Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

18

lutego

2012

you talk so loud under glass


Condominium - Warm Home
Condominium Records 2011

Flipper - Blow'n Chunks
ROIR 1984


1. Najgorsze rozpoczęcia felietonów to kolejno: "czytałem ostatnio...", "obejrzałem...", "spotkałem..." i "byłem niedawno...". Bardzo lubię złe rozpoczęcia, dlatego wybieram to pierwsze.

2. Czytałem ostatnio wywiad z Kamilem Antosiewiczem na temat black metalu. Niezwykle interesujący, zwłaszcza fragmenty o rozszczepieniu stylistycznym i ideologicznym tego gatunku. Przy czym, zawsze wydawało mi się, że death metal skupiał się raczej na perfekcji technicznej grania niż na gore. To znów była domena grind-core. Zasłaniając się lokalnym patriotyzmem wymieniłbym tutaj Dead Infection.

3. Opowieść o debiucie Venom przypomniała mi historię opowiedzianą przez Rollinsa w jego "Get In The Van". Całe Black Flag lało w gacie ze śmiechu widząc zachowanie perkusisty Venom i słuchając jego komentarzy co do wystroju garderoby.

4. Co to wszystko ma do czegokolwiek? Black i death metal mają martwe korzenie, jak zatrute zęby albo łacina. Owszem, estetyka jest kontynuowana ale już przez ludzi, którzy się z nią zapoznali. Nie ma i nie będzie klientów wpadających na to brzmienie sami z siebie. Pytanie dla obecnego muzyka robiącego black nie brzmi już: "jak mogę się wyłamać ze standardów metalu?", lecz "jak mogę udziwnić black metal?". Chodzi mi o przesunięcie o jeden poziom, jeden podgatunek dalej.

5. Mówię o tym, bo w przypadku punku jest tak samo. Jego korzenie są martwe od jeszcze dłuższego czasu, ludzie łapiący się za trzyakordowe granie w jeszcze większym stopniu podporządkowują się dawno rozpoczętej stylistyce. To dość dziwne, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, że gatunek muzyczny stawiający jako nadrzędną zasadę bunt przeciwko normom tak szybko owe normy przyswoił i scementował. Pierwsza fala punku (tzw. '77), druga (coraz szybszy i oszczędniejszy hc) i post-punk. Później moda na bunt przeminęła i pojawiające się co jakiś czas "revivale" nie wymagały tworzenia jakiejkolwiek nowej estetyki.

6. I teraz pułapka: cały powyższy akapit dotyczy obiegu pierwszego - tylko tych zespołów, których płyty przebiły się do tzw. szerszej świadomości. Ludzie podziemni mieszali gatunki i stylistyki namolnie, było to podstawą ich grania. Można się kłócić kto ma tak naprawdę moc sprawczą przy tworzeniu kanonu: czy są to artyści współtworzący prąd, czy właśnie ci, którzy sprzeciwiali się panującym estetykom. Łatwo się domyślić, po której jestem stronie.

7. Condominium to nasze czasy. Punk jest teraz wyborem, nie przymusem. Nic nie przeszkadza ludziom obecnie tworzącym muzykę w zapoznawaniu się z przeszłością estetyki, w której chcą tworzyć. Więcej, nigdy nie było to łatwiejsze. Mimo tego, nadal trzeba dokładnie przebierać i dobitnie wskazywać poszczególne ekipy podchodzące do tematu w sposób interesujący. Condominium tacy są, w każdej recenzji ich płyt znajdzie się milion różnych porównań: AmpRep, Slices, Dazzling Killmen, noise-rock, artystyczny post-punk, etc. Jest to w mniejszym stopniu wina głupich recenzentów, niż muzycznej elastyczności zespołu. Faktycznie, wszystkie powyższe elementy da się bardzo łatwo wskazać w poszczególnych kawałkach. Ale nie o to chodzi. Właściwie, zapomniałem dokąd zmierzałem z tym wywodem. Chrzanić to.

7.1. O, już sobie przypomniałem. Odcięte, martwe korzenie oznaczają w tym momencie, że tworzenie muzyki jest w znacznie większym stopniu sztuką umiejętnego wyboru niż tworzenia standardów na nowo. Wszystko zależy od inteligencji ludzi tworzących dany zespół.

8. A Condominium są cholernie inteligentni. Bardzo mi imponuje łatwość z jaką poruszają się między dłuższymi, skomplikowanymi kawałkami pokroju "Barricade", a szybkim, udziwnionym HC dominującym "Warm Home". I nie chodzi mi o łatwość w sensie jakości wykonania. To wiadomo. Mają doskonałego perkusistę, ich gitarzysta gra naprawdę oszczędnie ale jednocześnie jest bardzo precyzyjny - jego partie całość podsumowują. Łatwość dotyczy faktu, że cokolwiek by zagrali, nie tracą własnego stylu. To jest cholernie trudna do wyrobienia cecha, zwłaszcza w tak mocno skodyfikowanym gatunku.

9. Druga imponująca cecha to brak ironii. Jest to zwykle kojarzone z brakiem poczucia humoru, ale tak naprawdę znaczy coś więcej. Istnieje bardzo prosty powód, dla którego trudno jest obecnie słuchać Dead Kennedys bez skrzywienia. Mianowicie, ich dowcipy się zestarzały. Śmieszny tekst jest tak dobry, jak humor w nim zawarty (i tak samo aktualny). Natomiast kiedy zrobiłem wywiad z Mattem i spytałem o tytuł kawałka otwierającego dziś polecany album, odpowiedział, że wyrażenie "Life Is Amazing" nie jest żaden sposób ironiczne. Kiedy go o to pytałem, nie miałem jeszcze fizycznej kopii płyty w ręku (pozdrowienia dla poczty lotniczej i Urzędu Celnego w Warszawie), dopiero później przeczytałem wkładkę z tekstami. Wiecie jakimi słowy otwiera się całość? Cytuję:
"At worst? A calm ripple
Life is a way to deny that everything is okay all the time
"




10. To jeszcze jeden aspekt: podawanie tekstów swoich piosenek. To dość odważny manewr, może się łatwo okazać, że wrzaski wokalisty są głupimi dowcipami na temat jedzenia (vide najnowszy album Slices), albo zbiorem idiotycznych klisz (vide cała twórczość CKOD, jakże radośnie opiewana przez Vargę Krzysztofa). A na "Warm Home" dostajemy frapujące linijki na temat życia, zepsutych nerwów, poczucia bezpieczeństwa i wspomnień. Nienajgorszy dobór tematyki jak na album punkowy, nieprawdaż? Dodajmy do tego okraszenie wszystkich ich płyt zdjęciami sztuki nowoczesnej zmielonymi w dziwaczne kolaże. Matt odżegnywał się od traktowania tego w sposób poważny, ale z drugiej strony dobór takiej estetyki nie mógł się wziąć z powietrza.

11. Dodajmy do tego bardzo surowe podejście DIY do całego procesu nagrywania i wydawania płyt. Condominium niechętnie wiążą się z jakimikolwiek labelami. Szef Fashionable Idiots wspominał w niedawnym wywiadzie jak długo musiał przekonywać ich do możliwości wydania siedmiocalówki sumptem jego labelu.

12. W tym momencie sprawa jest bardzo prosta: cokolwiek Condominium wydadzą w przyszłości, rzucę się na to natychmiast. To jest prawdopodobnie najlepszy punk w obecnych czasach.

13. Ludziom niezapoznanym z ich twórczością polecam przesłuchanie wcześniejszych siedmiocalówek "Gag" i "Barricade". Nie w przyszłości, nie za godzinę. Teraz, natychmiast. Poczujecie się lepiej olewając aktualnie panujący trend i nie zabierając głosu w najświeższej dyskusji. Serio.

***


14. Pracuję właśnie nad spisaniem historii Cheater Slicks. Im dalej brnę w tekst, tym wyraźniej widzę, że nie uda mi się tego sprzedać żadnej redakcji. Z jednej strony próbuję temat ująć rzeczowo, a z drugiej widzę, że to niemożliwe. Underground to nie zbiór historii sukcesu. Nie ma tam szczęśliwych zakończeń. Najjaśniejsze momenty z tekstu Slicksów to nagrywanie albumów, ich wydawanie i koncerty w Europie. Cała reszta, wliczając w to występy w USA, jest potwornie dołująca.

15. Myślę, że panuje duże przekonanie o wartości sukcesu. Popularność jest cnotą. Nie kumam takiego podejścia. Wiem skąd się bierze i dlaczego istnieje, ale go nie rozumiem.

16. Polecałem już Flippera, w sposób młodzieńczy i bardzo głupi, ale polecałem szczerze. Kocham ich muzykę miłością niezłomną. Nie ma sensu powtarzać wcześniejszych głupot. Chciałbym się zająć innym aspektem, często pomijanym w ich przypadku. Humanizmem.

17. Właśnie dlatego wcześniej wspominałem o Slicksach. Oba zespoły są znane ze swojego mizantropicznego przekazu, ale ich prawdziwa siła nie leży w dobitnie podkreślanej negatywności. To byłoby męczące. Rzecz w tym, kumacie, że tak Flipper jak i Cheater Slicks mają momenty czegoś w rodzaju roztkliwienia. Na "Destination Lonely" znalazło się miejsce dla beztroskiego "Look Out World", spójrzcie też na otwarcie "Generic". "Ever" nie jest negatywnym kawałkiem, chodzi w nim o pogodzenie się z faktem przynależności do marnego gatunku ludzkiego. Takie kawałki pośród magmy negatywności na ich płytach świadczą o sile obu zespołów.

18. Przykładów jest więcej: "Life", głupie ale szczęśliwe "Sex Bomb", "In Life My Friends, czy "Get Away". Ten ostatni jest fantastyczny tekstowo, zresztą. To są trzy strofy o spotykaniu różnych znajomych, którzy narzekają na zmęczenie, marne czasy, trudną sytuację, etc. Pseudorefrenem kończącym każdą z trzech części kawałka jest tytułowa rada: "uciekaj". Można to zbyć jako kolejny kawałek napisany pod wpływem różnych substancji, ale też bardzo łatwo wskazać na fakt, że San Francisco nie było zabawnym miejscem w latach osiemdziesiątych. Możliwe, że nadal nie jest. W tym przypadku teksty są skutkiem trudnego życia, nie żadnych trendów wokół panujących.

19. Inny przykład: "In Your Arms". Kawałek, który ukazał się tylko na polecanej dziś kasecie w 1984. Zaczyna się ckliwie:
"Well I want to be with you
I want to hear your heart keeping time with mine

Ale później okazuje się, że do tytułu Shatter dodaje "there's a needle..." i z kawałek staje czymś zupełnie innym. To jest poezja, proszę państwa, siedząca w tym posranym, przeraźliwie popsutym graniu czwórki dziwaków z SF.




20. "Get Away" i "In Your Arms" nie mogłyby zostać napisane przez żadnego z popularnych obecnie muzyków. Bandy pierdolców z Łodzi piszący manifesty do Wyborczej mogą co najwyżej posłuchać jak się robiło porządny punk. Ich fani też.

21. Dwa lata po wydaniu "Blow'n Chunks" wokalista/basista Will Shatter przedawkuje śmiertelnie. Drugi wokalista, Bruce Lose, w połowie lat dziewięćdziesiątych będzie miał skomplikowaną operację pleców, która pozostawi go chodzącym o lasce przez resztę życia. Zastępca Shattera na basie, klient nazwiskiem John Dougherty też przedawkuje w roku 1992. Później zespół sprzeda prawa do swoich płyt Rickowi Rubinowi, co poskutkuje wypadnięciem głównych wydawnictw Flippera z obiegu na następne piętnaście lat. To dopiero historia zespołu: od pierwszego singla po choroby i śmierć.

22. Bene nota, obecnie korpopunki (i ogólnie wszyscy niezwykle niezależni muzycy) od razu wydają albumy, jakby mieli tak dużo materiału na samym starcie kariery. Niesamowite, jak w obecnych czasach młodzież zyskała na kreatywności, nieprawdaż?

***


23. Zaraz po Slicksach wezmę się za spisanie historii Flippera. Wrzucę je na Tableau!, niezależnie czy ktoś inny te teksty zechce, czy nie. Obiecuję.


 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

20 lutego 2012, 12:03:33

Istvan Kohany

A czytałeś "We Never Learn"? Davidsona?

 
 
 

№ 2

20 lutego 2012, 18:15:50

marek

pewnie, cytowałem nawet w rekomendacji kiedyś. mogę pożyczyć nawet.

zrzucasz się na wfmu? od jutra rusza maraton.

 
 
 

№ 3

21 lutego 2012, 08:19:49

Istvan Kohany

Eee, chyba się szarpnę na tą książkę. Trzeba wspierać takie inicjatywy przecież. Nie orientujesz się, czy można jakoś od wydawcy kupić, czy jednak przez Amazon?

WFMU już dostało na tacę. Co prawda nie przez pledge, tylko kupiłem od nich parę fantów. Przy okazji, ile w tym roku chcą zebrać? Na stronie nawet bańką można im rzucić :-)

Jedziesz na Sleep do Wrocławia?

 
 
 

№ 4

21 lutego 2012, 09:30:41

marek

http://www.bookdepository.co.uk/We-Never-Learn-Eric-Davidson/9780879309725
14,6 eur z przesyłką, przyjmują paypal. bookdepository jest mocarną księgarnią.

fmu zbierają 1,2 miliona w tym roku. myślę, że dobiją do tego spokojnie. za 365 dolców można adoptować DJa lub jakiś przedmiot w ich studiu.

na sleep raczej nie, za stary jestem na koncerty inne niż lokalne. ciekawe co zagrają, swoją drogą.

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog