Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

06

czerwca

2008

przegląd #5: mizerykordia to kawał ziemi pod grudziądzem



dziś szybko i krótko. żeby mieć z głowy.
1. oglądamy:
- ten komiks;
- ten występ;
- inne obrazy tego faceta;

2. czytamy:
- tę listę, jeśli chcemy wykumać o co chodzi w garażówce (a warto, zaświadczam);

3. słuchamy:
- trzech płyt z czerwcowego drudionu juliana cope'a:
jex thoth - s/t - bardzo klasyczny doom ze świetnym kobiecym wokalem;
pas chic chic - au contraire - kanadyjski psych-pop robiony m.in. przez gości z GY!BE (teledysk 1, teledysk 2 - wiem, wymoczki, ale julian cope to polecał, goddamit);
eternal tapestry - mystic induction - dwa długaśne (20 minut) fragmenty pół-improwizowanej psychodeli. dla fanów la otracina. i dla tych, którzy o la otracina słyszeli.

- będąc w klimatach rozwlekłej psychodeli muszę wspomnieć o reedycji pärson sound. nie powiedziałbym nic lepszego niż to, co napisał rekomendujący ten album john dwyer:
"Have you heard this shit? What the fuck? Swedish band from ’66-’69, it’s so good I want to rip it off but can’t even come close to writing anything like it. Too bad."
obaczcie przynajmniej wstęp do kawałka pt. sov gott rose-marie. lata sześćdziesiąte, a do dziś takich rzeczy nikt nie robi.

- no age - nouns
ta płyta w żadnym wypadku nie zasługuje na tak wysoką notę, ale jest mocna. brzmi jak przyśpieszony pavement z czasów ich pierwszych singli. zainteresujcie się - rzadko się obecnie słyszy pop, w którym gitary robią więcej melodii niż wokale.

- hunchback - pray for scars
o tym napiszę niedługo, rozwaliło mnie to kompletnie. nawrzucali w dziesięć kawałków około trzydzieści różnych gatunków i się obronili - wszystkie są udane. w pale mi się to nie mieści zwłaszcza, że wyszli od horror-punku. wychodząc od zupełnego profanum osiągnęli sacrum.
plus ostatni kawałek. OSTATNI KAWAŁEK!!!
teledysk (w wersji mniej dynamicznej, niż ta na albumie)

- colour haze - all
ważna, cholernie ważna rzecz dla każdego fana stonera. ci niemcy od dłuższego czasu grają rzeczy kyussowo-hendrixowe, z taką różnicą, że ten zespół naprawdę umie grać. ale naprawdę umie, tylko brzmią jak kyuss, bo konstrukcją utworów bliżej im do cream. wszystkie ich albumy są wspaniale wyprodukowane i ten się pod tym względem nie różni. album wyszedł im wieczorowy, kombinują z melodiami.
obaczcie ten teledysk, ale na nim nie poprzestajcie.

- harvey milk - life... the best game in town
nie imponuje mi tak jak special wishes. jest bardziej w stylu the pleaser - brzmienie jest deko lżejsze (nie ma tutaj tego walnięcia z początku poprzedniego albumu), grają tradycyjniej (coverują Fear). mniej jest artyzmu (co nie przeszkadza im w pierwszym kawałku wpaść w pięć minut idiotycznie prostego riffu). pan joe preston z thrones dołączył do składu, i to zapewne on jest odpowiedzialny za te wszystkie (fajne) noise'owe antysolówki na albumie.
ale też nie chcę nikogo zniechęcać - to jest nadal harvey milk. nadal brzmią ciężko jak kurzatwasz i nadal w swych kawałkach kombinują częściej i lepiej niż większość zespołów ich pokroju. po prostu nie utrafiłem w klimat.
(odsłuch albumu w stream)

- debiutu gris gris i ostatniej płyty lord high fixers. nie mam siły tłumaczyć dlaczego.

4. dajemy:
- spokój. błogi polski spokój.

 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

08 czerwca 2008, 02:56:06

wieczór

za colour haze nowe muszę się zabrać. i za harvey milk też.

 
 
 

№ 2

08 czerwca 2008, 14:48:24

jakmutam

koniecznie, man. jeszcze zobacz los sounds de krauts.

 
 
 

№ 3

08 czerwca 2008, 14:49:54

wieczór

już po odsłuchu. nie zaskoczyli, ale i nie zawiedli. solidna płyta.

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog