
Mr. Bungle - Disco Volante
Warner Bros. 1995
W znakomitym roku '95 byłem mały. Miałem całe dziesięć lat, więc musiało być znakomicie. Któżby przypuszczał, że wyrosnę na takiego nudziarza? Nikt, prócz mych rodziców, którzy zniechęceni całą dekadą nieudanych prób wychowania mię łapali się różnorakich brzytew. Jednym z takich przysłowiowych ostrych narzędzi było wyjście do cyrku. Nadzwyczaj udany plan by uciszyć rozwrzeszczanego bachora, czyż nie? Więc owy bachor siedział grzecznie w którymś tam rzędzie zapychając się watą cukrową i oglądał co się działo na wysypanej żółtym piaskiem arenie. Szczerze rzekłszy, jak mawiał ten Brytol w Asteriksie, zwierzęta mię nudziły. Wiadomo - foka będzie podbijała piłkie wiedząc, że dostanie za to rybę trzeciej świeżości. Wiadomo także, że przed wejściem do namiotu stała będzie grupa głośnej młodzieży rozdająca wszystkim ulotki mówiące o straszliwych torturach w cyrku na zwierzętach przeprowadzanych. Swoją drogą, ciekawe jak wyglądaliby owi młodzi ludzie żonglujący pochodniami? Hm. Anyway, Ogromną frajdę zawsze sprawiało mię baczenie na magików i klaunów. Zwłaszcza, kiedy zamieniali się oni rolami (czyt. magikom sztuczki nie wychodziły, a klauny nie były śmieszne). Do pełni szczęścia szkrabowi w mej osobie brakowało warzyw, którymi mógłbym miotać w zabawiaczy, jak to za dawnych, weselszych czasów bywało.
I teraz przesuńmy się siedem dawnych weselszych lat naprzód. Jako uczeń diabelnego liceum odreagowywałem stres słuchając dziwnej muzyki. NAPRAWDĘ dziwnej muzyki. Cholernie, niesamowicie, absolutnie i zdecydowanie dziwnej, poskręcanej niczym okrężnica esowata grzechotnika muzyki. Mówiąc wprost - słuchałem Mr. Bungle'a. Hurtem. Powiem więcej - czerpałem z tego niewątpliwą przyjemność. Czyż nie zasłużyłem sobie, by napisać o mię pierwszostronicowy artykuł w miesięczniku psychiatrycznym?
A teraz cofamy się do dnia wczorajszego. Za kwadrans nastąpi północ. Powinienem zrobić kilka ćwiczeń z hiszpańskiego, wiemc toczę krótką bitwę z bratem o odtwarzacz i w glorii chwały szukam adekwatnej płyty z akompaniamentem do bycia kreatywnem. I oszywista zapuściłem Disco Volante. I jeszcze bardziej oszywista hiszpańskiego nie odrobiłem i się na dzisiejszych zajęciach musiałem wykręcać. Ale warto było, goddamit.
Może w końcu coś merytorycznie... Kusi mię by opisać każdą piosenkę po kolei ale tak się nie robi. Nie, zaraz, czuję... tak! Rzeczona pokusa przybiera postać tekstu! To niesamowite: Zaczyna się jakby trybutem dla Melvinsów, ohydne, powolne łupanie z deklamowanym przez całość zespołu tekstem o martwych kolegach i (koleżankach) z liceum. Później są dwie i pół minuty fajnego jazzu ze skatem pana Pattona. Dalej jest piosenka z tekstem buchniętym od Edgara Allana Poe (zwanego Ponurym Dziadem, Który Siadał Na Ławce W Parku I Przynudzał O Krukach). Następuje po niej pieśń o tytule "Pustynne Poszukiwanie Techno Allacha", który to tytuł doskonale oddaje jej brzmienie i treść. Później jest pięć minut soundtrack'u do nieistniejącego filmu o przemocy domowej rozpisanego na jednego Włocha, jego biedną żonę, krzesło i kilka pustych butelek. Numer szósty to przejmująca historia dziecka oszukiwanego przez swych rodziców (mama przekonuje syna, że jest przystojny, ale on zna prawdę). Siedem to najszybsza pieśń o flegmatykach, jaką ktokolwiek kiedykolwiek usłyszał/usłyszy. Później znowuż jest skat, tyle że sześciominutowy i z obłąkańczymi krzykami na końcu. Później dziesięć minut krótkich kawałków o nurku, któremu wre krew (czyt. zapadł na chorobę dekompresyjną). Następnie krótka pieśń sławiąca brzydkie czynności fizjonomiczne, po której przedstawiony jest obraz dziwnego zwierzęcia. Całość wieńczy epicki song o poszukiwaniu Boga, w połowie którego (songu, nie Boga) następuje świszcząco-grzmocący przerywnik death-metalowy. Kiedy całość podlejemy sosem do mięs otrzymamy kalarepę, a jeśli tłuszczem - skwarki. Logiczne.
Spośród wszystkich osób, które znam (nie to, żeby było ich tak dużo) tylko jedna przyznałaby się, że lubi ten album. A jako że dzielimy ten sam genotyp, musi jezd to przypadłość rodzinna. W każdym razie chciałem powiedzieć, że DV brzmi jak muzyka cyrkowa, którą kapela przekombinowała. Brzmi jak czyste szaleństwo, a do tego pozostaje inteligentna i rozwijająca. By docenić, należy przesłuchać całość kilka razy. Chwytliwości tutaj raczej nie ma. Jeśli ukazuje się jakaś fajna melodia, to można być pewnym, że zniknie za pięć sekund zastąpiona inną. Instrumenty przychodzą i odchodzą (prawie jak kobiety w piosenkach tego idioty Gawlińskiego). Lounge jazz zmienia się w arabskie disco w ułamku sekundy. I tak dalej, że powiem tak nonszalancko.
Alem przynudził. Ale nic to, Disco Volante jeden z moich absolutnie ulubionych albumów. Taki, co to na bezludną wyspę albo w podróż na Marsa. Garść linków:
zdjęcie zespołu - najprzystojniejszy jest ten garnek po lewej. A może to nocnik?
teksty w formie graficznej - też ładne
teksty w formie tekstowej
Może ktoś wie dlaczego wszystko jest dziś takie zielone?