08 grudnia 2005, 18:40:12

nasr! zesr!

płyta pilśniowas
Afro Kolektyw - Płyta Pilśniowa
Danie W Grupie Records 2001

"Papierosy zabiły mojego ojca i zgwałciły matkę!"

Nie mam wielkiej ochoty pisać o Afro Kolektywie, albowiem regularna zima nastała i tera chętniej sięgam po Mogwai, Subarachnoid Space i Do Make Say Think. I mam remont w łazience. Wszystko leży na stosach, a wokół tego latają muchy i tańczą karaluchy (zrymowałem). Ale słowo się rzekło, chwasty na miedzy. Jak już mówiłem wcześniej, nie znam się na hip-hopie, ani polzkiej muzyce. To znaczy, owszem, znam i cenię Waglewskich (oba pokolenia), Aptekę i insze, a w swej niezmierzonej kolekcji mam raptem pięć płyt z rapującymi murzynami (i białasami). No i, kumiecie, mój znakomity przyjaciel jezd miłośnikiem elektroniki i HH, wiemc kiedy u niego się siedzi w gościnie to słyszy się to i tamto (a czasem i do domu zabierze, na ten przykład Cinematic Orchestra). I razu pewnegoż doszły mych odstających uszu dźwięki funku i nieco sepleniącego rapu. Że niby coś tam z Afryką w nazwie. I rzeczywiście, przesłuchanie okazało wielce śmieszne teksty, napisane z niewątpliwym polotem, celne spostrzeżenia socjologiczno-psychologiczne. O cóż więcej prosić? Czegóż więcej żądać? Fajnych lasek? Dopieroż, kiedym usłyszał Pilśniową w całości, okazało się jak bardzo jezd to fajne. Panowie mieli problemy z wytwórnią, z forsą i z nagrywaniem, a ostateczne miksowanie zrobił tylko jeden z nich na Cool Edicie w domu. Polecam lekturę ichniej biografii, ku przestrodze. Muzyka znakomicie nadaje się na chandrę (-Zbyszku? -Tato?). Genialne ścieżki funkowe i teksty, które na stałe wchodzą do słownika (vide: tytuł notki). Śmieszy jak Nagły Atak Spawacza, nie zniżając się do poziomu klozetowego (czasami tylko muskając obręcz muszli). E tam, co ja zresztą będę... Są na ich stronce piosenki do posłuchania, i należy się zapoznać. Gardło mię boli. Ich habe ein welttraum. Umieram. Jak wielki artysta odchodzi wraz ze mną! To podobno są ostatnie słowa Nerona. Ale czytałem gdzieś, że jednak nie jego. Poza tym Neron nie mógł nic mówić umierając, bo go dziabnęli w szyję, a tak to już ino charkot. A właśnie, byłbym zapomniał: słowo 'charkot' to onomatopeja, a to znowuż z Greki. A greka to z bursztynowym świerzopem i dzięcieliną pałą...

Nie zaraz, to była grdyka. Nadczynność tarczycy i symbole falliczne? A świerzop to młoda papuga?

Mówiłem, że nie potrafię teraz pisać o AK, rację miałem. Jak zwykle. Cytat z początku notki pochodzi z któregośtam odcinka drugiej serii Family Guy'a, jakoś się mię skojarzył... Za chwilę pójdę oglądać Blackadder, i będę czuł się fajniejszy, że rozumiem co tam mówią bez użycia napisów. A jeszcze później umyję zęby. O, mam pomysł - nagram to na e-kamerce i wypuszczę w net. Będzie fajnie. Patrzcie jakie mam mózgowe muskuły!

PS: Zapomniałem dodać, w następny czwartek, 15 grudnia o dwudziestej Afro Kolektyw gra koncert w trójce. Potrza posłuchać, bo będą grali kawałki z nowej płyty.

PS2: Kiedy chodziłem do szkoły, to byłem fajny, a teraz jestem smutny i nudny.

28 listopada 2005, 17:57:05

bleach is on fire! bleach is on...

Czytałem niedawnoż swoje stare opowiadania i z absolutną pewnością stwierdzam - ja sprzed lat dwóch był bucem. Zapewne za dwa lata spojrzę na ten jogg (choć raczej go tutaj nie będzie, bo jeden taki test mię powiedział, że mam osobowość schizoidalną) i powiem to samo, ale taka kolej rzeczy je. W każdym razie zrobiłem sobie składankę i o niej napiszę, bo moja kreatywność poszła na papierosa i nie wraca od dwóch tygodni. Nośnikiem CD, a motyw przewodni składanki to nijakość nastroju. Kumiecie, takie czasy, kiedy człowiek czuje się ni to wesół, ni smutny, nieenergiczny ale i nie ospały. I takież piosenki - niby niewesołe, ale i nie smutne. Czasami skoczne, ale niedynamiczne. Teksty doświadczone mądrością ludzi starych i wykorzystanych (w tej kolejności), oto lista, tem razem bez nudnech komentarzy:

1. Unwound - The World Is Flat
2. Can - Mushroom
3. The Amps - Breaking The Split Screen Barrier
4. Blur - Swamp Song
5. Acrimony - Vy
6. NoMeansNo - Angel or Devil
7. The Fall - Clear Off!
8. Shudder To Think - Own Me
9. Dead Meadow - Let It All Pass
10. Pere Ubu - Humor Me
11. Kim Salmon & The Surrealists - Shine
12. Smog - Just Like Napoleon
13. Tom Waits - Jesus Gonna Be Here
14. Swell - Blackmilk
15. Moonshake - Bleach & Salt Water
16. Thinking Fellers Union Local 282 - Hurricane
17. Portishead - Only You
18. Bardo Pond - Be A Fish

A może jednak skomentuję. Mamy tuta trochu ujaranych hymnów (blur, acrimony, dead meadow i can ), piosnkie o kamieniach nerkowych (smog), najdziwniejszą piosnkie świata (moonshake), najbardziej upity kawałek wszechświata (waits) i satynowy portishead (właściwie Only You to statystycznie moja ulubiona piosenka, albowiem pcha się na każdą składankie, którą układam). Rzecz kończy się pieśnią nieproporcjonalnie głośną do jej treści. Gitary Pondziaków sprzężone są tak, że tynk odpada w mieszkaniu, a pani śpiewa o tem, że chciałaby pachnieć rybą. Też fajnie.

Następnem razem napiszę chyba o Afro Kolektywie. Tak, tak, wiem - out of character, ale i tak nikt tego nie czyta. Ha ha! Mogie napisać tuta co chcę! Ale się mię nie chce.

[Edit] Aha! Skoro odzew liczny takiż, wiemc proponuję zamieścić swoje składanki/propozycje piosenek o nastroju nijakim w komentarzach, wszelakie wpisy widziane miło.

09 listopada 2005, 15:35:47

you ought to have seen them women, Lord, they be fishing after me

robot hive/exodus
Clutch - Robot Hive/Exodus
DRT Entertainment 2005

Może dziś dla odmiany jenteligentnie. Ostatnio począłem się zastanawiać czy Jarmusch ma rację, mówiąc, że prawdziwego obrazu życia nie otrzymamy pokazując najważniejsze wydarzenia, ale "wypełniacze". Że niby od samego egzaminu ważniejsze jezd to, jak docieramy na niegoż autobusem. Coś w tem jezd. Jarmusch zwykle ma rację. I git fryz. Ja mam tylko to pierwsze. Anyway, podobnom cyniczny, to nieprawda. Jam permanentnie uśmiechnięty, ino mam niewład twarzy. Ha ha! Nie, zaraz, przecie dziś śmroda... Cóż, więc może poważniej:

Jesień, jesień - jakoż śpiewa ten pan z Mumio paląc paskudnie kopcącego papierosa. Wszystko zamiast śpiewać kaszle, miast skakać - pełznie. Na chodnikach kałuże, w kałużach woda. Woda w lewej półkuli 95% Ziemian. A Clutch (ang. sprzęgło) wydał nową płytę. Miałem fuksa ściągnąć ją od pewnego Kalifornijczyka. I w ten sposób szczęśliwym. A w Kaliforni słońce i laski na plażach. Tak przynajmniej pokazują w filmach. Faith No More też byli z Kalifornii ale nie pokazywali się z fajnymi laskami. Ale gitnie grali przynajmniej. Wychowali mię muzycznie, że tak powiem. A ci panowie z Klacz (pol. a female horse) są z Maryland. I ten brodaty wokalista śpiewa i rapuje, nieco podobnie do Patton'a, ale bardziej gardłowo. I jenteligentnie do tego. A reszta gra jakby stoner rock'a, tyle, że buja jak porządny hip-hop. Nie znam się na Hyp Hopie, ale moi znakomici koledzy tak mówią (czyt. mówią, że się nie znam, a nie że buja). Teksty mają o UFO albo o człowieku, który zamiast butów nosił podkowy. Folklor - nieco motylka-pierdylka, nieco duszka jak gruszka. Dziękuję państwu za uwagę, było mi bardzo zielono. Ekhm, to jezd - czerwono. Nie, zaraz...

[monitor mię opluł!]

- Ja nie mogę panu wypisać tej recepty, pan nie ma rozdwojenia jaźni.
- Nie dla mnie, to dla tego drugiego.
- Przecież tam nikogo nie...

Nadmiar anglistyki szkodzi. Człowiekowi zaczyna się wydawać, że na świecie istnieją wyłącznie kobiety mówiące po anglikańsku i on sam. To dobra kwestia na zakończenie.

teksty na spróbowanie
e-karta do odsłuchu
teledysk (23 megsy)


Wiecie dlaczego drzewa rosnące na cmentarzach są takie wysokie i zdrowe? Bo w tamtejszej glebie zalega dużo wapnia.

01 listopada 2005, 20:31:29

nobody sings on all souls day

things we lost in the fire
Low - Things We Lost In The Fire
Kranky 2001

Co tu dużo mówić... Z kosmosu widać pełno jasnych plamek na obszarze Europy centralnej. I to je słuszne, bo taki dzień dziś nastał. A do dnia nastanego pasuje ta płyta. Choć nie całkiem śmierci, ale i o życiu - to nastrój adekwatny niesionym jest ku naszym uszom. Nie żeby kiś nihilizm się wplątał, to jedna z najspokojniejszych i najpiękniejszych płyt, jakie słyszałem. Wspaniałe wokale damsko-męskie, instrumentarium subtelne niczym dziąsła indyjskich karaluchów i ta desperacka oszczędność wyrazu. Wszystko nagrywane przez Steve'a Albini'ego, wiemc dźwięk jest nieco szorstki i rozedrgany. Natomiast melodie... Ach, są jak smutny uśmiech pięknej kobiety. Niektóre panie potrafią się tak uśmiechać. Jeśli takowa czyta ten tekst, proszona jest o niechybny kontakt z moją osobą. To sprawa życia i nudy.

Na dokładkę:
Sunflower
Dinosaur Act
Like A Forest

Teledysk

25 października 2005, 15:58:51

give me just a little shove, this is love, this is...?

0+2=1
Nomeansno - 0+2=1
Virus 1991

Za pomocą ostatniego akapitu w poprzedniej rekomendacji próbowałem uczynić ten jog kontrowersyjnym. Niestetyż, jak widać, nie przyniosło to (spodziewanego) natłoku komentarzy sławiących mą mądrość/głupotę i męskość/zniewieściałość. Cóż, może dziś się uda?

