16 września 2005, 22:17:24

untergrunt hippster

Poprawki zaliczone, więc teraz mogę zmarnować zasoby internetowe by oznajmić, że nagrałem siostrze składankie jenstrumentalną. Miało to mieć wydźwięk edukacyjny, bo rzeczona narzeka na wokale w kawałkach, które jej puszczam. Teraz za to narzeka na repetycję. Jakoż dyktuje kobieca natura... Zgodnie z duchem niezależnym, formatem jezd kaseta godzinna. Zawartość poniżej:

Strona A:
1. Smart Went Crazy - Eat Zero X-Ray - z EPki The Royal We
2. Pavement - 5-4=Unity - klasyk
3. Kyuss - Molten Universe - klasyk nr 2
4. Silver Jews - Midnight Society - Malkmus jest znacznie lepszym gitarzystą niźli tekściarzem
5. Fugazi - Version - bez komentarza
6. 90 Day Men - We Blame Chicago - za partie fortepianu
7. Badly Drawn Boy - Bewilderbeast - bo przypomina całą płytę
8. Pixies - Velvety (instrumental version) - choć nigdy nie słyszałem o wersji z wokalami
9. Mogwai - Summer (priority version) - tego nie mogło zabraknąć
10. Mudhoney - Magnolia Caboose Babyshit - klasyk nr 3
11. M. Ward - Well Tempered Clavier - standard Bacha na organach i gitarze akustycznej

Strona B:
1. Subarachnoid Space - Trainable - z nowej płyty The Red Veil
2. Notwist - Moron - z czasów, gdy Notwist grali jazzowo
3. Fugazi - Sweet And Low - patrz 5. na stronie A
4. Couch - Gegen Den - zupełnie nieznany, a znakomity niemietzki zespół w najgłośniejszym kawałku
5. Pelican - "-" - rzadko słyszy się solówkę graną na pile
6. Unwound - Go To Dallas And Take A Left - przedostatnia na genialnym Repetition
7. Bardo Pond - #3 - bo pondziaków nigdy za mało

Wychodzi na to, żem ultra-hip-untergruntowy. Cóż radzić... Za dzień lub dwa kolejna nudna rekomendacja. Zapewne będzie to coś deszczowego. Teraz zamierzam przeczytać wszystkie egzemplarze komiksu Doom Patrol, wedle scenariusza Granta Morrisona, które przed sekundą się ściągneły. Po lekturze powyższego oczekuję, że wszystkie laski będą bezwzględnie moimi. Do następnego.

18 sierpnia 2005, 00:58:48

this thing between us is scientific

Engine Takes To The Water
June of 44 - Engine Takes To The Water
Quarterstick 1995

Gdyby Joseph Conrad żył w naszych czasach June of 44 byłby jego ulubionym zespołem.

Ta płyta dobrze brzmi tylko późną nocą. Tak jak dziś. Mogę sobie wyobrazić, że zasrane blokowisko jest skąpanym we mgle portem. I że dresiarze dyskutujący głośno pod moim blokiem o szansach Wisły na wejście do ligi mistrzów to tak naprawdę dwóch marynarzy nucących fałszywie podróżnicze pieśni. Światło zmarnowanego Księżyca nie odbija się od szeregu matowych okien, tylko od fal pachnącego solą morza. A Engine Takes To The Water jest tym, co słyszy się o trzeciej nad ranem w dużym porcie.

Pierwsza połowa płyty to morski math-rock wyliczony na skonfundowanie słuchacza. Rzecz o zablokowanych marynarzach, długich pożegnaniach i przegranych żywotach. Uczucie dezorientacji nie mija szybko, pozostawia nas wbijających wzrok w czerwony kompas na okładce. I nic w tym dziwnego, bo członkowie Jo44 mieszkali w czterech różnych miastach. Pierwsze trzy albumy nagrali korespondencyjnie.
I wyglądam przez okno i zastanawiam się, czy już śpię czy widzę to naprawdę. Głowę bym dał, że gdybym rozłożył szeroko ręce i wyskoczył, to w locie mógłbym objąć całe osiedle. I nadal nie mam pojęcia po cóż miałbym to robić. Mylą mi się fakty i daty, a do tego nadal sypiam po dziesięć godzin na dobę. Mimo, że mógłbym codziennie siedzieć do trzeciej nad ranem. A może wcale nie mogę?
W wakacje trudno odróżnić jeden dzień od drugiego. Wszystko jest takie samo: te same filmy, te same książki i ten sam Jeff Mueller mówiący, że pisze piosenki jak listy. A ja w to wierzę i więcej - pasuje mi to.

Pieśni piąta (o liście w butelce) i szósta (o dymie zalegającym pod sufitem baru nadbrzeżnego), spięte sygnałem syreny przeciwmgielnej, znaczą koniec dysfunkcji, i wieszczą początek mistyki. I Get My Kicks For You ma (i stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością osoby niewyspanej) jeden z najlepszych tekstów jakie słyszałem. Później przychodzi Mooch z tym niesamowitym motywem przewodnim i właściwie wtedy już wszystko jest jasne. Całe podłoże i zasady rządzące tą płytą są wyjaśnione. Pozostaje odsłuch i lekka mgiełka w puszce mózgowej pozostająca po wyłączeniu odtwarzacza aż do zaśnięcia.
A następnego dnia znów wszystko będzie takie samo.

14 sierpnia 2005, 12:55:12

7/4 (Shoreline)

Stąd można ściągnąć za darmo (tylko do końca tegoż tygodnia) nowego singla Broken Social Scene. Jeśli miałbym określić go jednym słowem byłoby to: "git". Jak zresztą wszystko produkcji BSS. Cały album wychodzi czwartego października.

Odnośnie Pelican'a - miałem oszywiście rację, album jest świetny. Nieco bardziej post-rockowy, ale z lepszą produkcją niż Australasia. Najlepsze jednosłowne określenie tegoż to: "riffage".

I jeszcze do tego the Perry Bible Fellowship znakomity comic strip. Gdybym miał określić go jednym słowem, powiedziałbym: "nietuzinkowość".

Gdybym miał określić siebie jednym słowem byłoby to: "nudziarz".

09 sierpnia 2005, 15:12:02

there is nothing / that's all there is

Lapsed (CD front cover)
Bardo Pond - Lapsed
Matador 1997

Gdzieś na tej zdewastowanej planecie, dokładnie w tym momencie idzie sobie ulicą facet, który próbował pobić rekord w przyjmowaniu substancji odurzających. Chrapy ma zawalone białym prochem, ręce pokryte strupami po wbitych igłach. Z kieszeni płaszcza wystaje niemal pusta butelka whisky. Facet uparcie walczy z chodnikiem próbującym zwalić go z nóg. Z pomocą płotów, słupów i ogrodzeń udaje mu się przykleić buty do podłoża i zmusić resztę ciała do przemieszczenia. Charcząc wściekle i przeklinając wszelkie istnienie o mało co nie następuje na kota. Miauknięcie, które wydaje z siebie rozdrażniony kot w uszach faceta brzmi zupełnie jak riff z Flux.

Gdzieś indziej jakaś marna istota ludzka inkasuje ołowianą kulę w pierś. W sekundzie pomiędzy uderzeniem a upadkiem na ziemię, ostatnim trzeźwym neuronem rejestruje dziwną melodię, jakby kobiecy śpiew brzmiący na tle wodospadu. Arcydziwność rzeczy każe mi powiązać tę melodię z Tommy Gun Angel.

Jadąc autobusem pewna pani orientuje się, że podczas kilkudziesięciu lat jej życia widziała zbyt dużo. Chciałaby poddać się oczyszczeniu mózgu, wymazaniu niepotrzebnych wspomnień. O to, uśmiechnięta i z nieobecnym wzrokiem, prosi znudzonego męża, na co ten reaguje telefonem na pogotowie. Melodia, którą jest odgrywana w centralce izby przyjęć to Pick My Brain.

Gdzieś na orbicie kilkunastu astronautów próbuje przebić kupę amerykańskiego żelastwa przez atmosferę. Zbiorowa i cicha modlitwa siedmiu astronautów przechodzi w głośne błagania gdy Ziemia, jakby niechętna przybyszom, otacza ich statek ogniem. Kakofonia palonych osłon wzmaga się z każdą minutą lądowania. Zdziwicie się, ale dla mnie brzmi to zupełnie jak Aldrin - ostatni utwór na Lapsed.

Kakofonia, nihilizm i melodie country na układzie fuzz-przester-wzmacniacz lampowy. Plus oderwane od rzeczywistości teksty/wokale. Czegóż chcieć więcej?

08 sierpnia 2005, 10:33:57

Death by Unga-Bunga!!



"Marek J. Sawicki, rocznik '85. Białostoczanin z urodzenia i pobytu. Pisze jak polonista, czyta jak anglista, pachnie jak tchórzofretka."
[fragment dłuższego artykułu opublikowanego w numerze piątym zina "Eatmyfuc"]

Tableau! to miejsce, gdzie pojawiają się rekomendacje muzyczne. Rzecz prosta jak chleb z masłem. Jeśli publikuję okładkę i piszę o jakiejś płycie to znaczy, że ją polecam i ucieszyłbym się, gdybyście ją przesłuchali. Jeśli dacie temu wyraz w komentarzach lub w mailu - tym większa ma radość.

Pierwszy wpis na Tableau! opublikowałem w sierpniu 2005 roku. Miałem zamiar pisać o muzyce pomijanej przez większość populacji i tego założenia trzymam się nadal. Więcej, alienuję coraz większe rzesze potencjalnych czytelników pisaniem głównie o winylach, limitowanych i ręcznie wypalanych kompaktach i tym podobnych marginalnych wydawnictwach zawierających punk, noise, psych, blues, garażówka, drone, wznowienia nikomu niepotrzebnych artefaktów, etc.

Krótsze polecanki płyt od wiosny 2010 roku publikuję na screenagers.pl. Rubryka nazywa się OOP i ukazuje się mniej więcej co miesiąc.

Do wakacji 2008 wydawałem cotygodniowy podkast. Przez półtora roku wyszło sześćdziesiąt odcinków (plus kilka składaków gościnnych) zanim podkast przekształcił się w audycję w Radiu Sitka. Co wtorek o dziewiątej wieczorem puszczam godzinę muzyki. Stream radia jest dostępny w tym pliku.
Po każdej audycji wrzucam tutaj plik z nagraniem i opisuję co było grane. Jeśli wygasł link jednej ze wcześniejszych audycji, której chciałbyś posłuchać - daj znać, a wrzucę go ponownie.

Największym sukcesem tego jogga (choć nie jest to żadne pro-sukcesowe przedsięwzięcie, ani na tym nie zarabiam) jest fakt, że otrzymuję od czytelników i znajomych rekomendacje muzyki, która mi się podoba. Czyli całe to pisanie się jednak zwraca.

Drugim największym sukcesem Tableau! jest jego długowieczność. W momencie kiedy to piszę, trwa już pięć lat. Z przerwami, nieregularnie, ale trwa. I nadal słuchanie i polecanie ulubionych płyt sprawia mi masę radości.

Tytuł notki jest sponsorowany przez zespół The Mummies - budżetowy(tm) rock w twoim ognisku domowym!

Tytuł jogga sponsorowany jest przez duet Słonimski/Tuwim i ich dowcip o guwernantce zawarty w "W oparach absurdu".

Pisanie w punktach sponsorowane jest przez felietony "Hamiltona" Słojewskiego.

To tyle. Howgh!