Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

10

kwietnia

2008

i won't be happy 'till you're dead


Prolapse - Backsaturday
Lissy's Records 1995


Moonshake - Eva Luna
Too Pure 1992

1. To, co teraz nastąpi będzie próbą jak najdłuższego uniknięcia sedna. Bear with me, jak mawiają anglosasy.

2. Najpierw cytat. jeśli się nie wie, co napisać, trzeba cytować. 49 idzie pod młotek Thomas'a Pynchona, rozdział piąty:

Jakiś chłopak o nieskoordynowanych ruchach [...] na pożegnanie wpił się matce w usta.
- Napiszę, mamo - powtarzał.
- Pisz przez ŚMIETNIK - radziła mu jeszcze. - Pamiętaj. Rząd otworzy listy, jak napiszesz normalnie. Delfiny będą wściekłe.
- Kocham cię , mamo - odrzekł.
- Kochaj delfiny - doradzała. - Pisz przez ŚMIETNIK.


3. Oglądałem niezadawno Inwazję barbarzyńców. Film kanadyjski, ale z montrealu, więc mocno żabojadzki. Francuzy umieją nieźle udawać, że się nie napuszają jednocześnie pusząc się jak kogut na viagrze. Więc film jak film, nienajgorszy, nienajlepszy. Naliczyłem dwa dobre dialogi i jedną ładną francuzkę. Rzecz szła o to, że umierał na raka profesor czegośtam. Kto by płakał po profesorze? Nikt. Ale to film, więc nieprawda, więc grono płaczących, politycznie poprawnych przyjaciół tam było. Naturalnie na końcu profesor wydaje swoje tchnienie ostatnie po czym jest kilka ujęć pustych miejsc. Między innymi pusta ławka opodal jeziora. Jakoś filmowcy zawsze muszą pokazywać puste ławki jako symbole śmierci. Zaproponowałbym panu filmowcowi inne zakończenie. Mianowicie profesor kipie, i następuje przebitka na uśmiechniętego, szczerbatego dzieciaka żującego gumę. Dzieciak gapi się w kamerę nic nie mówiąc, uśmiecha się tylko. Mesadż za tym stoi taki: "wal się na ryj, świecie i widzu tego filmu". Wtedy, i świat i widz, pod naporem tego szczerbatego uśmiechu, waliliby się na ten ryj.

(3.1 Po Inwazji barbarzyńców przestawiłem na jedynkę. Szedł akurat Atak Pszczół Mutantów. Też kanadyjski. Bawiłem się przy oglądaniu znacznie lepiej niż na tym poprzednim, poważnym. Najlepszy był moment, kiedy protagonista wraz z rudą laseczką próbowali, uwaga, wysadzić rój pszczół w powietrze za pomocą ciężarówki wypełnionej dynamitem. Bryliant.)

4. Dobra. Krótka wersja opisu Prolapse, dla ludzi, którzy słyszeli nieco kraut-rocka: ich gitarzysta na pierwszym teledysku popisuje się wlepką z napisem 'Neu!' na swojej gitarze. I już.

(4.1. Przy okazji, niedawno umarł założyciel Neu! - tutaj jest znakomity odcinek podkastu zrobiony z tej okazji)

5. Wersja dłuższa, dla ludzi normalnych: Prolapse mieli trochę jak Jesus Lizard. Ich sekcja instrumentalna, że tak powiem, była zdyscyplinowana. Trzymali rytm, dłuższe improvy czy odskoki robili najczęściej na koncertach. Co wcale nie znaczy, że na płycie brzmi to bezpłciowo. Wręcz przeciwnie.

6. Ale nie brzmieli jak Jesus Lizard, to tylko taka przenośnia. To byli brytole, jednak. I ich brytolskość zawierała się w mocno rozjechanym przesterze, i wokalach. Uwaga (będę opowiadał o pszczołach-mutantach) - duży zarośnięty szkot i mała blondynka z okolic Yorkshire (mieszkający tam brytole wymawiają 'r'). Nie pisali tekstów, wymyślali je podczas nagrywania. I najlepsze, nie czekali aż jedno skończy swoją partię - nadawali oboje jednocześnie. W lewym kanale pani zapodaje słodziutki wokal, a w prawym słychać monolog wkurzonego szkota.

7. I teraz pointa - Prolapse myśleli, że będą nadawać się do radia. Ni cholery. Nagrali nawet taki popowy album, ale się nie sprzedał. Wiadomo. Natomiast ten, który polecam teraz miał być EPką, ale przy nagrywaniu mieli za dużo materiału i wyszedł cały LP. Wiadomo po raz drugi - najdziwniejszy z ich dyskografii. Tutaj zespół się nie trzyma w ryzach. Mnóstwo odjazdów, kawałków jakby niedokończonych, spontanicznych wyskoków. Jest jeden ładny singiel, jedna noise'owa przeróbka pieśni folkowej, jedna próba lounge-popu i (co najważniejsze) jeden kwadransowy kawałek kraut-punkowy. Trudna płyta, ale jak mawiają - do odważnych karetki przyjeżdżają pierwsze.