Bracia Wright urodzili się jeszcze za stulecia poprzedzającego te poprzednie. Żyjąc w absolutnej symbiozie postanowili jednogłośnie, oczywista uprzednio wyrwawszy z portfeli ostatnie miedziaki, założyć fabrykę rowerów. Niestety, ramy i opony będące efektem ich produkcji były dziurawe i pogięte (właśnie w tej kolejności), więc prawa rynku rychło nakazały braciom przetasować swe priorytety. Nową linią produkcji miały być samoloty. Traf chciał, że w owych czasach samoloty nie były zdatne do przelotu ponad dziesięciu metrów bez rozbitki. Dlatego w kilka lat później smutni bracia znaleźli się w annałach jako twórcy pierwszej latającej maszyny zaopatrzonej w silnik, która wylądowała nie zabiwszy pilota. Mieszkańcy Kitty Hawk w południowej Karolinie zadrżeli jednocześnie (zmieniając sejsmikę w promieniu dwudziestu kilometrów) na wieść o tym, że ich miasteczko stało się kawałkiem historii. Kobiety poczęły kupować nowe kreacje w ilościach hurtowych, a mężczyźni zaczęli hodować wąsy (bo po zakupach żon nie było ich stać na fryzjera) strzygąc je wyłącznie w święta narodowe. Na nic zdały się zapewnienia fotografa, że we fleszu nie ma magnezji - zdjęcie musiało zostać zrobione. Efekt, który miał być najwspanialszą pamiątką tamtych dni, można opatrzyć tytułem "Ciemna jaskinia w atramentową noc". Do dziś trwają spory czyja facjata zdobi którą część fotografii. Zniechęceni brakiem zainteresowania i zniesmaczeni upadkiem obyczajów bracia Wright przenieśli się na północ, do Kanady.

W tym momencie proszę szanownych nieistniejących czytelników o zapoznanie się z choćby kawałkiem pierwszego tekstu z opisywanej płyty. Czyż nie jest to kawał porządnej literackiej roboty? Nie? Barbarzyńcy!

Anyway, spokojne, dostatnie życie doprowadziło naszych bohaterów do początku lat osiemdziesiątych. Dużo się działo wtedy na świecie, elektowano idiotów (co jest nie do pomyślenia w naszych czasach, czyż nie?), upadały systemy założone przez idiotów i słuchano Depeche Mode (niebywałe, nigdy nie mogłem zrozumieć, jak ta muzyka się mogła komukolwiek podobać). Ruina człowieka, który pisze te słowa, miała się ukazać na tej zdewastowanej planecie dopiero w połowie dekady. Bracia Wright znużeni spokojnym rytmem swych dni, postanowili założyć zespół punkowy, brzmiący inaczej niż wszystkie inne dotąd (pst! Johnny Rotten to kretyn, podaj dalej). Rok 1984 ujrzał ukazanie się płyty o swojskim tytule Mama z testem Rorschach'a na okładce. W tym roku starszy z Wright'ów obchodził swe sto trzynaste urodziny. Od tej pory datuje się istnienie Nomeansno. Gatunek muzyczny zwany jazz-core'em możemy uznać za otwarty.

Bedąc tylko miernym, niedouczonym mną, usłyszałem o NMN dopiero półtora roku temu. Akurat gdy skończyła się ich trasa po naszym wspaniałym kraju. To znaczy, słyszałem o nich wcześniej (Something Like Elvis coverowali jeden ich utwór), ale dopiero niedawno wygrzebałem w sieci ich płytę. Ech, wracając do rekomendacji: 0+2=1 to ich najdziwniejszy i najmniej lubiany przez fanów album. To właśnie na nim najbardziej słychać influencję Residents'ów, do której Rob Wright często się w wywiadach przyznaje. Za pierwszym razem rzeczywiście trudno się tego słucha - króluje tu repetycja, brak chwytliwych przyśpiewek, teksty są irytująco niejednoznaczne (z wyjątkiem wyjątków). Ale z drugiej strony, czego się spodziewać? Twórczość NMN nigdy nie była szczeniackimi sloganami, pokazywaniem palcami czy idealistyczną papką. W większości przypadków ich kawałki są historyjkami (o świetnej narracji), których morały pokazują, że Ludzkość zmierza ku nieprzyjemnemu. Że niby to nieoryginalne? No pewnie, ale za to jak podane...

Co to ja miałem? Aha, podobno jestem egomanem, więc by udowodnić, że tak nie jest następna notka nie będzie o mnie, tylko o jakiejś fajnej płycie (dla odmiany). A te bzdury o Wright'ach to efekt Wtorku, oszywista.

