18
lutego
2012

Condominium - Warm Home
Condominium Records 2011
Flipper - Blow'n Chunks
ROIR 1984
1. Najgorsze rozpoczęcia felietonów to kolejno: "czytałem ostatnio...", "obejrzałem...", "spotkałem..." i "byłem niedawno...". Bardzo lubię złe rozpoczęcia, dlatego wybieram to pierwsze.
2. Czytałem ostatnio wywiad z Kamilem Antosiewiczem na temat black metalu. Niezwykle interesujący, zwłaszcza fragmenty o rozszczepieniu stylistycznym i ideologicznym tego gatunku. Przy czym, zawsze wydawało mi się, że death metal skupiał się raczej na perfekcji technicznej grania niż na gore. To znów była domena grind-core. Zasłaniając się lokalnym patriotyzmem wymieniłbym tutaj Dead Infection.
3. Opowieść o debiucie Venom przypomniała mi historię opowiedzianą przez Rollinsa w jego "Get In The Van". Całe Black Flag lało w gacie ze śmiechu widząc zachowanie perkusisty Venom i słuchając jego komentarzy co do wystroju garderoby.
4. Co to wszystko ma do czegokolwiek? Black i death metal mają martwe korzenie, jak zatrute zęby albo łacina. Owszem, estetyka jest kontynuowana ale już przez ludzi, którzy się z nią zapoznali. Nie ma i nie będzie klientów wpadających na to brzmienie sami z siebie. Pytanie dla obecnego muzyka robiącego black nie brzmi już: "jak mogę się wyłamać ze standardów metalu?", lecz "jak mogę udziwnić black metal?". Chodzi mi o przesunięcie o jeden poziom, jeden podgatunek dalej.
5. Mówię o tym, bo w przypadku punku jest tak samo. Jego korzenie są martwe od jeszcze dłuższego czasu, ludzie łapiący się za trzyakordowe granie w jeszcze większym stopniu podporządkowują się dawno rozpoczętej stylistyce. To dość dziwne, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, że gatunek muzyczny stawiający jako nadrzędną zasadę bunt przeciwko normom tak szybko owe normy przyswoił i scementował. Pierwsza fala punku (tzw. '77), druga (coraz szybszy i oszczędniejszy hc) i post-punk. Później moda na bunt przeminęła i pojawiające się co jakiś czas "revivale" nie wymagały tworzenia jakiejkolwiek nowej estetyki.
6. I teraz pułapka: cały powyższy akapit dotyczy obiegu pierwszego - tylko tych zespołów, których płyty przebiły się do tzw. szerszej świadomości. Ludzie podziemni mieszali gatunki i stylistyki namolnie, było to podstawą ich grania. Można się kłócić kto ma tak naprawdę moc sprawczą przy tworzeniu kanonu: czy są to artyści współtworzący prąd, czy właśnie ci, którzy sprzeciwiali się panującym estetykom. Łatwo się domyślić, po której jestem stronie.
7. Condominium to nasze czasy. Punk jest teraz wyborem, nie przymusem. Nic nie przeszkadza ludziom obecnie tworzącym muzykę w zapoznawaniu się z przeszłością estetyki, w której chcą tworzyć. Więcej, nigdy nie było to łatwiejsze. Mimo tego, nadal trzeba dokładnie przebierać i dobitnie wskazywać poszczególne ekipy podchodzące do tematu w sposób interesujący. Condominium tacy są, w każdej recenzji ich płyt znajdzie się milion różnych porównań: AmpRep, Slices, Dazzling Killmen, noise-rock, artystyczny post-punk, etc. Jest to w mniejszym stopniu wina głupich recenzentów, niż muzycznej elastyczności zespołu. Faktycznie, wszystkie powyższe elementy da się bardzo łatwo wskazać w poszczególnych kawałkach. Ale nie o to chodzi. Właściwie, zapomniałem dokąd zmierzałem z tym wywodem. Chrzanić to.
7.1. O, już sobie przypomniałem. Odcięte, martwe korzenie oznaczają w tym momencie, że tworzenie muzyki jest w znacznie większym stopniu sztuką umiejętnego wyboru niż tworzenia standardów na nowo. Wszystko zależy od inteligencji ludzi tworzących dany zespół.
8. A Condominium są cholernie inteligentni. Bardzo mi imponuje łatwość z jaką poruszają się między dłuższymi, skomplikowanymi kawałkami pokroju "Barricade", a szybkim, udziwnionym HC dominującym "Warm Home". I nie chodzi mi o łatwość w sensie jakości wykonania. To wiadomo. Mają doskonałego perkusistę, ich gitarzysta gra naprawdę oszczędnie ale jednocześnie jest bardzo precyzyjny - jego partie całość podsumowują. Łatwość dotyczy faktu, że cokolwiek by zagrali, nie tracą własnego stylu. To jest cholernie trudna do wyrobienia cecha, zwłaszcza w tak mocno skodyfikowanym gatunku.
9. Druga imponująca cecha to brak ironii. Jest to zwykle kojarzone z brakiem poczucia humoru, ale tak naprawdę znaczy coś więcej. Istnieje bardzo prosty powód, dla którego trudno jest obecnie słuchać Dead Kennedys bez skrzywienia. Mianowicie, ich dowcipy się zestarzały. Śmieszny tekst jest tak dobry, jak humor w nim zawarty (i tak samo aktualny). Natomiast kiedy zrobiłem wywiad z Mattem i spytałem o tytuł kawałka otwierającego dziś polecany album, odpowiedział, że wyrażenie "Life Is Amazing" nie jest żaden sposób ironiczne. Kiedy go o to pytałem, nie miałem jeszcze fizycznej kopii płyty w ręku (pozdrowienia dla poczty lotniczej i Urzędu Celnego w Warszawie), dopiero później przeczytałem wkładkę z tekstami. Wiecie jakimi słowy otwiera się całość? Cytuję:
"At worst? A calm ripple
Life is a way to deny that everything is okay all the time"
10. To jeszcze jeden aspekt: podawanie tekstów swoich piosenek. To dość odważny manewr, może się łatwo okazać, że wrzaski wokalisty są głupimi dowcipami na temat jedzenia (vide najnowszy album Slices), albo zbiorem idiotycznych klisz (vide cała twórczość CKOD, jakże radośnie opiewana przez Vargę Krzysztofa). A na "Warm Home" dostajemy frapujące linijki na temat życia, zepsutych nerwów, poczucia bezpieczeństwa i wspomnień. Nienajgorszy dobór tematyki jak na album punkowy, nieprawdaż? Dodajmy do tego okraszenie wszystkich ich płyt zdjęciami sztuki nowoczesnej zmielonymi w dziwaczne kolaże. Matt odżegnywał się od traktowania tego w sposób poważny, ale z drugiej strony dobór takiej estetyki nie mógł się wziąć z powietrza.
11. Dodajmy do tego bardzo surowe podejście DIY do całego procesu nagrywania i wydawania płyt. Condominium niechętnie wiążą się z jakimikolwiek labelami. Szef Fashionable Idiots wspominał w niedawnym wywiadzie jak długo musiał przekonywać ich do możliwości wydania siedmiocalówki sumptem jego labelu.
12. W tym momencie sprawa jest bardzo prosta: cokolwiek Condominium wydadzą w przyszłości, rzucę się na to natychmiast. To jest prawdopodobnie najlepszy punk w obecnych czasach.
13. Ludziom niezapoznanym z ich twórczością polecam przesłuchanie wcześniejszych siedmiocalówek "Gag" i "Barricade". Nie w przyszłości, nie za godzinę. Teraz, natychmiast. Poczujecie się lepiej olewając aktualnie panujący trend i nie zabierając głosu w najświeższej dyskusji. Serio.
14. Pracuję właśnie nad spisaniem historii Cheater Slicks. Im dalej brnę w tekst, tym wyraźniej widzę, że nie uda mi się tego sprzedać żadnej redakcji. Z jednej strony próbuję temat ująć rzeczowo, a z drugiej widzę, że to niemożliwe. Underground to nie zbiór historii sukcesu. Nie ma tam szczęśliwych zakończeń. Najjaśniejsze momenty z tekstu Slicksów to nagrywanie albumów, ich wydawanie i koncerty w Europie. Cała reszta, wliczając w to występy w USA, jest potwornie dołująca.
15. Myślę, że panuje duże przekonanie o wartości sukcesu. Popularność jest cnotą. Nie kumam takiego podejścia. Wiem skąd się bierze i dlaczego istnieje, ale go nie rozumiem.
16. Polecałem już Flippera, w sposób młodzieńczy i bardzo głupi, ale polecałem szczerze. Kocham ich muzykę miłością niezłomną. Nie ma sensu powtarzać wcześniejszych głupot. Chciałbym się zająć innym aspektem, często pomijanym w ich przypadku. Humanizmem.
17. Właśnie dlatego wcześniej wspominałem o Slicksach. Oba zespoły są znane ze swojego mizantropicznego przekazu, ale ich prawdziwa siła nie leży w dobitnie podkreślanej negatywności. To byłoby męczące. Rzecz w tym, kumacie, że tak Flipper jak i Cheater Slicks mają momenty czegoś w rodzaju roztkliwienia. Na "Destination Lonely" znalazło się miejsce dla beztroskiego "Look Out World", spójrzcie też na otwarcie "Generic". "Ever" nie jest negatywnym kawałkiem, chodzi w nim o pogodzenie się z faktem przynależności do marnego gatunku ludzkiego. Takie kawałki pośród magmy negatywności na ich płytach świadczą o sile obu zespołów.
18. Przykładów jest więcej: "Life", głupie ale szczęśliwe "Sex Bomb", "In Life My Friends, czy "Get Away". Ten ostatni jest fantastyczny tekstowo, zresztą. To są trzy strofy o spotykaniu różnych znajomych, którzy narzekają na zmęczenie, marne czasy, trudną sytuację, etc. Pseudorefrenem kończącym każdą z trzech części kawałka jest tytułowa rada: "uciekaj". Można to zbyć jako kolejny kawałek napisany pod wpływem różnych substancji, ale też bardzo łatwo wskazać na fakt, że San Francisco nie było zabawnym miejscem w latach osiemdziesiątych. Możliwe, że nadal nie jest. W tym przypadku teksty są skutkiem trudnego życia, nie żadnych trendów wokół panujących.
19. Inny przykład: "In Your Arms". Kawałek, który ukazał się tylko na polecanej dziś kasecie w 1984. Zaczyna się ckliwie:
"Well I want to be with you
I want to hear your heart keeping time with mine
Ale później okazuje się, że do tytułu Shatter dodaje "there's a needle..." i z kawałek staje czymś zupełnie innym. To jest poezja, proszę państwa, siedząca w tym posranym, przeraźliwie popsutym graniu czwórki dziwaków z SF.
20. "Get Away" i "In Your Arms" nie mogłyby zostać napisane przez żadnego z popularnych obecnie muzyków. Bandy pierdolców z Łodzi piszący manifesty do Wyborczej mogą co najwyżej posłuchać jak się robiło porządny punk. Ich fani też.
21. Dwa lata po wydaniu "Blow'n Chunks" wokalista/basista Will Shatter przedawkuje śmiertelnie. Drugi wokalista, Bruce Lose, w połowie lat dziewięćdziesiątych będzie miał skomplikowaną operację pleców, która pozostawi go chodzącym o lasce przez resztę życia. Zastępca Shattera na basie, klient nazwiskiem John Dougherty też przedawkuje w roku 1992. Później zespół sprzeda prawa do swoich płyt Rickowi Rubinowi, co poskutkuje wypadnięciem głównych wydawnictw Flippera z obiegu na następne piętnaście lat. To dopiero historia zespołu: od pierwszego singla po choroby i śmierć.
22. Bene nota, obecnie korpopunki (i ogólnie wszyscy niezwykle niezależni muzycy) od razu wydają albumy, jakby mieli tak dużo materiału na samym starcie kariery. Niesamowite, jak w obecnych czasach młodzież zyskała na kreatywności, nieprawdaż?
23. Zaraz po Slicksach wezmę się za spisanie historii Flippera. Wrzucę je na Tableau!, niezależnie czy ktoś inny te teksty zechce, czy nie. Obiecuję.
14
maja
2011
Fuzzhead - High In A Basement
Heliocentric Worlds Of Sound 1995
Eddy Detroit - Immortal Gods
Pan Records 1982, Majora ?, Assophon 2010
Polanie - Polanie
Polskie Nagrania Muza 1968
#1 Najfajniejszymi rzeczami jakie dostałem w przesyłkach, razem z płytami były:
- rachunek za naprawę części do pralki datowany na rok 1912, dwa zestawy samoprzylepnych tatuaży wrestlingowych i dwie laminowane wizytówki labelu Roll Over Rover;
- strona dotycząca chorób wewnętrznych w okolicach biodra wydarta wprost z podręcznika medycznego z namazanym błogosławieństwem: "may you be blessed always for your faith". Napisał to Jordan z Dry Rot. Należy dodać, że jestem agnostykiem;
- krzywy napis "SKULL MUSIC WYMYŚLILI HOMOSTUPIDS, A NIE CLOCKCLEANER. FAJNY ZESPÓŁ. MASZ TU JESZCZE BADZIK BRAINBOMBS" namazany na okładce płyty. i rzeczywiście, był tam czerwony badzik "Genius & Brutality". To z kolei przysłał Steven z Homostupids;
- gęsto zapisana kartka zeszytowa z opisami przesłanych płyt i ludzi, którzy je nagrali. (Mateusz AKA Johann Vreen)
- biała, pozbawiona jakichkolwiek informacji kaseta opatrzona karteczką samoprzylepną radzącą, bym się z nią zapoznał. Później okazało się, że jest to solowy materiał wokalisty Pheromoans.
#2 Życzę śmierci masie osób pojawiających się w telewizji. Nie jest to specjalnie aktywny rodzaj złorzeczenia. Po prostu nie płakałbym gdyby wszyscy ludzie zaangażowani w reklamę danego jogurtu umarli w jakiś straszny sposób. Na przykład gdyby bardzo brutalnie pokręciło copywritera, scenarzystę klipu, reżysera, faceta obsługującego kamerę, aktorkę z jej perłowym uzębieniem. I producenta, który zebrał forsę na ten klip. I faceta z agencji reklamowej, który przyjął zamówienie. I wszystkich uczestników jakiegokolwiek reality show. Myślę, że gdyby ci ludzie padliby na ziemię martwi w jednej chwili, kondukt pogrzebowy na cześć ich pamięci nie zablokowałby nawet najkrótszej i najwęższej ulicy. Nie ogłoszonoby żałoby narodowej. Liczba uronionych łez nie poszłaby w hektolitry.
#3 Znajoma z pracy (nauczycielka fizyki) powiedziała mi kiedyś w tajemnicy, że nie wierzy w prąd. A widziałeś go kiedyś? - argumentowała. - Ten cały eksperyment z wiórkami stalowymi też może być ustawiony.
#4 Sprzedawałem płyty, jak zauważyliście. Te, które pójść nie chciały, zapakowałem w plecak (pięć siódemek, dziesięciocalówka i jedna EPka dwunastka) i zaniosłem do jedynego komisu w Białymstoku gdzie można upłynnić winyle. Na wiadomość, że przyszedłem coś sprzedać Pan Brodaty Właściciel posłał mi spojrzenie jakbym chciał opodatkować cały jego dobytek. Przejrzał okładki, stwierdził, że nic nie zna i nie widzi siebie kupującego to ode mnie. Tak powiedział. Płyty były prawie miętowe, niegrane. Ale facet nawet nie zajrzał do wnętrza okładek. To fajnie, bo jedyne single jakie miał na składzie to dobite wydania Tonpressu. Kiedy wkurzony pakowałem wszystko z powrotem do plecaka usłyszałem, że kupiłby chętnie jakikolwiek winyl Metalliki. "Nie ma dnia, żeby ktoś o to nie pytał." Mam przemożną ochotę kupić na allegro za dychę jakiś zjechany bootleg slayer/metallica i opchnąć mu to za trzy razy więcej. Przypadkiem wiem, że gość nie handluje w internecie i nie zna cen. To tłumaczy dwupłytówkę "Unforgettable Fire" U2 czekającą w jego antykwariacie na frajera gotowego dać siedem i pół dychy za używaną płytę w średnim stanie. I to nie jest żaden rarytas.
#5 Na kursie oligofreno usłyszałem historię ciężko autystycznej dziewczynki, która w wieku dziesięciu lat nie umie czytać ani pisać, ale jest specjalistką na temat Boliwii i piramid. Po prostu rodzice czytali jej na głos książki w nadziei, że mała po jakimś czasie spróbuje sama odcyfrować jakiś tekst. Zauważyli, że żywo reaguje na książki o egzotycznych miejscach. Traf chciał, że podnieśli akurat coś o Boliwii i Egipcie. I w efekcie jedyne słowa jakie się da od rzeczonej dziewczynki wyciągnąć to wykłady na temat historii i klimatu Boliwii tudzież konstrukcji piramid.
#6 Sąsiad z dołu ma pizzerię. Oszwabia kelnerki-studentki przy umowach i wypłatach, ale to nie jest aż tak ciekawe. Gość ma w domu elektryczną gitarę. Co jakiś czas podpina ją do pieca i gra w kółko ten sam wstęp i solówkę z "Sweet Child O' Mine" GnR. Kiedyś próbował "Estranged" i "Welcome To The Jungle" ale się poddał. Teraz próbuje przebrnąć przez drugą solówkę Slasha. Będę was informował o postępach sąsiada gdy tylko przez podłogę dobiegnie mych uszu jego kolejna próba.
#7 Znałem Fuzzhead z jednego kawałka, więc "High In A Basement" kupiłem praktycznie w ciemno. Prawdziwa historia. Było to w styczniu zeszłego roku. Namierzyłem gościa sprzedającego dwupłytówkę The Garbage & The Flowers, postawiłem na nią 12 funtów. Na końcu przegrałem (poszła za 22), ale udało mi się upolować LP Fuzzhead i jednostronny winyl LA Drugs za pięć funtów sztuka. Ten drugi okazał się być wart jakieś dziesięć razy tyle. Dzięki temu rok później wymieniłem go (wysyłkowo, z jakimś sklepem w Massachusetts) na LP Puffy Areolas, Purling Hiss i trybut dla Nolana Stronga. To też prawdziwa historia.
#8 Fuzzhead byli z Ohio. Wydawali płyty własnym sumptem. Zmieniali co jakiś czas nazwę swego labelu, żeby nie ów własny sumpt nie rzucał się tak bardzo w oczy. Jedna z ich płyt ("El Saturn") była kolekcją coverów Sun Ra. Inne płyty nazywały się (bardzo oryginalnie) "LSD", "Mind Soup" i "I Saw The Best Minds of My Generation Rock". Jakby nie dość było dymania pamiętnego wersu Ginsberga.
#9 Natomiast "Ujarani w Piwnicy" (celny tytuł) to ich album, nazwijmy to, rockowy. Tutaj odchodzi porządny riffage z rytmiką złego funku. Hm, wyprodukowałem się w powyższy sposób na TermBo i po angielsku miało to więcej sensu. Nieważne. Ale serio - sam początek płyty na to wskazuje. To są okolice Funkadelic lecz zupełnie ogołocone z ich blichtru. I solówki nie są tak kosmiczne, pod względem wirtuozerii. Ale jest tam wkurzony funk.
#10 Drugi kawałek jest nudnawy. Wiadomo, trudno w obłokach trawy o staranny dobór materiału. Trzeci jest nagrany do tańca. Czwarty jest o jakimś radiu pustynnym (częstotliwość 88.8). Na drugiej stronie jest dwudziestominutowy psych-jam o kocie domagającym się karmienia (kotce właściwie) i ładnie wyśpiewane zakończenie pt. "Springtime".
#11 Nie będę teraz wyprowadzał karkołomnych tez, że jest to płyta arcy- i ultra-. Jak wspominałem, Fuzzhead wydawali private pressy. Tłoczyli płyty w niewielkich nakładach. Moja kopia ma namazany długopisem numer 193/500. Jest to liczba jak najbardziej akuratna. Nie utopili masy szmalu w tłoczni i pozwolili połowie tysiąca ludzi na tej planecie posłuchać długiego kawałka o żarciu dla kota. Udostępnię ten album, niniejszym. Jest OOP, nikogo nie skrzywdzę.
#12 Kolejna prawdziwa historia: u tegoż samego Brytola, od którego dorwałem Fuzzhead, wystawiony był winyl Eddy Detroit, "Jungle Captive". To jego późniejsza płyta, wydana na labelu Majora. Nie udało mi się go dostać, ale to nic strasznego. Pół roku później Assophon wznowił pierwszy album Eddy'ego.
#13 Znalazłem go w distro Florida's Dying. Żeby nie było: nie jestem purystą winylowym. Zawsze wybiorę CD względem winyla. Jest tańszy w produkcji, tańszy w sprzedaży i tańszy w wysyłce. Ale wersje cyfrowe "Immortal Gods" (wydane na wspomnianym labelu Majora) są obecnie droższe niż wznowienie winylowe.
#14 Powód, dla którego płyty z Majora są tak drogie jest prosty: Sun City Girls wydali tam większość swojej dyskografii. Chodzą teraz po astronomicznych cenach, ergo: cała reszta katalogu drożeje wraz z nimi. Plus, na "Immortal Gods" pojawili się Alan Bishop vel Alvarius B i (mój idol) Charles Gocher AKA Uncle Jim - dwaj członkowie SCG.
#15 I z czystym sumieniem opowiadam kolejną prawdziwą historię: Eddy Detroit nie był nawet z Detroit. Pochodził z Phoenix w stanie Arizona. Wydał własnym sumptem dwie płyty. Sprzedawał je tylko w Phoenix. Nie miał dystrybutora, więc cała jego tak zwana sława wzięła się z poczty pantoflowej kolekcjonerów private pressów sprzedających swoje znaleziska na trawnikach i w garażach. Na okładce pan Eddy siedząc na koniu trzyma na wyciągniętej przed siebie ręce własny czerep. Za nim siedzi blondwłosa pani epatująca nagim goleniem. Wieść niesie, że Eddy poznał tę panią na ulicy i zaprosił ją do zdjęcia, ponieważ miała "idealną strukturę kości".
#15 Gocher i Bishop nie wzięli udziału w nagraniu płyty epokowej. Następne pokolenia będą lały na ten winyl tak jak czynili ich protoplaści. Pan Brodaty Właściciel ze wspomnianego antykwariatu skrzywiłby się jeszcze bardziej, gdybym próbował sprzedać ten album w jego przytułku.
#16 Zabawne jak krytycy niepotrzebnie biją się z tym albumem. Dowodem niech będzie recenzja Prindle'a, gdzie facet zarzuca, że wszystkie kawałki są tu grane na dwóch wznosząco/opadających dźwiękach. Fuck that, to po prostu album zawierający piosenki śpiewane na satanistycznym przyjęciu narkotykowym. Wszystkie kawałki są bardzo proste, refreny będziesz nucić po jednym ich wysłuchaniu. Jest nawet kawałek, którego melodia została na rympał wyrwana z szantów. Nazywa się "Vampire". Zresztą, wspomniałem o satanizmie: większość kawałków traktuje o demonach, diabłach, rogatych stworach, etc. Więc owe chwytliwe i zabawne refreny, które będziecie zapewne nucili to różnorakie inkantacje, zapiski z legend i wspomnienia ludzi pogryzionych przez wampiry.
#17 Wspaniałe jest słuchanie takich płyt. Niewiele rzeczy w muzyce bawi mnie bardziej niż wyraźne olewanie potencjalnego słuchacza. To jest zresztą mentalność tzw. "private pressów". Wspominałem o wielu takich artystach: Mike Rep, Jandek, Michael Yonkers, Index, Cold Sun, Charlie Nothing, Stephen Heitkotter, Grady Runyan i dziesiątki innych wspaniałych wariatów, do których świat nigdy nie należał.
#18 Zapraszam kogokolwiek, kto potrafiłby przekonać mnie, że takie nagrania i tacy artyści nie zasługują na respekt i podziw bardziej niż jakakolwiek gwiazda wspierana sztabem producentów, wizażystów i speców od prezentacji medialnej. Myślę, że każde słowo napisane o Lady Gaga jest zmarnowane, ponieważ równie dobrze mogłoby być poświęcone jakiemuś zapomnianemu artyście. O tej przepłaconej dziwce słyszą wszyscy i z analizy jej strategii szoku nie wyniknie nic. Ludzi, którzy ładują forsę w jej płyty nie obejdzie jakakolwiek analiza. Po prostu pójdą na koncert hermafrodytycznej panienki przebranej za kawał mięsa. Nie bardzo straci na tym menel-geniusz, bo pięćset egzemplarzy jego płyty będzie zalegało w jakiejś wilgotnej piwnicy, ale on to przewidział i nie bardzo go to ruszy. Straci na tym najbardziej krytyk, bo hermafrodytyczne panienki przebrane za mięso wyjdą z mody za rok lub dwa i będzie trzeba ścigać nowy trend by go zanalizować na jakichś łamach.
#19 Można też zastąpić wyrażenie "hermafrodytyczne panie" terminami takimi jak "dubstep", "chillwave", etc. Jakikolwiek mini/maxi-trend, na temat którego zostaną napisane w pośpiechu eseje i analizy. A w tym samym czasie najciekawsze rzeczy będą działy się na marginesach.
#20 Kupiłem winyl Polan na starówce w Lublinie. Skojarzyłem ten zespół, ponieważ usłyszałem jeden kawałek w którymś z miksów Grzesia.
#21 Prawdziwa historia: to zespół muzyków studyjnych grających wcześniej w Niebiesko-Czarnych i Czerwono-Czarnych. Grali z The Animals w 1965 roku, na chwilę zanim ego Erica Burdona rozniosło zespół (żeby nie było, bardzo lubię "The Twain Shall Meet", choć to praktycznie Burdon solo).
#22 Polanie są o tyle ciekawi i godni polecenia, że brzmią cholernie garażowo. Fuzz z otwierającego płytę "A ty pocałujesz mnie" jest niesamowicie zadziorny. Zupełny koncentrat r'n'r. Nawet Nalepa tak nie brzmiał. Zresztą, to nie jest dobre porównanie. Kawałki Polan celują w prostotę The Sonics. Posłuchajcie riffu klawiszowego z "Nie zawrócę".
#23 Strona A to polskie kawałki. Na B są covery zachodnich standardów. Tylnej okładka zawiera opisy zespołu w dwóch językach. W blurbie angielskim "czarną muzykę" przetłumaczono na "negro music". Mam oryginalne wydanie PNMu, z żółtą okładką. Nie żadne wznowienie Tonpressu. Real deal. I wiecie co?
#24 Zapakuję ten winyl i wyślę WFMU. Dopiszę na kartce, że nie mam forsy by ich wspomóc, więc w ten sposób dziękuję im za wszystkie genialne audycje. I za to, że Jason Sigal w ostatniego sylwestra puścił Grechutę z dedykacją dla Justyny. Tylko przeproszę za tego "negro" na tylnej okładce. Serio tak zrobię. Prawdziwa historia.
08
lutego
2011
Thomas Jefferson Slave Apartments - Bait And Switch
Onion 1995
Armedalite Rifles - Shambolic? Indeed!
FDH 2009
General Interest - Right By The Beach
Ride The Snake 2009
0. Cała moja wiedza o życiu pochodzi z odwrotnych stron kalendarza kuchennego.
1. Pogadajmy o tekstach w punku. Zacznę:
ROCK 'N ROLL HALL OF FAME
Blow it up, blow it up
Blow it up before Johnny Rotten gets in
Blow it up before Paul Westerberg sits in
Blow it up before Steve Albini gives a speech
Bombs Away! Bombs Away!
MY MYSTERIOUS DEATH
I was born at the start of this song
I never thought I would last this long
But I'm doing something about that
YOU CAN'T KILL STUPID
But you can't kill stupid
With your dreams of peace
You can't kill stupid
And you can't kill me
WHAT'S A DARFUR
I see all these smart people talk about it
They always wear these really cool t-shirts that mention it
Is it some kind of video game?
Will it cure my runny nose?
Is it a new sexual position
Can I download codes?
What's a Darfur?
What is a Darfur?
2. General Interest na okładce umieścili rysunki ostatnich czterech papieży z fajkami w gębach. Polubicie ich EPkę jeśli chętnie słuchacie Minutemen. Choć właściwie ogólnie powinniście chętnie ich słuchać. To dobrze robi. Natomiast TJSA wydali płytę na dużej wytwórni, bo mieli znajomego, który akurat znalazł zatrudnienie w (nieistniejącym już) dużym labelu Orange. Mógłbym pisać dalej, zachwalać i wrzucić kilka kawałków na jakiś serwer, ale mam lepszy pomysł.
3. Sami sobie polećcie te płyty. Płytę TJSA znajdziecie gdziekolwiek za umiarkowaną forsę. Winyl General Interest kosztuje dziesięć dolców, a CD Armedalite Rifles - sześć. Jeśli szkodujecie szmalu - wszystkie są na soulseeku.
4. Tutaj jest dyskografia Rona House'a - wokalisty TJSA. Znajdźcie w słowniku słowo "shambolic" i sprawdźcie, czy (i jak) odnosi się do płyty Armedalite Rifles. I co, i kto jest punk. I w jaki sposób ten punk jest. Mówię zupełnie poważnie.
5. Jeśli nie chcecie akurat trzech powyższych - wybierzcie inne. Ale koniecznie jakiś punk. Źle nagrany, robiony przez nieatrakcyjnych ludzi z miast małej i średniej wielkości. Celujcie w zdarte winyle. Proszę was o trzydzieści minut, góra. Przez pół godziny nie słuchajcie żadnej nowatorskich brzmień, nie myślcie o jedzeniu, nie poświęcajcie uwagi higienie osobistej i zapomnijcie o byciu częścią znudzonego wszystkim społeczeństwa. Jest 2011 i zwyczajni ludzie potrzebują zwyczajnej muzyki.
(5.1. Patrzcie, następne pięć punktów przeznaczyłem na wasze samopolecenie sobie płyt punkowych. Jedziecie.)
6.
7.
8.
9.
10.
04
lutego
2011
So Cow - So Cow
Tic Tac Totally 2009
Dan Melchior's Broke Revue - O, Clouds Unfold!
Hook or Crook 2009
1. Harvey Pekar umarł. Słyszeliście? Umarł zanim skończyłem pisać o nim magisterkę.
2. Umarł zwyczajny, niespecjalnie interesujący facet z Cleveland. Kolekcjoner i recenzent starych jazzowych 45-tek i 78-mek, dobry znajomy Roberta Crumba, nerwus. Trzykrotnie żonaty, miał jedną przybraną córkę.
3. W przerwach pomiędzy jednym, a drugim nudnym dniem (czyt. pracy w archiwum szpitala wojskowego) pisywał scenariusze do komiksów, które ilustrowali jego znajomi. Dzięki temu, w trzydziestu dziewięciu numerach American Splendor można przeczytać i zobaczyć, m.in.: praktycznie całą biografię faceta w komiksowej formie, kilkanaście esejów na temat muzyków (np. o Bo Diddleyu) i serię wspomnień jego kolegi z pracy z jego udziału w wojnie w Wietnamie.
4. I rzeczy tego typu i kalibru:
To ostatnia strona jednego z jego najsłynniejszych komiksów, "The Harvey Pekar Name Story", świetnie odegrana przez Giamattiego w ekranizacji "American Splendor".
5. Zabawna sprawa, bo jego rodzice pochodzili z Białegostoku. Na pierwszych stronach "The Quitter" jest nawet specjalna mapka przedwojennej Polski z lokalizacją dziury cywilizacyjnej zwanej stolicą Podlasia. Bardzo mi było miło, kiedy to pierwszy raz czytałem.
6. W każdym razie: Cześć pamięci nudziarza, który swoją walkę z życiem udokumentował w komiksach. Przywrócił mi wiarę w to, że nerwowi faceci publikujący swoje opinie na różne głupie sprawy (płyty, książki, filmy, stanie w kolejkach) mają rację w tym co robią.
7. Pogadajmy o przeszczepieńcach.
8. Brian "So Cow" Kelly jest z Irlandii, z miasteczka o nazwie Tuam. Przez kilka lat mieszkał w Korei Południowej. Pracował tam jako nauczyciel języka angielskiego. Kiedyś na jednej z kartkówek uczeń zamiast "such" napisał "so cow". I stąd właśnie cała ta idiotyczna ksywa.
9. Kelly wrócił do Irlandii. Tam wydał kilka płyt, sumptem własnym i kilku małych wytwórni. Później jakimś cudem klienci z Tic Tac Totally usłyszeli jego kawałek "Moon Geun Young" traktującej o byciu rzuconym przez dziewczynę. Scena rzucenia dokonuje się pod billboardem tytułowej gwiazdy filmowej.
10. Po wydaniu tego kawałka (plus świetnego "Casablanca") na singlu przez Almost Ready, TTT zebrali na polecanym dziś LP materiał z jego irlandzkich płyt, dwa wcześniejsze demka plus materiał ze wspomnianego singla. Wszystko zremasterował Bob Weston.
11. Kelly śpiewa śmieszne teksty, traktujące głównie o dziewczynach opuszczających podmiot liryczny w różnych sytuacjach i z różnych powodów. Najbardziej pomysłowy jest w tej mierze "Ping Pong Rock", gdzie mamy zapis wewnętrznej dyskusji. Jej temat jest przepastny - w czyim stylu napisać love song? Beach Boys? Beatles? Wedding Present? W tle przygrywa gitara bita w tremolo bar.
12. Większość kawałków jest oparta na prostych motywach power-popowych, tylko w szybszych tempach. Trochę jak jeszcze szybsze granie Teda Leo. So Cow miał też pecha nagrać cover Deerhoof więc oczywiście Pitchfork natychmiast ochrzcił jego granie noise-popem. Dość powiedzieć, że niecelnie. Jest kilka kawałków w ten deseń, ale hałas w żadnym wypadku nie jest wyznacznikiem stylu So Cow.
13. Jeśli koniecznie potrzebujecie treningu mentalnego przed słuchaniem melodyjnej płyty musicie się przygotować na Pixiesowe zmiany tempa, zabawne intertekstualności ("Ping Pong Rock"), dwa kawałki śpiewane po koreańsku i dwuwersy tego typu:
"Well you've restored my sanity
So why don't you come and sit with me?"
14. WFMU zdarło kilka płyt puszczając kawałki tego gościa. Na ich Free Music Archive jest dużo dźwięków So Cow, polecam zajrzeć . W zeszłym roku wyszedł zestaw LP+7'' pt. "Meaningless Friendly" z jego nowszym materiałem. Niespecjalnie się potrafię zakumplować z tą nową płytą.
15. Na domknięcie rekomendacji muszę dodać, że dzięki tym dwóm piosenkom po koreańsku "So Cow" wydany został na CD w Korei Płd, w kopercie-replice LP z twardego kartonu. Można ko kupić na ebayu, po pięć dych z przesyłką. Pani Moon Geun Young dowiedziała się o kawałku nazwanym jej nazwiskiem, ale jeszcze go nie słyszała. Brian Kelly zagrał na SXSW w zeszłym roku. Tutaj jest tegoż faktu świadectwo.
16. Anyways, tak się polecana płyta zaczyna:
I tak się kończy:
Całość, zawartą pomiędzy oboma powyższymi, polecam.
17. Dan Melchior jest to typ o wyglądzie niskiego muszkietera zasłuchanego w Soundgarden i mentalności starych piosenkowców. To znaczy, pisze i nagrywa właściwie bez przerwy. Facet wydał w swojej karierze siedemnaście albumów i dwa razy tyle singli. Nagrał splity z Fresh & Onlys, The Spits i (niedawno) Pheromoans. Jego kawałek był na piątej części "World's Lousy". Zaczynał grając z Holly Golightly i Billy Childish'em. Później założył swój zespół o nazwie Broke Revue. Przez całą karierę utrzymywał bardzo brytyjskie granie w tradycji post-punkowej (porównywalne do The Fall i ATV, głównie), ale w połączeniu z urbanistycznym bluesem. Plus gość zawsze śpiewa specifycznym, trochę kozim głosem.
18. Po wydaniu kilku płyt z BR, Melchior z kilkoma kolegami przenieśli się do Nowego Yorku. Kilkoma, albowiem skład cały czas się zmieniał. Przenosiny na Wschodnie Wybrzeże były tego efektem.
19. Wydawali na masie wytwórni. To zresztą pozostało Melchiorowi do dziś, kiedy gra w solowym projekcie Dan Melchior & Das Menace (dowcip w tej nazwie ma polegać na tym, że inicjały po obu stronach "&" się zgadzają). Zaliczyli Sympathy for the Record Industry, wytwórnię Childisha, włoskie I Hate Records i In The Red. Na tym ostatnim wydali dwie płyty - niezły "Heavy Dirt" i świetny "Bitterness, Spite, Rage, & Scorn". W 2003 wypuścili sumptem Troubleman Unlimited singiel "Garage Obituary". To miała być zapowiedź ich wielkiego, najlepszego dotąd albumu. Materiał miał zająć dwa LP. Broke Revue, w tamtych czasach jako kwartet, cały 2002 spędzili zakopani (okopani) w studiu. Melchiorowi w nagraniu pomagała żona Letha Rodman - dodała kilka wokali, zagrała na gitarze w dwóch kawałkach, a później zaprojektowała okładkę. Na sesjach nagraniowych pojawił się też Kid Millions z grupy Oneida.
20. Działo się wcale nieźle. Melchior z zespołem grali support dla Clinic, Interpolu i Jon Spencer Blues Explosion. Nie był to specjalny sukces artystyczny, ale zaczynali na swojej muzyce zarabiać. Album był gotowy, zatytułowali go "O, Clouds Unfold!". Miał ukazać się na dwóch winylach. Każda z czterech stron miała otrzymać oddzielny podtytuł. Dwadzieścia trzy kawałki, czas trwania: ponad osiemdziesiąt minut.
21. Ale pojawił się problem z miksem. Broke Revue nie byli zadowoleni z brzmienia ostatecznej wersji albumu. Ludzie z Troubleman uparli się, że trzeba go wydać jak najszybciej. Ich argumentem był szmal, który wyłożyli na nagrania. Melchior stwierdził, że coś takiego się nie ukaże. Dostał odpowiedź typu "wyjdzie w tej wersji lub wcale". Premierę odłożono, później anulowano. Pierwsze tłoczenia płyty trafiły na półkę. Melchior rozdawał własnoręcznie wypalone CDry z nagranym materiałem na koncertach, ponieważ "O, Clouds Unfold" nie dało się kupić w sklepach.
22. To wszystko działo się na przełomie 2004 i 2005. Minęły cztery lata. Broke Revue w międzyczasie rozpadł się. Melchior z żoną z Nowego Jorku przeniósł się do północnej Karoliny. Zajął się swoim solowym projektem, wydał w jego ramach trzy płyty. Jedna była dobra ("Christmas For The Crows"), druga nijaka ("Thankyou Very Much"), a trzecia irytująca ("Obscured by Fuzz"). Wtedy label o nazwie Hook or Crook wydał bootlegową wersję "O, Clouds Unfold!".
23. Bootlegową, ale nie zrobioną chałupniczo. Taśmy zostały porządnie zremasterowane. Wszystko brzmiało czysto. I wreszcie było słychać, że to najbardziej melodyjna płyta Melchiora, i że cała ta gadka o najlepszym albumie zespołu ma sens.
24. Wszystko odbywało się, oczywiście, bez pozwolenia czy jakiejkolwiek licencji ze strony Troubleman Unlimited. Efektem tego Hook or Crook już nie wydaje płyt. Właściciel labelu wyprzedaje dyskografię labelu. Dzięki temu na ebayu można upolować niektóre za zupełny bezcen.
25. Napisałem, że to najbardziej melodyjny album w dorobku Melchiora, ale to nie oznacza popowatości. Więcej tu tzw. mood whiplash. Na przykład, po bardzo niespokojnym "To Try and Bust" wchodzi ultraspacyfikowany "Tide Rolls On". Zakładam, że między innymi stąd wzięły się sugestie że lepiej jest traktować "O, Clouds Unfold!" jak cztery minialbumy, niż jedną spójną całość. Recenzenci narzekali, że trudno jest wytrzymać te 80 minut przy jednym posiedzeniu. Ale z drugiej strony - walić recenzentów. Co oni wiedzą?
26. I tak dalej. Polecam najbardziej strony A i D, choć praktycznie wszędzie są momenty kapitalne. Strona B ma genialne zamykające "Toledo", na C jest hymniczny kawałek tytułowy. I kończąca sekwencja "It Seems To Be True"/"Take Me Home", którą uwielbiam w sposób niezłomny. Kawałek ostatni leci tak:
27. W zeszłym roku wyszedł najlepszy album Das Menace pt. "Visionary Pangs". Dziwny, ciężki i chwytliwy jak jasna cholera. I jednocześnie zupełnie olany przez wszystkich. W tym roku Melchior zdążył wydać kasetę na Scotch Tapes, na dniach wychodzi winyl na Siltbreeze. Plus, coś nie zadziałało i Dull Knife nie wypuścił, jak wcześniej planowano, "Catbirds and Cardinals". Więc zamiast tego cały LP trafił do archiwum FMA . Teraz są tam tylko trzy kawałki, bo album jednak wyjdzie sumptem Northern Spy. I bardzo fajnie, albowiem jest to najspokojniejsze nagranie Melchiora jak dotąd.
28. Jeśli się w tym gubicie - to dobrze. To znaczy, że punkt 17. ma sens.
29. Na dodatek w zeszłym roku żona Dana, Letha Rodman-Melchior, zapadła na raka. Znajomi muzycy i właściciele labeli powołali Melchior Fund. Odbyło się i odbędzie kilka koncertów z okazji zbiórki szmalu na pokrycie kosztów leczenia. Możecie się dołożyć, jeśli macie jakieś zbędne dolce na koncie paypala.
30. Ok, mam dość rozmawiania z wami o przeszczepieńcach. Kosiński też się przeszczepił. I był bardziej kontrowersyjny niż utalentowany. W "Being There" podpieprzył fabułę Dołędze-Mostowiczowi. A teraz Głowacki, ten w szaliku, napisał o nim książkę.
31. Pierdolić facetów w szalikach bez barw klubowych.
32. I Torresa też pierdolić. Sprzedawczyk.
20
stycznia
2011
Nothing People - Late Night
S-S 2009
The Young - Voyagers of Legend
Mexican Summer 2010
ZOND - ZOND
R.I.P. Society 2010
1. Batman umarł. Słyszeliście? Umarł w zeszłym roku. Choć tak naprawdę przeżył i trafił do przeszłości. Wydobyli go stamtąd Avengers. Teraz, po powrocie do naszego świata, Oryginalny Batman mianował pierwszego Robina, Dicka Graysona, Batmanem Gotham. Bruce Wayne, natomiast, fruwa teraz po różnych krajach i mianuje międzynarodowych Batmanów. Wszystko jest opisane w ramach serii pt. "Batman Inc.". Rozumiem, że serię przejął Grant Morrison. To dziwak, jego metody walczenia z retconami silver age'u są conajmniej niestandardowe, choć ludzie je lubią. Ale jednak, ten pomysł to dla mnie skok przez rekina. Wiem, że mainstream to nie "Killing Joke", "Black & White", "Year One" ani "Long Halloween", ale do cholery. Międzynarodowi Batmanowie? Idiotyzm i na dodatek (względem innych komiksowych idiotyzmów) zupełnie wbrew całej poetyce dotychczasowego mitu Batmana.
(1.1. To znaczy - rozumiem skąd się to wzięło, ale nie widzę sensu powrotu do Adama Westa biegającego z bombą. Znacznie zgrabniej (i w zgodzie z kanonem) robi to kreskówka Batman Beyond. Jeśli chodzi o gwałcenie mitów wystarczy mi Nolan i jego dwie naprawdę żałosne próby interpretacji Mrocznego Rycerza.)
(1.2. Swoją drogą to niesamowite z jaką ilością luk i niezręczności scenariuszowych Nolan potrafi przebić się do gustu recenzentów. Kretyńską "Incepcję" polecał nawet Ebert zachwycając się "misterną konstrukcją scenariusza". Ja pierdolę.)
2. Z innych wiadomości: Tyvek nie są już punk/noise lecz indie rock. Tym samym znaleźli się teraz w rankingach ze Swans. Ta nagła i nieoczekiwana zmiana kategorii wprawiła w stan totalnej konsternacji wiele dziesiątków istnień ludzkich. Uczeni do dziś dociekają genezy tej epokowej transformacji.
(2.1. Gdybym dostawał złotówkę za każdym razem, kiedy jakiś polski recenzjent używa słów "energia" i "brud" w opisie płyty punkowej byłbym pierdolonym milionerem.)
3. Zapomniałem wspomnieć, w ramach mojego poczytnego i szeroko komentowanego podsumowania zeszłego roku, o kilku płytach. Dodałem je, niniejszym i tamtejszym. Jedną z nich jest dziś polecany LP The Young.
4. Zapomniałem także napisać, że najlepszymi rzeczami do oglądania były dużą postmoderną i tvtropami jadący Community oraz smutno-straszny Louie. W tym pierwszym występuje pan McHale z genialnego programu The Soup. Ten drugi natomiast jest dziełem Louisa C.K., najlepszego obecnymi czasy pana uskuteczniającego tzw. stand-up comedy. Zresztą nie musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj jest nagranie jego najnowszego programu.
5. Kończąc temat podsumowań. Numerowane miejsca będące zbiorczym wywleczeniem gustów redakcji zadają mi masę smutku. Wszystkie listy indywidualne są takie same, zmieniona jest tylko kolejność. Właściwie recenzje na serwisach w obecnym momencie to tylko czytanie co autor sądzi o płytach, o których aktualnie się dyskutuje. To niesamowite, że w tak fragmentarycznych czasach większe serwisy upierają się przy układaniu i podtrzymywaniu jakiejś niepojętej "linii klasyki".
6. Muzyka Nothing People nie zdałaby testu Voight-Kampffa. Całe trio (obecnie kwartet) oblewa ten test z wyraźną premedytacją. Zamiast nazwisk muzyków na płytach umieszczone są matematyczne symbole nieoznaczoności, nie ma żadnych dedykacji. "Late Night" jest opisane jako nagrane "in the middle of nowhere". Stronę A opisano jako "inside", a B "outside". Okładkę (kolaż) zrobił Ilth, czyli gitarzysta Daily Void. Nie potrafię powiedzieć co właściwie na niej jest. Bransoleta symbolizująca zaćmienie słońca?
7. Nie potrafię też powiedzieć jak ta płyta brzmi. W recenzjach można przeczytać o odniesieniach do Chrome. To całkiem niezły punkt orientacyjny. Na jednym z singli Nothing People grali piosenkę Roxy Music, a polecany dziś album kończy się coverem Syda Barretta z "The Madcap Laughs". To kolejne dwa ważne dla zrozumienia genezy dźwięku NP. Cała reszta to ich instrumentarium. Zacytuję ich myspace: analogowe reverby, delaye, stare gitary, stare organy, masa różnych kostek gitarowych, analogowe syntezatory (stare i nowe), piece tranzystorowe i lampówki, posute odbiorniki radiowe, czterościeżkowy magnetofon i ośmiościeżkowy ADAT. Plus gitary, basy i perkusjonalia w różnych dziwnych konfiguracjach.
8. Ci klienci nigdy nie wydali płyty w formie cyfrowej (nie licząc CDra wypalonego dwa lata temu przez Scotta Soriano na święta). Ich pierwszy album, "Anonymous", był bardzo średni. Miał kilka wybitnych kawałków ("Should've Known" i kończący "I-5"), ale były rozstrzelone pomiędzy nagraniami zupełnie nieciekawymi.
9. "Late Night" jest ich najlepszym albumem, bez żadnej dyskusji. Jako jedyne ich dłuższe wydawnictwo ma porządny pływ i niesamowity, depresyjno-betonowo-alkoholowy klimat. I znajduje się na nim "Another Rattle". To definiujący ostatnią pięciolatkę kawałek o zgubieniu się na parkingu. Jego początek leci tak:
"On the way to the question mark
found my keys, forgotten where I parked"
co jest deklamowane do riffu klawiszowego. Gra go facet z Monoshock. To on uzupełnił kwartet, choć jego istnienie odnotowano dopiero na późniejszych nagraniach. Mam niesamowitą obsesję na punkcie tego utworu, co niniejszym udowadniam:
10. Jest to najbardziej nijaki zespół jaki słyszałem. I nie chodzi mi tu o miałkość, tylko o ekwilibrytyczną wręcz umiejętność wymykania się przyzwyczajeniom i standardom. Brzmi to idiotycznie w kontekście wszystkich rzeczy jakie poleciłem na Tableau przez ostatnie pięć lat, ale dźwięk tego zespołu jest jednym z najtrudniejszych do określenia. Główna zasada w zapoznawaniu się z ich twórczością jest taka: zacznijcie od singli. Kawałki mają tam normalniejszą strukturę, nie biją się tak bardzo ze słuchaczem. Nothing People brzmią na nich jak zespół, nie twórcy kolaży losowych dźwięków niskiej jakości
11. Strona A, jest, względem powyższego opisu, standardowa. Zaczyna się nieśpiesznymi i zwyczajnie skonstruowanymi "When I Drink" i "It's Not Your Speakers". Ten drugi wcześniej ukazał się na pierwszej części kompilacji "World's Lousy With Ideas" i owszem, ten riff gitary nie zmieni się przez całe cztery minuty. "Pushing Buttons" i "1-11" to okolice psych-drone'u.
12. Od wspomnianego "Another Rattle" na stronie B zaczyna się robić nieprzyjemnie. Po nim następuje "Janet". Musi być jakaś metoda w nazwaniu najokropniejszego kawałka na płycie kobiecym imieniem. Całość wieńczy wspomniany, niesamowity i totalnie zrezygnowany cover Barretta.
13. Zeszłoroczny "Soft Crash" to zwielokrotnienie nieprzyjemności. To już jest piasek w maku i papier ścierny zamiast ręczników. "Soft Crash" brzmi dobrze tylko jeśli masz naprawdę marny dzień.
14. Co zresztą jest cechą płyt bardzo nielicznych. Postuluję istnienie większej ich ilości. Lub redukcję marnych dni.
15. Cholera. Tyle słów, a tak mało powiedziałem. "Late Night" jest albumem wspaniałym, jednym z najlepszych winyli ostatnich czasów. Nie znam lepszego albumu o inercji i, przez moją inercję, nie bardzo chcę znać.
16. The Young mają pecha:
- wydali album na Mexican Summer, czyli labelu, którego włodarze uznają wycenienie zwykłego 150-gramowego winyla na 20 dolarów za dobry ruch marketingowy,
- album ukazał się jesienią 2010, kiedy wszelakie oznaki popularności katartycznego pseudoromantycznego post-indie umarły należną im śmiercią.
- krytycy, zamiast zajrzeć do całkiem interesującego (pomimo ceny płyt) katalogu Mexican Summer, mają niewytłumaczalnie większą potrzebę wspominania wątpliwej jakości plażowych śpiewanek Best Coast,
- jedynym krytykiem, który go nie pominął był Andrew Earles zajmujący się (prócz sporządzania biografii Jaya Reatarda) przeegzaltawianiem rubryki Still Single.
(16.1. Tak, "przeegzaltawianie" to moje nowe ulubione słowo.)
17. Tym gorszy pech, że to naprawdę świetne nagranie. Faceci przerobili dom na prywatne studio nagraniowe. Fakt ten został udokumentowany zdjęciami zdobiącymi kopertę winyla.
18. Co też nie jest zupełnie standardowe. Ich pierwsze trzy demka, z czego ostatnie zostało wydane na siedmiocalówce nakładem Criminal IQ, to był punk w stylu późniejszego Tokyo Electron. Nie było tam mowy o subtelnościach i brzmieniówce.
19. A teraz wyskakują z czymś takim. Płyta ukształtowana kompletnie. Świetnie poukładana. Niesamowicie brzmiąca. Space-power-pop? Nie mam pojęcia. Najwyraźniej zabrałem się za rekomendowanie nieopisywalnych zespołów.
20. Deal jest w każdym razie taki: faceci kroją duże melodie, na podobieństwo wspomnianego indie z drugiej połowy lat '90. Wszystko jest przepuszczone przez masy reverbów i pięć warstw echo. Piszę "space", ale oni nie jadą tematyką obcych cywilizacji całujących się z Ziemiankami w ciasnych spodniach, tylko grają o złych czasach za pomocą kosmicznych dźwięków. Cholera, nawet okładka ich płyty to zadeszczowione okno późnym popołudniem.
21. Zresztą, nie mam się z czego tłumaczyć. Regularnie wszystkie polecane dziś płyty puszczam w audycji. Posłuchajcie, w wolnej chwili.
22. Przy okazji wymiany złośliwych komentarzy pod recenzją Japandroids jedna z czytelniczek screenagers zaczęła narzekać, że ostatnimi czasy wszystko w muzyce zaczyna mieć przedrostek psych-. Jest to częste zjawisko, to prawda. Ale jednocześnie fuck me sideways, jeśli mi się to nie podoba. Psych jest cholernie potrzebny. Ludzie biorący nielegalne stymulanty w celu stłumienia depresji są proszeni o nagrywanie jak największej ilości muzyki. Niesamowicie się takowe przydają w życiu.
23. Znajduję jeden punkt odniesienia do brzmienia The Young - "American Haircut" Dead Luke. Podobnie depresyjne, choć tworzone zupełnie innymi środkami. I płyta jest dwukrotnie tańsza.
24. Polecam także ZOND. Pisałem o niej w OOP. Pisałem w podsumowaniu 2010. Muszę o niej wspomnieć jeszcze raz, bo tak genialnie uzupełnia się z powyżej poleconą płytą. Dubelt Young/ZOND w odtwarzaczu to stała playlista większości ostatnich wieczorów. To znaczy tych, którymi nie rządzi Fabio Orsi.
25. Rozpływam się wobec brzmienia tych australopiteków. Uwielbiam fakt, że ich kawałki są tak zwyczajnie, nieagresywnie ciężkie. Ukazanie się tej płyty przytłumiło znacząco moje zainteresowanie ostatnim wydawnictwem Bardo Pond. Zapewne niesłusznie, ale nie poradzę.
(25.1. Gdybyście tu zajrzeli przypadkiem i nic nie rozumieli: ZOND oceniam na 9.4. Albo na 7/8. Gdyby ten jeden noise z gitary w prawej słuchawce był trochę głośniejszy w okolicach 2:45 drugiego kawałka, wtedy byłoby 9.5, ale nie jest, więc nie będzie.)
26. Początek pierwszego kawałka brzmi jak chór wyjący w trakcie wyprawy na Marsa w "Odysei Kosmicznej 2001". A zakończenie nazywa się "Apis" i jest grane do wtóru zmiksowanego dźwięku roju pszczół. Że też nikt na to wcześniej nie wpadł.
27. I pomyśleć, że tę płytę kupiłem przez pomyłkę.
28. I pomyśleć, że cokolwiek!
25
kwietnia
2010

Cheater Slicks - Yer Last Record
In The Red 2002

Pissed Jeans - King of Jeans
Sub Pop 2009

feedtime - Shovel
Aberrant 1986
1. Wybuchają wulkany, spadają samoloty, ludzie giną w trzęsieniach ziemi, a ja dopiero w kwadrans po wyjściu z domu zorientowałem się, że to nie jest mój dzień. W autobusie, dokładniej rzecz biorąc, patrząc przez okno.
2. Mam na myśli najgorsze koszmary naszych czasów: nudna praca, która się nie kończy; siedzenie w pociągu opóźnionym o sześć godzin; dobre seriale, które zdejmuje się z anteny w połowie sezonu; koncerty, na których supporty nudzą tak okropnie, że nie masz siły dotrwać do głównej atrakcji; co drugi esej w co trzeciej gazecie dotyczący społeczeństwa konsumpcyjnego; zamknięte biblioteki, wypadanie włosów; krwawiące dziąsła, problemy z erekcją; powiększenie węzłów chłonnych, etc.
3. Powiedzmy, że dostajesz wódkę ze skorpionem. Patrzysz na butelkę pod światło, i rzeczywiście: leży sobie cholerstwo na dnie. Skorpion ma być jadalny, a ludzie, którzy ci to sprezentowali śmieją się zachęcająco. Więc wywalasz kilka kieliszków i docierasz do dna. I przychodzi chwila, że trzeba zjeść tego skorpiona. Więc postanawiasz, że nie będziesz gryzł tylko łykniesz go na raz. Jest mały. Do tego rozmiękczony terapią genetyczną i leżeniem w wódce. Prawie udaje ci się go połknąć, ale któreś z odnóży blokuje ci tchawicę. Znajomi stukają cię w plecy, stosują różnorakie manewry, ale bez skutku. Dusisz się czekając na pogotowie. Kiedy w końcu przyjeżdżają od razu kładą cię na nosze i wiozą do szpitala. Na chwilę przed tracheotomią przypominasz sobie, że skorpion należy do rzędu pajęczaków i zdajesz sobie sprawę, że nie byłoby problemu, gdybyś zdecydował się pogryźć i przeżuć to cholerstwo przed połknięciem.
4. Dzisiejsza tematyka to uzyka sfrustrowana i niezadowolona. I superpłynne przejścia z tematu na temat.
5. Dobra, pamiętacie może artykuł Mcpheetersa, który polecałem jakiś czas temu? Fuck no, pewnie, że nie pamiętacie. Przypomnę: traktował o wokaliście The Crucifucks, facecie nazwiskiem Doc Dart. Rzeczony facet trochę zwariował, porzucił własne nazwisko i kazał nazywać się 26. Chodził na spotkania KKK by głośno obrażać jego członków i policję. Do tego w chwilę po 9/11 wystawił na trawniku swego domu dużą tablicę z napisem "11. września. Sprawiedliwości stało się zadość." I później wieszał jeszcze inne tablice z innymi napisami, drukował i kolportował porąbane ulotki, uznał się za mesjasza i tak dalej, i dalej.
6. Najciekawsze z artykułu było podsumowanie. Mcpheeters pisze: "Wiek średni jest trudny dla radykałów, ale jest jeszcze trudniejszy dla radykałów których główną formą aktywizmu były publiczne występy. Trzej mędrcy hardcore punku: Biafra, MacKaye i gwiazda filmowa Rollins - przenieśli się na wyżyny artystyczne, ale żaden z nich nie zachował gniewu ich wczesnej muzyki. Byłoby to rzeczą wprost niemożliwą. Człowiek znany niegdyś jako Doc Dart musiał pracować ciężko by swego gniewu nie podtrzymywać."
7. Teraz płynne przejście do Cheater Slicks. Gdyby narysować wykres gniewu w ich twórczości, zaczęlibyśmy od nisko położonej kreski oznaczającej wczesną twórczość jeszcze jako kwartet, w połowie lat '80. Ich basistą był wtedy brat G.G. Allina, Merle. Grali zwyczajną garażówkę. Później wyrzucili Merle'a i zostali triem. Przy perkusji siedzi Dana Hatch. Grał kiedyś w Half Japanese. Braci Fair wymienił na braci Shannon, którzy w Slicksach obsługują gitary. Gitar tych nie stroją i raczej nie wygląda na to, żeby kiedykolwiek mieli nastroić.
8. Tendencja zwyżkowa: 
9. W każdym razie, wykres strzela w górę na początku lat '90. Wydają wtedy kilka singli. Wśród nich "Grounded / Can It Be", które później znajdą się na albumie "Whiskey". Ze standardowej garażówki Slicks stają się mityczną, atonalną dwugitarową bestyją. Zaczęły krystalizować się standardy zespołu. R'n'R odarty do wymaganego minimum, niewesoła tematyka, jęczane i charczane wokale. Plus covery kompletnie zapomnianych grup garażowych z lat '60tych. Krążące po soulseeku kompilacje ich coverów ("Songs We Taught The Cheater Slicks") są niesamowite. Lepsze nawet niż te Crampsów, rzekłbym.Dwa szczególnie przeze mnie ulubione kawałki z tych składanek to "Walk Up The Street" Modern Lovers i "Mystery Ship" Mystic Tide.
(9.1. Artykuł o Mystic Tide)
10. Z oboma wspomnianymi kawałkami wiąże się zresztą jedna historia. Otóż największy moment tryumfu Slicks przypadł na album "Don't Like You", kiedy promować zespół próbował Jon "Złamas" Spencer. Materiał na ten album został nagrany (i wieść niesie, że był mocarny) i dopiero później Spencer zabrał się za swoje wspaniałe miksowanie. Efektem tego był album niezły, z jednym naprawdę okropnym wypełniaczem, "Sensitive Side", gdzie Spencer oddaje kudosy w stronę zespołu. I, co ważniejsze, nie znalazł się na nim "Walk Up The Street". Nie znam fana Slicksów, który zrozumiałby tę decyzję. Tutaj można przeczytać o wczesnym demo albumu. Wieść gminna niesie, że In The Red wydadzą "Don't Like You" w tym roku dołączając do niego rzeczone demo. Trzymam kciuki za wydanie tego na CD, bo nie bardzo uśmiecha mi się dopłacanie za wysyłkę zestawu dwóch LP zza Atlantyku.
11. Musiałem rzucić monetą by zdecydować, czy polecać "Whiskey" czy "Yer Last Record". Mówię zupełnie poważnie. Oba są znakomite, ale różnią się znacząco. "Whiskey" to magnum opus, tak z zamierzeń jak i wykonania. Materiał na nim jest praktycznie nie do ruszenia. "Possession" to żelazny klasyk, grali go później The Dirtbombs. Jest (znów) mocarny cover "Leave My House" The Modds. Strona B winyla, to "Thinkin' Some More" rozwinięty w półgodzinny jam. Wersja kompaktowa dołączyła jeszcze cztery kawałki z dwóch singli poprzedzających "Whiskey" i to ją polecam ścigać w sklepach. "Grounded" z pierwszego singla to kawałek nie do ominięcia.
12. I wreszcie docieram do "Yer Last Record". Nazwali go tak nie dlatego, że to ich ostatni album. To ma być twój ostatni album. I niech mnie pokręci jeśli ta płyta tak nie brzmi. Słuchanie tego jest jak dializa, lewatywa i wytarcie nosa na raz. Niemożebnie oczyszczające. Tutaj nie ma coverów ani przebojów, jak na przykład "Refried Dreams". Kawałki 3.-5. to najlepsza i najbardziej dołująca sekwencja w ich karierze (a należy pamiętać, że cała kariera tych gości polegała na graniu dołujących piosenek) .Na początku jest ballada traktująca o samotności kolejarza, zaraz po niej naprawdę obleśna historyjka o prostytutce zwanej Miss Q. Trzeci jest "Green Light", który zaczyna się i kończy feedbackiem ze wzmacniacza lampowego. Rozkręca się powoli i nigdy tak naprawdę nie startuje, ale trudno tego oczekiwać od kawałka traktującego o czołganiu się po podłodze w pijackim amoku. Niektórzy zwą tę piosenkę marnym przejawem egzaltacji, ale to gówno prawda. Tak brzmią złe czasy. Tak powinny brzmieć złe czasy.
13. Mówiłem - dializa. Później wystarczy spojrzeć na tytuły: "Please Explain It", "Stop Breeding", "Just Do It" i, oczywiście na końcu albumu "Goodbye" rymują z "die".
14. Ciekawa sprawa, bo Cheater Slicks się nie uspokoili. "Walk Into The Sea" jest jeszcze głośniejszy i momentami sprzężenia zbliżają ich brzmieniem do The Heads. I znów zaczęli grać covery zapomnianych piosenek (vide znakomity "Run, Run, Run"). Porównanie do Headsów nie jest tak głupie jak by się mogło wydawać, bo w zeszłym roku wyszedł "Bats In Dead Trees" z czterema instrumentalnymi jam'ami. Opinie na temat tego nagrania są podzielone, ale fakt faktem, że lampówki nie zdążyły im wystygnąć. Zwłaszcza jeśli dodać do tego singiel "Erotic Woman"...
15. Jestem niesprawiedliwym człowiekiem. Zawsze uważałem Pissed Jeans za biedniejszą wersję Clockcleaner. Porządny dirge nigdy nie wychodził im tak łatwo i znakomicie jak Sharkeyowi i spółce. Co tam Clockcleaner, zamiast "I Don't Need Smoke" za każdym razem wybrałbym chętniej "Dog" The New Flesh. Patrząc na albumy: "Shallow" brakowało posranego poczucia humoru, które pomagało trzymać się "Nevermind" nawet kiedy Sharkey odstawiał swoje najdłuższe i najmniej potrzebne brandzle feedbackowe. "Hope For Men" jest potwornie nierówne. Najlepszy z niego był kawałek o jedzeniu lodów. Tutaj jest jego teledysk.
16. Żeby nie było, że nie lubię Pissed Jeans. Mówiłem, niesprawiedliwy jestem. To znakomity zespół, tyle że zawsze ich płyty przegrywały z płytami innych zespołów.
17. A teraz nie ma Clockcleaner, nie ma New Flesh. Rozpadł się niedawno Drunkdriver, niedługo wyjdzie ich pośmiertny ostatni album. Nowe Twin Stumps będzie w maju. Inni przedstawiciele porządnego testosteronowego punku (Pigeon Religion, Condominium, White Load, Birth Control, Fresh Meat, et al) są w fazie nagrywania limitowanych singli. Oczywiście, istnieją ogromne szanse na to, że z tej fazy nie wyjdą i nigdy nie ukażą się ich albumy długogrające, ale fuck that, to mój ciąg logiczny i będę się go trzymał.
18. "King of Jeans" broni się względem wszystkiego co wymieniłem powyżej. Wzruszam się słysząc, że zespół myśli. Porzucili podrabianie Flippera i pozwolili gitarzyście tłuc riffy takie, jak w stylu wymienionego "Still Got You (Ice Cream)". Efektem tego jest płyta z całą gamą mocarnych zagrywek.
19. Należy nadmienić, że twórczość Pissed Jeans należy do gatunku post-frustracja. Posłuchajcie "Dream Smotherer" (chyba najlepszy na płycie). "I don't mind/Stacking the papers in a pile" przy założeniu, że da się podmiotowi lirycznemu spać. Socjologowie i inne darmozjady mogą (i pewnie później będą) to analizować pod względem rysu pokoleniowego, ale mnie to wygląda na zwyczajne pogodzenie się z dupnością wszechświata. Jest jeszcze kawałek o zaglądaniu kobietom pod spódnicę, o fetyszyzacji piercingu, oglądaniu filmów dozwolonych od lat 18., itd.
20. Najlepszy tekst ma "Dominate Yourself". Facet po kolei wylicza złe pomysły, które mogą przyjść do głowy każdemu facetowi. Kobietom nie, kobiety są zbyt mądre by wydać wszystkie swoje oszczędności, spić się do cna przed ważnym wydarzeniem czy zamknąć się w klatce. A to wszystko zostaje wyliczone. A później jest refren, który cytuję dziś w tytule.
21. Są jeszcze dwa kawałki sludge'owe. Krótszy, mocno sleazowaty, traktujący o masażu i dłuższy o byciu zmęczonym. "Spent" to jeden z moich ulubionych kawałków zeszłego roku. Riffu do niego Melvins szukają od kilku(nastu) dobrych lat, i za cholerę nie mogą znaleźć.
I slept for eight hours
And woke up tired
Thought about my desires
But I'm too nervous to try
Yeah, I looked in the mirror
Some blemishes I can't hide
I drank a cold glass of water
But it didn't satisfy
I na to ostatnie "satisfy" znów wchodzi riff. I teraz najzabawniejsza rzecz. Takie zagrywki wcześniej odstawiali Birthday Party i Scratch Acid, ale Cave i Yow mówiliby wtedy raczej o wariatach, trupach i demonach, niż o prozaicznym byciu potwornie zmęczonym. Patrzcie jaka gitesna proza.
22. Plus, jak świetnie brzmi ten album! Posłuchajcie crunchu w bardzo gitarowej gitarze. I jakże perkusyjna perkusja! Za konsoletą siedział Alex Newport. Kojarzymy go z gitary w Fudge Tunnel i Theory of Ruin. Jego produkcję kojarzymy z drugiej płyty 400 Blows.
23. Kolejna gładka zmiana tematu do kolekcji. Facet, który nakręcił teledysk Pissed Jeans linkowany powyżej nazywa się Monty Buckles. Ten pan na codzień nagrywa głupie teledyski dla gangsta-raperów z kalafiornii, a wieczorami grywa w zespole Lamps. Pisuje też artykuły do kilku zinów. W Z-Gun #3 ukazał się jego wywiad-artykuł o feedtime.
24. Gładko, nie? Mówiłem. Oto jak zaczynał się ów wywiad:
"Rick (gitarzysta): Znajomy imieniem Doug powiedział mi kiedyś, że zamierza zabić swego ojca. Jako że zgodziłem się, że powinien to zrobić pokazał mi sposób, w jaki zamierzał tego dokonać. Gość ustawia butelki na płocie. W przytwierdzoną do stołu rurkę wkłada stary nabój do strzelby. Bierze młotek i dłuto. Uderza. Rozwala wszystkie butelki, większość płotu i urywa końcówki wszystkich palców swej lewej dłoni. Trzeba przyznać, że był to niezły rezultat obiecujący sukces założonego planu, ale jego pierwsze wykonanie było dość marne. Zaprowadziłem go na chirurgię, za jego prośbą. Doug nie zrobił nic swemu ojcu tamtej nocy, ale miał wtedy dopiero dwanaście lat i jeszcze wiele czasu na spełnienie swoich marzeń. Opuściłem tamtą okolicę niedługo potem i niestety nie usłyszałem żadnych wieści na jego temat, ale życzyłem mu powodzenia."
25. Tekst ma masę takich ciekawostek. feedtime (pisany małymi literami, jak e.e. cummings) działali w Sydney. Na początkowych koncertach ilość ludzi w zespole przewyższała ilość ludzi w publice. Ich pierwszymi fanami byli gangi motocyklowe z najobskurniejszych pubów z obrzeży Sydney. Gość z Hard-Ons wspomina, że kiedy pierwszy raz ich zobaczył na parkiecie było tyle krwi, że ludzie się na niej ślizgali. Brzmieli trochę jak X, choć zaczęli grać wcześniej niż oni.
26. Jest też zdjęcie. Trzech roboli z niekompletnym uzębieniem i kraciastymi flanelami. Jeden z nich jest teraz stolarzem, drugi prowadzi firmę robiącą grafikę komputerową. Nie wiadomo czym zajmuje się trzeci.
27. "Shovel" to ich najlepszy album i trudno na ten temat wszczynać dyskusje. Sam zespół zgadza się z tym osądem, choć zaznaczają, że ich debiut też był udany. "Brzmiał odpowiednio surowo", mówią.
28. To są protoplaści gatunku zwanego pig-fuck. Noise rock z zagrywkami z country. Gitara grana slide'em, wiejskie zaśpiewy i sekcja rytmiczna tłucząca alternatywny soundtrack do "Hell's Angels". Zero gotyckiego bullshitu lub jakiejkolwiek pozy.
(28.1. Co do pozy. Ci faceci raczej nie występowali z innymi zespołami na scenie. Ich "tournee" polegało na dwukrotnym wyjeździe do Melbourne, przy czym raz musieli zapakować do bagażnika dodatkowe karnistry z benzyną, bo stacje paliwowe strajkowały. Na poczatku grali za tyle, żeby pokryć koszt wypitego piwa. Później odkładali trochę, żeby zapłacić za nagranie i wydanie następnego albumu. Za każdym razem oszczędzali trochę więcej, więc kolejne albumy brzmią coraz lepiej.)
(28.2. No kurna, AmpRep wydał ich dwa albumy, a właściciel wytwórni, Tom Hazelmyer, nigdy ich nie widział na oczy. Wszystko ustalali faksem bo rozmowy z Australii do USA były niebotycznie drogie.)
29. Nie szukajcie tego albumu, bo i tak nie znajdziecie. Po normalnej cenie, znaczy się. Ich wytwórnia, Aberrant, już nie istnieje. Jeśli jesteście gotowi zapłacić dużo, to proszę bardzo. Ja czekam na remastery. Może Aztec ich wyda?
30. Przy okazji, mam plan. Kiedy będę w końcu miał szmal, kupię kopię SG-1 epiphone'a i będę w kółko grał 15-minutową, noise'ową wersję "Dead Punk" Pixies. Zespół będzie się nazywał Łebki Od Zapałek. Kto jest ze mną?
27
lutego
2010

X - X-Aspirations
X Records 1979, Amphetamine Reptile 1992, Aztec 2009

Eddy Current Suppression Ring - Rush To Relax
Aarght!, Goner, Melodic 2010
1. To jest chyba trzecia wersja tej rekomendacji. W poprzednich popadałem w egzaltację. Chciałem napisać, że szczęście jest w gruncie rzeczy tylko błędem statystycznym, że grałem w Rock Band, że nadmierne komplikowanie jest głupie, że należy umieć stwierdzić, że określony moment jest naprawdę gitny, że talent w muzyce jest przereklamowany, że Australia, że Wiech, że prof. Wilczyński z Gdańska, że literatura XIX w, i tego typu idiotyzmy.
(1.1. Tak, grałem w Rock Band. Z 12-letnim kuzynem. Założyliśmy zespół The Kurczaks. Siedziałem przy perkusji. Z pięć razy zepsułem "Mississippi Queen".)
(1.2. Po którymś zepsuciu tego kawałka chciałem zmienić piosenkę, ale kuzyn rzecze w te słowa: "Gramy dalej, The Kurczaks nigdy się nie poddają!". Zlecę wygrawerowanie tego na moim nagrobku.)
2. To jest trzecia wersja tekstu, bo to ma być proste. Przy dwóch polecanych zespołach nie bardzo przystoi pisanie elaboratów. Oba albumy nagrano w ciągu jednego dnia. Oba są przykładami punku australijskiego. Oba są nieskomplikowane.
3. Co nie znaczy, że elaboratów nie napisano. O X, na przykład, popełniono bardzo gitny esej. Jest w książeczce dodawanej do remasteru "X-Aspirations". Warto przeczytać, bo daje niezłe światło na australijską scenę punkową przełomu lat '70 i '80.
4. X to właściwie uber-przykład porządnego zespołu punkowego. Wydali singiel, który zapakowali w zwykłą nieoznaczoną kopertę, ich pierwszy gitarzysta umarł przez złoty strzał, pisali i śpiewali krótkie piosenki o głupocie policji i Batmanie, dzielili nazwę z bardzo średnim zespołem glam-punkowym z Los Angeles, byli wyrzucani z większości klubów w Sydney i swoje magnum opus nagrali w cztery godziny, z czego półtora przeznaczyli na miksowanie. Wszystkie standardy zachowane.
5. Gitarzysta od złotego strzału nazywał się Ian Krahe. Nagrał z zespołem demo czterech kawałków (wyszły później na składance "Why March When You Can Riot?". O ile się nie mylę, wznowiono owe demko na winylu). Po jego śmierci zespół grał jako trio: Steve Cafiero na perkusji, Ian Rilen na basie i Steve Lucas na gitarze i gardle.
6. To jest moment, w którym puszczacie sobie "Suck Suck". Jeden z najlepszych kawałków otwierających w historii punku. Reszta jest oczywista: znacie kawałek i uśmiechacie się na jego dźwięki, nie znacie kawałka i uśmiechacie się na jego dźwięku, lub nie uśmiechacie się i wracacie do słuchania jeszcze bardziej nowego, jeszcze bardziej rewolucyjnego albumu jeszcze bardziej Joanny Newsom. Wasz wybór.
7. Na marginesie: dałbym się pokroić za brzmienie gitary w "Simulated Lovers", za melodię (i refren!) "Delinquent Cars", za hymniczność (i trafność) "I Don't Wanna Go Out". Właściwie za cały album dałbym się pokroić. Jednak nie taki marginalny ten margines.
8. Eddy Current są wszystkim tym, czym nie potrafili (albo nie chcieli) być przeintelektualizowani Talking Heads tytułujący swój album "More Songs About Buildings And Food".
9. "Rush To Relax" mógłby równie dobrze nazywać się "More Songs About Girls, Being Broke And Relaxing".
10. Tym razem dostajemy piosenki o lęku, o olewaniu całego świata, o byciu dżentelmenem, o izolacji, o niepewności i o przepraszaniu. I jeszcze na koniec o odpoczywaniu, ale o tym opowiem za chwilę.
11. ECSR mnie doszczętnie rozbrajają swoim kompletnym brakiem ironii w podejściu do tematu piosenki rock 'n' rollowej. Teksty ich piosenek nie mają drugiego dna. Nie udają niczego. To chyba najprawdziwsza i najzwyklejsza muzyka jaką znam.
(11.1. Aktualnie moim ulubionym kawałkiem Antypodziaków jest "Pitch A Tent" z ich debiutu. Tematyka i stylizacja dokładnie taka sama jak w "Playhouse" Beat Happening, ale popatrzcie na linijki kończące podane trochę delikatniej niż reszta tekstu:
"I'll even lay a road
so you can come on home
come on home to me"
Plus ten riff. Zabity jestem. Gdybyście robili składankę dla jakiejś dziewczyny ten kawałek musowo się musi na niej znaleźć.)
12. Z góry było wiadomo jak będzie brzmiał ten album. Zmiana jest tylko w tonie. Jest znacznie bardziej nerwowy niż dwa poprzednie. Niektórych recenzentów zaskoczyły klawisze zastępujące gitarę na "Second Guessing" lub dłuższe jamy, ale to absolutnie nie zdziwi fanów, którzy słyszeli siedmiocalówkę "Demon's Demands", oba single Total Control i album Ooga Boogas. Dwa ostatnie są projektami pobocznymi gitarzysty ECSR. Gość ma jeszcze jakiś projekt goth-rockowy, ale nie słyszałem. I raczej nie usłyszę.
13. Fakty są proste: poza Bardo Pond nie ma drugiego zespołu, który częściej gościłby na moim przenośnym odtwarzaczu przez ostatnie dwa lata. Będąc na koncercie Nomeansno w zeszłym roku kapnąłem się ile bym dał, żeby NMN zamienić na ECSR (ale na to szans nie ma, faceci są mocno zajęci swoim życiem; nie wiadomo nawet, czy będzie trasa po Stanach). Konkluzje wyciągnąć mogę dwie: albo przestałem być wybredny, albo ECSR robią tak cholernie dobrą muzykę.
14. Powiem więcej: Eddy Current to jeden z najlepszych zespołów obecnymi czasy. Gdybym miał mieć dzieci, i za lat kilkadziesiąt spytałyby mnie o muzykę początku trzeciego tysiąclecia z półki wyciągnę wszystkie trzy płyty ECSR. A gdyby jeszcze zainteresowały się skąd na Antypodach wzięło się takie granie, puściłbym im "X-Aspirations".
15. Ostatni kawałek na "Rush To Relax" jest na początku wyraźnie spięty, a na końcu się rozpina. I zawiera linijkę o tym, że wyjeżdżasz na wakacje, z których nie zamierzasz nigdy wracać. To może być metafora, to może być hiperbola, ale też może to być po prostu wykurwiste ostatnie zdanie, po którym wszystko się uspokaja i przez dwadzieścia minut lecą odgłosy australijskiej plaży.
16. Rozbrajają mnie dokumentnie. Mówiłem.
17. "X-Aspirations" jest do kupienia po siedem dych tutaj. A "Rush To Relax" za dych pięć (obie ceny z przesyłką) tutaj. Melodic daje też od razu link do całego albumu we FLAC.
18. Na koniec moja recepta na maksymalizację gitnych momentów w życiu: kupuj płyty, czytaj książki, pij herbatę, jedz ulubione żarcie, umawiaj się z dziewczynami, które faktycznie lubisz i z którymi gitnie odpoczywasz, nielubianych ludzi olewaj, pierdol telewizję i radio polskie. I słuchaj australijskiego punk-rocka.
19. Proste.
14
lutego
2010

Ty Segall & Black Time - split
Telephone Explosion 2009

Long Legged Woman - Nobody Knows This Is Nowhere
Pollen Season 2009

Dry-Rot - Philistine
Parts Unknown 2009
1. Czy kogoś poza mną śmieszy tak bardzo tytuł nowej płyty Xiu Xiu? "Dear God, I Hate Myself" to chyba szczyty hipsterskiego braku ironii. To brzmi jak tytuł, który wymyśliłby Mark Prindle, gdyby chciał prześmiać Xiu Xiu. I jeszcze smutna facjata tego klienta na okładce płyty...
2. Dziś będzie o Efemerydach, o Prawdziwości Muzyki i jeszcze raz o Dymaniu Punku
3. Zacznijmy od tego ostatniego. Jan Błaszczak i jego "rekapitulacja" punk/noise zeszłego roku. Wiem, że to będzie tanie z mojej strony, ale mam podły humor, a każda okazja do wyżywki jest dobra. Poza tym, o ile pamiętam Porcys jakiś czas temu komentował rubryki muzyczne pism. No to zabawmy się w to samo. Wnioski płynące z tekstu Błaszczaka:
- nowe płyty Future of The Left i Iggy'ego Popa nie są gównem;
- AIDS Wolf są czymś więcej niż zrzynką z Arab On Radar;
- Fontana to najcięższy zespół z wytwórnii X!, a Tyvek jest "stosunkowo melodyjny";
- Shitty Limits brzmią jak Jesus Lizard;
- Intelligence brzmią jak Cows;
- Wicked Awesomes! są wyjątkowo kreatywnym zespołem;
- od remasterów "X-Aspirations" i reedycji całej dyskografii Flippera ciekawszy był remaster Jawbox;
- nowy album coraz bardziej drętwego Boba Moulda był większym wydarzeniem dla punku w 2009 roku niż nowy album Billa Orcutta;
- ktoś jeszcze czyta NME (Billy Childish napisał swego czasu o tym piśmie fajną piosenkę);
- pogłoski o śmierci Jaya Reatarda były mocno przesadzone (nawet jeśli to dotyczy początku 2010 roku)
I jeszcze trzy ulubione cytaty z tekstu, tak dobre, że nie wymagające komentarza:
"Punk, noise i pochodne przyjemności nie były kluczem do zrozumienia upływającego roku, potwierdzając zazwyczaj generalne tendencje."
"Oczywiście >>Punk Holograms<< najbliżej do Sonic Youth z okresu "Daydream Nation", ale to jeszcze nie załatwia sprawy, bo jeszcze słychać Stooges, Joy Division, Black Flag i inne."
"Ziomy z Seattle chyba nie całkiem się jeszcze otrząsnęły po śmierci Cobaina, bo mają rozbiegane oczy i szaleją."
4. I nawet nie pytajcie o Filipa Szałaska uparcie walczącego ze składnią języka polskiego lub "obrońców indie-rocka". Szkoda bajtów.
5. Punk to tak naprawdę tylko chwila. Złuda. Efemeryda. Wejdź do garażu, nagraj niedokończoną piosenkę na ośmiościeżkowcu, wydaj ją na 50-ciu CDrach. Okładki kseruj. Teraz zajmij się pracą i odpocznij od grania w zespole. Jeśli będziesz miał szczęście po dwóch latach zgłosi się do ciebie jakaś mała wytwórnia płytowa i zaproponuje ci wytłoczenie siedmiocalówki w 300-tu kopiach. Jeśli ruszysz po tym w krótką trasę popsutym, starym vanem i trochę rozsławisz swój zespół to sprzedasz te 300 singli i wydawca będzie mógł oddać zaległy szmal tłoczni.
6. W pięć miesięcy od premiery cały nakład singla zostaje wyprzedany. Po roku jego używane kopie kosztują już cztery razy więcej na ebayu. Po dwóch latach pamiętają o nim tylko twoi znajomi i garstka fanów. Kiedy wychodzi LP twój zespół już nie istnieje. Wokalistka z basistą założyli swój własny projekt. Wydali też pół-bootlegową płytę CD w nakładzie 400 kopii z jedynym materiałem, który nagraliście w profesjonalnym studiu. Płyta już się wyprzedała, strona wytwórni już nie działa, może nigdy nie działała? Gitarzysta twojego byłego zespołu zakłada solowy projekt - na scenie występuje z dwoma przebranymi manekinami. Wśród zapaleńców wciąż krążą wydane dawno temu CDRy. Może ktoś to jeszcze kiedyś wyda?
7. Nie wymyśliłem tej historyjki. Tak było z Mutators. Te dwa projekty wynikłe z rozpadu zespołu to Sex Negatives i Random Cuts. I tak, ten klient z RC naprawdę gra z dwoma manekinami na scenie.
8. To jest bardzo fajne w tym całym punku. Chwila, moment, błysk i nie ma zespołu. To samo przerabiali poeci romantyczni. Słowacki właściwie niewiele tekstów skończył, pozostawił po sobie masę szkiców, jest kilka zapisów jego poetyckich bitew z Mickiewiczem w Paryżu. I już. Pstryk! I teraz głowcie się, specjaliści, o co w tym wszystkim chodziło.
9. Bardzo kręci mnie bycie takim archeologiem muzyki naszych czasów. Dużo trzeba kopać, ale jaka to radocha! Dziś polecam trzy winyle z punkiem. Żeby nie było, że kocioł garnkowi. Czy coś.
10. Long Legged Woman pochodzą z miasta o nazwie Athens, w stanie Georgia. Prez większą część zespół składał się z dwóch członków, którzy zajmowali się robieniem noise-psych-drone'u, wydawanego na ręcznie zdobionych CDrach w śladowych ilościach (maksymalnie 100 kopii). Dwie polecane dziś płyty nagrali we czterech, przed przeprowadzką do San Francisco. Statystyki zespołu, podług ich myspace, przedstawiają się tak: 8 CDrów, 1 kaseta, 1 marmurowa siedmiocalówka w losowych kolorach i 1 czarny LP.
11. Jestem bardzo szczęśliwym posiadaczem dwóch ostatnich (trafiłem czerwony singiel). Nie żebym był bardzo szmalasty i się teraz chwalił. Miałem fuksa. Właścicielowi Thor's Rubber Hammer zapieprzono przed świętami laptopa i żeby zakupić nowy obniżył cenę wszystkich płyt. A że zaraz przed tym faktem dostał do sprzedania jeszcze 50 kopii płyty LLW, za całość zapłaciłem w sumie 15 dolców. Teraz już się tego kupić tam nie da. Widzicie teraz co próbuję powiedzieć? Moment.
12. "Nobody Knows This Is Nowhere" to znów efemeryda: noise-punk z południowym zacięciem, brzmiący trochę jak Unwound z okresu "New Plastic Ideas", ale ze znacznie bardziej psychową krawędzią. Jedyne takie nagranie w historii zespołu i aż dziw bierze, że z grania bedroom-psychu potrafili przeskoczyć w coś takiego.
13. Album jest grany na kompletnym bezdechu. Wszystko tu jest supergłośne i ultradudniące. Tempo spada dopiero w końcówce przedostatniego kawałka, by znów zacząć łupać w utworze ostatnim.
14. I goście się zupełnie nie szczypią. Piszą świetne prostackie riffy, które zupełnie by nie działały, gdyby nie odstawili tak świetnej brzmieniówki. Kiedy grają dłuższy jam psychowy, to nazywają go po prostu "Psych Jam". Cholernie podobają mi się wokale. Często deklamowane jak zwykli robić The Heads. Posłuchajcie jak w "He Was A Narc, But We Loved Him Anyway" facet deklamuje trochę poza rytmem swoim drżącym głosem. A w tle łomot. Coś wspaniałego.
15. LLW już nie istnieją. Dwóch gości z tego zespołu gra teraz w CCR Headcleaner. Tutaj jest nagranie ich występu. Może wydadzą płytę, a może nie. Jeśli wydadzą, będzie pewnie dostępna przez dwa tygodnie i zniknie. Jacyś nieokreśleni członkowie LLW nagrali cdr z nieokreślonymi członkami Dark Meat jako Sweet Teeth. Nazywa się ta płyta "From the Fourth Hand..." i można ją przesłuchać i nabyć tutaj. Nawiasem mówiąc: Thor's Rubber Hammer sprzedają płytę jeszcze innego projektu pobocznego Dark Meat: Gay Africa. Też polecam.
15.1. (Zapomniałem wspomnieć o gitesnych międzymuzycznych nawiązaniach. "Nobody Knows This Is Nowhere" nawiązuje do płyty Neila Younga, a CCR to Creedence Clearwater Revival.)
16. Ty Segall to już postać znana. Facet tworzący w tym nowym-starym psych-popowym kręgu Zachodniego Wybrzeża (Thee Oh Sees, Ganglians, Mantles, te sprawy). Trochę dziwnie się czuję pisząc o nim dopiero teraz, podczas gdy w audycji puszczam jego kawałki od dwóch lat z okładem. To znaczy, jego i zespołów w których grał. Wcześniej był perkusistą Traditional Fools, teraz jest w Sic Alps. Wydał też niedawno świetną płytę z Mikalem Croninem (z Charlie & The Moonhearts).
17. Uwielbiam jego solowy materiał. Facet pisze najprostsze i jednocześnie najchwytliwsze kawałki pod słońcem. Ramonesowe, półtoraminutowe surf-punkowe skakadła-krzyczadła. Człowiek się nawet nie kapnie, że to takie dobre, dopóki się nie zorientuje, że przez miesiąc w myślach powtarza sobie melodię z jednej z jego piosenek. Posłuchajcie "Can't Talk" z jego drugiej płyty, albo "The Drag" z pierwszej. Właściwie, posłuchajcie czegokolwiek tego faceta. W marcu na Goner wychodzi nowy album. Do niedawna jeszcze na Captcha Records dostępny był winyl "Horn The Unicorn" (niedługo ma być wznowienie) ze zbiorem singli i kawałków ze splitów. 40 minut materiału, prawie całość z tego prima sort. Naprawdę mocarz ten Segall.
18. A Black Time to trio brytoli, jedyny zespół, który da się brzmieniowo porównać z The Hunches (no dobra, przesadzam, więcej jest takiego trash-punku na świecie, Francuzi z The Fatals na przykład...) Przy czym, tam gdzie Hunches grali bluesa, Black Time robią post-punk. Podobnie jak Segall Black Time wydali masę singli, brzmią lo-fi jak jasna cholera. Ich znakiem rozpoznawczym jest wokalista, którego pseudomelodyjne wrzaski są nagrane jakby w krzyczał nie do mikrofonu ale pustej puszki po zielonym groszku.
19. Mój ulubiony album Black Time to "Midnight World". Bardzo lubię kawałek zamykający, "Escape Velocity". Pamiętam, że słuchałem go często pisząc semestralkę o "Na srebrnym globie" Żuławskiego i próbując udowodnić, że prędkość ucieczki dla naszej planety jest zbyt duża, by ludzie wytrzymali przeciążenie w pocisku wystrzelonym w stronę Księżyca.
20. Anyways, Telephone Explosion to kanadyjska wytwórnia, która wydaje wyłącznie gitne winyle. WGW, mógłby to być ich trademark. Wcześniej na TE wyszła świetna kolekcja singli i odrzutów Demon's Claws pt. "Lost In The Desert". Zapytajcie Marcina z Trashgarage czy to było dobre, jeśli mi nie wierzycie.
21. Tutaj mamy split poskładany z kasety Black Time na stronie B. Kaseta ta nazywała się "Eine Kleine Trash Musik" i była paskudnie limitowana. Jest (była) o tyle gitna, że nagrano na niej chyba jedyny materiał z okresu, kiedy BT byli kwartetem. Brzmią dzięki temu jeszcze głośniej (gitniej) i dobitniej (gitgiteśniej). Posłuchajcie "You Make Me". Pięć słów, dwie linijki, trzy dźwięki. A jaki kawałek!
22. Natomiast strona A to dziesięć minut Segalla robiącego swoje surfowe lo-fi. Jest "No No", które wyszło wcześniej na singlu "Cents", jest świetny cover "Be A Caveman" The Dwarves. I świetny "Swag", który nie został wydany gdziekolwiek indziej. Płyta jest już wyprzedana, oczywiście. Trzeba poczekać na "Horn The Unicorn 2".
23. Do polecenia z Telephone Explosion jest jeszcze świetna składanka "Our Boy Roy" z coverami Roya Orbisona. Mocarna obsada, m.in.: Jacuzzi Boys, Haunted George, Demon's Claws, Red Mass, Cheater Slicks, Charlie & The Moonhearts i Ty Segall grający "Pretty Woman", gdzie brzmi bardzo jak Thee Oh Sees na tej ich najnowszej płycie, której nie lubię. Ale Segall wypadł świetnie, jak zawsze.
24. Na koniec historyjka dwóch braci-chrześcijan. Zespół kompletnie znikąd. O Dry-Rot nigdzie wcześniej nie słyszałem. Nawet nie zauważyłem recenzji na Termbo. Znalazłem ich myspace jakoś przypadkiem. Ależ dziko brzmią! Nisko strojona, mocno przesterowana gitara, jazzowe zagrywki, kwasowe przerywniki. Wokalista drze się i chichocze jakby w trakcie jakiegoś rytuału. Strasznie dziwaczny klimat ma ta płyta. To nie jest granie do pogo.
25. Okazuje się, że na perkusji gra tutaj klient z legendarnego Saccharine Trust. Na Parts Unknown wyszła płyta pod pięknym tytułem "3 Records On 1 CD", zbierająca ich trzy single i jakieś dodatki. Wszystko oczywiście niemniej dziwaczne. Jeden z tych singli to historia jakiegoś seryjnego zabójcy, gdzie kawałki są przerywane cytatami jakiegoś policjanta opisującego metody działania tegoż mordercy. Na końcu jest beznadziejny (ale bardzo zabawny w kontekście płyty) cover "Summertime Blues".
(25.1. W kopercie winylowej znaleźć można kupon, który można wypełnić i odesłać zespołowi na podany adres. Wtedy przysyłają dwie, gęsto zapisane kartki A4 z niezwykle dokładnymi informacjami dotyczącymi sposobu nagrywania płyty, inspiracji i obranej stylistyki. Jest dokładna rozpiska sprzętu i dat nagrań. Można się z niego też dowiedzieć m.in., że tytuł płyty się gitarzyście przyśnił, że "Can A Game Kill Time" to tak naprawdę dwa kawałki zsynchronizowane w obu kanałach stereo i da się go słuchać w ten sposób na trzy sposoby (tylko lewy, tylko prawy, oba kanały), że bas nagrał gitarzysta pod anagramowym pseudonimem. Na końcu jest bibliografia, wśród której są Foucault, Tołstoj, Enroth i, oczywiście, "Nowy Testament".)
(25.2. Najfajniejszą informacją jest dla mnie fakt, że pan krzykacz mógł sobie biegać po całym studiu wedle swojego życzenia, tak jak ma w zwyczaju czynić na scenie. I to doskonale słychać. Obaczcie przytłumione wrzaski na "Honey Stomachs". Albo mocarne wtrącenia w "Mass Love".)
26. To też chwila, przypadek. Jedno kliknięcie mniej i nie podniecałbym się teraz jakimś hc punkiem z Kalifornii (Kalafiornii). A to najlepszy hc jaki słyszałem od lat. Staroszkolny, ale zbrojny w lata obecne. Są tu zabawy kierunkiem odtwarzania taśmy ("All The Crime In The World") i porąbane instrumentale ("Honey Stomachs") przypominające mi DEP, za czasów gdy jeszcze grali dobrą muzykę. I sieczka jest, taka jak trzeba. Polecam też ich najnowszy singiel "Hairless". B-side tegoż jest tak epicki, że aż strach. Zakończyłem nim przedostatnią audycję. Wszystko do kupienia jest tutaj, w sklepie prowadzonym przez sam zespół. Polecam, polecam, polecam.
(26.1. A propos hc punku: Total Abuse będą grać w maju w Lublinie! Trzeba się wybrać.)
(26.2. A propos punku: obaczcie listę moich ulubioności.)
27. Poza tym, Tyvek mi dziś napisali, że chcą zagrać w Polsce. Gites, nie?
24
listopada
2009

Elmo Williams & Hezekiah Early - Takes One To Know One
Fat possum 1998

Andre Williams - Silky
In The Red 1998

Nathaniel Mayer - Why Don't You Give It To Me
Alive 2007
1. "There's something about this song.
This is a song about something there's."
2. To jest piosenka o tym, że któreś z nas musi mieć rację. To jest piosenka o tym, że reżyserzy nie wożą się, ale są wożeni. To jest piosenka o facecie, którzy czuje się niepełny. To jest piosenka o jedzeniu. To jest piosenka o deszczu. To jest piosenka o lobotomii. To jest piosenka o somnambulizmie. To jest piosenka o artyście u kresu swego życia. To jest piosenka o tym, że wszyscy jesteśmy martwi. Znacie takie kawałki? Ja znam. Kiedyś zrobię z nich składankę.
3. To jest akapit o starości. Moralne prawo do mówienia na ten temat nadaję sobie z okazji mojej wieloletniej (i postępującej) martwoty. Bo czy w poczet żywych można zaliczyć człowieka, którego cieszy milczenie jego telefonu komórkowego (i milczenie ogólnie)?
4. To są recenzenci muzyczni. Niewielu z nich właściwie siada lub kładzie się wygodnie i słucha muzyki. Więcej ocenia promosy w redakcji, szlaja się po imprezach i koncertach na które ma darmowe bilety. I pan Redaktor - wielokrotnie dzieciaty, pod czterdziestkę - włazi w tłum młodzieży pod sceną, na półtora godziny udaje że jest młodszy o dwie dekady i pisze, że jest to Wydarzenie. Że to Dzieło. Że Madonna, ach, jakże ona dobrze się trzyma. Królowa popu. A w domu pan Redaktor skrycie pociąga z piersiówki, bo czasopisma już się tak nie sprzedają jak kiedyś, a portale rekrutują młodszych od pana Redaktora. Mniej im płacą, a młodzi i tak chętnie pracują za grosze. Takie czasy.
5. To jest mikrofon. Zawsze zastanawiałem się jak to jest, że mikrofon działa. Bo żarówka jest prosta - prąd do niej idzie i świeci. Natomiast mikrofon odwrotnie - prąd od niego musi odchodzić. Tylko jak głos zmienia się w prąd? Zastanawiałem się w młodości. Niby teraz wiem, ale to pierwotne zdziwienie nad odwrotnością obiegu w mikrofonie pozostaje.
6. To jest blues. Blues jest fajny, bo wszyscy w ramach tego gatunku grają tą samą piosenkę o odchodzącej kobiecie. I ta kobieta zawsze tak samo odchodzi, i muzyk jest zawsze tak samo jest nieszczęśliwy. Konwencja pozostaje ta sama, muzyka bluesowa jako dziedzina sztuki rozwija się bardzo powoli i nikt nie ma nic przeciwko. Właściwie wcale się nie rozwija. Ale nadal nikt nie ma nic przeciwko. To mi się podoba. Popatrzcie do czego prowadzi pęd za innowacją. Te wszystkie zespoły indie grające celestial-space-hypnagogic-pop-dildo-tribal-bedroom-synth-psych. Zapędzili się w kąt, debile.
7. To są Elmo Williams i Hezekiah Early. Elmo urodził się w 1933. Jest od Hezekiaha starszy o rok. Obaj są z delty Mississippi. Obaj przez większość życia pracowali fizycznie.
8. To jest piosenka z albumu "Takes One To Know One". Nazywa się "Nothin' Man". Jest bardzo prosta. Facet śpiewa, że jest człowiekiem-niczym albo człowiekiem-nikim. To nie jest ksywa superbohatera. To szczera prawda.
9. Cały ten album jest bardzo prosty. Tak prosty, że nie sposób na jego temat pisać długie elaboraty. Jego myślą przewodnią jest przegrywanie. W różnych życiowych konkurencjach i aspektach. Podoba mi się taka myśl przewodnia. Kumam ją.
10. To jest zespół The 5 Dollars. Andre "The Black Godfather" Williams jest na zdjęciu, po prawej. Wcześniej miał przydomek Mr. Rhythm bo nie śpiewał, ale rytmicznie mówił. Nie miał wystarczająco dobrego głosu. Ćwierć dekady przepijał wszystko co zarobił tylko po to, by w 1998 wydać "Silky". A "Silky" to album o seksie. Właściwie nie. "Silky" to album o brudnym erotyzmie. Więcej tu zbereźnego przekomarzania się, niż samego seksu.
11. To jest "Lookin' Down At You-Lookin' Up At Me". Kolejna prosta piosenka. Klawisze (chyba hammond, nie wiem) i gitary grają w kółko dwa dźwięki. A Williams ryczy, jak niegdyś Screamin' Jay Hawkins. Tylko teksty ma dosadniejsze. Tłumaczył treści tego kawałka nikomu nie będę. Jest to sprawa indywidualna.
12. To jest inny album Williams'a. "The Black Godfather". Gra na nim masa gitnych garażowych zespołów: Dirtbombs, Compulsive Gamblers. Znajduje się na nim też najlepszy cover The Cramps jaki dotąd słyszałem, "Can't Find My Mind". Grają go (do wokalu Williamsa) Cheater Slicks. Zarekomenduję ich jeszcze kiedyś, zobaczycie.
13. To jest stare zdjęcie Nathaniela Mayer'a. Lata sześćdziesiąte. Mayer grał wtedy w zespole o nazwie The Fabulous Twilights. Miał wtedy osiemnaście lat.
14. A to jest nowsze zdjęcie Mayera. To są już bliższe nam lata. Mayer jest już schorowany. Od roku 1966 wydał jeden singiel i słuch o nim zaginął. Aż w 2002 znów wyjechał w trasę. Później na Fat Possum wyszedł nowy album. Później kolejna, większa trasa. I jeszcze dwa albumy nagrane z Auerbachem z Black Keys i Gregory'im z Dirtbombs. W 2007 ukazuje się "Why Don't You Give It To Me?", i w tym roku "Why Won't You Let Me Black?". Pomiędzy nimi następuje śmierć Mayera, w 2008.
15. To jest piosenka z "Why Don't You Give It To Me?". Nazywa się "Doin' It". Nie wiadomo do końca o czym jest. Brzmi jak zapis złego snu, dziwacznego majaku seksualnego. Facet śpi niespokojnie, przewraca się, poci. Krzyczy. Do tego gra bardzo przefuzzowana gitara, stuka nerwowa perkusja. Instrumenty brzmią jak nagrywane w tunelu. Ale bez uszczerbku na dźwięku. Czyściutki groove. Mayer jest fantastyczny. Ledwo skrzeczy słowa, ale nigdy nie daje się pokonać akompaniamentowi.
16. To jest chyba dzień pijaka, bo nigdy dotąd jednego dnia nie widziałem tylu wąsatych facetów z czerwonymi nosami. Czyżby wszechświat wysyłał jakieś sygnały?
27
września
2009

Fontana - Fontana
X! 2009

The Shitty Limits - Beware The Limits
Boss Tuneage, La Vida Es Un Mus Discos 2009
1. Dobra. Pierdol się, materio piśmiennicza. Jeszcze dwie punkowe rzeczy do polecenia. To jest najbardziej irytujące: nie umiem pisać, a chcę polecić muzykę.
2. Na początek trochę addendum. Nie napisałem, że Mayyors wydali "Deads" właśnie w nakładzie 300 kopii. Przy czym, wszystkie płyty były ręcznie zdobione. Uwaga - upieprzyli je błotem, trawą, smarem i czym tam jeszcze się trafiło po czym rozesłali fanom (płytę można było kupić wyłącznie przez adres mailowy zespołu). Tutaj jest zdjęcie płyty, jaką otrzymał DJ Rick z Art For Spastics. Mayyors są z Sacramento.
3. A perkusista Drunkdriver jest podobnież gwałcicielem. Jakiś wyraźnie wkurzony gość na forum termbo oferował zainteresowanym informacje na ten temat.
4. A "Tania" Sex Vid to ich największy przebój. I słusznie, świetny kawałek.
(4.1. Można się też kłócić, czy Mutators to bardziej punk czy bardziej noise. Podstawy są niby większe ku temu drugiemu, ale na polecanej wczoraj siedmiocalówce grają "My War", więc...)
5. Bawi mnie, kiedy pisze się o hardkorowej rzeźni w wykonaniu Fucked Up. Najlepsze było kiedy Dejnarowicz przekonywał porcysiątka: "widziałem jak ludzie na ich koncercie pogowali, serio", czy coś w ten deseń. Szaleństwo, może jeszcze ktoś kogoś uderzył?
6. Fontana są z Detroit. Detroit zdycha w postępie geometrycznym. Usłyszałem ich pierwszy raz na naprawdę znakomitej składance pt. "Shiftless Decay: The New Sound of Detroit". Grali tam "Gotta Split". W niecałe trzy minuty władowali riff przewodni, kilka przeskoków i zdążyli jeszcze na chwilę zwolnić. I tak samo jest z całym ich albumem.
7. Skaczą, zmieniają tempo, wrzucają solówki, bawią się formą kawałka punkowego. Album trwa 25 minut, a po przesłuchaniu czujesz się, jakbyś przebiegł z Warszawy do Ciechocinka. I nie widzisz różnicy - tu stragany, tam stragany. Powietrze niby świeższe, ale po co? Oddychanie nie jest ostatnio w modzie.
8. I najważniejsze. Energia. Jeśli o to chodzi, goście z Fontana mają adhd. Rytm trzymają, ale riffy się gitarzyście momentami rozłażą. Wokale są najczęściej skrzeczane. Tylko jeden kawałek przekracza długością trzy minuty. Teksty są oczywiście głupawe, ale hymniczne. Obaczcie końcówkę "Yer Generation" i spróbujcie tego nie skandować. Polityczni też niby są (Detroit, kurna), zwłaszcza w ostatnim kawałku, ale raczej anegdotycznie niż wojująco.
9. A Shitty Limits to brytole. Straszliwie oszczędni w wyrazie. Proste, kilkudźwiękowe riffy. Krótkie, szybkie kawałki. Zero ozdobników, solówek. Wokale klasycznie skandowane.
10. U brytoli najlepsze jest skakanie po dekadach. Słychać The Germs, Angry Samoans, słychać brytolski post-punk (te powtarzane, prostackie riffy) i jankeski hc. Wszystko grane na bezdechu.
11. Jeszcze jedna gitna rzecz u nich to tytuły płyt. Nawiązują często do jakiegoś dawnego albumu proto-punkowego ("Limits Appear", "Here Are The Limits", ktoś rozgryzie te nawiązania?). Grają stare rzeczy, na jednym singlu coverowali "Messin' With The Kid". I wszystkie ich albumy udostępniają za darmo tutaj. CD i LP też sprzedają, a jakże.
12. Oba polecane albumy to czołówka obecnego roku. Po prostu. Wrzuciłem oba w git jakości na mediafire. Raz i dwa. Słuchajcie ich, dopóki się goście nie zestarzeją i nie zwiędną. "Nobody passes the test of time", jak mawiał klasyk.
13. I już. Pozbyłem się z siebie tych rekomendacji. Napisałem mało, ale powinniście słuchać, a nie czytać. Teraz lubo mi, błogo. Do następnego.