Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

15

marca

2008

przegląd #2 - wiosna padła mignąwszy siedemnaście razy

Jest mniej-więcej sobota, po południu. Kalendarz twierdzi, że piętnastego. Dobrze. Pogoda deszczowa, błoto po kolana. Za dwie godziny Liverpool gra z Reading (czyta się 'reding'). Na paczce żelków Maoam truskawka pieprzy się z jakimś niezindentyfikowanym zielonym owocem (mango?). Poniżej jest lista gites albumów wyszedłszych ostatnimi czasy.



Grinderman - s/t (Anti-)
Wow, jak zwykle jestem mocno spóźniony. Rozum pana Nika Kejwa wreszcie zrobił sobie przerwę na papierosa i wyszedł z tego ultragłupi garage-rock. Rzecz głównie o frustracji seksualnej - kawałek 'No Pussy Blues' jest bardzo na czasie. Plus, Kejw gra na gitarze. Nieumiejętnie, ale z jajem.

Fuzz Against Junk - Netti Netti (Invada)
Paul Allen z The Heads robi projekt poboczny. Znaczy, pewnie nie on robi, ale tak napiszę, bo tylko jego kojarzę. Jest na tej płycie jakiś taki pseudo-jazz, jeden kawałek z przykopem, kilka utworów prawie popowych (w stylu Gong, nie timberlejka) i wszystko to z saksofonem.

Thee Oh Sees - The Master's Bedroom is Worth Spending a Night In (Tomlab)
Kolejna zmiana nazwy i (delikatna) zmiana stylistyki. Tym razem melodyjny garage-rock w stylu lat bitelsowych zagrany głośno. Ponownie, masa rzeczy ślicznych, ale tym razem z towarzyszeniem rzeczy porządnie bujających. Jest głośniej i więcej śpiewu. Nie ma już kawałków drone'owych - same piosenki. Do oblukania trzy kawałki: raz, dwa i trzy.

Suishou no fune - Prayer for Chibi (Holy Mountain)
Znów - psychodela popołudniowa. Rozmarzona banda japońców. Materiału jest dużo (dwie płyty) i nie jest on najrówniejszy, ale cukierki takie jak 'Becoming A Flower' to rekompensują. Przy okazji - ciekawe rzeczy się na Holy Mountain ostatnio dzieją.

Howlin Rain - Magnificent Fiend (American)
oraz Wild Life (Three Lobed)
Wokalista złagodniałych ostatnimi czasy Comets On Fire gra niby solowo, ale z kumplami. Mocarna rzecz. Pełno solówek, zmian tempa i organów Hammonda. Magnificent Fiend jest bardziej piosenkowe (wydane na majorsie), a Wild Life to dwa kwadransowe jam'y .

Birds of Maya - Volume I (Holy Mountain)
Ultrasurowy lo-fi blues-rock. Nagrywane w kimś garażu, albo piwnicy. Z przykopem, bo autorami są goście ze znanych składów stonerowych.

Ross Johnson - Make It Stop! The Most of Ross Johnson (Goner)
Pan Johnson jest ultraekstrawertykiem. Do prostackich staromodnych podkładów gitarowo-popowych (czyt. w stylu lat '60) opowiada swoje dziwaczne historie. A to raz spił się jak wieprz na urodzinach swej córki, a to zaprasza swoją ukochaną do swej Chatki-Odlotki ("Get High Shack"). Na poprawę humoru, bo literacko jest ta płyta mocna.

The Dirtbombs - We Have You Surrounded (In The Red)
O, konsternacjo! Brudnebomby wydały najlepsze z tego, co dotąd wydały. Przebojowe, z wykopem. Przedostatni kawałek jest wyrazem końca świata (8 minut noise-improwizacji), po czym następuje piosenka po francusku. Mimo git konceptu, jest to słabe zakończenie, ale wszystko przed tym końcem świata jest odjechane.

Shit and Shine - Cherry (Riot Season)
Wiadomo, rekomendowałem ich niedawno. Tym razem dwa razy winyl. I znów - kawałki krótkie i dwa dłuższe. W porównaniu z 'Jealous of Shit And Shine' te krótsze są lepsze, ale dłuższe już nie dorastają. Dużym gitesem jest gościnny występ wokalisty Enablers nazwiskiem Pete Simonelli na drugim kawałku płyty. Jak zwykle zapodaje porządny poetycki monolog.

Blacktusk - Passage Through Purgatory (Hyperrealist Records)
Jajeczny południowy metal. Produkcja nieco ugładzona (a'la, powiedzmy, Mastodon), a klimat jak w Motorhead - metal/punk.

Billy Bao - Dialectics of Shit (Parts Unknown)
Nigeryjski noise-punk (wspominałem przy okazji podsumowania poprzedniego roku). Brutalna repetycja repetycja repetycja.

The Goslings - Occasion (Not Not Fun)
Goslings jakoś nigdy mię nie zachwycali, ale jedno muszę im przyznać - są tak ciężcy, że aż tchu brak. Tutaj nieco przystopowali, ale i tak przy pomocy niektórych kawałków można zabierać się do demolki budynków.

Religious Knives - It's After Dark (Troubleman Unlimited)
All-stars jankeskiej sceny noise'owej gra jeden dźwięk przez godzinę. Jak na taką przeszłość muzyczną - rzecz jest cicha, stonowana. I, naturalnie, dziwaczna. W tle - senne zawodzenie.

Terrible Twos - s/t (Criminal IQ)
Czyli sposób, w jaki powinno się użytkować klawisze w muzyce rozrywkowej. Jest to zespół gości z The Piranhas, więc nie spodziewajcie się egzaltacji - pełno idiotycznych wrzasków i hałasu. Fun.


To wszystko oraz skarga/prośba. Nie mogę nigdzie znaleźć 'Batholith' Bardo Pond. Już wyszedł, całe 1000 kopii już się rozeszło, a na w Necie tego nie ma. Jeśli gdziekolwiek się na to natkniecie, dajcie znać.
nieważne, już dorwałem. nawet z bonusową EPką. zgadnijcie, co o tej płycie sądzę.

 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

16 marca 2008, 20:48:43

wieczór

no howlin rain nowe miażdży. jak dla mnie to może być jedną z płyt roku.

 
 
 

№ 2

16 marca 2008, 22:58:37

nudziarz

właśnie przeczytałem u ciebie recenzję, choć nie dowierzałem, bo debiut mi się nie podobał. ale ten nowy jest znakomity.

 
 
 

№ 3

16 marca 2008, 23:01:23

wieczór

debiut dla mnie jest w porządku, ale to, co zrobili na magnificent fiend, to mistrzostwo.

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog