02
listopada
2008

Uncle Jim - Superstars of Greenwich Meantime
Abduction 2005

Country Teasers - Live Album
In The Red 2005

Ross Johnson - Make It Stop! The Most of Ross Johnson
Goner 2007
Jest wszystkich świętych a mi na wklepanie tej rekomendacji zebrało się akurat teraz. Dziwactwo. Ale mam wymówkę - po grobach chodził będę jutro. Dziś nadmierny tłok.
Miałem, kumacie, taki głupi pomysł by napisać wprowadzenie po angielsku. Raz - żeby się popisać i dwa - bo zerknąłem w statystyki i 25% moich czytelników pochodzi z krajów anglojęzycznych. Według moich obliczeń to oznacza trzy i pół czytelnika brytolsko-jankesko-australijskiego.
Nie wychodzą mi dziś dowcipy. Ale jak mogą wychodzić? Pierwszy listopada, cholera.
Dziś pogadamy o literackości w (mojej ulubionej) muzyce. Kiedy byłem małym chłopcem myślałem, że wszystkie te knigi z Wielką Literaturą zawierają wyłącznie duże, grube słowa. Że w nich siedzą same anafory, kamfory i telesfory. Że się tego nie da czytać bez literackiego BeHaPe. Dlatego przez dłuższy czas czytałem więcej komiksów i sci-fi niż literatury pięknej.
Właściwie daleki od prawdy mój przesąd nie był. Książki są pisane przez straszliwych nudziarzy. W dużej mierze traktują o innych książkach, napisanych przez innych nudziarzy. Czasem to polemika, czasem trybut. Tych ciekawszych oryginałów należało wykopywać z najbardziej zakurzonych półek, albo z archiwów. Karel Capek, na przykład. Zanim ja się do niego dorwałem czekał w mojej bibliotece od '74. I, widzicie, z muzyką mam tak samo.
Etc.
"I know real niggers, real niggers don't work for bankers."
Uncle Jim
Więc dziś trzy razy literacko. Na początek Wujek Jim. Jest to ksywa pana Charles'a Gochera z Sun City Girls. Wspominanie o nim jest nawet pasujące do dnia dzisiejszego, bo Gocher nie żyje. Niestety. Ale zanim umarł, robił najlepszą podróbkę bitników od czasu samych bitników.
Tutaj mógłbym zacząć o Sun City Girls. Ale nie mogę, za mały jestem na nich. Mogę tylko sypać ogólnikami. SCG to było trzech facetów, którzy, jeśli ich zamknąć w szczelnym pomieszczeniu z kilkoma losowo wybranymi instrumentami muzycznymi, byli w stanie w krótkim czasie zrobić najlepszą muzykę awangardową, jajcarską, dziwaczną, jeden kuźwa pies jaką. Najpierw byli z Arizony, później pojechali do Seattle. Z pustego zadupia do deszczowego zadupia. W czasie swojej pięknej kariery, od drugiej połowy lat osiemdziesiątych począwszy, wydali MASĘ płyt różniących się brzmieniem, konceptem, instrumentarium i tak dalej, ale połączonych posraną wiarą w to, że udziwacznianie ma jakiś sens. I miało, trzeba przyznać patrząc na ich dyskografię.
Sami sprawdźcie. Nagrywali między innymi: garażowy, etnicznie brzmiący rock; kilkudyskową zabawę w radio; noise improv; i płyty "gadane". Nagrywali naprawdę dziwaczne filmy. Zrobili soundtrack do filmu (do spółki z J. Spaceman'em, płyta wyszła niedawno). Nagrywali koncertówki przypominające bardziej teatr/happening niż zwyczajny koncert. Właśnie, użyłem słowa "normalny". Tak się nie da omawiając SGC. To jest dziki żywioł. Niby coś jak Zappa, Holy Modal Rounders, The Fugs, ale jednak z bardziej wysokoartystycznym zacięciem. Kurna, faceci potrafili zrobić piosenkę z refrenem "Fuckin' A, it's the CIA.", ale dodać do tego taki tekst, że łeb odpada (dobra, tego akurat nie napisali, to jest cover The Fugs, ale zawsze). Nie będę podawał tytułów. Mam wam nadziewać ryby na haczyk? Nauczcie się łowić. Albo nurkować.
Plus projekty poboczne. Najsławniejszy z trójki jest oczywiście Richard Bishop - od lat wydaje swoje solówki na gitarze. A trzeba otwarcie powiedzieć, że graniu na tejże jest mocny. Plus, grał też dziki folk w projekcie zwanym Alvarus B.
I mój ulubieniec - martwy, zmarły Charles Gocher. Perkusista, który czasem deklamował te bitnickie teksty. W ramach SCG objawił się głównie na moim ulubionym (tak, ściągnąłem to od Prindle'a) dwupłytowym "Dante's Disneyland Inferno". Dodatkowo sporadycznie przemawiał jako Uncle Jim. Płyta, którą dziś polecam to właśnie zbiór sześciu takich przemówień.
Lounge jazz, bity prawie hip-hopowe, cichy podkład z chórkami, przepity blues, surf-rock przechodzący w zapętlony sampel jazzowy - to są podkłady. A do tego przemówienia. Wujek Jim jedzie po wszystkich, wspomina swoich kumpli, opowiada o sąsiadach, pluje na muzykę młodzieżową. I dotyka geniuszu, moim zdaniem.
To pewnie kwestia mojego nieobeznania. Mojego prostactwa prosto z wioski. Gdybym słuchał high-artowych spoken-word artystów to bym na to spojrzeć nie chciał. E, pierdoły opowiadam. Nikt nie łączył takiego grania z takimi tekstami. Stąd ten geniusz. Jeśli znacie coś lepszego - jak zwykle czekam na propozycje.
Momentów, tych z angielska zwanych Crowning Moments of Pure Awesome jest zbyt wiele, nie sposób ich wszystkich wskazać. Rzecz polega na tym, że większość z tych tekstów wytatuowałbym sobie na plecach. Choć, może wskażę ten moment we "Flashback", kiedy pośród głupich (bardzo śmiesznych) dowcipów i różnych okrzyków Gocher nagle jakby traci swój sarkazm, swoją pozę i mówi zupełnie szczerze i kompletnie od rzeczy: "You know the Layoceans are good hard working people, fellas". A ostatnia linijka w tym kawałku brzmi... W kontekście śmierci Gochera brzmi to niesamowicie.
Co zresztą dla SCG nie jest niczym nowym. Na "Dante's Disneyland Inferno" jest kawałek pt. "Charles Gocher Sr." Tamże, ojciec Gochera opowiada (zza grobu, oczywiście) o śmierci swego syna i o sposobie, w jaki zostanie zużytkowany jego zezwłok. Zastanawiam się, cholera, czy Gocher w 1996-tym wiedział, że ma raka?
Gdybyście stwierdzili u siebie zainteresowanie tematem Sun City Girls, polecam:
- trzy znakomite, informatywne i retrospektywne audycje Siehana.
- artykuł o SCG w perfect sound forever
- trybut dla Gochera pióra Alana Bishopa.
- strona o Wujku Jimie
- teksty SCG. lektura wręcz obowiązkowa.
Teraz inne rejony tego marnego świata. Szkocja. Co ja wiem o Szkocji? O, mam. Szkoci mają swoich reprezentantów w parlemencie brytyjskim, ale brytole nie mają swoich w szkockim. Plus, kilkanaście lat temu Glasgow było brytyjskim zagłębiem narkotykowym.
I są rudzi. Szkoci są rudzi i wymawiają 'r'.
Kiedy już ustaliliśmy te podstawowe dla zrozumienia istoty szkockości fakty przedstawmy drugich dzisiejszych bohaterowiczów. Country Teasers, zespół którego nie wpuściłbyś na imprezę. Nawet do domu byś ich nie wpuścił.
To jest tak - powiedzmy, że masz inteligentnego kumpla, który za grosz nie ma taktu. Przychodzi na stypę i zaczyna opowiadać dowcipy. Jego dowcipy są śmieszne, jak najbardziej, i kumpel też równiacha, ale to jest nie na miejscu. Teraz, Country Teasers są w CAŁOŚCI nie na miejscu. Ich teksty traktują o rasizmie, nienawiści i tym podobnych. Nie powinienem się śmiać, ale kiedy słyszę taką linijkę: "Slave barge, ancient Egypt, birthplace of the blues". to nie mogę, to jest zbyt śmieszne.
Ale sztuczka polega na tym, że mogę się śmiać. Bo koncept jest taki, że pan Ben Wallers wyśpiewuje (pijacko brzmiącym głosem) takie rzeczy aby ukazać pewien problem. Chodzi o to, że istnieją ludzie, którzy takie teksty uznaliby za wyrażające ich pogląd.
Przykład? Proszę bardzo. Przychodzę po wypłatę za tłumaczenia. Głupi, stary antystemita przelicza ilość znaków (zaokrąglając w dół, oczywiście). Po przeliczeniu i (żałosnej) wypłacie pyta mnie:
- A wie pan, dlaczego w Szwajcarii nie pisze się dobrej literatury?
- Trudno powiedzieć. Neutralność. Nie mieli wojen od bardzo dawna. Trzeba tragedii dla dobrej sztuki, wie pan.
- No tak, tak. Ale jest jeszcze coś. Wie pan o co chodzi?
- Nie.
- Nie ma tam jodu. Nie mają dostępu do morza, nie ma jodu i ich mózgi wykształcają się w taki sposób. I dlatego nie umieją pisać.
No nie?
Pan Wellers to katalizator takich Głębokich Myśli. On takie myśli kolekcjonuje, poleruje do błysku i wystawia na poklask w swoich piosenkach. Tyle, że u niego to jest (zamierzenie) śmieszne. A kiedy słyszę coś takiego od gościa, dla którego pracuję, to niewesołe.
Wellers ma projekt solowy, który podpisuje jako The Rebel. Tak ta solówka jak i Country Teasers brzmią jak The Fall (kto nie brzmi?), tylko jeszcze bardziej lo-fi i bez melodii. Facet ma głos trochę jak Falco z Mclusky. Ostrzegam, ciężkostrawna muzyka. Ale jeśli macie twardy żołądek, to prosta sprawa, spróbujecie.
Wybrałem ten album do polecenia, ponieważ (albowiem), jest on chyba najlepszym punktem startowym ku poznawaniu Country Teasers. Choć nie, może jest najbardziej reprezentatywny względem ich kariery. Najłatwiejszy w odbiorze jest chyba "Destroy All Human Life". Natomiast tylko na "Live Album" możecie usłyszeć publikę rozkazującą zdjęcie zespołu ze sceny. Poza tym, to nie jest "live album" per se. Są tam odrzuty, skity i oczywiście koncertówki. A poza jeszcze tamtym, grają tam GENIALNĄ wersję "Please Stop Fucking Each Other" i covery Randy Newmana, New Order (jak ja ich nie znoszę), Butthole Surfers i Brainbombs. Sensownie byłoby zadać sobie pytanie - jakiż to zespół gra takie kowery? Dobry, bardzo bolesny zespół, moja droga zagubiona dziecino, poczciwa kobieto, szlachetny chłopcze.
"I love hating music as much as I enjoy listening to it".
Ross Johnson
Prosta rzecz na koniec. Johnson wydał tylko jedną płytę jako on. Jako członek zespołu wydał więcej. Grał jako perkusista u Alexa Chiltona. W trakcie swej Niebywałej Kariery zakładał kilka własnych i je rozpadał. Stąd wzięły się single, które zbierane są na ostatniej dziś rekomendowanej płycie.
Pan Ross Johnson jest z południa Stanów, ma problemy z kobietami i nie znosi psów (zwłaszcza pudli i chihuahua (to drugie jest też prowincją meksyku)). Pan Johnson, w przeciwieńśtwie do poprzednich dwóch artystów, się w nic nie przebiera. Grubawy perkusista siada przed mikrofonem i do (nienajlepszego) retro rock n' rolla opowiada o swoich przejściach z kobietami, swoim nieudanym życiu, największych wpadkach i tym podobne. Niby nudy, niby słyszeliśmy, niby złamanie zasady kreatywnego pisania numer jeden.
A ta zasada brzmi: "Czasu obcych ci ludzi używaj w taki sposób, by nie uznali go za zmarnowany."
Czas nie jest zmarnowany, bo jego historyjki są naprawdę śmieszne. Podane ze sznytem komediowym. Komedia to płaczliwa, komedia po kilku głębszych, ale czego się spodziewać? Pan Johnson widocznie brzydzi się przemocą i terrorem więc została mu tylko butelka. Trzeba się jakoś realizować.
Masa śmiesznych tekstów. Nie mogę słuchać tego w autobusie, bo śmieję się cały czas słuchając jak pan Johnson wyraża swoją opinię na temat pudli, albo udaje kaowca na imprezie ("Keep On Dancin') gdzie wtrąca pogadankę na temat strachu przed byciem bitym. Albo świetny "It Never Happened" gdzie podmiot liryczny zastanawia się, czy jego żywot nie był tylko koszmarnym snem. Śmieszność i geniusz zaczyna się dokładnie w tym momencie, kiedy Johnson dobywa z siebie okrzyk "IMPOSSIBLE! IMPOSSIBLE!". Trochę jak ten komiks.
Recenzent z AMG pisze, że będzie się na tę płytę patrzeć po latach jako na kolejne autotematyczne dziwactwo pochodzące z podziemia Memphis. Sraty-pierdziaty. Humor jest w pisaniu najtrudniejszy. Jeśli ktoś potrafi być śmieszny to znaczy, że jest inteligentny. Prosta sprawa. Nie, Adam Sandler nie jest inteligentny, ale Ross Jonhson - jest.
Nie ma się co produkować.
Jeszcze tylko porównania. Uncle Jim i całe Sun City Girls to Pynchon, tylko z większą ilością kwasu. Country Teasers to Celine, tylko po angielsku i z poczuciem humoru. A Johnson to nikt. Bardzo śmieszny, mocno podpity gość siedzący w pubie i opowiadający losowo wybranym ludziom swoją biografię.
Jeszcze mi się przypomniało - Albini też jest literat. Miał tę piosenkę o wiewiórkach, którą kończył tymi słowy:
Because they were squirrels
Real squirrels!
And there were thousands
This isn't some kind of metaphor.
Goddamn, this is real.
Widzicie? Literatura jest wszędzie.
Na koniec konkurs. Znajdź pięć podobieństw i różnic między tym tekstem, a tym tekstem. Hej ho, naprzód, zabawa!
№ 1
02 listopada 2008, 01:58:27
maz
tab, czemu Ty nie piszesz na głównej joggera?
nie wiem. nie lubię. jeśli ktoś miał się tutaj zjawić to się już pewnie zjawił.
№ 3
03 listopada 2008, 00:10:17
mega bubr
Albini - literacko to nawiązanie do Pnina Nabokova chyba?
Nomo bardzo ciekawe po sparzeniu się na Antibalas zabrakło mi cierpliwości, bo jakoś Dark Meat wtedy też próbowałem i ono lepiej weszło, z dystansem podszedłem jak sprawdziłem z czym to się je. A tu taka niespodzianka.
Ja jakoś bardów języka angielskiego nie ogarniam, kobiety to i owszem, bo i teksty bardziej dostępne - lekko strawne? i głos taki fajniejszy. A może to brak tego umysłu anglisty i brak wyrobienia w metaforach, anaforach i związkach frazeologicznych ichniego języka czyli lenistwo i brak cierpliwości. Choć od niektórych tekstów to mnie mdli (prostota i naiwność) a od muzyki kręci się nóżka, serce rośnie, głowa chodzi, banan na twarzy rozkwita i w ogóle. Cóż pora dorosnąć i czerpać radość z muzyki od innej strony. Spróbuję coś ugryźć.
w klimacie listopada
http://www.youtube.com/watch?v=mvwJjwVvlX8 proste polskie łupu cupu
pozdrawiam
rozważam rzucenie pracy, żeby mieć czas na czytanie i słuchanie każdego wpisu. to znaczy takie porządne, jak kujon w szkole czy coś. na szczęście niedługo czekają mnie miesięczne wakacje, więc nadrobię.
no i ku*rwa jak zwykle nic ciekawego nie powiem, bo nie mam czasu całości odsłuchać. ale lubię poczytać i sobie wyobrażać, jak to zabrzmi
bubr: z nabokovem jestem na bakier. tylko lolitę znam.
wiadomo. iggy pop nie był wybitnym tekściarzem, ale komu to stanowi?
nawet ciekawe to łupu cupu.
jakuzz: nie trza jak kujon. sobie ładujesz w przenośny gramofon i słuchasz będąc przejazdem.
i bierz poprawkę, żem znudzony studenciak.
a urlop z wyboru czy przymusu?
Urlop z przymusu? Puh-lease. Z przymusu to ja pracuję, gdyż nie jestem już znudzoną studentką. Przenośny gramofon pyszna myśl, tylko za rzadko się z domu ruszam, co również zmieni się na urlopie. Dobra, play.