16 października 2005, 18:34:47

ask me if i care

Murray Street
Sonic Youth - Murray Street
Geffen 2002

W kościele na tylnych ławkach zalegają dziewczyny, które czuć farbą do włosów. Niby młode, ale już poważnie zmartwione tym, że jeszcze nie mają męża. Dwie z nich odwróciły się do mnie i spytały dlaczego słucham Sonic Youth. No wiecie, mówię, trzeba się czasem odchamić.

Jeśli zespół wydaje swoją czternastą płytę (nie licząc kolaboracji i EPek) i ludzie w nim grający są starsi od moich rodziców, a muzyka nadal kopie tyłek, to znaczy, że jest to klasyka. Że za pięćdziesiąt lat (alboż i sto) nastoletnie dzieci dzieci dzieci naszych dzieci będą czytały w opiniotwórczych pismach, jakimż to influencyjnym zespołem był SY i jak to dziko było żyć w naszych czasach. Istnieją teorie, jakoby to Daydream Nation był ich szczytowym osiągnięciem, a dla mnie tak nie jest. Bo SY wydali trzy arcydzieła: kulminujące okres początkowy zespołu Sister, kończący lata dziewięćdziesiąte A Thousand Leaves i drugi w obecnym tysiącleciu Murray Street. Ten pierwszy to post-punkowe aranże i teksty ściągnięte od Philipa K. Dick'a, ten drugi to ich najbardziej psychodeliczny album (nie licząc wydawnictw SYR), a ten ostatni... No właśnie, ten ostatni jest taki rozmyty, smutny i dorosły. Brzmienie wyjęte z lat siedemdziesiątych, wszystko jakby z oddali, w tle. Delikatne na tyle, że można przy tym spokojnie zasnąć. I do tego teksty o starych miłościach, odłączeniu i przejrzałych truskawkach. Dwie piosenki Kim, jedna Lee i cztery Thurstona, a każda jest świetna, każda daje słuchaczowi te "ŁUP!" w momencie odbioru. Wszystko naturalnie przechodzi z jednego w drugie. Karen Revisited to mój ulubiony kawałek Ranaldo, po którym następuje sześciominutowy improv. I... bla bla bla, mógłbym tak w nieskończoność, ale nie chce się mię, bo boli głowa. Łyknąłem dwa paracetamole marki NoName i próbuję dożyć końca dnia. A Murray Street jest dobre na ból głowy, pomimo, że to noise. Ustawiam sobie to na głośność numer 2 i próbuję odleżeć. I to działa.

Aha, a te dziewczyny wcale nie pytały mnie o SY, tylko chciały się ze mną przespać. Ot pech... Więc kiedy następnym razem głową mą wstrząsną boleści, to nie będę kłamał, ino wyłożę kawę na ławę. Albo wódkę na leżak. Co wy na to?

15 października 2005, 20:36:12

and the road leads somewhere, but it's not yet to your door

Q And Not U
Jogger dotąd leżał, więc przyjmijmy, że przyszłość nie istnieje. To nie powinno być trudne bacząc na to, co się ostatnio dzieje. W związku z powyższym na czas czytania tego tekstu, przyjmijcie, że jest wczoraj.

Kilka dni temuż dorwałem film tytułem BURN TO SHINE 01: WASHINGTON, DC. Jest to projekt perkusisty problematycznego Fugazi - Brendan'a Canty (Fugazi jezd problematyczne, bo będąc zespołem z wszech miar genialnym, niewiele osób słyszało ichnie płyty, choć podobno ostatnio znów są trendy). Pomysł na tenże film jezd wielce prosty - oto opuszczony, przeznaczony do rozbiórki dom (ale nie rudera), w którym, na krótko przed jego zniszczeniem, kilka zespołów wykonuje po jednej piosence. Wydane już są dwie edycje - Waszyngton i Chicago, niedługo ma wyjść część trzecia - Portland (podobnież mają tam być The Thermals, o radości!). Przez ponad pół godziny ogląda się występ zespołów w mroźnym pomieszczeniu uchwyconych kilkoma kamerami. Poza minutowym wprowadzeniem nie ma żadnych wywiadów, przedstawień artystów i tym podobnych pierdółek - pojawia się nazwa zespołu i tytuł piosnki po czym zaczyna się granie. Na końcu trzy minuty ukazujące spalenie domu przez strażaków.

Więc mam tu wszystko, co lubię: gitną muzykę, ciekawą atmosferę i, nazwijmy to - destrukcyjny motyw przewodni spinający to wszystko wcale spójnie. Oto tracklista, którą lekarz opatrzył w komentarz:

1. Q AND NOT U - X-Polynation - git piosnka z nowej płytki Power, ten pan na klawiszach po lewej ma ciekawą konfekcyję;
2. MEDICATIONS - Domestic Animals - zespół perkusisty Smart Went Crazy, odprysk po Faraquet, zagrane dynamiczniej, niż na płycie;
3. GARLAND OF HOURS - Words Versus - nieco przynudzające, [koneksja z Fugazi nr 1]: ta urocza ruda pani grała na wiolonczeli na początku monolitycznego The Argument, [koneksja z Fugazi nr 2]: na basie sam pan Canty;
4. FRENCH TOAST - Insane - i jeszcze nudniejsze, [koneksja z Fugazi nr 3]: wokalista grał na drugiej perkusji na wspomnianym The Argument;
5. TED LEO - Bleeding Powers - większość luda narzeka na jego ostatnią płytkie, a mię się podoba, wykonanie solo, co nie umniejsza jego siły;
6. WEIRD WAR - AK-47 - post The Make-Up, ino więcej funku, gitarzysta grał w Six Finger Satellite! (czyli elektronicznej wersji Jesus Lizard) pani basistka w tych okularach wygląda jak Carrie Fisher;
7. THE EVENS - Mount Pleasant chyba najgitniejsza piosnka w całym filmie, świetnie grająca pani na perkusji (git fryz, przy okazji), [koneksja z Fugazi nr 4]: Mackaye na gitarze altowej;
8. BOB MOULD - Hoover Dam - jak dla mię najgorsza pieśń z zestawu, Mould zrobiłby lepiej grając piosnkie Husker Du, niźli cienkiego Sugar, ale, ale...;

Aha, tutaj można obejrzeć zdjęcia z filmu. A jutro spróbuję napisać coś o Sonic Youth. Do svidanja wiemc.

03 października 2005, 22:46:32

throw it against the wall, see if it sticks

Angels's Trumpets And Devils Trombones
400 Blows - Angel's Trumpets and Devil's Trombones
Gold Standard 2005

Pan Porfirion zamiast mózgu ma kłaczek kurzu. Kiedy próbuje myśleć, ów kłaczek delikatnie łaskocze ściany jego czaszki. Te łaskotania pozwoliły panu Porfirionowi wynaleźć m.in. suchą pianę. W chwili obecnej genialny wynalazca stoi na ulicy i wodzi wzrokiem za modnie ubranymi dziewczętami. Porfirion próbuje zastanowić się, dlaczego tak mało kobiet chodzi ostatnimi czasy w spódnicy. Kurz ściele się wygodnie w miejscu, gdzie Stwórca przewidział neurony. Wszystko jest dobre.

Pan Porfirion nie słyszał o 400 Blows, bo prawie nikt o nich nie słyszał. A to dziwne, bo są cholernie głośni. I surowi w brzmieniu, bo nie mają basisty. Ubierają się w dziwne mundury, a wokalista krzycząc cytuje "Ulyssesa" Joyce'a. I nie mają basisty. Jakiś czas temu wydali płytkie zwaną Black Rainbow, i była fajna. I ta też jest fajna, tylko lepiej zmiksowana. Gitara tego brodatego chudzielca nie robi już takiego "żżżżżżżąąąąąą" tylko "zzzzzzzzzząąąąąą". A pan wokalista w okularach przeciwsłonecznych przypominających brązowe ray-bany się rzuca i pluje. A basisty brak. Że tak powiem, dawno mię żaden zespół nie kopnął. Z tych głośniejszych oczywista. 400 Blows nie bawią się w kombinacje typu: pół refrenu-krzyk-pauza-zmiana tempa ino tłuczą tłuste riffy. I mają charyzmatyczne bębny. I dobre teksty, bez śladu melodii w wokalu. I nie mają basisty. Pół roku temu na ich stronie można było przeczytać, że są zespołem antymelodyjnym. Racja. I gdyby, kurcza, więcej było ciężkich zespołów z pomysłem na siebie, to miałbym dłuższą playlistę. A tak muszę (mogę) się kurować tylko starym Sons of Otis. Cóż rzec... Czy już wspominałem, że 400 Blows nie mają basisty?

Tak mnie nagle tknęło: podobno kurz to głównie pyłki roślin i fragmenty naszego złuszczonego naskórka. W takim razie mózg pana Porfiriona to nasiona roślin i nasza skóra. Pomyślcie tylko o tym!

Dwa nagrania na żywca:
The Secret Life
No One Can Erase This

27 września 2005, 16:02:25

i've got this goddamn CAE, why won't anybody fuck me?

Dzień dobry, nazywam się August Zwichnięty, jak zdrowie?

Ha, ha! Wielka samowystarczalna Esensja opublikowała mój tekst. Tak jakby wiedzieli, że we wtorki... W każdym razie efekt mojej pychy skumulowanej w kilku akapitach znajduje się tutaj. I pomyśleć, że nie przepadam za hip-hopem. Półtora roku temu odrzucili moje opowiadanie. Cóż rzec...

Dzień dobry, nazywałem się Samochód Swawolny, do widzenia.

20 września 2005, 17:34:53

and so I dance in dirty pants

Rain On Lens
Smog - Rain On Lens
Drag City 2001

Podaj dalej! - jak powiedział neuron do synapsy.

Dziś jest wtorek, a we wtorki staram się być śmieszny. Ale obiecałem płytę deszczową - trza tego dopełnić.

Smutnego faceta nazwiskiem Bill Callahan [który to przybrał ksywę Smog, a w 2003-im zmienił ją na (Smog)] można z większym prawdopodobieństwem usłyszeć w jakimś zaplutym barze, niż na wielkim "niezależnym" festiwalu. I kiedy, prawdaż, większość muzyków ostatnimi czasy zmierza do coraz obfitszego brzmienia, Callahan robi na przekór. Najczęściej wychodzi sam na scenę z gitarą i deklamuje melodyjnie teksty. Ma fajny, niepowtarzalnie niski głos. I znowuż, przyjęło się, że jednoosobowe zespoły traktują o stanach post-depresyjnych, utraconych dziewczynach, itede (jak u Eliota Smith'a, który niezadawno samobójec poszedł być). Liryki Smog'a skupiają się na historyjkach mniej lub bardziej oderwanych od rzeczywistości.

Albowiem rzeczywistość to zjeżdżalnia z żyletek, na końcu której czeka balia z octem. Ha ha! Ach, wtorek.

W każdym razie każdy może się zapoznać z tekstami tutaj. Rain On Lens jest dziwny. Halucynogenno-błotnisty, rzekłbym. Doskonale współbrzmiący z miesiącami jesiennymi i długimi podróżami samochodem. Jęczą skrzypce, brzdąkają gitary, a słuchacze sępią się nad marnością wszechrzeczy. Ale nie dziś, bo wtorek. Rekomenduję Rain On Lens na te czasy zimne, na oblodzenie atmosfery międzyludzkiej i na pięćdziesiąt osiem milionów innych okazji.

Z innej beczki: obejrzałem dziś Eraserhead'a Lyncha. Fajny film, ohydny taki i czarno-biały. Pixies grywali na koncertach piosenkie z niegoż, In Heaven się zwała. I główny protagonista ma fajny fryz, prawie jak King Buzzo z Melvinsów. King Buzzo ma fajną gitarę i spodnie.