Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

22

maja

2008

are you compelled enough to leave your seat?


Duster - 1975
Up 1999

1. Drugiego meczu chelsea - Liverpool (mała litera zamierzona) w półfinale LM nie było. Pierwszego właściwie też. Nie rozmawiamy o nim. Aha - finału też nie było. Grał nikt na nikogo. Sędzia biegał po pustym boisku i odgwizdywał własne przewinienia.

2. Miało być o tej nowej fali lo-fi psychodeli, która nam teraz nastała (nieco naciągana teza, ale spróbuję to niedługo udowodnić), ale to będzie później. Teraz krócej o rzeczy, z której się ta obecna lo-fi psychodela wzięła.

3. Wedle wszelkich podań (niewiele ich jest) Duster to dwóch gości (plus ich koledzy), którzy kiedyś grali screamo. Później siedzieli w garażu przy szpulowym czterościeżkowcu i grali...

4. Nie, żałośnie. Spróbujmy z innej strony. Na wytwórni Up byli kiedyś Modest Mouse. Jako 'kiedyś' mówię 'czasy, w których nagrywali mocne rzeczy'. jako 'mocne rzeczy' rozumiem 'debiut, drugą płytę, split z 764-Hero i zbiór singli'.

5. Na Up byli też Karp, ale to inne klimaty. Oni byli do picia taniego piwa z puszki. Duster są raczej do wąchania eteru.

(5.1.) Przypomina mi się scena z Fear And Loathing, gdzie Depp i Del Toro grali kompletnie uwalonych eterem w samym centrum Las Vegas. Ależ mieli śmieszne miny.
Ah, devil ether. It makes you behave like the village drunkard in some early Irish novel. Total loss of all basic motor function. Blurred vision, no balance, numb tongue. The mind recoils in horror, unable to communicate with the spinal column. Which is interesting because you can actually watch yourself behaving in this terrible way, but you can't control it.

6. Poprawka, Duster są jak wąchanie eteru. Ta epka to ich najmocniejsza rzecz. Bardzo gitesny był ich debiut. Marnie brzmiący slo-core grany jak space-rock. Albo space-rock grany jak slo-core. Jeden pies. W każdym razie, o ile cała reszta artystów ultracichych grających w poprzedniej dekadzie raczej lubiła czyste brzmienie (nie licząc Codeine), to Duster pozwalali głośnikom buczeć, dodawali przesteru. Ale nie było dokrętek jak w MBV. Były tylko klawisze, albo jakieś dziwaczne analogowe przeszkadzajki typu zapętlona melodia puszczona od tyłu.

(6.1.) No tak, zapomniałem o Galaxie 500 i Spacemen 3. To są raczej takie klimaty, niż slo-core a'la Low.

7. Stratosphere miał własne tempo (czyt. miejscami dłużył się niemiłosiernie), ale też wyznaczył kilka standardów (pal sześć fakt, że nikt tych standardów nie zauważył). Na przykład to, że zespół genialnie grał brzmieniem. Tak jak i u The Oh Sees, ich lo-fi jest ciepłe. Zespół pozwala dźwiękom wisieć. Nie przejmują się pierdołami w stylu refrenów, czasami zaniedbują melodię. Ale jaka różnica? To są naprawdę senne klimaty. W taki sposób, w jaki leżysz na sekundy przed zaśnięciem. Jeszcze nie kimasz, ale już tracisz świadomość. To jest najfajniejszy moment. I ten moment udało się Dusterowi jakimś cudem zagrać.

(7.1.) O ile wy też macie sny o kosmosie. Wink wink, nudge nudge.

8. Drugim mocarnym standardem jest kawałek pt. Echo, Bravo. Na początek automat perkusyjny plus piszczący głośnik przez półtora minuty i niebiańska gloria prostego riffu przez resztę kawałka. Plus nieodłączne, błogie wokale, które idą z dźwiękiem, przezeń się nie przebijając. Wiem, 'błogie' to kretyńskie określenie, nic lepszego nie znajduję. Wspaniały utwór. Wrzuciłem go na mój muxtape. Obaczcie.

9. Po długawym debiucie rok później wychodzi 1975 EP. I tutaj już nie było miejsca na przypadkowość. Ta rzecz miała znacznie lepszy pływ. Sztuczki zostały te same (wokale z flangerem na kawałku trzecim, perkusja puszczona od tyłu na najlepszym - przedostatnim), ale zespół jest pewniejszy w tym, co robi. Na upartego można to uznać za kondensację gitesności debiutu w 20 minut. Rzecz zaczyna się analogowo-elektronicznym wstępem, a kończy motywem na fortepianie przechodzącym w dźwięk ruchliwej ulicy.

10. I powtarzam, i podkreślam - duża tego część była zgrywana sposobami chałupniczymi. To jest rękodzieło, jak oscypek. Tyle, że oscypek śmierdzi, a ta płyta pachnie.

11. Drugiej płyty nie słyszałem, ale sample brzmiały mało obiecująco. Jak zwyczajny, nudny indie-pop. Nie wiem co się z zespołem dalej stało. Może założyli jakiś nowy projekt? Ich strona jest od dawna nieaktualna, a myspace nic nie wyjaśnia. Podobno założyli jakieś studio nagraniowe. Co jeszcze? Nie wiem. Zimno jakoś. Pusto.

do posłuchania:
topical solution z debiutu.

 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

22 maja 2008, 14:28:00

maz

1. jak na finał, to był dobry mecz.

8. co to jest ten muxtape ?

 
 
 

№ 2

22 maja 2008, 16:23:30

nudziarz

1. widziałem karne. z jednej strony dobrze tak abramowiczowi, a z drugiej manchester wygrał puchar... trudno się cieszyć właściwie.

poza tym, wygramy wygramy wygramy (czyt. nie spadamy, nie spadamy, nie spadamy), wisłę pozdrawiamy. choć podobnież jaga już się z wisłą nie kumpluje.

2. muxtape to takie fajne narzędzie do robienia mixtape'ów. masz limit 10 kawałków, do 10 megsów każdy. wrzucasz to na stronkę, ustawiasz kolejność i można tego odsłuchiwać jako stream. tylko, cholera, serwer im akurat padł.

 
 
 

№ 3

23 maja 2008, 17:45:30

maz

1. no coś tam się dziwnego porobiło między ortodoksyjnymi grupkami trzymającymi władzę, że niby podczas jakiś bójek ktoś kogoś nie wsparł czy coś. ale żebym coś wiedział więcej, to nie. zresztą, z wielu względów, mogę mówić o sobie, że jestem już raczej w tej tematyce piknikiem ;) wiekowo, podejściowo i nie tylko.

2. kurde. ja szukam czegoś takiego we flashu, co widziałem gdzieś nieraz, że autorzy wrzucali sam player (play, stop, pause) z jedną piosenką do odegrania. tylko za cholerę nie mogę po googlach do tego dojść.

 
 
 

№ 4

23 maja 2008, 18:18:26

aa

Ten finał był beznadziejny! Można było zrobić 11 szalików na drutach i w ogóle nie patrzeć w TV. Jak się gra na czas - bo wszyscy, WSZYSCY na tym zyskują - to się w ogóle nie gra...i co z tego, że były karne, że to niby taka dramatyczna końcówka i co z tego, że w deszczu...Ten mecz przypominał finał Pucharu Polski a nie Champions League. Do rzeczy...Mężczyzno co się ''nudziarz''nazwałeś nie wiem czemu, nie wiem kiedy się przyzwyczaję do Twego pokrętnego sposobu pisania. Poza tym postuluję o stworzenie jakiegoś słownika dla laików, żeby nie musieli się głowić, co znaczy to i owo.

Hmm, co jeszcze? Nie mam snów o kosmosie, ale za to śnią mi się wojny z Chińczykami. Taki drobny absurd, no nie?

Jak na jeden raz wystarczy głupot. W każdym razie chciałam wyrazić mą wdzięczność za porcję - pardon za słowo - wrzasków--->idealnie pasują do pogody.

 
 
 

№ 5

24 maja 2008, 21:02:15

weirdo beaver

1) Jako mieszkaniec G.M. chciałbym się pochwalić zwycięstwem mojej rodzimej Bogorii Dartom Tur Grodzisk Mazowiecki nad FCB BARUCH DOJLIDY WSFiZ Białystok w półfinale Drużynowych Mistrzostw Polski Tenisa Stołowego. Bo Tyś z Białegostoku, nieprawdaż ?
2) Poza tym kiedyś autorze polecałeś Lent0, z podobnej rodziny zespołów o dwusylabowych nazwach i z nurtu grania dłuższych niż 5 minut kawałków z klimatem i ciężarem polecam stary i znany wśród braci crustowej Lvmen "Mondo"(spokojnie nie grają crust punka). W różnych materiałach prasowych i nie tylko nazywają ich słowiańskim Neurosis, co mi w ogóle nie pasuje, bo ich muzyka jest troszkę(?) inna. Też taka rozedrgana i pełna stopniowego (czasami) przechodzenia z jednego nastroju w drugi, zmian tempa, walców ale różna, wrzaskliwa ale mnie niepokojąca, bardziej relaksacyjna, ja w niej czuję większą melodyjność, korzenie punkowe, ale to własne odczucie, pozostawiając cię (was) zatem ze starymi odgrzanymi i sprawdzonymi w moim przypadku kotletami lub czeskimi sznyclami. Jak się okaże, że te muzyczne kawałki są pełne niestrawnego mięsiwa to sorry, ale jestem na dorobku i chyba lepiej funkcjonuje mój żołądek niźli ucho.
pozdrawiam.

 
 
 

№ 6

25 maja 2008, 12:09:34

nudziarz

maz: też się nie znam. tylko tak słyszałem od kibola, z którym studiuję (serio, teraz studiują nawet kibole).

aa: w tym tempie rozwoju sytuacji ekonomiczno-politycznej wojny z chińczykami mogą być prawdziwsze niż sny.
pomysł ze słowniczkiem już był, ale właściwie długo by potrza wpisywać. większość określeń jest na wikipedii.
pardon niepotrzebny. dzięki.

beaver:
1) prawdaż. poza tym ping pong się nie liczy, nie można tam klientowi zrobić tzw. kosy w głowę, ani barkiem przepchnąć. za duża sielanka.
2) pisałem o lento w kontekście ich płyty z ufomammut. ich własnych płyt nie znam. git są?
3) słyszałem tylko nazwę lvmen, obaczę co je to, ich myspace brzmi obiecująco.
4) crust pvnk? kolega w liceum puszczał kiedyś his hero is gone. nie było złe.

 
 
 

№ 7

25 maja 2008, 19:13:38

weirdo beaver

Za to w pingpongu prym wiodą Chińczycy i tak krąg się zamyka od proroczych snów kasandry AA po rzeczywistość zielonego przedzielonego siatką stolika opanowanego przez przedstawicieli tej zwinnej rasy.
Mi Ufomammut mniej podchodzi, ogólnie Lento jest fajne(nowe Earthen tylko znam i to po twojej wzmiance)i mi miło się tego słucha, choć napisanie, iż utwory ich są przebogate w zmiany tempa i skomplikowane aranżacje byłoby przesadą, bo ciągną ciężar i klimat jak krówki ciągutki przez cały utwór. Poza tym pewne zespoły jak Lento, Tesa (Nekad), Shora (Malval(!!!!)), Lvmen (Mondo)w mojej głowie grupują się w osobliwy nurt bandów z europy o dwusylabowych nazwach a czasem z dwusylabowymi nazwami płyt. Na myspace jest mało i krótko, na ich stronie chyba więcej.
Choć wyrażenie o crustowej braci było określeniem zainspirowanym przez widok wielu zakutanych w skóry punków i młodzieży anarchizującej na koncercie Lvmen (a nie przynależnością piszącego do tejże grupy), to potwierdzam, iż His Hero Is Gone jest dobre i odprężające, ale na dłuższą metę nuży.
pozdrawiam
ps. dzięki za Grails

 
 
 

№ 8

25 maja 2008, 20:50:17

nudziarz

yr welcome.

shorę znam, malval rzeczywiście gitesne. patrzaj, że włosi mocni są w graniu dziwacznym. mieli jeszcze taki zespół szelakowaty Kash. Albini im robił dwie płyty.

to lvmen u nas grali? i jak wypadli?

HHIG rzeczywista nuży, ale tak pojedynczy kawałek w składankę wrzucić to jak najbardziej.

 
 
 

№ 9

25 maja 2008, 23:09:19

w.b.

Grali w Warszawie w Aurorze i we Wrocławiu w Firleju w marcu.
Byłem na warszawskim koncercie w klubo-piwnicy Aurora, gdzie prawdę powiedziawszy warunki były dość trudne, ale undergroundowo pełna gębą. Razem z nimi wystąpił jako support Selfbrush, taki czeski bard, który stylistycznie dość mocno odbiegał od głównej atrakcji wieczoru, ale wypadł dość dobrze.
Lvmen zagrali wszystkie kawałki z Mondo plus na koniec dwa czy trzy z Raison D'etre. Brzmieniowo wypadli dobrze, choć oczekiwałem nie wiadomo czego i liczyłem na jakieś dodatkowe bodźce i odkrycie jakiejś tam nowej głębi utworów odegranych na żywo. Takie miałem oczekiwania, co nie znaczy, że się zawiodłem. Nie improwizowali i nie bisowali, podziękowali, skończyli i tyle. Mieli okrojony do czterech osób skład, chyba o osobę od wstawek i tych efektów co tłumaczy fakt, że zagrali prawie tak jak na płycie, aby nie umoczyć i nie dać "wtopy" nie psując juz dopracowanych struktur kawałków. Dodatkowo za nimi był ekran a na nim pojawiały się zmontowane sceny z Kurosawy, anime, Metropolis chyba i innych filmów.
Tyle wspominek, we wtorek wybierałem sie na koncert Rykardy Parasol, ale nie dotarłem niestety.
ps. Za nazwanie Chińczyków rasą przepraszam osoby zainteresowane.
pozdrawiam

 
 
 

№ 10

27 maja 2008, 22:48:12

lewar

generalnie ciepło się robi, generalnie generowanie czasu przychodzi łatwiej, generalnie przeraża mnie perspektywa wnikania w te wszystkie fajowe hałasy. Ale generalnie wierzę, że będzie fajnie, dawno nie obcowałem. Czas rzucić popy, panki z dęciakami, smutnych panów i smętne panie. A na Lvmen ja z kolei nie dotarłem, czego żałuję bardzo.
i kurwa chyba Today Is The Day też będę musiał odpuścić.
Aha, smętne pany to czasem nieźle zaskoczą - Mount Eerie epka "Black Wooden Ceiling Opening" chodzi od kilku dni. Kolo jęczy i stęka jak Drejki i inne takie, Vincenty Gallo nawet, ale jak pierdolnie przesterem z taniuśkiej gitary podłączonej na pewno do przedpotopowej labogi to aż miło. Metalowe zagrywki spod łap indje smuciarza wychodzą zdumiewająco fajne.

 
 
 

№ 11

27 maja 2008, 23:20:54

nudziarz

bóbr: http://tnij.org/a9p3

lewar:
się dziś kapnąłem (nie wiem dlaczego akurat dziś) przeglądając blogi muzyczne, że tu odstawiam zupełną archeologię. i nie wiem co o tym myśleć.

dustera nie było odkopywać. kilka lat temu siedziałem na dc++ i jeden rosjanin mi to polecił. fajne-niefajne czasy.

vincenty gallo to ten, który zawarł w filmie jak pani mu robi bidżej? dobrze pamiętam?

załapię epkę, choć elveruma trudno skumać. ale respekt za podejście lo-fi.

wątek indie smuciarzy grających metalowo przerabiali niedawno stary-nowy dinosaur jr., i ni cholery im to nie wyszło.

co ja tam jeszcze miałem. a, pracę skończyłeś?

 
 
 

№ 12

28 maja 2008, 00:28:25

lewar

panie! Toć skarb masz nie blok, wiedzę i chęć! Bo jak ja przeglądam bloki muzyczne to się mam ochotę schować pod stół, żeby uciec przed tym wszystkim CZEGO SŁUCHAĆ NALEŻY, co jest dobre, bo tak wszyscy mówią. I jakoś kurwa nie dowierzam - nawet nie to, że to dobra muzyka jest, bo czasem jest, a przeważnie nie jest - nie dowierzam, że nagle tylu ludzi zna się na muzyce i wie o tym i o tamtym i słucha i że to dobre. No do chuja, przecież większość słucha metalu, Guns'n'Roses, Fatboy Slima i smooth jazzu. Skąd nagle się wzięło tylu ekspertów. No jakaś moda. Albo ja gorzknieję z wiekiem (a młody jestem, szybko widać czernieję), albo to jest jedna wielka ściema i wypowiadanie się o płytach o których się dobrze wypowiedział ktoś inny. Na wszystkich tych blokach to samo zresztą.
Dobra, nie wiem o co mi chodzi za bardzo. Spinam się.

Elveruma nie kumam oprócz tych nowszych rzeczy.

Vincent Gallo to ten, dokładnie ten. Blowjoba robiła mu Chloe Sevigny, co ją łatwo zapamiętać jest po "Gummo". "Brown Bunny", to ten film, taki jakiś - średni. Muzykę ma fajową za to. A średni może dlatego, że debiut reżyserski Gallo to cuda wianki, mój film, uwielbiam go - "Buffallo '66". Nie ma robienia laski, ale jest Christina Ricci, i Miki Rurka. I soundtrack też fajny.

Nad pracą właśnie siedzę. Znaczy zakończenie piszę. Po oddaniu większości w terminie poleciałem w bauns, teraz mnie to już męczy. Chce dać Bardo Pond na uszy, kupić karton papierosów LM co ich nie lubię (znaczy papierosy tak, ale pallmalle), wziąć kawy w termos i iść poderwać takom jednom, co to LMy pali. Trzeba skończyć to gówno. Magisterka to tragedia.

A że już się tak rozpisałem - Weird War znasz pewnie, ale czy znasz ich genialne "If You Can't Beat Them Bite'em"?. Bo coś nie pamiętam czy się tu pojawiało (bo Make Up na pewno:).

 
 
 

№ 13

28 maja 2008, 00:53:40

nudziarz

było. weird war nie słyszałem płyty. ale widziałem ich w pierwszym burn to shine u canty'ego. svenonious śpiewał w szaliku. na kominku (bo grali w opuszczonym domu) postawili drewnianego kałasza i skrzyżowane rękawice. i grali oszywiście ak-47.

man, a ja mam za niecały miesiąc wstępne na hamerykanistykę (jankeskość), a jeszcze nie odebrałem dyplomu. od października leży w dziekanacie.
dalibóg, studiowanie zabija (pun intended).

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog