17
czerwca
2008

CPC Gangbangs - Mutilation Nation
Swami 2007

Vincent Black Shadow - More Deeper
Heart Break Beat 2008

Tokyo Electron - Tokyo Electron
Empty 2005
1. ...nie wiem. To już tu było kiedy przyszedłem. To nie moje. Nie wiem. Mistrzostwa niezłe, nie? Ciekawe mecze, stosunkowo mało obronnego nudziarstwa. Anglików nie ma, ale prócz mnie nikt za nimi nie tęskni. To nic nowego, przyzwyczaiłem się. Kiedyś czytałem takie jedno pismo i kiedy przestano je wydawać znajomi śmieli się, że upadło bo tylko ja je kupowałem i zapomniałem o najnowszym numerze. Przyzwyczaiłem się.
(1.1) Pomijając oczywiście duet borek-kołtoń. Nie znoszę ich obu.
2. I WANT MY ROCKSTARS DEAD krzyczy pan Bill Hicks. I ma słuszność. Słuszność tak w samym fakcie, że krzyczy, jak i w wykrzykiwanych słowach. Rzeczywiście, gdybym miał dzieci (to się nie zdarzy) to też chciałbym, żeby słuchały ludzi leżących we własnych wymiocinach. Bo w muzyce takich ludzi jest (popieprzona) prawda. Krzykacze. W tych czasach nie trzeba walczyć o mięso, nie trzeba jeździć na krucjaty na rozkaz papieża. Nie ma zaborów, ani armat na wzgórzach. Ale potrzeba wrzasku nie znika.
(2.1.) Właściwie nadal trzeba walczyć o mięso. Krucjat nie ma, ale armaty nadal są. Więc nie miałem racji.
(2.2) Hicks nie był miłym człowiekiem i nie dożył spokojnej starości. Umarł na raka. Ale co się nakrzyczał - to jego. I jeszcze dostawał za to pieniądze. Cichy tryumf. Właściwie - głośny trymf.
3. Iggy Pop rozbijający butelkę o scenę, tarzający się w ostrych kawałkach i rozsmarowujący na sobie krew. Henry Rollins bijący fanów nie kumających późniejszych płyt Black Flag. Bannon z Converge wskakujący w tłum tak nieszczęśliwie, że pada i gitarzysta musi go wyciągać spod nóg zdziczałych widzów. Basista Cows, którego głównym hobby na koncertach jest charkanie na publikę. Członkowie Flippera unikający lecących w ich kierunku butelek. Albo to, lub to.
Julian Cope twierdzi, że esencją rockmana jest szamanizm. Jakieś ponadnaturalne właściwości. Możliwe, że to prawda. Ale moim zdaniem jest to umiejętność publicznego zdebilenia. Agresja o wektorach w kierunku zewnętrznym i wewnętrznym.
4. Co jest zresztą domeną nie tylko rocka. Choć nie kumam tej płyty - uwielbiam rozpoczęcie debiutu Wu-Tang Clan. Ten idiotyczny (genialny) okrzyk "Bring da muthafuckin ruckus!". Bryn da madafakin' rakaz!. Jakież to gitesne. Właściwie to powinna być inwokacja na wszystkich omawianych dziś albumach.
5. Rozważmy rzecz statystycznie. Jest tylko siedem podstawowych fabuł. Są dwie bramki i jedna piłka. Jest sześć strun. Riff z 'Louie Louie' to trzy dźwięki. 'Satisfaction' Stonesów - też. Najgłupszy punk da się grać na jednym chwycie. The Stooges grywali na swoim debiucie perkusyjnie jeden dźwięk na fortepianie. Nie ma miejsca na półśrodki. Jeśli bawisz się w minimalizm, to trzeba przynieść ze sobą do studia coś więcej niż znajomość schematu toniki/dominanty. I cała dzisiejsza trójka o tym doskonale wie.
6. Patrząc z perspektywy czasu, Funhouse nie powinien dziś być tak ciężki jak w momencie premiery (zgodnie z tą zasadą). A jest. To chyba kwestia groove'u. Tak samo, jak ciężcy są dla mnie Blues Brothers (może lepszym słowem byłoby 'dynamiczni'). Nie da się przy nich usiedzieć spokojnie.
7. Przy CPC Gangbangs też się nie da na spokojnie. Na wstępie dostają punkty za nazwę. Natomiast na pierwszy rzut ucha brzmią jak zwykła garażówka. Ale tu jest coś więcej. Nie dość, że czerpią ze wczesnego proto-metalu (a'la Pink Fairies) to jeszcze mają jazd jak najlepszy rhythm'n'blues (właśnie w stylu Blues Brothers). Właściwie taki pęd w graniu obecnie prezentują tylko The Dirtbombs. Za tym idzie chwytliwość. Bo rzeczy w stylu nagłego zgłośnienia w 'PCP', albo narastającego hałasu w 'Life Support' zostają we łbie jak diabli. I ta prędkość, jakby się im tyłki paliły
(7.1. Ha, kolejne nawiązanie do debiutu Mr. Bungle! Punkt dla mnie!).
8. I wokalista. Jego zasługą jest fakt, że najgłupszy refren świata w 'Mechanical Man' ("Mechanical Man!/Fuck you!" w kółko.) jakoś działa. Jest też "Habit!" wrzeszczany w refrenie 'Driving Me To Habit' przy genialnym "zjeżdzającym" riffie. I cała reszta.
9. Brzmienie jest perfekcyjne. To znaczy - brudne, ale i tak słychać doskonale obu gitarzystów. Czasami obaj ładują riff, a czasem jeden odłącza się by trzasnąć krótkie, prymitywne solo. Problemem może być tylko utwór otwierający. Jest powolny i niepasujący. Właściwie po tym otwarciu album cały czas przyspiesza. Rzecz kończy się najgłupszym kawałkiem, bez żadnego zwalniania, grania outra, czy jakichkolwiek pierdół. Ale płyta trzyma się lepiej niż zwykła kolekcja singli.
Aż dziw bierze, że Kanadyjczycy umieją tak czadzić. E, żartuję. Przecież jest Nomeansno. I Hanson Brothers.
10. Teraz Vincent Black Shadow. Dzielą nazwę z jakimś pseudopunkowym zespolikiem. A sami tłuką zupełnie przepity rock. Tohuwabohu rzekł słusznie - ich wokalista wie o co chodzi. Portishead nie byłoby bez Gibbons, a VBS bez tego uparcie psującego sobie gardło gościa. Jakby chciał powiedzieć - walić nuty! Odsuńcie się, będę pluł! I plwa.
11. VBS są z Baltimore. Każdy kto oglądał The Wire (który polecam z obu komór i zastawek jako najlepszy serial, jaki dotąd widziałem, bar none), wie, że to nie jest najprzyjemniejsze miasto pod słońcem. A co mówią o nim przeze mnie polecani? "Baltimore jest fajne, bo żyje się tu taniej i na ulicach jest tyle menelstwa, że zawsze jest z kim wypić". Co, jak zgadujecie, w ich graniu słychać. Na aversion.com napisano słusznie - jest coś obscenicznego w ich brzmieniu. Nie to, żeby zabijali na scenie zwierzęta, czy prezentowali szczegóły swojej anatomii. Całość po prostu brzmi tak cholernie zadziornie. I ciężko, w taki sposób, że jakbyś nie podkręcił głośności, to będziesz ten ciężar czuł.
12. I najlepsza rzecz w ich muzyce. Wszystko zgrywają na żywo w studiu. Tak jak The Stooges dawniej i The Heads teraz. Żadnych dokrętek, wszystkie błędy zostają. To jest cholernie ważne, bo w ten sposób zachowuje się wrażenie bycia na koncercie. Gitnym koncercie - bo nie ma na nim innych widzów, a zespół brzmi zupełnie wariacko. Tak samo jak w przypadku CPCG - żadnego intra. Od pierwszej do ostatniej sekundy napieprzają jakby się paliło. Ale naprawdę - to nie jest tylko takie wyrażenie. Oddech można złapać tylko w naprawdę krótkich momentach space-odjazdów po niektórych kawałkach.
13. Tak samo jak na debiucie całość trwa pół godziny. Brzmią lepiej, słychać teraz lepiej obie gitary kosztem basu (na pierwszym albumie przesterowany bas rządził wszystkim). I wokal. Goddamit. Gość jest obecnie najlepszym krzykaczem w takim graniu. Jeśli słyszeliście lepszego, czekam na propozycje. I nie, Iggy Pop się nie liczy. Już nie.
14. Bring da muthafucking ruckus you fucking mouth breather! Pieprzyć skomplikowane solówki. Goście grają w ostatnim kawałku riff na dwóch dźwiękach. Całość, od tytułów piosenek (np. "Pac-Man Jones", przeskoczycie to?), do doskonale ustawionej kolejności kawałków, aż do kosmicznego (w stylu Hawkwind albo raczej Simply Saucer) zakończenia. Nie ma błędów. Nie wiem. Nawet trudno wybrać jeden najgiteśniejszy kawałek. Całość mija tak cholernie szybko, że właściwie najlepiej słucha się tego kilka razy w kółko.
Rozbija mi głowę ten album. Jest najlepszy z całej trójki.
(14.1. Jeszcze w ich temacie. VBS nie są ostatnimi, którzy dobrze robią space-punk. Są jeszcze goście o nazwie Vee Dee. Ich debiut był, co prawda, zupełnie niespecjalny, ale tegoroczna siedmiocalówka - jak najbardziej gitna. Zamiast udawać The Stooges goście robią space-rock w stylu wczesnych '60. Klasyczne harmonie wokalne do paskudnego przesteru. Cymes. Podobno w tym roku mają wydać nowy LP. Jeśli czeka nas coś fajnego, to obstawiałbym właśnie ich.)
15. Na koniec Tokyo Electron. W kontekście poprzednich - prawie relaks, choć jest najgłośniejszy. Goście grają garażówkę, z melodiami ukrytymi pod brzmieniem jak w Times New Viking czy Coachwhips, tylko cieplejszym i bardziej przestrzennym. No i tutaj nie są to indie-popowe melodie, jak w przypadku TNV, tylko rzeczy sięgające właśnie klasycznego r'n'b. The Sonics na sterydach.
16. Naprawdę świetne brzmienie. Distortion ustawiony w okolicach dziesiątki. Dramatycznie głośne. Riffy proste jak paczka gwoździ. Też, jak w przypadku pozostałych dziś omawianych zespołów, dwóch gitarzystów. Wokalista śpiewa chyba przez mikrofon za pięć dolców. Ledwo go słychać, tak samo jak perkusję. Czyli dokładnie tak jak trzeba.
17. Genialna rzecz na lato. Znów, trudno wybrać - tyle tutaj gitesności. Choć pływ gorszy niż na dwóch poprzednich. Za to lepiej im wychodzą melodie. Ale who cares? Będziecie przy tym siedzieć w wygodnym fotelu z kieliszkiem drogiego wina? To dopiero muzyka na imprezę. Oprócz tego, że nikt by na taką imprezę nie przyszedł, bo się tego u nas nie słucha.
18. Kurna, dlaczego w Polsce nikt tak nie gra? Kiedy czytam, że nadzieją rocka jest u nas coś takiego, albo takiego, to ręce opadają. Obydwa te zespoły są zapewne świetnym podkładem dla każdej modnej pani domu. Albo pana domu, bo równouprawnienie. Przy takiej muzyce pewnie łatwiej zmywa się naczynia, odkurza, dzieci przy tym nie płaczą i szybciej zasypiają. A że grają to ludzie wykształceni i osłuchani, i brzmi to lepiej niż cała reszta polskiej muzyki? To trochę tak jakby zwykły sportowiec wystąpił na paraolimpiadzie i krzyczał później "Wygrałem! Wygrałem!". Wow. Rzeczywiście - wygrałeś.
19. Po ostatnie - w żadnym wypadku nie należy słuchać tych trzech rzeczy na słuchawkach. Cholernie piszczy w uszach. Ustawia się, kumiecie, kolumny i jedziesz po głośności. Do oporu.
20. Cała trójka jest do kupienia dość tanio. Tutaj i tutaj. Nakład Tokyo Electron wyszedł na papierosa. Jeśli nie jesteście pewni czy warto wydawać dolce - ozywajcie się. Służę linkami.
do posłuchania:
cpc gangbangs
teledysk
'i want blood' na żywo
git audycja z ich udziałem
vincent black shadow
tokyo electron
na żywo #1
na żywo #2
№ 1
17 czerwca 2008, 02:40:22
aa
Jestem pierwsza, jestem pierwsza! W sumie zawsze byłam pierwsza - tak to już jest jak ma się cholerne nazwisko, co się na "A" zaczyna i kiedyś mój padre dostał za to opieprz, ale się wcale tym nie przejął. Faceci już tak mają...Ale do rzeczy (albo jeszcze nie)Panie Jakmutam, co nie lubisz pan much:) ja np. za muchami też nie przepadam, ale chyba bardziej za latającymi stacjami krwiodawstwa. Mi też brakuje Anglików, bo co tu będę ukrywać, strasznie mi się podoba football w ich wydaniu. Euro faktycznie jest ciekawe, bez Polski będzie jeszcze ciekawsze - niech mi wybaczą wszyscy nacjonaliści, ale ja nie mogłam patrzeć na tych czołowych graczy...Górnika Zabrze...jeden ma tylko lewą nogę, drugi myśli, że umie kiwać, trzeci nigdy nie grał na lewej obronie i nie umie się znaleźć na boisku...itd...A duet Borek&Romek faktycznie może wnerwiać...No i jeszcze te komentarze świerszcza w trawie to chyba się zwało: Posłuchajmy, co ma do powiedzenia nasz wysłannik na murawie boiska, Piotr Świerczewski. Wtedy zaczynałam się turlać po dywanie. To tyle nie na temat, od tej "co się na piłce nie zna".
Hmm, na temat jednak nic nie będzie, będą za to dwa pytania, których proszę nie ignorować:
1. Jakie to było pismo, które Pan czytał Panie Jakmutam?
2. Co Pan myśli/co myślicie o Disturbed - Inside the Fire? - bo ja tak właśnie sobie to tłukę po nocy...
To ja już pójdę.
Patrz - wygrałeś mistrzostwa tym wrzutem. Premium. Lux. Idę sobie połamać palce.
Pismo to pewnie Zine, co?
Ja tam płaczę po Antenie.
Piłka to nie moja bajka. Ale jeden mecz załapałem, ten pierwszy Polaków. Znaczy jakieś 15 minut, resztę jarałem szlugi na balkonie u kolegi. Ale taki wic, że niby sportowe klimaty:
znajoma wychodzi zbulwersowana na balkon, do mnie, do papierosów i zaczyna - co to ma być ta cała piłka? Tam wisi na trybunach wielki napis "NO TO RASIZM", co za bucwa! Ja myślałam, że się wypędza rasizm ze stadionów! Przecież te składanki i w ogóle!
Na trybunach wisiał banner z napisem "NO TO RASISM".
No, drętwy, ale do przełknięcia. Może sytuacyjny? Jak sytuacjoniści.
Pozdry, podziw.
Jak Zine, to też czytałam. Ale to ze trzy numery wyszły.
Niniejszym chylę czoła przed narracją. Jesteś absolutną gwiazdą muzycznego blogowania.
aa: disturbed nie. niestety nie. incubus wczesny obacz (np. płytę s.c.i.e.n.c.e.). przynajmniej zapodawali git funk. na początku ogólniaka puszczałem w radiowęźle, może skojarzysz.
świerszczewski od biedy ujdzie. hajto najlepiej komentował. on chyba nie potrafiłby wypowiedzieć zdania złożonego.
widziałem dziś, żeś się wpisała na zerówkę. tylko kujony chodzą na zerówki. brak respektu.
lewar: dzięki. wcale niedrętwy cytat. wcale.
dzięki też za lynk - black diamond heavies giteśni. nie załapali się na dzisiejszy - zrobię z nimi później składak.
jakuzz: kurcza, aż mi głupio. dzięki bycze.
to był gambler. takie pismo o grach, o targecie dorosłym, nie dla 12-latków.
zine nigdy nie widziałem, niestety. antenę krzyku lubiłem bardzo. pamiętam, że mocno (i słusznie) polecali ewę braun.
proszsz. gambler, hm. może faktycznie byłeś jedynym czytelnikiem:)
Na CKOD i Muchy był/jest taki hype jak, nie przymierzając, na naszą reprezentację. Tyle iż ani z tego, ani tamtego nic nie wynika, obawiam się. Z tym, że na pocieszenie po Euro08 mogę sobie looknąć tutaj: http://youtube.com/watch?v=hxrqGq8XfFs - jak Tomasz G. pięknie pociągnął przy bandzie. A zamiast Much?...
jakuzz: właśnie. przyzwyczaiłem.
tw: wiesz, problem z nimi nie jest taki, że źle grają (choć nie, ckod grają disko-polo i to ostentacyjne - więc jednak ssą). ale w tym, że są ogłaszani jako rockowcy-zbawiciele. goddamn, muchy to tylko takie mniej pomysłowe, family-friendly le savy fav (ale ostatniej płyty, bo to tam grali w stylu lat '80, co było okropne). a, jest jeszcze the car is on fire. słyszałem debiut. mogliby się równie dobrze nazywać gang of four 2. tylko, oczywiście, gorsze.
cała trójka swoim graniem nie przestraszyłaby znerwicowanego pięciolatka. a cięższego grania (nie będącego metalem) u nas obecnie nie ma.
Czyli w zasadzie zgadzamy się; ale o ile ckod i much nie kupuję totalnie, to o car is on fire mam lekko dobre zdanie. Drugi ich album ma coś w sobie, choć za długi. No i cieszy mnie, że śpiewają po angielsku, czyly jest światowo. Ciągnąc euro08-analogię, starcza, powiedzmy, na pewne wyjście z grupy.
ps. coś mi świta, że miałem kiedyś gambler w ręku
nie słyszałem drugiego albumu. może kiedyś, choć to raczej nie dla mnie muzyka.
no właśnie. nie mamy napastnika.
gambler to w większości goście z top secret. jacek piekara u nich był. uchański, mcson wrzesiński. goddamit, oni naprawdę umieli pisać.
Kurdę, chyba pierwszy raz w życiu użyłem słowa 'hype'.
Gdy pomyślę gambler to świta mi kolor zielony na okładce, pojęcia nie mam, czy o czcionkę idzie, czy tło, może nic; poprzednia epoka.
nosz kurde, jak jedziemy po starych pismach o grach to ja wytrzeźwieć muszę. Top Secret - zamiast mleka matki. Gambler - spoko, acz wolałem Alexa za czasów TS, DeStroyer taaaak. Zresztą ja fanatyk, kupowałem wszystkie tytuły na rynku. Nawet po maksie chujowy Świat Gier Komputerowych. Tak o TS to mogę długo, i chyba nawet lepiej po pijaku. Ale nie dziś.
Albo dziś, jeden taki tekst, który mi się wrył w pamięć na całe życie (cycat mniej więcej, nie ma teraz tego przy sobie):
Recenzja Skidmarks na Amigę (taka fpyte ścigałka izometryczna) - zaczynała się jakoś tak:
"Cośtam cośtam i jeżeli słuchasz ciągle Kazika, bo Rage Against The Machine ma za drogie kasety - Skidmarks to gra dla ciebie..."
No rozjebało mnie. Mimo, że kasety kosztowały mniej więcej tyle samo.
mam dużo wczesnych gamblerów wpiętych w duży segregator. ileż tam jest cytatów. recenzja 'pea shootin pete' mcsona, gdzie napisał krótkie psychodeliczne opowiadanko, które skończył zdaniem 'Fajna gra.'. Setlak musiał dopisać do tego normalną recenzję. też mcsona opis Legacy "Wstał, oddał mocz i się obudził.".
albo opis neverhood janickiego - "tu klayman wchodzi do pokoju z ssawką (hhenrykiem?)".
konferencje destroyera oczywiście też. tak samo jak i felietony randalla (pisane przez piekarę). albo konkurs na biografię św. czesława. nie wspominając nawet o postaci jacka ilczuka - gość był specem od strategii, nie dość że oceniał AI komputera, to jeszcze podawał jego główne błędy! w strategiach turowych! to jest kurna profesjonalizm. był frogger, który podobno rekordowo szybko rozwiązywał przygodówki. był roos - swego czasu mistrz polski w quake'a.
no i najlepsze, że oni jechali gry od góry do dołu. nie szastali ocenami. pewnie stąd padli, bo dystrybutorom się to nie podoba.
a TS też kvlt. byli jeszcze śmieszniejsi, ale mniej dokładni.
klimaty to są dla mnie prawie płaczliwe, bo z tymi pismami najlepsze wspomnienia się łączą.
tu jest wywiad z kristoffem (ich specem od gier sportowych, też uwielbiał liverpool):
http://tnij.org/bdsl
aha, skidmarks znam oczywiście. mam chyba nawet na emulatorze amigi.