i lied about the birdbox

Ty Segall & Black Time - split
Telephone Explosion 2009

Long Legged Woman - Nobody Knows This Is Nowhere
Pollen Season 2009

Dry-Rot - Philistine
Parts Unknown 2009
1. Czy kogoś poza mną śmieszy tak bardzo tytuł nowej płyty Xiu Xiu? "Dear God, I Hate Myself" to chyba szczyty hipsterskiego braku ironii. To brzmi jak tytuł, który wymyśliłby Mark Prindle, gdyby chciał prześmiać Xiu Xiu. I jeszcze smutna facjata tego klienta na okładce płyty...
2. Dziś będzie o Efemerydach, o Prawdziwości Muzyki i jeszcze raz o Dymaniu Punku
3. Zacznijmy od tego ostatniego. Jan Błaszczak i jego "rekapitulacja" punk/noise zeszłego roku. Wiem, że to będzie tanie z mojej strony, ale mam podły humor, a każda okazja do wyżywki jest dobra. Poza tym, o ile pamiętam Porcys jakiś czas temu komentował rubryki muzyczne pism. No to zabawmy się w to samo. Wnioski płynące z tekstu Błaszczaka:
- nowe płyty Future of The Left i Iggy'ego Popa nie są gównem;
- AIDS Wolf są czymś więcej niż zrzynką z Arab On Radar;
- Fontana to najcięższy zespół z wytwórnii X!, a Tyvek jest "stosunkowo melodyjny";
- Shitty Limits brzmią jak Jesus Lizard;
- Intelligence brzmią jak Cows;
- Wicked Awesomes! są wyjątkowo kreatywnym zespołem;
- od remasterów "X-Aspirations" i reedycji całej dyskografii Flippera ciekawszy był remaster Jawbox;
- nowy album coraz bardziej drętwego Boba Moulda był większym wydarzeniem dla punku w 2009 roku niż nowy album Billa Orcutta;
- ktoś jeszcze czyta NME (Billy Childish napisał swego czasu o tym piśmie fajną piosenkę);
- pogłoski o śmierci Jaya Reatarda były mocno przesadzone (nawet jeśli to dotyczy początku 2010 roku)
I jeszcze trzy ulubione cytaty z tekstu, tak dobre, że nie wymagające komentarza:
"Punk, noise i pochodne przyjemności nie były kluczem do zrozumienia upływającego roku, potwierdzając zazwyczaj generalne tendencje."
"Oczywiście >>Punk Holograms<< najbliżej do Sonic Youth z okresu "Daydream Nation", ale to jeszcze nie załatwia sprawy, bo jeszcze słychać Stooges, Joy Division, Black Flag i inne."
"Ziomy z Seattle chyba nie całkiem się jeszcze otrząsnęły po śmierci Cobaina, bo mają rozbiegane oczy i szaleją."
4. I nawet nie pytajcie o Filipa Szałaska uparcie walczącego ze składnią języka polskiego lub "obrońców indie-rocka". Szkoda bajtów.
5. Punk to tak naprawdę tylko chwila. Złuda. Efemeryda. Wejdź do garażu, nagraj niedokończoną piosenkę na ośmiościeżkowcu, wydaj ją na 50-ciu CDrach. Okładki kseruj. Teraz zajmij się pracą i odpocznij od grania w zespole. Jeśli będziesz miał szczęście po dwóch latach zgłosi się do ciebie jakaś mała wytwórnia płytowa i zaproponuje ci wytłoczenie siedmiocalówki w 300-tu kopiach. Jeśli ruszysz po tym w krótką trasę popsutym, starym vanem i trochę rozsławisz swój zespół to sprzedasz te 300 singli i wydawca będzie mógł oddać zaległy szmal tłoczni.
6. W pięć miesięcy od premiery cały nakład singla zostaje wyprzedany. Po roku jego używane kopie kosztują już cztery razy więcej na ebayu. Po dwóch latach pamiętają o nim tylko twoi znajomi i garstka fanów. Kiedy wychodzi LP twój zespół już nie istnieje. Wokalistka z basistą założyli swój własny projekt. Wydali też pół-bootlegową płytę CD w nakładzie 400 kopii z jedynym materiałem, który nagraliście w profesjonalnym studiu. Płyta już się wyprzedała, strona wytwórni już nie działa, może nigdy nie działała? Gitarzysta twojego byłego zespołu zakłada solowy projekt - na scenie występuje z dwoma przebranymi manekinami. Wśród zapaleńców wciąż krążą wydane dawno temu CDRy. Może ktoś to jeszcze kiedyś wyda?
7. Nie wymyśliłem tej historyjki. Tak było z Mutators. Te dwa projekty wynikłe z rozpadu zespołu to Sex Negatives i Random Cuts. I tak, ten klient z RC naprawdę gra z dwoma manekinami na scenie.
8. To jest bardzo fajne w tym całym punku. Chwila, moment, błysk i nie ma zespołu. To samo przerabiali poeci romantyczni. Słowacki właściwie niewiele tekstów skończył, pozostawił po sobie masę szkiców, jest kilka zapisów jego poetyckich bitew z Mickiewiczem w Paryżu. I już. Pstryk! I teraz głowcie się, specjaliści, o co w tym wszystkim chodziło.
9. Bardzo kręci mnie bycie takim archeologiem muzyki naszych czasów. Dużo trzeba kopać, ale jaka to radocha! Dziś polecam trzy winyle z punkiem. Żeby nie było, że kocioł garnkowi. Czy coś.
10. Long Legged Woman pochodzą z miasta o nazwie Athens, w stanie Georgia. Prez większą część zespół składał się z dwóch członków, którzy zajmowali się robieniem noise-psych-drone'u, wydawanego na ręcznie zdobionych CDrach w śladowych ilościach (maksymalnie 100 kopii). Dwie polecane dziś płyty nagrali we czterech, przed przeprowadzką do San Francisco. Statystyki zespołu, podług ich myspace, przedstawiają się tak: 8 CDrów, 1 kaseta, 1 marmurowa siedmiocalówka w losowych kolorach i 1 czarny LP.
11. Jestem bardzo szczęśliwym posiadaczem dwóch ostatnich (trafiłem czerwony singiel). Nie żebym był bardzo szmalasty i się teraz chwalił. Miałem fuksa. Właścicielowi Thor's Rubber Hammer zapieprzono przed świętami laptopa i żeby zakupić nowy obniżył cenę wszystkich płyt. A że zaraz przed tym faktem dostał do sprzedania jeszcze 50 kopii płyty LLW, za całość zapłaciłem w sumie 15 dolców. Teraz już się tego kupić tam nie da. Widzicie teraz co próbuję powiedzieć? Moment.
12. "Nobody Knows This Is Nowhere" to znów efemeryda: noise-punk z południowym zacięciem, brzmiący trochę jak Unwound z okresu "New Plastic Ideas", ale ze znacznie bardziej psychową krawędzią. Jedyne takie nagranie w historii zespołu i aż dziw bierze, że z grania bedroom-psychu potrafili przeskoczyć w coś takiego.
13. Album jest grany na kompletnym bezdechu. Wszystko tu jest supergłośne i ultradudniące. Tempo spada dopiero w końcówce przedostatniego kawałka, by znów zacząć łupać w utworze ostatnim.
14. I goście się zupełnie nie szczypią. Piszą świetne prostackie riffy, które zupełnie by nie działały, gdyby nie odstawili tak świetnej brzmieniówki. Kiedy grają dłuższy jam psychowy, to nazywają go po prostu "Psych Jam". Cholernie podobają mi się wokale. Często deklamowane jak zwykli robić The Heads. Posłuchajcie jak w "He Was A Narc, But We Loved Him Anyway" facet deklamuje trochę poza rytmem swoim drżącym głosem. A w tle łomot. Coś wspaniałego.
15. LLW już nie istnieją. Dwóch gości z tego zespołu gra teraz w CCR Headcleaner. Tutaj jest nagranie ich występu. Może wydadzą płytę, a może nie. Jeśli wydadzą, będzie pewnie dostępna przez dwa tygodnie i zniknie. Jacyś nieokreśleni członkowie LLW nagrali cdr z nieokreślonymi członkami Dark Meat jako Sweet Teeth. Nazywa się ta płyta "From the Fourth Hand..." i można ją przesłuchać i nabyć tutaj. Nawiasem mówiąc: Thor's Rubber Hammer sprzedają płytę jeszcze innego projektu pobocznego Dark Meat: Gay Africa. Też polecam.
15.1. (Zapomniałem wspomnieć o gitesnych międzymuzycznych nawiązaniach. "Nobody Knows This Is Nowhere" nawiązuje do płyty Neila Younga, a CCR to Creedence Clearwater Revival.)
16. Ty Segall to już postać znana. Facet tworzący w tym nowym-starym psych-popowym kręgu Zachodniego Wybrzeża (Thee Oh Sees, Ganglians, Mantles, te sprawy). Trochę dziwnie się czuję pisząc o nim dopiero teraz, podczas gdy w audycji puszczam jego kawałki od dwóch lat z okładem. To znaczy, jego i zespołów w których grał. Wcześniej był perkusistą Traditional Fools, teraz jest w Sic Alps. Wydał też niedawno świetną płytę z Mikalem Croninem (z Charlie & The Moonhearts).
17. Uwielbiam jego solowy materiał. Facet pisze najprostsze i jednocześnie najchwytliwsze kawałki pod słońcem. Ramonesowe, półtoraminutowe surf-punkowe skakadła-krzyczadła. Człowiek się nawet nie kapnie, że to takie dobre, dopóki się nie zorientuje, że przez miesiąc w myślach powtarza sobie melodię z jednej z jego piosenek. Posłuchajcie "Can't Talk" z jego drugiej płyty, albo "The Drag" z pierwszej. Właściwie, posłuchajcie czegokolwiek tego faceta. W marcu na Goner wychodzi nowy album. Do niedawna jeszcze na Captcha Records dostępny był winyl "Horn The Unicorn" (niedługo ma być wznowienie) ze zbiorem singli i kawałków ze splitów. 40 minut materiału, prawie całość z tego prima sort. Naprawdę mocarz ten Segall.
18. A Black Time to trio brytoli, jedyny zespół, który da się brzmieniowo porównać z The Hunches (no dobra, przesadzam, więcej jest takiego trash-punku na świecie, Francuzi z The Fatals na przykład...) Przy czym, tam gdzie Hunches grali bluesa, Black Time robią post-punk. Podobnie jak Segall Black Time wydali masę singli, brzmią lo-fi jak jasna cholera. Ich znakiem rozpoznawczym jest wokalista, którego pseudomelodyjne wrzaski są nagrane jakby w krzyczał nie do mikrofonu ale pustej puszki po zielonym groszku.
19. Mój ulubiony album Black Time to "Midnight World". Bardzo lubię kawałek zamykający, "Escape Velocity". Pamiętam, że słuchałem go często pisząc semestralkę o "Na srebrnym globie" Żuławskiego i próbując udowodnić, że prędkość ucieczki dla naszej planety jest zbyt duża, by ludzie wytrzymali przeciążenie w pocisku wystrzelonym w stronę Księżyca.
20. Anyways, Telephone Explosion to kanadyjska wytwórnia, która wydaje wyłącznie gitne winyle. WGW, mógłby to być ich trademark. Wcześniej na TE wyszła świetna kolekcja singli i odrzutów Demon's Claws pt. "Lost In The Desert". Zapytajcie Marcina z Trashgarage czy to było dobre, jeśli mi nie wierzycie.
21. Tutaj mamy split poskładany z kasety Black Time na stronie B. Kaseta ta nazywała się "Eine Kleine Trash Musik" i była paskudnie limitowana. Jest (była) o tyle gitna, że nagrano na niej chyba jedyny materiał z okresu, kiedy BT byli kwartetem. Brzmią dzięki temu jeszcze głośniej (gitniej) i dobitniej (gitgiteśniej). Posłuchajcie "You Make Me". Pięć słów, dwie linijki, trzy dźwięki. A jaki kawałek!
22. Natomiast strona A to dziesięć minut Segalla robiącego swoje surfowe lo-fi. Jest "No No", które wyszło wcześniej na singlu "Cents", jest świetny cover "Be A Caveman" The Dwarves. I świetny "Swag", który nie został wydany gdziekolwiek indziej. Płyta jest już wyprzedana, oczywiście. Trzeba poczekać na "Horn The Unicorn 2".
23. Do polecenia z Telephone Explosion jest jeszcze świetna składanka "Our Boy Roy" z coverami Roya Orbisona. Mocarna obsada, m.in.: Jacuzzi Boys, Haunted George, Demon's Claws, Red Mass, Cheater Slicks, Charlie & The Moonhearts i Ty Segall grający "Pretty Woman", gdzie brzmi bardzo jak Thee Oh Sees na tej ich najnowszej płycie, której nie lubię. Ale Segall wypadł świetnie, jak zawsze.
24. Na koniec historyjka dwóch braci-chrześcijan. Zespół kompletnie znikąd. O Dry-Rot nigdzie wcześniej nie słyszałem. Nawet nie zauważyłem recenzji na Termbo. Znalazłem ich myspace jakoś przypadkiem. Ależ dziko brzmią! Nisko strojona, mocno przesterowana gitara, jazzowe zagrywki, kwasowe przerywniki. Wokalista drze się i chichocze jakby w trakcie jakiegoś rytuału. Strasznie dziwaczny klimat ma ta płyta. To nie jest granie do pogo.
25. Okazuje się, że na perkusji gra tutaj klient z legendarnego Saccharine Trust. Na Parts Unknown wyszła płyta pod pięknym tytułem "3 Records On 1 CD", zbierająca ich trzy single i jakieś dodatki. Wszystko oczywiście niemniej dziwaczne. Jeden z tych singli to historia jakiegoś seryjnego zabójcy, gdzie kawałki są przerywane cytatami jakiegoś policjanta opisującego metody działania tegoż mordercy. Na końcu jest beznadziejny (ale bardzo zabawny w kontekście płyty) cover "Summertime Blues".
(25.1. W kopercie winylowej znaleźć można kupon, który można wypełnić i odesłać zespołowi na podany adres. Wtedy przysyłają dwie, gęsto zapisane kartki A4 z niezwykle dokładnymi informacjami dotyczącymi sposobu nagrywania płyty, inspiracji i obranej stylistyki. Jest dokładna rozpiska sprzętu i dat nagrań. Można się z niego też dowiedzieć m.in., że tytuł płyty się gitarzyście przyśnił, że "Can A Game Kill Time" to tak naprawdę dwa kawałki zsynchronizowane w obu kanałach stereo i da się go słuchać w ten sposób na trzy sposoby (tylko lewy, tylko prawy, oba kanały), że bas nagrał gitarzysta pod anagramowym pseudonimem. Na końcu jest bibliografia, wśród której są Foucault, Tołstoj, Enroth i, oczywiście, "Nowy Testament".)
(25.2. Najfajniejszą informacją jest dla mnie fakt, że pan krzykacz mógł sobie biegać po całym studiu wedle swojego życzenia, tak jak ma w zwyczaju czynić na scenie. I to doskonale słychać. Obaczcie przytłumione wrzaski na "Honey Stomachs". Albo mocarne wtrącenia w "Mass Love".)
26. To też chwila, przypadek. Jedno kliknięcie mniej i nie podniecałbym się teraz jakimś hc punkiem z Kalifornii (Kalafiornii). A to najlepszy hc jaki słyszałem od lat. Staroszkolny, ale zbrojny w lata obecne. Są tu zabawy kierunkiem odtwarzania taśmy ("All The Crime In The World") i porąbane instrumentale ("Honey Stomachs") przypominające mi DEP, za czasów gdy jeszcze grali dobrą muzykę. I sieczka jest, taka jak trzeba. Polecam też ich najnowszy singiel "Hairless". B-side tegoż jest tak epicki, że aż strach. Zakończyłem nim przedostatnią audycję. Wszystko do kupienia jest tutaj, w sklepie prowadzonym przez sam zespół. Polecam, polecam, polecam.
(26.1. A propos hc punku: Total Abuse będą grać w maju w Lublinie! Trzeba się wybrać.)
(26.2. A propos punku: obaczcie listę moich ulubioności.)
27. Poza tym, Tyvek mi dziś napisali, że chcą zagrać w Polsce. Gites, nie?
Komentarze
nie wiem jak jest rzeczywiście, ale ten cały ruch punkowy to już raczej tak średnio chyba, nie?, już nawet nie to, że nie widzę koleżków, ale nawet na blokach brakuje typowych manifestuji zycia jak kiedys, to moze sie jednak przeliczyli z tym swoim nie umieraniem:)
znałem natomiast kiedyś jednego, dawno, jak sie jeszcze grało w miasta-państwa z dziewczynami, typowy wzburzony młody poeta, ale oczywiście nie poeta, jakieś czerstwy bunt, frustracja, pierwsze machanie hantlami, pompki i nawet nożyce, i tak mi się teraz to wszystko przypomniało jak oglądam te okładki na Twojej liscie ulubionych muzykow muzyki punk... no wzorowe są te grafiki:D WZOROWE:D chyba nie da się lepiej rysunkiem oddać klimatu:)
nawet mniej niż średnio. punk jest na kompletnym marginesie. ale tym lepiej, to jest muzyka marginesowa.
z drugiej strony, Grzesiu mówi, że hip-hop też już ledwo dyszy. już szmalu z niego nie ma jak kiedyś, moda przeszła.
a z wspomnień pamiętam jak kiedyś koleżanka z liceum przedstawiała mi swojego ówczesnego chłopaka mówiąc, że "gra w zespole Azyl, może słyszałeś, taki punk".
plus, studiowałem z dziewczyną, która gra na gitarze (i chyba śpiewa) w bardzo marnym zespole Kaganiec:
http://www.myspace.com/kaganiec
obacz ich piosenkę o Białymstoku. to jest złe na kilkunastu poziomach.
Z Black Time mam taki śmieszny problem, że bardzo lubię ich małe wydawnictwa - "Dance Party"! - a przy tych dłuższych wymiękam i to nie po dziesiątym kawałku, ale po drugim. Czasem mam wrażenie, że to dwa różne zespoły, jeden nagrywa single, drugi albumy. Mimo wszystko co jakiś czas wystawiam się na próby i katuję. To dla nich ściągnąłem split z Segallem, którego znałem tylko z nazwiska. Gdzieś kiedyś coś o nim czytałem, ale odstraszało mnie jego ... nazwisko. 'Jak można sie tak idiotycznie nazywać?' A tu się nagle okazuje, że gra naprawdę git muzyczkę. Polubiłem, pokradłem pozostałe jego twory i okazało się, że 'naprawdę git' to za mało powiedziane.
Z tego co czytałem 'Melted' dopiero pod koniec maja ma wyjść, w marcu siedem cali pt. 'Caesar'. W każdym razie Ty spuszcza się teraz nad brzmieniem Beatlesów, a z sesji 'Melted' pochodzą już kawałki z prześwietnego 'My Sunshine'. No i jak tu go nie kochać?
Czy 'Be a Caveman' to na pewno the Dwarves, a nie jakiś zapomniany song z lat 60.?
Całkiem niedawno się dowiedziałem, że jeden z Fatalsów, to gitarzysta Demon's Claws. Mały świat, mała scena.
'Our Boy Roy' wstępnie jestem trochę zawiedziony, no ale trzy przesłuchania to zdecydowanie za mało.
black time rzeczywiście najlepiej wypadają na singlach, bo są strasznie męczący z tym ich brzmieniem. półgodzinny LP to naprawdę test cierpliwości. choć mówię, "midnight world" chyba najlepszy. obacz trzy pierwsze kawałki. tak samo mam z magnetix - uwielbiam single, a albumy trudno przesłuchać za jednym posiedzeniem. ale za to jest to prima sort składankowy materiał.
a moje ulubione nagranie black time to singiel "beat of the traps b/w crawlin".
jestem pewien co do dwarves. oni też przechodzili przez fazę grania garażówki. tak jak i angry samoans, zresztą.
demon's claws mogliby przestać się opierdalać i nagrać jakiś dłuższy nowy materiał. "fucked on ketamine" wrzuciłem chyba na pięć składanek robionych różnym osobom.
co do fatals, znalazłem na ebayu płytę zbierająca ich trzy pierwsze single za pięć dych. zrzucamy się?
http://tnij.org/fz41