14
maja
2011
Fuzzhead - High In A Basement
Heliocentric Worlds Of Sound 1995
Eddy Detroit - Immortal Gods
Pan Records 1982, Majora ?, Assophon 2010
Polanie - Polanie
Polskie Nagrania Muza 1968
#1 Najfajniejszymi rzeczami jakie dostałem w przesyłkach, razem z płytami były:
- rachunek za naprawę części do pralki datowany na rok 1912, dwa zestawy samoprzylepnych tatuaży wrestlingowych i dwie laminowane wizytówki labelu Roll Over Rover;
- strona dotycząca chorób wewnętrznych w okolicach biodra wydarta wprost z podręcznika medycznego z namazanym błogosławieństwem: "may you be blessed always for your faith". Napisał to Jordan z Dry Rot. Należy dodać, że jestem agnostykiem;
- krzywy napis "SKULL MUSIC WYMYŚLILI HOMOSTUPIDS, A NIE CLOCKCLEANER. FAJNY ZESPÓŁ. MASZ TU JESZCZE BADZIK BRAINBOMBS" namazany na okładce płyty. i rzeczywiście, był tam czerwony badzik "Genius & Brutality". To z kolei przysłał Steven z Homostupids;
- gęsto zapisana kartka zeszytowa z opisami przesłanych płyt i ludzi, którzy je nagrali. (Mateusz AKA Johann Vreen)
- biała, pozbawiona jakichkolwiek informacji kaseta opatrzona karteczką samoprzylepną radzącą, bym się z nią zapoznał. Później okazało się, że jest to solowy materiał wokalisty Pheromoans.
#2 Życzę śmierci masie osób pojawiających się w telewizji. Nie jest to specjalnie aktywny rodzaj złorzeczenia. Po prostu nie płakałbym gdyby wszyscy ludzie zaangażowani w reklamę danego jogurtu umarli w jakiś straszny sposób. Na przykład gdyby bardzo brutalnie pokręciło copywritera, scenarzystę klipu, reżysera, faceta obsługującego kamerę, aktorkę z jej perłowym uzębieniem. I producenta, który zebrał forsę na ten klip. I faceta z agencji reklamowej, który przyjął zamówienie. I wszystkich uczestników jakiegokolwiek reality show. Myślę, że gdyby ci ludzie padliby na ziemię martwi w jednej chwili, kondukt pogrzebowy na cześć ich pamięci nie zablokowałby nawet najkrótszej i najwęższej ulicy. Nie ogłoszonoby żałoby narodowej. Liczba uronionych łez nie poszłaby w hektolitry.
#3 Znajoma z pracy (nauczycielka fizyki) powiedziała mi kiedyś w tajemnicy, że nie wierzy w prąd. A widziałeś go kiedyś? - argumentowała. - Ten cały eksperyment z wiórkami stalowymi też może być ustawiony.
#4 Sprzedawałem płyty, jak zauważyliście. Te, które pójść nie chciały, zapakowałem w plecak (pięć siódemek, dziesięciocalówka i jedna EPka dwunastka) i zaniosłem do jedynego komisu w Białymstoku gdzie można upłynnić winyle. Na wiadomość, że przyszedłem coś sprzedać Pan Brodaty Właściciel posłał mi spojrzenie jakbym chciał opodatkować cały jego dobytek. Przejrzał okładki, stwierdził, że nic nie zna i nie widzi siebie kupującego to ode mnie. Tak powiedział. Płyty były prawie miętowe, niegrane. Ale facet nawet nie zajrzał do wnętrza okładek. To fajnie, bo jedyne single jakie miał na składzie to dobite wydania Tonpressu. Kiedy wkurzony pakowałem wszystko z powrotem do plecaka usłyszałem, że kupiłby chętnie jakikolwiek winyl Metalliki. "Nie ma dnia, żeby ktoś o to nie pytał." Mam przemożną ochotę kupić na allegro za dychę jakiś zjechany bootleg slayer/metallica i opchnąć mu to za trzy razy więcej. Przypadkiem wiem, że gość nie handluje w internecie i nie zna cen. To tłumaczy dwupłytówkę "Unforgettable Fire" U2 czekającą w jego antykwariacie na frajera gotowego dać siedem i pół dychy za używaną płytę w średnim stanie. I to nie jest żaden rarytas.
#5 Na kursie oligofreno usłyszałem historię ciężko autystycznej dziewczynki, która w wieku dziesięciu lat nie umie czytać ani pisać, ale jest specjalistką na temat Boliwii i piramid. Po prostu rodzice czytali jej na głos książki w nadziei, że mała po jakimś czasie spróbuje sama odcyfrować jakiś tekst. Zauważyli, że żywo reaguje na książki o egzotycznych miejscach. Traf chciał, że podnieśli akurat coś o Boliwii i Egipcie. I w efekcie jedyne słowa jakie się da od rzeczonej dziewczynki wyciągnąć to wykłady na temat historii i klimatu Boliwii tudzież konstrukcji piramid.
#6 Sąsiad z dołu ma pizzerię. Oszwabia kelnerki-studentki przy umowach i wypłatach, ale to nie jest aż tak ciekawe. Gość ma w domu elektryczną gitarę. Co jakiś czas podpina ją do pieca i gra w kółko ten sam wstęp i solówkę z "Sweet Child O' Mine" GnR. Kiedyś próbował "Estranged" i "Welcome To The Jungle" ale się poddał. Teraz próbuje przebrnąć przez drugą solówkę Slasha. Będę was informował o postępach sąsiada gdy tylko przez podłogę dobiegnie mych uszu jego kolejna próba.
#7 Znałem Fuzzhead z jednego kawałka, więc "High In A Basement" kupiłem praktycznie w ciemno. Prawdziwa historia. Było to w styczniu zeszłego roku. Namierzyłem gościa sprzedającego dwupłytówkę The Garbage & The Flowers, postawiłem na nią 12 funtów. Na końcu przegrałem (poszła za 22), ale udało mi się upolować LP Fuzzhead i jednostronny winyl LA Drugs za pięć funtów sztuka. Ten drugi okazał się być wart jakieś dziesięć razy tyle. Dzięki temu rok później wymieniłem go (wysyłkowo, z jakimś sklepem w Massachusetts) na LP Puffy Areolas, Purling Hiss i trybut dla Nolana Stronga. To też prawdziwa historia.
#8 Fuzzhead byli z Ohio. Wydawali płyty własnym sumptem. Zmieniali co jakiś czas nazwę swego labelu, żeby nie ów własny sumpt nie rzucał się tak bardzo w oczy. Jedna z ich płyt ("El Saturn") była kolekcją coverów Sun Ra. Inne płyty nazywały się (bardzo oryginalnie) "LSD", "Mind Soup" i "I Saw The Best Minds of My Generation Rock". Jakby nie dość było dymania pamiętnego wersu Ginsberga.
#9 Natomiast "Ujarani w Piwnicy" (celny tytuł) to ich album, nazwijmy to, rockowy. Tutaj odchodzi porządny riffage z rytmiką złego funku. Hm, wyprodukowałem się w powyższy sposób na TermBo i po angielsku miało to więcej sensu. Nieważne. Ale serio - sam początek płyty na to wskazuje. To są okolice Funkadelic lecz zupełnie ogołocone z ich blichtru. I solówki nie są tak kosmiczne, pod względem wirtuozerii. Ale jest tam wkurzony funk.
#10 Drugi kawałek jest nudnawy. Wiadomo, trudno w obłokach trawy o staranny dobór materiału. Trzeci jest nagrany do tańca. Czwarty jest o jakimś radiu pustynnym (częstotliwość 88.8). Na drugiej stronie jest dwudziestominutowy psych-jam o kocie domagającym się karmienia (kotce właściwie) i ładnie wyśpiewane zakończenie pt. "Springtime".
#11 Nie będę teraz wyprowadzał karkołomnych tez, że jest to płyta arcy- i ultra-. Jak wspominałem, Fuzzhead wydawali private pressy. Tłoczyli płyty w niewielkich nakładach. Moja kopia ma namazany długopisem numer 193/500. Jest to liczba jak najbardziej akuratna. Nie utopili masy szmalu w tłoczni i pozwolili połowie tysiąca ludzi na tej planecie posłuchać długiego kawałka o żarciu dla kota. Udostępnię ten album, niniejszym. Jest OOP, nikogo nie skrzywdzę.
#12 Kolejna prawdziwa historia: u tegoż samego Brytola, od którego dorwałem Fuzzhead, wystawiony był winyl Eddy Detroit, "Jungle Captive". To jego późniejsza płyta, wydana na labelu Majora. Nie udało mi się go dostać, ale to nic strasznego. Pół roku później Assophon wznowił pierwszy album Eddy'ego.
#13 Znalazłem go w distro Florida's Dying. Żeby nie było: nie jestem purystą winylowym. Zawsze wybiorę CD względem winyla. Jest tańszy w produkcji, tańszy w sprzedaży i tańszy w wysyłce. Ale wersje cyfrowe "Immortal Gods" (wydane na wspomnianym labelu Majora) są obecnie droższe niż wznowienie winylowe.
#14 Powód, dla którego płyty z Majora są tak drogie jest prosty: Sun City Girls wydali tam większość swojej dyskografii. Chodzą teraz po astronomicznych cenach, ergo: cała reszta katalogu drożeje wraz z nimi. Plus, na "Immortal Gods" pojawili się Alan Bishop vel Alvarius B i (mój idol) Charles Gocher AKA Uncle Jim - dwaj członkowie SCG.
#15 I z czystym sumieniem opowiadam kolejną prawdziwą historię: Eddy Detroit nie był nawet z Detroit. Pochodził z Phoenix w stanie Arizona. Wydał własnym sumptem dwie płyty. Sprzedawał je tylko w Phoenix. Nie miał dystrybutora, więc cała jego tak zwana sława wzięła się z poczty pantoflowej kolekcjonerów private pressów sprzedających swoje znaleziska na trawnikach i w garażach. Na okładce pan Eddy siedząc na koniu trzyma na wyciągniętej przed siebie ręce własny czerep. Za nim siedzi blondwłosa pani epatująca nagim goleniem. Wieść niesie, że Eddy poznał tę panią na ulicy i zaprosił ją do zdjęcia, ponieważ miała "idealną strukturę kości".
#15 Gocher i Bishop nie wzięli udziału w nagraniu płyty epokowej. Następne pokolenia będą lały na ten winyl tak jak czynili ich protoplaści. Pan Brodaty Właściciel ze wspomnianego antykwariatu skrzywiłby się jeszcze bardziej, gdybym próbował sprzedać ten album w jego przytułku.
#16 Zabawne jak krytycy niepotrzebnie biją się z tym albumem. Dowodem niech będzie recenzja Prindle'a, gdzie facet zarzuca, że wszystkie kawałki są tu grane na dwóch wznosząco/opadających dźwiękach. Fuck that, to po prostu album zawierający piosenki śpiewane na satanistycznym przyjęciu narkotykowym. Wszystkie kawałki są bardzo proste, refreny będziesz nucić po jednym ich wysłuchaniu. Jest nawet kawałek, którego melodia została na rympał wyrwana z szantów. Nazywa się "Vampire". Zresztą, wspomniałem o satanizmie: większość kawałków traktuje o demonach, diabłach, rogatych stworach, etc. Więc owe chwytliwe i zabawne refreny, które będziecie zapewne nucili to różnorakie inkantacje, zapiski z legend i wspomnienia ludzi pogryzionych przez wampiry.
#17 Wspaniałe jest słuchanie takich płyt. Niewiele rzeczy w muzyce bawi mnie bardziej niż wyraźne olewanie potencjalnego słuchacza. To jest zresztą mentalność tzw. "private pressów". Wspominałem o wielu takich artystach: Mike Rep, Jandek, Michael Yonkers, Index, Cold Sun, Charlie Nothing, Stephen Heitkotter, Grady Runyan i dziesiątki innych wspaniałych wariatów, do których świat nigdy nie należał.
#18 Zapraszam kogokolwiek, kto potrafiłby przekonać mnie, że takie nagrania i tacy artyści nie zasługują na respekt i podziw bardziej niż jakakolwiek gwiazda wspierana sztabem producentów, wizażystów i speców od prezentacji medialnej. Myślę, że każde słowo napisane o Lady Gaga jest zmarnowane, ponieważ równie dobrze mogłoby być poświęcone jakiemuś zapomnianemu artyście. O tej przepłaconej dziwce słyszą wszyscy i z analizy jej strategii szoku nie wyniknie nic. Ludzi, którzy ładują forsę w jej płyty nie obejdzie jakakolwiek analiza. Po prostu pójdą na koncert hermafrodytycznej panienki przebranej za kawał mięsa. Nie bardzo straci na tym menel-geniusz, bo pięćset egzemplarzy jego płyty będzie zalegało w jakiejś wilgotnej piwnicy, ale on to przewidział i nie bardzo go to ruszy. Straci na tym najbardziej krytyk, bo hermafrodytyczne panienki przebrane za mięso wyjdą z mody za rok lub dwa i będzie trzeba ścigać nowy trend by go zanalizować na jakichś łamach.
#19 Można też zastąpić wyrażenie "hermafrodytyczne panie" terminami takimi jak "dubstep", "chillwave", etc. Jakikolwiek mini/maxi-trend, na temat którego zostaną napisane w pośpiechu eseje i analizy. A w tym samym czasie najciekawsze rzeczy będą działy się na marginesach.
#20 Kupiłem winyl Polan na starówce w Lublinie. Skojarzyłem ten zespół, ponieważ usłyszałem jeden kawałek w którymś z miksów Grzesia.
#21 Prawdziwa historia: to zespół muzyków studyjnych grających wcześniej w Niebiesko-Czarnych i Czerwono-Czarnych. Grali z The Animals w 1965 roku, na chwilę zanim ego Erica Burdona rozniosło zespół (żeby nie było, bardzo lubię "The Twain Shall Meet", choć to praktycznie Burdon solo).
#22 Polanie są o tyle ciekawi i godni polecenia, że brzmią cholernie garażowo. Fuzz z otwierającego płytę "A ty pocałujesz mnie" jest niesamowicie zadziorny. Zupełny koncentrat r'n'r. Nawet Nalepa tak nie brzmiał. Zresztą, to nie jest dobre porównanie. Kawałki Polan celują w prostotę The Sonics. Posłuchajcie riffu klawiszowego z "Nie zawrócę".
#23 Strona A to polskie kawałki. Na B są covery zachodnich standardów. Tylnej okładka zawiera opisy zespołu w dwóch językach. W blurbie angielskim "czarną muzykę" przetłumaczono na "negro music". Mam oryginalne wydanie PNMu, z żółtą okładką. Nie żadne wznowienie Tonpressu. Real deal. I wiecie co?
#24 Zapakuję ten winyl i wyślę WFMU. Dopiszę na kartce, że nie mam forsy by ich wspomóc, więc w ten sposób dziękuję im za wszystkie genialne audycje. I za to, że Jason Sigal w ostatniego sylwestra puścił Grechutę z dedykacją dla Justyny. Tylko przeproszę za tego "negro" na tylnej okładce. Serio tak zrobię. Prawdziwa historia.
woo hoo! mialem już dawno Polan wrzucić na plejerkę.
№ 2
14 maja 2011, 20:54:10
migala
Eddy Detroit to prawdzwy szntrowiec
№ 3
14 maja 2011, 20:54:59
migala
szantrowiec, zjadlo mi "a"
№ 4
15 maja 2011, 10:42:35
Marcin Garażownia
Polanie to było coś!
Na Soulseeku krąży już nowy Segall. Zaskakująco leniwa płyta.
№ 5
20 maja 2011, 15:06:15
Justaj
I jeszcze trzeba dopisać na karteczce do FMU, że chcemy koszulkę dającą pieniądze! Koniecznie!
Bejbe, ta koszulka jest limitowana. Freedman wspominał, że zrobią tylko kilka i przekażą tylko największym darczyńcom.