8. Najwięcej charakteru Prolapse zawdzięczają jednak tym wokalom. Państwo udają sprzeczki (mieli nawet taki kawałek na debiucie, gdzie przez osiem minut darli ze sobą koty), śpiewają jakby dwa różne kawałki, robią tzw. shout-and-response i tak dalej. I jeszcze jedno - udało im się wymyślić najlepszy tytuł piosenki jaki dotąd widziałem. Uwaga, cytuję: 'Every Night I'm Mentally Crucified (7000 Times)'. Genialne, nieprawdaż?

9. Prawdaż. Teraz, wersja krótka opisu Moonshake, dla ludzi, którzy słyszeli nieco kraut-rocka: nazwę wzięli z piosenki zespołu Can. I już.

10. Wersja dłuższa: Cholera, nawet nie wiem od czego zacząć. To jest gatunkowo nieopisywalne. Rytmy mieli prawie dubowe, jakby The Pop Group naprawdę próbujące grać pop. Trochę sampli. Gitara też mocno przesterowana, ale bardziej w tle. Najważniejsza była rytmika. Moja siostra po usłyszeniu tego powiedziała, że brzmi to jak muzyka puszczana na pokazach mody. Co ciekawe, to samo powiedziała o Remain In Light Talking Heads'ów. Jest kwestia, czy mówi to więcej o omawianej płycie, czy mojej siostrze.

11. I znów, wokale dwojakie płciowo. Bardzo wnerwiony pan i słodkośpiewna pani. I znów, tak samo jak u Prolapse, dziwaczna, niepokojąca energia. Różnica jest taka, że Moonshake ją lepiej ukrywają. Na przykład mój ulubiony ich kawałek, Bleach & Salt Water (wieki temu puszczałem w podkaście), jest bardzo cichy. Ale kiedy się wsłuchasz pod koniec, to obaczysz, że tam w tle krzyczy wokalista. Im bliżej końca, tym wydziera się głośniej. Ale zrobione jest to tak, że nigdy się z tym krzykiem przez główną linię dźwięku nie przebija.

12. Wydźwięk dla mnie ten album posiada mocno urbanistyczny. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale to brzmi jak spacer między blokami. Później ulica z podpitą modną młodzieżą. Żałosne neony. Teges. To wszystko idzie z niesamowitych dźwiękowych i gatunkowych dysonansów. Jak ten sampel ze smyczków granych pizzicato na początku Drop In The Ocean dostawiany do mocnego przesteru.

13. Wartość historyczna. Jest dość podniosła z dwóch powodów. Po pierwsze, za tamtych czasów nikt tak nie grał. Choć trip-hopem nie można tego nazwać, to posiada z nim pewne elementy zbieżne. I wyszedł na dwa lata przed Dummy Portishead. Nie, żeby to w jakiś diametralny sposób zmieniło tamtejszą muzykę, ale jednak. Po drugie, w stronę wyznaczoną przez Moonshake poszedł później pewien zespół z Waszyngtonu DC. Mówię tu o Trenchmouth, naturalnie. Niedawno grali u nas goście z tegoż w projekcie zwanym The Eternals. Jeśli gdzieś na świecie jest więcej takich zespołów (czyt. dub-punku i pokrewnych) i o nich wiecie, to polecajcie. Mam ostatnio klimat na takie rzeczy.

14. Teraz najlepsze. Jako, ze oba te albumy są dawno-dawno niedostępne i wyszedłe z obiegu wrzuciłem je oba na serwer. Jakość jest niezła. Można to nazwać piractwem (tylko po co, skoro nigdzie tego nie można kupić w normalnej cenie?), ale mnie nie możecie oskarżać. Jestem szczerbatym dzieciakiem żującym gumę. Walcie się na ryj, prawa autorskie!

(14.1 W płycie Moonshake zmieniłem kolejność kawałków - to jest wersja amerykańska z bonusową EPką. Jankesy jednak zupełnie popieprzyli bardzo dobrą sekwencję brytyjską, więc to na nią zmieniłem. Wiem, tak wiem. Ale jeśli jest jedna rzecz, na której się jako-tako znam, to jest nią sekwencjonowanie kawałków.)

do obejrzenia:
Prolapse próbujący dostać się do radia (TCR)
Prolapse mający radio w dupie (grają Flex, energicznie)
Moonshake w teledysku (dość marnym)

do posłuchania (ściągnięcia):
Backsaturday
Eva Luna

do przeczytania:
fajna recenzja Backsaturday
10 powodów, dla których należy uwielbiać Prolapse

 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

11 kwietnia 2008, 09:52:44

opluty

prolapse jest wykurwiscie dobre.

 
 
 

№ 2

17 listopada 2009, 23:02:05

Ignorant

Dziekować za Backsaturday szukałem tego draństwa !

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog