going down with the sun today
Nothing People - Late Night
S-S 2009
The Young - Voyagers of Legend
Mexican Summer 2010
ZOND - ZOND
R.I.P. Society 2010
1. Batman umarł. Słyszeliście? Umarł w zeszłym roku. Choć tak naprawdę przeżył i trafił do przeszłości. Wydobyli go stamtąd Avengers. Teraz, po powrocie do naszego świata, Oryginalny Batman mianował pierwszego Robina, Dicka Graysona, Batmanem Gotham. Bruce Wayne, natomiast, fruwa teraz po różnych krajach i mianuje międzynarodowych Batmanów. Wszystko jest opisane w ramach serii pt. "Batman Inc.". Rozumiem, że serię przejął Grant Morrison. To dziwak, jego metody walczenia z retconami silver age'u są conajmniej niestandardowe, choć ludzie je lubią. Ale jednak, ten pomysł to dla mnie skok przez rekina. Wiem, że mainstream to nie "Killing Joke", "Black & White", "Year One" ani "Long Halloween", ale do cholery. Międzynarodowi Batmanowie? Idiotyzm i na dodatek (względem innych komiksowych idiotyzmów) zupełnie wbrew całej poetyce dotychczasowego mitu Batmana.
(1.1. To znaczy - rozumiem skąd się to wzięło, ale nie widzę sensu powrotu do Adama Westa biegającego z bombą. Znacznie zgrabniej (i w zgodzie z kanonem) robi to kreskówka Batman Beyond. Jeśli chodzi o gwałcenie mitów wystarczy mi Nolan i jego dwie naprawdę żałosne próby interpretacji Mrocznego Rycerza.)
(1.2. Swoją drogą to niesamowite z jaką ilością luk i niezręczności scenariuszowych Nolan potrafi przebić się do gustu recenzentów. Kretyńską "Incepcję" polecał nawet Ebert zachwycając się "misterną konstrukcją scenariusza". Ja pierdolę.)
2. Z innych wiadomości: Tyvek nie są już punk/noise lecz indie rock. Tym samym znaleźli się teraz w rankingach ze Swans. Ta nagła i nieoczekiwana zmiana kategorii wprawiła w stan totalnej konsternacji wiele dziesiątków istnień ludzkich. Uczeni do dziś dociekają genezy tej epokowej transformacji.
(2.1. Gdybym dostawał złotówkę za każdym razem, kiedy jakiś polski recenzjent używa słów "energia" i "brud" w opisie płyty punkowej byłbym pierdolonym milionerem.)
3. Zapomniałem wspomnieć, w ramach mojego poczytnego i szeroko komentowanego podsumowania zeszłego roku, o kilku płytach. Dodałem je, niniejszym i tamtejszym. Jedną z nich jest dziś polecany LP The Young.
4. Zapomniałem także napisać, że najlepszymi rzeczami do oglądania były dużą postmoderną i tvtropami jadący Community oraz smutno-straszny Louie. W tym pierwszym występuje pan McHale z genialnego programu The Soup. Ten drugi natomiast jest dziełem Louisa C.K., najlepszego obecnymi czasy pana uskuteczniającego tzw. stand-up comedy. Zresztą nie musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj jest nagranie jego najnowszego programu.
5. Kończąc temat podsumowań. Numerowane miejsca będące zbiorczym wywleczeniem gustów redakcji zadają mi masę smutku. Wszystkie listy indywidualne są takie same, zmieniona jest tylko kolejność. Właściwie recenzje na serwisach w obecnym momencie to tylko czytanie co autor sądzi o płytach, o których aktualnie się dyskutuje. To niesamowite, że w tak fragmentarycznych czasach większe serwisy upierają się przy układaniu i podtrzymywaniu jakiejś niepojętej "linii klasyki".
6. Muzyka Nothing People nie zdałaby testu Voight-Kampffa. Całe trio (obecnie kwartet) oblewa ten test z wyraźną premedytacją. Zamiast nazwisk muzyków na płytach umieszczone są matematyczne symbole nieoznaczoności, nie ma żadnych dedykacji. "Late Night" jest opisane jako nagrane "in the middle of nowhere". Stronę A opisano jako "inside", a B "outside". Okładkę (kolaż) zrobił Ilth, czyli gitarzysta Daily Void. Nie potrafię powiedzieć co właściwie na niej jest. Bransoleta symbolizująca zaćmienie słońca?
7. Nie potrafię też powiedzieć jak ta płyta brzmi. W recenzjach można przeczytać o odniesieniach do Chrome. To całkiem niezły punkt orientacyjny. Na jednym z singli Nothing People grali piosenkę Roxy Music, a polecany dziś album kończy się coverem Syda Barretta z "The Madcap Laughs". To kolejne dwa ważne dla zrozumienia genezy dźwięku NP. Cała reszta to ich instrumentarium. Zacytuję ich myspace: analogowe reverby, delaye, stare gitary, stare organy, masa różnych kostek gitarowych, analogowe syntezatory (stare i nowe), piece tranzystorowe i lampówki, posute odbiorniki radiowe, czterościeżkowy magnetofon i ośmiościeżkowy ADAT. Plus gitary, basy i perkusjonalia w różnych dziwnych konfiguracjach.
8. Ci klienci nigdy nie wydali płyty w formie cyfrowej (nie licząc CDra wypalonego dwa lata temu przez Scotta Soriano na święta). Ich pierwszy album, "Anonymous", był bardzo średni. Miał kilka wybitnych kawałków ("Should've Known" i kończący "I-5"), ale były rozstrzelone pomiędzy nagraniami zupełnie nieciekawymi.
9. "Late Night" jest ich najlepszym albumem, bez żadnej dyskusji. Jako jedyne ich dłuższe wydawnictwo ma porządny pływ i niesamowity, depresyjno-betonowo-alkoholowy klimat. I znajduje się na nim "Another Rattle". To definiujący ostatnią pięciolatkę kawałek o zgubieniu się na parkingu. Jego początek leci tak:
"On the way to the question mark
found my keys, forgotten where I parked"
co jest deklamowane do riffu klawiszowego. Gra go facet z Monoshock. To on uzupełnił kwartet, choć jego istnienie odnotowano dopiero na późniejszych nagraniach. Mam niesamowitą obsesję na punkcie tego utworu, co niniejszym udowadniam:
10. Jest to najbardziej nijaki zespół jaki słyszałem. I nie chodzi mi tu o miałkość, tylko o ekwilibrytyczną wręcz umiejętność wymykania się przyzwyczajeniom i standardom. Brzmi to idiotycznie w kontekście wszystkich rzeczy jakie poleciłem na Tableau przez ostatnie pięć lat, ale dźwięk tego zespołu jest jednym z najtrudniejszych do określenia. Główna zasada w zapoznawaniu się z ich twórczością jest taka: zacznijcie od singli. Kawałki mają tam normalniejszą strukturę, nie biją się tak bardzo ze słuchaczem. Nothing People brzmią na nich jak zespół, nie twórcy kolaży losowych dźwięków niskiej jakości
11. Strona A, jest, względem powyższego opisu, standardowa. Zaczyna się nieśpiesznymi i zwyczajnie skonstruowanymi "When I Drink" i "It's Not Your Speakers". Ten drugi wcześniej ukazał się na pierwszej części kompilacji "World's Lousy With Ideas" i owszem, ten riff gitary nie zmieni się przez całe cztery minuty. "Pushing Buttons" i "1-11" to okolice psych-drone'u.
12. Od wspomnianego "Another Rattle" na stronie B zaczyna się robić nieprzyjemnie. Po nim następuje "Janet". Musi być jakaś metoda w nazwaniu najokropniejszego kawałka na płycie kobiecym imieniem. Całość wieńczy wspomniany, niesamowity i totalnie zrezygnowany cover Barretta.
13. Zeszłoroczny "Soft Crash" to zwielokrotnienie nieprzyjemności. To już jest piasek w maku i papier ścierny zamiast ręczników. "Soft Crash" brzmi dobrze tylko jeśli masz naprawdę marny dzień.
14. Co zresztą jest cechą płyt bardzo nielicznych. Postuluję istnienie większej ich ilości. Lub redukcję marnych dni.
15. Cholera. Tyle słów, a tak mało powiedziałem. "Late Night" jest albumem wspaniałym, jednym z najlepszych winyli ostatnich czasów. Nie znam lepszego albumu o inercji i, przez moją inercję, nie bardzo chcę znać.
16. The Young mają pecha:
- wydali album na Mexican Summer, czyli labelu, którego włodarze uznają wycenienie zwykłego 150-gramowego winyla na 20 dolarów za dobry ruch marketingowy,
- album ukazał się jesienią 2010, kiedy wszelakie oznaki popularności katartycznego pseudoromantycznego post-indie umarły należną im śmiercią.
- krytycy, zamiast zajrzeć do całkiem interesującego (pomimo ceny płyt) katalogu Mexican Summer, mają niewytłumaczalnie większą potrzebę wspominania wątpliwej jakości plażowych śpiewanek Best Coast,
- jedynym krytykiem, który go nie pominął był Andrew Earles zajmujący się (prócz sporządzania biografii Jaya Reatarda) przeegzaltawianiem rubryki Still Single.
(16.1. Tak, "przeegzaltawianie" to moje nowe ulubione słowo.)
17. Tym gorszy pech, że to naprawdę świetne nagranie. Faceci przerobili dom na prywatne studio nagraniowe. Fakt ten został udokumentowany zdjęciami zdobiącymi kopertę winyla.
18. Co też nie jest zupełnie standardowe. Ich pierwsze trzy demka, z czego ostatnie zostało wydane na siedmiocalówce nakładem Criminal IQ, to był punk w stylu późniejszego Tokyo Electron. Nie było tam mowy o subtelnościach i brzmieniówce.
19. A teraz wyskakują z czymś takim. Płyta ukształtowana kompletnie. Świetnie poukładana. Niesamowicie brzmiąca. Space-power-pop? Nie mam pojęcia. Najwyraźniej zabrałem się za rekomendowanie nieopisywalnych zespołów.
20. Deal jest w każdym razie taki: faceci kroją duże melodie, na podobieństwo wspomnianego indie z drugiej połowy lat '90. Wszystko jest przepuszczone przez masy reverbów i pięć warstw echo. Piszę "space", ale oni nie jadą tematyką obcych cywilizacji całujących się z Ziemiankami w ciasnych spodniach, tylko grają o złych czasach za pomocą kosmicznych dźwięków. Cholera, nawet okładka ich płyty to zadeszczowione okno późnym popołudniem.
21. Zresztą, nie mam się z czego tłumaczyć. Regularnie wszystkie polecane dziś płyty puszczam w audycji. Posłuchajcie, w wolnej chwili.
22. Przy okazji wymiany złośliwych komentarzy pod recenzją Japandroids jedna z czytelniczek screenagers zaczęła narzekać, że ostatnimi czasy wszystko w muzyce zaczyna mieć przedrostek psych-. Jest to częste zjawisko, to prawda. Ale jednocześnie fuck me sideways, jeśli mi się to nie podoba. Psych jest cholernie potrzebny. Ludzie biorący nielegalne stymulanty w celu stłumienia depresji są proszeni o nagrywanie jak największej ilości muzyki. Niesamowicie się takowe przydają w życiu.
23. Znajduję jeden punkt odniesienia do brzmienia The Young - "American Haircut" Dead Luke. Podobnie depresyjne, choć tworzone zupełnie innymi środkami. I płyta jest dwukrotnie tańsza.
24. Polecam także ZOND. Pisałem o niej w OOP. Pisałem w podsumowaniu 2010. Muszę o niej wspomnieć jeszcze raz, bo tak genialnie uzupełnia się z powyżej poleconą płytą. Dubelt Young/ZOND w odtwarzaczu to stała playlista większości ostatnich wieczorów. To znaczy tych, którymi nie rządzi Fabio Orsi.
25. Rozpływam się wobec brzmienia tych australopiteków. Uwielbiam fakt, że ich kawałki są tak zwyczajnie, nieagresywnie ciężkie. Ukazanie się tej płyty przytłumiło znacząco moje zainteresowanie ostatnim wydawnictwem Bardo Pond. Zapewne niesłusznie, ale nie poradzę.
(25.1. Gdybyście tu zajrzeli przypadkiem i nic nie rozumieli: ZOND oceniam na 9.4. Albo na 7/8. Gdyby ten jeden noise z gitary w prawej słuchawce był trochę głośniejszy w okolicach 2:45 drugiego kawałka, wtedy byłoby 9.5, ale nie jest, więc nie będzie.)
26. Początek pierwszego kawałka brzmi jak chór wyjący w trakcie wyprawy na Marsa w "Odysei Kosmicznej 2001". A zakończenie nazywa się "Apis" i jest grane do wtóru zmiksowanego dźwięku roju pszczół. Że też nikt na to wcześniej nie wpadł.
27. I pomyśleć, że tę płytę kupiłem przez pomyłkę.
28. I pomyśleć, że cokolwiek!
Komentarze