Tableau! | komentarze i plwociny

 

15 stycznia 2012, 15:55:43

2011 - bohaterzy w wodorostach

[obrazy Jochena Schievinka]

Tytułem mierzę bardziej w Zembatego, niż w Cohena. Podsumowanie miało się ukazać na stronie internetowej magazynu Glissando, ale...

***



Dwanaście miesięcy roku 2011 nie było łaskawe dla niezależnych labeli z dwóch powodów. Po pierwsze: kryzys i idące z tym koszty paliwa i wytwarzania płyt poniosły ze sobą wzrost cen albumów przy jednoczesnym spadku ich nakładów. Właściciele niezależnych labeli coraz częściej sięgali po tańszy w produkcji nośnik CD, a także stopniowo obniżali ilości zamówione w tłoczni. Po drugie: pojawiły się efekty zmiany mentalności odbiorców muzyki. Jak dało się zaobserwować poprzednimi laty, coraz mniej młodych miłośników niezależnego grania jest jednocześnie kolekcjonerami płyt. Muzyka odbierana jest obecnie najczęściej z pominięciem nośników fizycznych, fakt jej "posiadania" jest coraz bardziej passe. Efektem tego są coraz rzadziej odwiedzane katalogi niezależnych labeli.

2011, przy wszystkich wymienionych powyżej trudnościach, był jednocześnie rokiem nieznanych bohaterów, wspaniałych frajerów poświęcających czas i pieniądze dla udostępnienia swej twórczości na kawałkach plastiku kilku setkom innych frajerów gotowym za owe kawałki plastiku zapłacić. Jako jeden ze wspomnianych frajerów drugiej grupy czuję się w obowiązku by wyróżnić artystów tworzących muzykę wartą swej ceny w tych nieciekawych ekonomicznie czasach.

***


Ulubioności:

Total Control

Gdybym był zmuszony wymienić jeden najlepszy album tego roku, wskazałbym na "Henge Beat". Jest to ukoronowanie inspiracji Mikeya Younga i dwóch muzyków UV Race europejską zimną falą lat '80 (z okropną okładką włącznie). Wcześniej Total Control był projektem, w ramach którego muzycy wydawali krótkie (mniej lub bardziej udane) eksperymenty gitarowo-klawiszowe. Natomiast ich pierwszy LP to rzecz doskonale zagrana, znakomicie nagrana i świetnie poukładana. Co zabawne, Total Control wygrywają nie tyle wiernością estetyce synth-punku, co łamaniu jego przyjętej konwencji. Plus, "Carpet Rash" powinno znaleźć się na wszelkich składankach zbierających najlepsze kawałki tego roku.


United Waters

Trudno uwierzyć, że Brian Sullivan, wcześniej czyniący ciężki art-noise w ramach duetu Mouthus wyda album tak cichy. Delikatny, medytatywny wręcz "Your First Ever River" jest jednym z najlepszych ujęć poetyki lat siedemdziesiątych i nowoczesnego psychu jednocześnie. Sullivan nie bawi się w dekonstrukcję konwencji, ale po prostu przedstawia muzykę zapoczątkowaną czterdzieści lat temu w sposób nowoczesny: ciepłe, pulsujące analogowe brzmienia i delikatne, niemal deklamowane wokale. Rzecz tym bardziej znakomita, że by ją docenić nie trzeba słuchania krytycznego. Kawałki United Waters brzmią tak samo znakomicie podczas letniej drzemki w hamaku jak i późnym zimowym wieczorem w pustym mieszkaniu.


GG King - Esoteric Lore

Najlepszy solowy album punkowy od czasu "Blood Visions". Greg King nie musiał nikomu nic udowadniać - przemawia za nim cała twórczość garażowych "celebrytów" The Carbonas. A jednak na "Esoteric Lore" King nie gra standardów. Metalicznie brzmiący punk z psychodelicznymi tekstami to dość duże odstępstwo od standardowej garażówki, zwłaszcza, jeśli LP przetykany jest dziwacznymi wstawkami w rodzaju spowolnionych sampli hip-hopowych, a całość kończy się motywem gitarowym grany do odgłosów gwałtownej burzy. Ale to są tylko dodatki, najważniejsze, że King doskonale wie jak pisze się porządne punkowe kawałki. Tytuł pieśni miłosnej zostaje zredukowany do jednego słowa: "Want" i składa się ze wciąż powtarzanego refrenu przetykanego pojedynczymi wersami. Średnie punk rockowe tempo "Walls Closing In" w przeciągu dwóch wirtuozerskich sekund zmienia się w ultraszybki hardcore, etc. "Esoteric Lore" jest pełen takich momentów.


Estrogen Highs

Ich drugi LP, "Friends & Relatives" ukazał się w ostatnich dniach grudnia 2010, dzięki czemu umknął uwadze większości krytyków podsumowujących ten rok (w tym mojej, niestety). Bardzo niesłusznie, była to jedna z najlepszych płyt zeszłego roku. W 2011 ukazały się jego dwa dopełnienia: dwunastocalowa EPka "Cycles" oraz siódemka "For All I Know". Rzecz niesamowita - Estrogen Highs zrezygnowali z miejscami agresywnego no-fi na rzecz estetyki nowozelandzkiego grania DIY. Estrogen Highs w przeciągu ostatnich czternastu miesięcy nagrali i wydali kilkadziesiąt piosenek i wszystkie są znakomite. W ich brzmieniu mieszczą się zarówno delikatne, 11-minutowe suity jak i cover jednego z najbardziej nihilistycznych kawałków Flippera. Niesamowity zespół, nie mogę się doczekać ich wydawnictw w 2012.


Pheromoans

Albumy tej czwórki (czasem piątki) anglików brzmią, jakby zespół nagrywał swoje pierwsze próby. Ich piosenki mają, delikatnie mówiąc, luźną formę. Trudno stwierdzić, czy są zbudowane wokół dwudźwiękowych post-punkowych riffów, momentami nierównej perkusji czy strumienio-świadomościowym wersach Russela Walkera, wokalisty zespołu. Zresztą, w tego typu DIY nie ma to wielkiego znaczenia, wystarczy przypomnieć sobie granie The Homosexuals czy Country Teasers. Pheromoans jednak nie kierują się w stronę antagonizowania wszystkiego wokół, ale skrzętnie nagrywają i rozpowszechniają są radośnie naiwną twórczość - w przeciągu półtora roku wydali dwie siedmiocalówki, kasetę, trzy dwunastocalowe EPki i dwa albumy długogrające. W zorientowaniu się w ich twórczości nie pomaga fakt, że wspomniane EPki trwają dłużej niż oba LP. Nigdy nie zapomnę szczerego zdziwienia Walkera kiedy spytałem go o singiel z Savoury Days, labelu zespołu. Nie mógł uwierzyć, że ktoś w Polsce może słuchać ich płyt.


amerykański punk

Co zabawne, w 2011 było stosunkowo niewiele potężnych punkowych singli, choć właśnie siedmiocalówka jest formatem w tym gatunku rządzącym. Najbardziej wyróżniały się siódemki Women In Prison z Teksasu i Crazy Spirit z Nowego Jorku. Popularność tych drugich była tak duża, że są teraz problemy ze znalezieniem jakichkolwiek kopii. Natomiast najciekawsze pełnogrające wydawnictwa były zasługą czterech zespołów (z pominięciem solowego debiutu GG Kinga). Rational Animals wskrzesili twórczość Black Flag prezentując talent prawdopodobnie najlepszego obecnie gitarzysty grającego punk rock. Condominium, pomimo odżegnywania się od jakichkolwiek artystycznych zapędów, ponownie połączyli hardcore punk z awangardą. Brain F≠ (znani też jako Brain Flannel) fantastycznie połączyli "Jay Reatardową" estetykę dźwięku totalnego z punkiem garażowym. Całości znakomitych punkowych albumów dopełniło pierwsze studyjne wydawnictwo Homostupids z Cleveland - ich album kończył się nową wersją kawałka "Sea Wolf" śpiewaną przez kilkuletnie córki gitarzysty. Trzeba przyznać: ci faceci potrafią wykorzystać czas studyjny.


Antypody

Australia i Nowa Zelandia w sposób skromny ale zdecydowany ratują pozycję niezależnego rocka. Półkula południowa jest najlepszym antidotum na jakikolwiek marny "niezależny" zespół z okładki Rolling Stone lub NME. W tym roku wyróżnienie należy się, prócz wspomnianego wcześniej Total Control, zespołom wydającym na na labelach najmniejszych. Spośród nich najwięcej szczęścia miało trio Kitchen's Floor - ich LP ukazał się sumptem zawsze solidnego Siltbreeze (wersja CD wyszła na niewielkim australijskim Bedroom Suck). "Look Forward To Nothing" to jeden z najmniej wesołych albumów tego roku, nagrany z jednocześnie najmniejszym nadęciem. Duet Native Cats z Nowej Zelandii przebili w każdym aspekcie swój debiut wydając "Process Praise" - minimalistyczny i chłodny post-punk podbity duszną, urbanistyczną estetyką. W wakacje ukazał się także, przy zupełnym braku fanfar, jedyny album zespołu Divorced. Piszę "jedyny" ponieważ Divorced był trwającym zaledwie miesiąc projektem pięciorga australijskich muzyków zakładającym kilka sesji wspólnego grania najprostszego punk rocka. Wydany własnym sumptem "Separation Anxiety" jest zapisem jednogodzinnego pobytu w studiu i jednocześnie trzeciej próby zespołu. Punkowość sięgająca sufitu. Co najważniejsze, ten pośpiesznie nagrany i wydany album broni się sam.


Chris Schlarb i Danny Paul Grody

Schlarb nagrał ścieżkę dźwiękową do gry komputerowej traktującej o czarnej kulce przemierzającej ekran ("NightSky"), a Grody wydał album inspirowany fizycznymi właściwościami światła ("In Search of Light"). Obaj muzycy sięgnęli po akustyczne instrumentarium i obaj wydali dzieła odbiegające od ich głównych muzycznych dokonań. Schlarb jest jazzmanem specjalizującym się w długich kompozycjach. W "NightSky" zaczął eksperymentować z miniaturami odtwarzanymi w losowej kolejności, pomiędzy które komputer losowo generuje momenty ciszy. Grody natomiast, odbiegając od noir-post-rocka tworzonego w ramach The Drift, stworzył album składający się ze spokojnych motywów gitarowo-klawiszowych. Nie jestem pewien czy jest to kwestia wspomnianej odmienności, czy po prostu materiał obu muzyków okazał się tak mocny.


Human Eye i Apache Dropout

Detroit i Michigan, odpowiednio. Zacznijmy od północy. "They Came From The Sky" to majstersztyk psych-punku. Timmy Vulgar (po rozwiązaniu Clone Defects, dwóch płytach, kilku singlach Human Eye) wreszcie nagrał album oddający koncertową wirtuozerię jego zespołu, rzecz ciężką i jednocześnie niezwykle zabawną. Dźwięki wysokie są tu podkręcone do granic możliwości, przestery kompletnie niszczą standardowe brzmienie gitar, perkusista próbuje imitować tornado, a Vulgar jak zwykle śpiewa o zapładnianiu marsjańskich królowych i dantejskich scenach wprost z filmów klasy B. Można nazwać to eskapizmem, ale w obecnym czasie mieszkańcom Detroit pozostało już tylko pisanie piosenek o inwazji kosmitów.
Natomiast Apache Dropout podeszli do tematu w sposób radośnie amatorski, ale zdyscyplinowany. Ich pełnogrający album jest dziwacznie dobry w taki sam sposób, w jaki pierwsze przesłuchanie 13th Floorsów nie zachwyca nikogo. Apache Dropout docenia się go po dłuższym czasie nie za rozmiar ich muzycznych osiągnięć, lecz skromność doboru środków. Całe trio brzmi jak Half Japanese, sekcja rytmiczna mogłaby równie dobrze zasnąć i nikt nie zauważyłby różnicy. Ich gitarzysta kosi antysolówki przekręcając pokrętła na kostce fuzzowej w nadziei, że coś zabawnego z tego wyjdzie. Wyszło, potwierdzam.

***


Obowiązkowe wznowienia starszych płyt:

Fungus Brains - Ron Pistos Real World (Load)
pierwsze trzy albumy Dead Moon (Mississippi)
Nothing People - Late Night CD (S-S)
Tyvek - Fast Metabolism LP (M'Ladys)
Axemen - Three Virgins, Three Versions, Three Visions 2LP (Siltbreeze)
The Index - Black Album + Red Album + Yesterday & Today (Lion Productions)
Annette Peacock - I'm The One (Ironic)
Cheater Slicks - Our Food Is Chaos LP+7'' (Almost Ready)

***


Z drugiej strony.


Antybohaterami 2011 roku byli krytycy muzyczni. Nie jestem pewien czy spada czytelnictwo, czy chęć do pisania z ładem i składem. Z samych podsumowań zeszłego roku zapamiętałem: mierne próby prozatorskie, wyróżnienie jednego (nienajlepszego, delikatnie mówiąc) albumu, utyskiwania na nadmiar(!) ukazujących się płyt i kolejne dowody zblazowania. Wstyd patrzeć.

Jestem też poirytowany czytelnikami. W 2011 wystukałem naprawdę dużo bajtów. Więcej, udało mi się jakimś cudem opublikować kilka liter drukiem w czymś innym niż kserowany zin. Odzew był zerowy. Nikt mi nawet nie powiedział, bym walił się na ryj (co byłoby wcale zabawne). Jedynym efektem jest większa ilość idiotycznych propozycji polecenia imprez w knajpach z Torunia i innych miejsc. Tableau! przyzwyczaiło mnie do (w najlepszym wypadku) umiarkowanej reakcji czytelniczej, ale w swej niezmierzonej naiwności sądziłem, że nie jest to kwestia zawartości, ale wehikułu. Oh well. Do następnego.


Komentarze

Dnia 15 stycznia 2012, o godzinie 22:39:59 mh napisał...

 

Miłośnicy nisz nie wydają się zbyt rozmowni, ale czytają. Free-Jazz Stef opublikował ostatnio swoje statystyki od zarania bloga (http://bit.ly/zf2nhP). Gość miał ponad pół miliona wejść w ubiegłym roku, ale komentarzy nazbierał mniej w ciągu pięciu lat niż ja w ciągu niecałych trzech. Trudno ludziom komentować, bo zazwyczaj w momencie publikacji nie wiedzą (nie wiemy), o czym piszesz.

"Sufjan Beat" nie znałem, świetne.

Dnia 15 stycznia 2012, o godzinie 22:59:20 marek napisał...

 

hm, czy to oznacza, że spada czytelnictwo? czy znowuż jest to kwestia pojawienia tego cholernego przycisku "like"?

zdecydowanie możesz być dumny z dyskusji jakie wywołujesz wpisami u siebie.

co do Sufjan Beat - najbardziej podoba mi się napisy "bros" i "dude". swoją drogą, czy to zdjęcie naprawdę przedstawia animal collective?

Dnia 16 stycznia 2012, o godzinie 11:49:20 Istvan Kohany napisał...

 

Inną sprawą jest też to, że w ocenach płyt się zgadzamy, a tam gdzie zgoda panuje nie ma miejsca na dyskusję.

Albo dobra: no love dla ostatniej płyty Pygmy Shrews? Chłopaki i dziewczyny postanowili zakończyć karierę z emisją dźwięków pod tym szyldem, ale w jaki sposób to zrobili, o rany.

Aha, no i nie wspomnienie o Condominium to jakaś dywersja, panie Marku.

Acha, te srogie typki na okładce to faktycznie AC. :-)

Dnia 16 stycznia 2012, o godzinie 13:04:48 marek napisał...

 

no nie, pygmy shrews mnie nie przekonują. wiem, równi goście, jeden z nich gra teraz w the men, ale obie płyty mnie nie ruszają. ten długi kawałek na drugiej stronie płyty jest w porządalu.

condominium było wspomniane w akapicie o jankeskim punku. ale faktycznie, może trzeba było poświęcić im więcej miejsca.

Dodaj nowy komentarz: