11
sierpnia
2008

Kolejne polecanki-cacanki. Dziś dużo, bo nie mam forsy na wyjazd gdziekolwiek, więc zachowuję się na p2p jak bogate grube dziecko w sklepie z cukierkami. Zaleta tego faktu jest taka, że zebrałem materiał na kilka następnych audycji. Wadą - kompletne niewyspanie, co jest zabawne w kontekście zbliżającej się sesji wrześniowej, na którą sprytnie prawie wszystko w czerwcu przeniosłem.
Pod polecankami jest kilka ogłoszeń dotyczących Tableau! i mojej kandydatury na prezydenta RP.
osobna kategoria dla zespołów, których wszystkie kolejno wychodzące albumy podobają mi się z niewytłumaczalnych powodów:
Big Blood & Visitations - 'Lectric Lashes
Thee Oh Sees - Thee Hounds of Foggy Notion
Jeśli czytacie moje wypociny przez jakiś czas to pewnie kumacie, że ostatnimi czasy (czyt. od prawie roku) polecam te dwa zespoły kiedy tylko wydadzą cokolwiek nowego. Wiem o tym, ale nic nie poradzę. Ci goście po prostu się nie szczypią i nagrywają (tudzież wydają) muzykę najczęściej jak się da. I najśmieszniejsze, że te wydawnictwa są mocarne. Albo się nie znam, nie wiem. Albo są mocarne. Albo jest zbyt gorąco.
Ale uznajmy na czas przeczytania tego wpisu, że jednak są gitni. Więc mamy tutaj Dwyera i jego ferajnę wydającego DVD ukazujące Thee Oh Sees grających w różnych miejscach w San Francisco. Do tego dołączona jest płyta z zaprezentowanymi kawałkami. Żeby nie przedłużać i nie powtarzać - ich dźwięki opisywałem tutaj. A tutaj można znaleźć płytę zeszłoroczną.
Natomiast tę opisywaną dziś znajdujemy tutaj. Szesnaście kawałków, większość starych (świetna wersja "Golden Phones"), kilka nowych. Używali mniej reverbów, bo sama okolica zapodawała im echo.
I Big Blood, najlepszy acid-folk o jakim nikt nie słyszał. Tutaj popełnili siedmiocalówkę z ich kumplami z zespołu Visitations. Cztery kawałki bez tytułów - krótkie otwierający i zamykający, dwa dłuższe w środku. Razem - kwadrans grania. Brzmieniowo - niesamowity kwas. Ale nie żartuję. Z tych dwóch dłuższych, ten pierwszy to jakby podkład do jakiegoś klasowego filmu fantasy, spróbujcie się z nim na uszach przejść po lesie. Ten drugi dłuższy to najcięższa rzecz jaką Big Blood dotąd nagrali. Kompletna psychoza. Do tego są, nazwijmy to, chwytliwe na tyle, że scyzorykiem tego sobie z głowy nie wydłubiesz. To jest gwarant.
Cholera - kwadrans muzyki, a mogłoby to iść w nieskończoność. I właściwie powinno. Do kupienia tutaj, w ramach wiosennego psych-pakietu siedmiocalówek (trzydzieści dolców). Natomiast do dorwania stąd.

kategoria polecanek zwyczajnych:
Acid Eater - Virulent Fuzz Punk A.C.I.D.
Jeden z tych tytułów płyt, które mówią wszystko. Czyli z angielska: garage-pvnk as played by completely stoned japanese noise fans. Niesamowita zabawa. Nie aż tak ciężkie jak wszyscy to opisują. Zmiksowane oczywiście żałośnie, ale w tym cała radość. Plus kompletnie amatorskie klawisze stylizowane na hammonda (a może to naprawdę jest hammond?) i japończyk na wokalu próbujący śpiewać po angielsku.
The Hunches - Yes. No. Shut It!
To samo co wyżej, tylko cięższe, jankeskie i bez klawiszy. Polecam słuchać oglądając marne filmy kung-fu.
The Necessary Evils - The Sicko Inside Me
Horror-pvnk. Bardzo ciekawe podejście - riffy jak z surf rocka przepuszczone przez paskudny przester plus bluesowe darcie mordy. Trochę jak Thee Hydrogen Terrors, tylko znacznie głośniejsze. Co jakiś czas na płycie pojawia się noise'owy odjazd albo balladka ("Girl"). Czyli jeśli jesteś fanem grania jajecznego, to ta płyta cię obsłuży całościowo. Jeśli nie jesteś - unikaj następnych moich audycji.
The Heads - Irrepressible
The Heads - Time In Space
kurna, the heads - wiadomo - trzeba to zdobyć. dwa cdry. jedna płyta na żywo nagrana tak marnie (dla fanów - genialnie), że nie słychać wokalu, a druga z rarytasami i odrzutami z sesji. mówiłem, że wiadomo.
The Ooga Boogas - The Octopus Is Back 7''
Garażowy (miła odmiana, prawda?) surf-pvnk. O ile się nie mylę, to projekt gościa z eddy current.
Darvocets - Are New Wave
Sześć kawałków w dziesięć minut. Brzmią jak przyśpieszona i nie mniej śmieszna wersja Angry Samoans. Plus teksty jak z marnych filmów sci-fi. Można chcieć czegoś więcej?
Cave - Hunt Like Devil/JAMZ
Sztuka nagrania dwóch płyt na jednym riffie. Umieją to Shit And Shine, umieją to też Cave.
The Now Time Delegation - Watch For Today
Miss Alex White and the Red Orchestra - Space & Time
Śpiewające panie. Pani Alex White ma podkłady głośniejsze, ale pani z Now Time ma bardziej bujające. Na szczęście to nie jest małżeństwo i można wybrać obie panie na raz (wiem, czerstwy dowcip).
składak pt. Emergency Room wydany na Nominal
Okazuje się, że kiedy ja tutaj słucham Clockcleaner i im pokrewnych w kanadzie noiz-pvnk grany jest od pewnego czasu w Vancouver w klubie o nazwie Emergency Room.
Polecam usłyszeć wokal pani z zespołu Mutators i powiedzieć mi, że CKOD mieli kiedykolwiek cokolwiek wspólnego z punkiem.
Mount Eerie - Black Wooden Ceiling Opening EP
Lewar miał rację - pan elverum się postarzał i wymyślił, że będzie grał głośno. ku mojej uciesze, oczywiście. nie to, żebym "Glow pt. 2" nie słyszał. Po prostu nie śledziłem jego późniejszej kariery (po płycie "Mount Eerie", bene nota).
Bardzo, bardzo gitne. Plus (niezamierzony?) pastisz power metalu w zakończeniu "In Moonlight".
Kawaguchi Masami's New Rock Syndicate - Cat vs. Frog
Sześć stonerowych jamów w wersji japońskiej grane przez gitarzystę LSD Pond. Nieoryginalne, ale odprężające i naprawdę dobrze zagrane.
Sic Alps - U.S. Ez
Właściwie powinienem ich dopisać do poprzedniej kategorii. Nowy album, wydany na Siltbreeze. Bardziej chropowaty niż zeszłoroczne "Descriptions of the Harbour", ale też ma melodie ("Gelly Roll Gum Drop", "Mater"). Na pewno ciekawsze niż tegoroczny album Eat Skull. Co tu dużo gadać, będzie na kolejnych audycjach, obaczycie sami.
Kurt Vile - Constant Hitmaker
Psych-pop robiony przez jednego faceta. W klimatach {{{Sunset}}}, ale bardziej lo-fi. Czasami gość zbliża się do rejonów M. Warda ("Slow Talkers"), a jak wszystkim wiadomo - są to rejony bogate w gites.
Poza tym pierwszy kawałek ssie, im dalej tym lepiej.
Portishead - Third
Czy naprawdę muszę komukolwiek udowadniać, że to jest wybitna płyta? Że jeśli kumacie lata '70 to będzie was bawić szukanie (modnie mówiąc) dekonstrukcji, odniesień i zapożyczeń z klasycznej psychodeli? Że to jest najlepsza instrumentalnie płyta Portishead? I że porównywanie jej do "Dummy" (nawet ocenianie jej względem) jest oznaką szczególnego idiotyzmu, bo Portishead miało już co najmniej trzy różne wcielenia brzmieniowe? etc. etc.?
To dobrze, oszczędzę trochę czasu.
wznowienia:
Skullflower - IIIrd Gatekeeper
Jeden z niewielu albumów Skullflower, których da się słuchać bez zatyczek do uszu.
Cavity - Laid Insignificant
Popołudniowy, prorodzinny sludge-fucking-metal. Moim zdaniem ZNACZNIE lepszy od uznanego Eyehategod. Cavity mieli pomysły, mieli brzmienie i umieli porządnie grać dynamiką.
Przy okazji - nic się ostatnio ciekawego nie dzieje na Hydrahead [obaczcie - Harvey Milk niestety nie taki, Torche słabiutkie w porównaniu z Floor, może te Clouds jest dobre. Jeszcze nie słuchałem.]
Betty Davis - They Say I'm Different
Żona Milesa Davisa (którego Polska jest ojczyzną) zrobiła trzydzieści lat temu funk. Teraz Light In The Attic to wydaje powtórnie. Gówno wiem o takiej muzyce, ale mię to rusza. Widocznie musi w tej płycie występować odpowiednie stężenie prymitywu.
Sebadoh - III
Sebadoh - Bubble & Scrape
Warto się zapoznać z samych pobudek historycznych.
Poza tym jest okazja posłuchać "As The World Dies The Eyes Of God Grow Bigger". Pomyślcie, gdyby taki kawałek nagrali dziś Arcade Fire fani by ich natychmiast wyklęli. 58 Rzeczy, Którymi Dzisiejsze Indie Różni Się Od Indie Sprzed Dekady.
Wieści i komunikaty:
- w Gruzji wojna;
- na olimpiadzie brak medali;
- w lodówce pustki;
- Isaac Hayes umarł;
- naheis dziś o dziewiątej gra pierwszą część retrospektywy Sun City Girls.
- na podwórku gorąc na zmianę z deszczem. Czasami oba jednocześnie;
- będę prowadził godzinną audycję w internetowym radiu Sitka, podkast będzie zapodawany po każdym odcinku;
- w poprzedni piątek minęły trzy lata od otwarcia Tableau!. Trzy lata mniej-więcej regularnego pisania to dużo dla człowieka, który ma problemy z odróżnieniem poszczególnych dni tygodnia. Dlatego przyjmuję gratulacje i drobne upominki.
- zamierzam zostać prezydentem. Moje hasło wyborcze: "twoja stara never had it so good from me"
świetnie z tą audycją. kiedy startujesz?
toast kieliszkiem złotej T z okazji 3 lat.
zdrowie czytelników/słuchaczy, man.
jeszcze nie wiem, muszę uzgodnić termin audycji.
niewiele się zmieni - miksy będą godzinne, będą wychodzić regularniej. ale to naprawdę duży gites, że to mi zaproponowano.
a tak btw - zamawiałeś może jakieś CD ostatnio z USA? chodzi mi o to, czy nie zostały zatrzymane przez celników, bo doszły mię słuchy, że od niedawna nie puszczają żadnej paki powyżej jakiejś drobnej wartości.
ja nie, ale kumpel niedawno brał płyty i części do wzmacniacza z ebay. i nie wspominał o takich problemach. dlaczego mieliby nie puszczać paczek?
pono taka akcja; kumpel z poznania zapłacił za paczkę płyt z florydy; u mnie też już powinno być jedno zamówienie (m.in. valet he he), ale coś kurde się spóźnia; normalnie kocioł założyli
tzn. źle się wyraziłem - puszczają, ale jak zapłacisz cło
aha. możliwe, że teraz jeszcze bardziej obniżyli ten próg. z amazona maksymalnie wziąłem trzy płyty. to było ok temu (harvey milk dwupłytowa edycja, więc liczę jako dwie). przeszły bez cła. nie oznaczałem jako gift ani nic. może kwestia poczty? bo ta zwykła lotnicza wlecze się ostatnimi czasy potwornie.
w tym roku z braku szmalu biorę raczej z allegro. choć, cholera, przy dzisiejszym kursie dolca oba albumy vbs idą za pięćdziesiątaka. ech...
nie no, obecnie zdecydowanie tylko z usa; średnia cena płyty, z kosztami przesyłki wychodzi 30 zł, a są też tańsze;
słucham właśnie big blood. ten 3 kawałek niezły madafaker.
man, nie rozumiem jak ci goście mogą amatorskimi sposobami nagrywać tak brzmiące rzeczy z taką częstotliwością. i jeszcze mają swój "profesjonalniejszy" zespół na Young God, co to się zwie Fire On Fire, pewnie też w tym roku coś wyjdzie.
dopiero się kapnąłem, że zapomniałem napisać o jeszcze jednej płycie.
haunted george - pile o'meat. horrorowo-country-kwasowa wersja toma waitsa. "a w pejotlu taka siła, że kowboja odmieniła".
rozwinięta kultura muzyczna. w usa nawet gospodyni domowa, jak już nakarmi, wyprasuje itp., znika na godzinkę, dwie w garażu, co by sobie pojamować.
Aje.
Gratsy z okazji.
Gratsy też bo radjo.
A Haunted George rzeczywiście spoko. Obsłuchwiałem w zimie, wtedy wchodzi najlepiej. Son Of Satan.
Jak to było o nim? Aha - rzeczywiście - Tom Waits na kwasie na dnie studni z rozstrojoną gitarą...