyty "Generic" zwaną "Ever" i jakby to ująć... Od tamtej pory jezd ten kawałek jednym z moich personalnych hymnów (tj. zaraz po "Waterloo" zespołu Abba). Rzucę linkiem do tego tekstu - początek strony. Jak widać - rymy są proste niczym myśli dresiarza, a mesadż nieco mniej negatywny niźli czarna dziura w którymśtam sąsiednim wszechświecie. Właściwie jest absolutnie, zdecydowanie, głęboko negatywny ale dzięki temuż nie można się czuć moralnie samotnym. Bo wy też przecie widzicie, że świat jest do dupy, no nie? Właśnie tak! Choćbyśmy się nie wiem jak uśmiechali. Ale panowie tworzący Flipper wiedzieli o tym wcześniej ode mnie, bo mieszkali na początku lat osiemdziesiątych w zepsutym San Francisco. I ich rodziny nie mogłyby zagrać w żadnym serialu o delfinie.

Więc jak jeszcze nigdy nie wspominałem - było ich czterech i mocno naudużywali narkotyków. Mieli różne powody. Pan gitarzysta na przykład walczył w Wietnamie i kiedy wrócił, potrafił grać tylko losowo wybrane dźwięki na szyderczo rozstrojonej gitarze. Było też dwóch basistów - monsieur Bruce Loose i sir Will Shatter. Zawsze nawaleni, a byli z tych co to zapijają się na smutno, na zmianę zamieniali się rolami - raz jeden krzyczał (śpiewał to byłoby za dużo powiedziane) a drugi plumkał na basie w kółko nieśpieszny rytm, który po jednym przesłuchaniu dziwnie nie chce uciec z otumanionej głowy. O panu perkusiście wiadomo niewiele. Był i stukał pałkami. Od czasu do czasu trafiał w rytm.

Ta wesoła kompania nagrała dwa całkiem niezłe albumy i wiele genialnych singli. Sex Bomb Baby to kompilacja tych drugich. Możnaby zapytać, co fajnego jest w zbiorze singli nagranych przez nawalonych nihilistów? Krótka lista:
- krótsza wersja ichniego hymnu "Sex Bomb" z samplami padającego deszczu, wypadku samochodowego i kobiecego krzyku
- nagranie legendarnego "Sacrifice" później coverowanego przez wszechmogących Melvins, brzmiące znacznie lepiej niż ta na "Gone Fishin".
- moje ulubione "Ever" w wersyi na żywo, w której zepsół przestaje grać i poczyna strofować część publiki za bicie młodszych
- "Earthworm" - jedna z najohydniejszych pieśni wszechczasów
- "The Old Lady Who Swallowed A Fly" przeróbka piosenki jankeskich dzieci w wieku przedszkolnym z nieco zmienionym tekstem
- "Brainwash", czyli 43-sekundowy kawałek punkowy którego słowa brzmią "Forget it, you wouldn´t understand anyway" zapętlony kilkanaście razy.
- "End of the Game" ze wspaniałym krzyczanym zakończeniem

Słowem, raj dla muzycznego sadomasochisty jakim z pewnością jezdem. W tym tempie za dziesięć lat będę słuchał godzinnego, jednostajnego pisku dziurawiącego błony bębęnkowe. Właściwie - nie, Merzbow takie rzeczy gra od dawna ale go nie słucham. Ech.

Co to ja miałem... A tak - Flipper był to zepsół, którego sztuka polegała na irytowaniu słuchacza. Nie na pocieszającym klepaniu po plecach jak 95% muzyki popularnej, nie na opisach erotyczno-romantycznych kobiet po pięćdziesiątce, ani o emo-przeżyciach gotyckich nastolatków. Nieszybkie, nieciekawe, przywodzące na myśl szarugę, jaką mamy za oknem piosenki niewesołych ludzi kopniętych przez rzeczywistość. Żadnych linków do darmowych mp3 nie będzie, bo ich zwyczajnie nie ma. Wytwórnia wydająca płyty Flippera padła i dotąd nie wstała, z tej okazji wszystkie ich płyty są obecnie 'out of stock'. Zamiast tego, artykuł: Interesting Mutherfuckers.

[EDIT] Znalazłem w necie teledysk Flippera! Rzecz niebywała i warta ściągnięcia. Okazja do zobaczenia monsieur Bruce'a Loose fałszującego bez krztyny miłosierdzia. Kobiety w papilotach! 1000 Słoni!
The Way Of The World
I jeszcze zupełnie nieudany wywiad
Nothing
Falling

10 lutego 2006, 22:28:03

seems like everywhere I go the sky is fallin'

transistor radio
M. Ward - Transistor Radio
Merge Records 2005

Z niektórymi płytami, dacie wiarę, można się zaprzyjaźnić. Od ręki. W przeciągu dwóch chwil i trzech momentów potrafię nieraz uznać album za witalną część mojego miernego żywota. Naturalnie, zmierzam w tych truizmach ku opisywanej płycie. Transistor Radio to zbiór piosenek z początków istnienia muzyki popularnej, kiedy rodziny, miast zalegać przed kineskopem serwującym telenowele, siadała przy radiu w drewnianej obudowie i słuchała dobrej muzyki. Były to czasy niewinne, z rozrzewnieniem wspominane przez osoby starsze. Najczęściej na zachodzie, bo u nas większość dwudziestego wieku nie była fajna. A lata czterdzieste i pięćdziesiąte to wojna i stalinizm. Ale muzyka była. Możliwe, że jakimś cudem można było stare przeboje w Polzce usłyszeć.

Wybór kawałków jest w tym przypadku nadzwyczaj znakomity. Rzecz zaczyna się i kończy instrumentalami. Pierwszy to cover Beach Boys, ostatni to utwór J. S. Bacha, o którym wspominałem przy okazji składanki instumentalnej. Między nie poutykano wspaniałe, lekkie niczym pianka z bezkofeinowego cappuchino utwory stylizowane na lata starsze, tranzystorowe. Ward ma ciekawy głos, jakby zniechęcony, pozbawiony częstego podejścia w obecnech nieciekawech czasach typu patrzcie_jaki_jestem_emo połączonego z piskliwym zawodzeniem.

Teraz brzmienie. Pan Ward okazuje się być znakomitym operatorem gitary akustycznej. Gra solówki, podejścia bluesowe, akordy, co tam chcecie. Na większości piosenek teksturuje brzmienie tak składnie, że nie potrzebuje perkusji.

Big Boat - jedna z trzech piosenek z bębnami i chyba najgłośniejsza na płycie
Sweethearts On Parade
Fuel For Fire

Konkludując - Jedna z najlepszych, według miernego mnie, płyt poprzedniego roku. Zupełnie niedopatrzona przez krytykę. Ale to nic. To czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową. Każde przesłuchanie tej płyty uznaję z czystym sumieniem zatwardziełego grzesznika za jedne z lepiej spędzonych 58 minut. Zaraz... Patrzcie! Jakiś wariat podpalił Słońce! Przecież to jedna wielka kula wodorowego paliwa. Wszyscy zginiemy od jego płomieni! Ratujcie się! Boże! Zaraz, jaki "Boże"? Bóg nie żyje, Nieztche go zabił. Co teraz!? Wszyscy zginiemy! Należało się nam...

A zresztą... Koniec świata jest codziennie. Z ciekawszych rzeczy - ukazał się nowy KaZet. Tym razem tematem numeru jezd genialny Daniel Clowes. Szkoda, że poprzestali na opisaniu tylko trzech jego komiksów. Shit happens twice a day.

07 lutego 2006, 19:06:15

show me your way of life and show me your indentification card

encounters
Sofa Surfers - Encounters
Klein records 2002

encounters
Warhorse - As Heaven Turns To Ash
Southern Lord 2001

Niesamowity typ Zdzichomir Abominacyjny został znaleziony martwy w swym domu na drzewie przed dwoma dniami wczesnym południem. Wedle koronera ofiara umarła żując gumę. Dotychczasowe śledztwo wykazało, że Abominacyjnego Bóg opuścił. Wątpliwe jest pociągnięcie podejrzanego do jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej.

Ha! Albowiem siedzę ostatnio w autobusach udając tajnego agenta. Na głowę naciągnięty mam kaptur, na oczach ciemne okulary. Jestem tajny przed wszystkimi, nieznany i nieogarnięty. W uszach słuchawki, a w nich grają Sofa Surferzy. To tacy smutni panowie z Wiednia, co to zaprosili kilku gości by zarapowali do ich podkładów. I jest to dobre, powiadam. Podobno jest to album konceptualny, zapewne o niegitności reżimu monsieur Busza. Cóż, wszystkim nam jezd ciężko. A właśnie, przypomniał mi się niedawny wywiad z Lemem. Rzeczony geniusz stwierdził tam, że nieważne kto jest prezydentem Polzki, najważniejsze kto rządzi USA. Prawda to je. Właściwie wszystkie kraje powinny wybierać prezydenta hamerykańskiego, a w swoim obejściu desygnować jego zastępcę. Niezły pomysł, nie?

Wracając do płyty - znakomity trip-hop, nastrojowy, nienapastliwy, nerwowo drżący pod powierzchnią. Do tego ciekawe teksty i sztuczki ze stereo. Poza tym gościnnie występuje tutaj Dälek. A trzeba czytelnikom wiedzieć, że nie kto inny niż Dälek (uwielbiam powtarzać to słowo... Dejlek... Dyyylek... Daaalek) przekonał mię, że hip-hop może być git. I jest też w jednym kawałku Mark Stewart z the Pop Group. I klimat płyty jest ciężkawy. Nie mam już nic do dodania. Polecam wszystkim, którzy przeżywają akuratnie sesję i nie lubią metalu...

- Dzień dobry, czy chciałby pan dostąpić zbawienia?
- Nie, proszę pani, ja słucham doom-metalu


...chyba, że lubią metal. Wtedy sprawa jest prosta - poleciłbym im Warhorse. Zaczynając od podstaw - Warhorse mają idiotyczną nazwę, żałosne krzyczane teksty, beznadziejnie głupie i powolne riffy, które jednak brzmią dobrze, bo gitary są niebywale nisko przestrojone i podpięte do kilku ładnych przesterów. Rok temu Electric Wizard zrobili na mię podobne wrażenie. Tyle, że EW to brytole, a Końbojowy (przepaskudnie śmieszna nazwa) są jankesami. I jest fajnie, bo czasami trzeba się odmóżdżyć i, łącząc nieprzyjemne z niepotrzebnym, powkurzać sąsiadów zza ściany.

Z tymi riffami żartowałem oczywiście - są git. Tłuste i naprężone niczym podrzędny mięśniak na gminnym przeglądzie kulturystycznym. Cała reszta też ujdzie.

Po dłuższym zastanowieniu (dwadzieścia lat i trzy miesiące) dochodzę do wniosku, że już wiem dlaczego lubię stoner i doom-metal. Nie, nie jaram blantów jakby to były Popularne z kiosku, ani nie pociągam z bonga jak astmatyk z inhalatora. Pasują mi, bo są to gatunki "rozluźnione". Ludzie, którzy grają stoner/doom nie pędzą przed siebie popisując się techniką jak ci grający death, ani nie malują sobie gąb (gęb?) na czarno-biało i biegają po lasach mroźnej Skandynawii jak blackmetalowcy. No, chyba, że mówimy o Khanate albo Sunn0))) (albo ogólnie o panu nazwiskiem Steve O'Malley). Zresztą, cokolwiek. Czego bym nie powiedział, podpadam metalowcom.

W ramach zadośćuczynienia,
kawałek dla prawdziwych twardzieli
śpiewnik prawdziwych twardzieli
I wszyscy razem, unisono:
Might King Osric
Lord and usurper
Solemn strength of times gone
Great triumphs mean nothing
Noble pillar stands


Chłerechłechłe, genialne! Po co się bawić w tajnego agenta, kiedy można intonować takie zaśpiewy? Macie może jakieś niepotrzebne kozy, chciałbym złożyć kilka ofiar...?

29 stycznia 2006, 00:42:22

Everyone's insane, everyone's amazed

Dzisiejszej nocy byczy stratus rządzi niebem i nie widać gwiazd. Ale zresztą nie byłoby ich widać nawet i bez niego, bo lampy uliczne i cała ta tak zwana miejska poświata zasłania noc. W każdym razie przypuśćmy, że byłoby coś widać. Więc w ten sposób układ gwiazd wskazywałby, że prawdziwe poznanie nie istnieje. Nie ma takiej możliwości. Lepiej nawet - nie istnieje też Prawda, więc to, że do niej nie można dotrzeć nie robi żadnej różnicy. Czyli 0+1=0. A to znaczy, że nawet nihiliści nie mają racji. Bo wszechświat budowany jest w klastrach, a nie w pojedynczych czynnikach i tylko całościowe owego wszechświata postrzeganie pozwala dostrzec prawdziwy jego obraz. Ale całości się nie da ogarnąć. Na przykład ten cały Wielki Wybuch...
Łup!
I w kodzie binarnym wszechrzeczy przeskoczyliśmy o jedno miejsce w prawo. Bo istnieją takie cząstki, chyba mezony i one przelatują przez wszystko. Lecą cały czas, w nieskończoność. Potrafią przemknąć przez każdą materię. Podobno uczeni zbadali je za pomocą czystej wody. Wpuścili wodę do jaskini i wrzucili do niej kupę czujników. I podobno kiedy taki mezon przemknął przez tę jaskinię to pozostawiał ślad, jakieś wyładowania elektryczne. Bo mezony podobno są mocno energetyczne. W każdym razie to oznacza, że kiedy stoisz, kochana, na przystanku. I błoto lepi ci się do włochatych butów, albo znowuż piszesz jakiś test, albo po prostu kupujesz znaczki na poczcie, to te mezony przemykają przez ciebie, a ty nawet o tym nie wiesz! A kosmonauci widywali krótkie błyski, i to właśnie były te cząstki.
Bum!
Ale to i tak nie robi nikomu różnicy! Zupełnie. Mózg zużywa dwadzieścia procent całej naszej energii, a używamy tylko 5% jego możliwości. Ludzkość zorganizowana jest w klastrach, tak samo jak wszechświat i jak pszczoły i dlatego nigdy nie będzie wśród nas równowagi. A badania wskazują, że osoby o skłonnościach narcystycznych boją się angażować w głębsze związki bo cały czas siedząc w swojej wyobraźni, widzą jak zostają porzuceni. Ha! Fikcja jest prawdziwsza od rzeczywistości, a kreatywność jedynym celem naszej egzystencji! Jedynym! Przynajmniej moim...
Bęc!
Słońce włazi mi między zęby.

27 stycznia 2006, 20:26:34

Don't bother me, no!

vincebus eruptum
Blue Cheer - Vincebus Eruptum
Philips 1968

Znacie to uczucie każdej jutrzni, kiedy musicie określić się w rzeczywistości? Tak? A ja nie znam. Jesteście jacyś dziwni...

Poza tym, nie mam pojęcia. Był sobie konkurs na zarys scenariusza. Dowiedziałem się o nim na dwa tygodnie przed upływem terminu składania prac. Wiemc wziąłem na wydziale wolne na półtora tygodnia (czyt. uwaliłem wszystkie zaliczenia na początku grudnia) i przerobiłem stare opowiadanie o końcu świata, które złośliwie nie chciało się napisać (doszedłem tylko do ósmej strony). Ale, myślałem głupi, może byłby z niego porządny film animowany? Oszywista, że nie! Ale dwa miesiące temuż tego nie wiedziałem, byłem wtedy idealistą. No i oszywista wygrał film o "pewnej przeciętnej babci, która po ugryzieniu przez dziecko Rosemary zyskuje zdolność zamieniania się w diabła". Hej, nie żebym szydził, skąd. No dobra, szydzę i będę szydził dopóki nie zdechnę. Ale z drugiej strony, kogo obchodziłoby nudne filmidło o tym, że prezydent podpisał ustawę o końcu świata i wszyscy ludzie na naszej planecie zasypiają permanentnie? Ha! Właśnie! Nikogo by to nie ruszyło, bo to nieciekawe. Poza tym, gdybym wiedział, że trza komedię, to napisałbym o niedźwiedziu prześladowanym przez łupież, który pije wódkę przez lewą dziurkę od nosa (tj. piłby niedźwiedź, nie łupież).

Dobra, wyżyłem się, tera omówienie płyty. Vincebus Eruptum jest genialna. Zaczątek stonera, ciężkiego rocka, czego tam jeszcze chcecie w roku '68! Moi rodzice byli wtedy nastolatkami. Pozwolę sobie przejść do konkretów:
Konkret pierwszy
Konkret drugi
Głośne jak crescenda Beethovena, brudne jak hipis śpący w rowie, tłukące o ścianę niczym komar w słoiku, rzężące jak silnik Deawoo Tico odpalany podczas niedawnych mrozów, padające na gębę pod ciężarem własnego gatunku kawałki bluesowe. Słowem, coś wspaniałego. Black Sabbath to przy tym bieda. I nie patrzcie tak na mnie, ja lubię Black Sabbath. Tyle, że pan Osbourne (za czasów kiedy BYWAŁ trzeźwy) i ferajna nagrywali swoje dzieła dekadę później. I mieli znacznie bardziej wygładzone brzmienie.

Naturalnie, Blue Cheer okazał się tylko zespołem dwupłytowym. Po Insideoutside rozpadł się oryginalny skład i przez resztę istnienia BC był klecony z różnych pomniejszych osobistości. Podobno w '85 trójka rzeczonych oryginalnych muzyków znów nagrała płytę, ale to już poza tematem...

Rzecz w tym, że słuchając tego czuję się lepszy. Więcej - słucham tego kilka razy dziennie i nadal nie wiem jaki jezd czas trwania tej płyty (pół godziny). Nie zaraz, tego nawiasu nigdy nie było, rozumiecie? Hm? Chcecie mieć problemy?

Jestem dziś wyjątkowo agresywny. Zakończę głupawą ciekawostką. Otóż mój ulubiony zespół grunge'owy Mudhoney (gdzie kilku panów bez talentu grało na gitarach, ale nie byli popularni, bo wszyscy woleli Cobaina co to ściągał od Pixies i miał nos biały od amfetaminy) coverował na swoim drugim albumie instrumentala BC z Outsideinside pt. "Magnolia Caboose Babyfinger", ino w swej niezmierzonej dowcipności zmienili tytuł na "Magnolia Caboose Babyshit". Hilarious, ain't it? Ech, nie doceniacie dobrego dowcipu...

12 stycznia 2006, 16:12:34

there is no true work to be done

ultraglide in black
Do Make Say Think - Goodbye Enemy Airship, The Landlord Is Dead
Constellation 2000

first light's freeze
Castanets - First Light's Freeze
Asthmatic Kitty 2005

Dziś krótki FAQ na temat wpływu gotowania leguminy na wyniki sportowe drużyny Skarpety Koluszki:
Q: Jak zawrzeć całość wrzechświata w dwóch sylabach? A: Wypowiedzieć słowo "wszystko".
Q: Jakim słowem zastąpić możnaby określenie najzimniejszej pory roku? A: "Białopustka".
Q: Co pierwsze przychodzi z wiekiem? A: Emocjonalne odrętwienie.
Q: Czego autor słuchał znajdując się 20 kilometrów od najbliższych wybuchów sztucznych ogni około północy w Sylwestra? A: Dwóch powyżej prezentowanych płyt.
Q: Czy był wtedy niewesoły? A: Niekoniecznie.
Q: Czy wzmiankowane płyty są głośne? A: Nie.
Q: I nie ma na nich krzyków utatuowanych mięśniaków przy wtórze rzężących gitar? A: To dziwne, ale nie.
Q: Na pewno? Jak wygląda wokalista Kastanietów? A: Antyradośnie.
Q: Nic nie widać przez tę brodę, czy na płycie zawodzi rzewnie wysokim głosikiem? A: Zawodzi, ale niezbyt wysoko.
Q: A jak wygląda wokalista DMST? A: Oni nie mają wokalisty.
Q: Ha, DMST to kolejny nudny post-rock z Constellation. To już było. A: Nie było. DMST grają coś jakby muzykę tła, bez zbędnych wokalnych egzaltacji i intrumentalnech wybuchów.
Q: Jakie są najfajniejsze momenty na tych płytach? A: Tytułowa piosenka z "Goodbye Enemy..." i "Bells Aloud" Kastanietów.
Q: Jaka jest najładniej brzmiąca liczba na świecie? A: 58 milionów
Q: Dlaczego właśnie ta? A: Nie mam pojęcia
Q: Gdzie można zobaczyć wywiad z DMST i fragmenty występu żywo? A: Tutaj.
Q: A skąd można dorwać fragment ich płyty? A: Stąd.
Q: A co z Castanets? A: All That I Know To Have Changed In You - wzruszająca pieśń.
Q: Jakie jest najfajniej brzmiące imię męskie? A: Bucefał albo Heliodor.
Q: Czy to prawda, że autorowi przed chwilą przepaliły się w mieszkaniu dwie żarówki z rzędu? A: Tak.
Q: Wysiadają mu korki, czy może jego mózgowie przesyła dziwne sygnały? A: Obstawiałbym to drugie.
Q: Czy to prawda, że kocha się sercem? A: Nie, serce to mięsisty flak pompujący krew.
Q: A czym się nienawidzi? A: Mózgiem.

27 grudnia 2005, 20:51:52

your love belongs under a rock

ultraglide in black
The Dirtbombs - Ultraglide In Black
In The Red 2001

Druga połowa mojej głowy zbudziła się po przeciwnej stronie ulicy, więc dziś to ja napiszę rekomendację. Ten drugi jest smutny, ja jestem śmieszny. Wyglądamy prawie tak samo, tylko on ma sine i zapuchnięte oczodoły. Jest wieczór, ale zaczniemy od śmiesznego wiersza autorstwa Kazimierza Wietrzyńskiego (aka Jana Tuwima):


*Rano

Hop! Skaczę z łóżka! jak młodo,
Servus, klozecie kochany!
Odlewam się trochę z wodą
W pięć minut jestem ubrany.

Nie mogę tam długo siedzieć,
Nie biorę ze sobą dzienników.
Po co mam więcej wiedzieć
Od braci mych uliczników!

Zrobię na schodów poręczy
Jak z nimi dziesięć lat temu,
Nic mnie nie męczy, nie dręczy!
Dzień dobry, dzień dobry każdemu!

Ulice i domy tańczą,
Wszystko w popłochu ucieka,
Ach! świat ten jest pomarańczą,
Która mi z tyłu wycieka

*S


Ale do rzeczy... Jak nazywa się najlepsza gra komputerowa w historii nie licząc Another World? Odpowiedź grzmi: Sensible World Of Soccer. Ktoś śmiałby oponować? Nikt? Znakomicie. Oszywista, najlepsza jest wersja na Amigę. Wiemc zapuściłem WinUAE i rozegrałem mistrzostwa Europy. Było prawie jak za mojej hucznej młodości, ino poświęciłem dźwięk na rzecz foobara. I kiedy w półfinale skroiły mię Włochy (Peruzzi jest w SWOS przegięty) kapnąłem się, że w tle śpiewają mię kieś Murzyny. Dziwne. Baczę - a tuta Brudnebomby mię zaskoczyły na plejlistę. Nic to, skoczne, pasuje do futbolu. Wiemc jeszcze raz próbuję wygrać mistrzostwo. Bezskutecznie, klawiatura to nie joystick, trudniej wyczuć. Rumunii wkładam siedem do koła ale znowuż Włochy... Wikipedia mówi, że Dirtbombs to rock garażowy. Nie wiem, nie znam ich zbyt dobrze. Ale grają fajnie, bardzo fajnie. Ta płyta to w całości covery soulowe i r'n'b (z czasów, kiedy r'n'b nie oznaczało kilku chudych murzynek trzęsących kuprami) a w większości pieśni są refreny (z czasów, kiedy refreny nie były zaproszeniami wokalizdek do odbycia z niemi aktu seksualnego). Na Splendid był niedawno wywiad z Dirtbombs. A właśnie, rzeczony Splendid przestaje być uaktualniany od pierwszego stycznia. Smutne. Ale cóż czynić...

A znowuż jedna dziewczyna z roku mię opowiadała, że jej żółw spadł z siódmego piętra i przeżył, ino musiał dostawać zastrzyki. Nieźle, no nie?

Nie?

Naprawdę, nie?

Oh well...

Chains of Love

15 grudnia 2005, 17:13:12

The deaths were faked, the laughs were cries

disco volante
Mr. Bungle - Disco Volante
Warner Bros. 1995

W znakomitym roku '95 byłem mały. Miałem całe dziesięć lat, więc musiało być znakomicie. Któżby przypuszczał, że wyrosnę na takiego nudziarza? Nikt, prócz mych rodziców, którzy zniechęceni całą dekadą nieudanych prób wychowania mię łapali się różnorakich brzytew. Jednym z takich przysłowiowych ostrych narzędzi było wyjście do cyrku. Nadzwyczaj udany plan by uciszyć rozwrzeszczanego bachora, czyż nie? Więc owy bachor siedział grzecznie w którymś tam rzędzie zapychając się watą cukrową i oglądał co się działo na wysypanej żółtym piaskiem arenie. Szczerze rzekłszy, jak mawiał ten Brytol w Asteriksie, zwierzęta mię nudziły. Wiadomo - foka będzie podbijała piłkie wiedząc, że dostanie za to rybę trzeciej świeżości. Wiadomo także, że przed wejściem do namiotu stała będzie grupa głośnej młodzieży rozdająca wszystkim ulotki mówiące o straszliwych torturach w cyrku na zwierzętach przeprowadzanych. Swoją drogą, ciekawe jak wyglądaliby owi młodzi ludzie żonglujący pochodniami? Hm. Anyway, Ogromną frajdę zawsze sprawiało mię baczenie na magików i klaunów. Zwłaszcza, kiedy zamieniali się oni rolami (czyt. magikom sztuczki nie wychodziły, a klauny nie były śmieszne). Do pełni szczęścia szkrabowi w mej osobie brakowało warzyw, którymi mógłbym miotać w zabawiaczy, jak to za dawnych, weselszych czasów bywało.

I teraz przesuńmy się siedem dawnych weselszych lat naprzód. Jako uczeń diabelnego liceum odreagowywałem stres słuchając dziwnej muzyki. NAPRAWDĘ dziwnej muzyki. Cholernie, niesamowicie, absolutnie i zdecydowanie dziwnej, poskręcanej niczym okrężnica esowata grzechotnika muzyki. Mówiąc wprost - słuchałem Mr. Bungle'a. Hurtem. Powiem więcej - czerpałem z tego niewątpliwą przyjemność. Czyż nie zasłużyłem sobie, by napisać o mię pierwszostronicowy artykuł w miesięczniku psychiatrycznym?

A teraz cofamy się do dnia wczorajszego. Za kwadrans nastąpi północ. Powinienem zrobić kilka ćwiczeń z hiszpańskiego, wiemc toczę krótką bitwę z bratem o odtwarzacz i w glorii chwały szukam adekwatnej płyty z akompaniamentem do bycia kreatywnem. I oszywista zapuściłem Disco Volante. I jeszcze bardziej oszywista hiszpańskiego nie odrobiłem i się na dzisiejszych zajęciach musiałem wykręcać. Ale warto było, goddamit.

Może w końcu coś merytorycznie... Kusi mię by opisać każdą piosenkę po kolei ale tak się nie robi. Nie, zaraz, czuję... tak! Rzeczona pokusa przybiera postać tekstu! To niesamowite: Zaczyna się jakby trybutem dla Melvinsów, ohydne, powolne łupanie z deklamowanym przez całość zespołu tekstem o martwych kolegach i (koleżankach) z liceum. Później są dwie i pół minuty fajnego jazzu ze skatem pana Pattona. Dalej jest piosenka z tekstem buchniętym od Edgara Allana Poe (zwanego Ponurym Dziadem, Który Siadał Na Ławce W Parku I Przynudzał O Krukach). Następuje po niej pieśń o tytule "Pustynne Poszukiwanie Techno Allacha", który to tytuł doskonale oddaje jej brzmienie i treść. Później jest pięć minut soundtrack'u do nieistniejącego filmu o przemocy domowej rozpisanego na jednego Włocha, jego biedną żonę, krzesło i kilka pustych butelek. Numer szósty to przejmująca historia dziecka oszukiwanego przez swych rodziców (mama przekonuje syna, że jest przystojny, ale on zna prawdę). Siedem to najszybsza pieśń o flegmatykach, jaką ktokolwiek kiedykolwiek usłyszał/usłyszy. Później znowuż jest skat, tyle że sześciominutowy i z obłąkańczymi krzykami na końcu. Później dziesięć minut krótkich kawałków o nurku, któremu wre krew (czyt. zapadł na chorobę dekompresyjną). Następnie krótka pieśń sławiąca brzydkie czynności fizjonomiczne, po której przedstawiony jest obraz dziwnego zwierzęcia. Całość wieńczy epicki song o poszukiwaniu Boga, w połowie którego (songu, nie Boga) następuje świszcząco-grzmocący przerywnik death-metalowy. Kiedy całość podlejemy sosem do mięs otrzymamy kalarepę, a jeśli tłuszczem - skwarki. Logiczne.

Spośród wszystkich osób, które znam (nie to, żeby było ich tak dużo) tylko jedna przyznałaby się, że lubi ten album. A jako że dzielimy ten sam genotyp, musi jezd to przypadłość rodzinna. W każdym razie chciałem powiedzieć, że DV brzmi jak muzyka cyrkowa, którą kapela przekombinowała. Brzmi jak czyste szaleństwo, a do tego pozostaje inteligentna i rozwijająca. By docenić, należy przesłuchać całość kilka razy. Chwytliwości tutaj raczej nie ma. Jeśli ukazuje się jakaś fajna melodia, to można być pewnym, że zniknie za pięć sekund zastąpiona inną. Instrumenty przychodzą i odchodzą (prawie jak kobiety w piosenkach tego idioty Gawlińskiego). Lounge jazz zmienia się w arabskie disco w ułamku sekundy. I tak dalej, że powiem tak nonszalancko.

Alem przynudził. Ale nic to, Disco Volante jeden z moich absolutnie ulubionych albumów. Taki, co to na bezludną wyspę albo w podróż na Marsa. Garść linków:
zdjęcie zespołu - najprzystojniejszy jest ten garnek po lewej. A może to nocnik?
teksty w formie graficznej - też ładne
teksty w formie tekstowej

Może ktoś wie dlaczego wszystko jest dziś takie zielone?