01
marca
2008

Skull Defekts - Blood Spirits & Drums Are Singing
Conspiracy 2007

Shit And Shine - Jealous of Shit And Shine
Riot Season 2006

The Psychic Paramount - Gamelan Into The Mink Supernatural
No Quarter 2006
1. Wymyśliłem ostatnio taki dowcip:
Czym się różni omnipotencja od ultrapotencji?
Przy omnipotencji możesz wszystko. Przy ultrapotencji możesz zawsze.
2. CHŁERECHŁECHŁE! Dwie powyższe linijki umacniają moją pozycję najśmieszniejszego idioty na tej planecie.
3. Zmarnowałem już dwa punkty na marny dowcip. Teraz poważniej - jeśli istnieje jakiś wart uwagi trend w muzyce to jest to skłonność muzyków awangardowych do przenoszenia się na nieco większe wytwórnie i nagrywania rzeczy normalniejszych. Tak było w poprzednim roku. Wystarczy spojrzeć na listę znormalizowanych muzyków: Six Organs of Admittance, Raccoo-oo-oon, w pewnym sensie Yellow Swans. I Magik Markers, ze świetnym 'Boss'. Tylko Lambsbread jakoś to przeżyli. U nich nadal za cholerę nic nie słychać, mimo że siedzą na Ecstatic Peace!.
4. I teraz, jeśli mówię - noise, to nie chodzi mi o godzinne odjazdy na jednym cyfrowym dźwięku przepuszczonym przez stado efektów a'la Merzbow. Szanuję taki czysty hałas, ale go nie lubię. Noise najlepiej smakuje podlany jakimś fajnym sosem. A to porządnym riffem, a to rytmiką.
5. Rytmika jest w Skull Defekts. Właściwie jest tylko rytmika. I jeden, dwa akordy na gitarze. W tle piski i jęki. Znużony wokal o szwedzkim akcencie. Sześć kawałków męczących jak rowerowa wycieczka po Saharze. Trwających zresztą podobnie długo.
6. Ciekawy jest klimat 'Blood Spirits...'. Jakby dyskoteka, na którą w charakterze gwiazdy zaproszono zespół noise'owy. Właściwie tak jest. Ten album to odskocznia od reszty ich materiału, który jest właśnie w stylu drone-noise, bez riffów i pulsu.
7. Goście ze Skull Defekts mieli kiedyś zespół o nazwie Kid Commando. Zajrzałem do jednego z ich wywiadów.
Pytanie: Dlaczego nie macie basisty?
Odpowiedź: Znacznie lepiej bawiliśmy się przepinając struny basowe do normalnej gitary.
Dalej w tymże:
Rozstrojone struny żyją własnym życiem. Jeśli uderzysz nastrojoną strunę dziesięć razy, to otrzymasz ten sam dźwięk. Przy naprawdę rozstrojonych strunach to loteria. Lubimy element losowości.
Mój komentarz: Tak! Absofuckinlutnie tak!. O to w tym wszystkim chodzi. Jednego riffu przez dziesięć minut git się słucha, jeśli gitara jest porządnie rozstrojona.
8. Poza tym, muzycy awangardowi robią sobie jaja. Mogą, są inteligentni. Będą trzaskać długie i idiotyczne tytuły. Będą dawać zdjęcia dolnych rejonów ciał nieubranych pań na okładkach. Będą przetykać krótkie hałaśliwe kawałki z jednym, półgodzinnym i wielkim jak wieżowiec.
9. Tak właśnie zrobili Shit And Shine. Przyznaję otwarcie, najczęściej słucham tego jednego, wielkiego kawałka. Zwie się 'Practicing To Be A Doctor' i jest wspaniały. Kiedyś dałem jego fragment na podkaście. Tłuką dwie perkusje, rzężą dwa przesterowane basy i grają sample. Podobnież jest tam też gitara, ale nie słychać dokładnie. Niknie to w wielkiej chwale idiotycznie głośnego DŹWIĘKU.
10. Shit And Shine to synowie i córy Albionu. Czasem bawią się efektami gitarowymi (najczęściej na albumach), innym razem siadywują (zasiadywają) przy kilku perkusjach i walą ile wlezie. Grają jeden kawałek przez godzinę, lub półtora, po czym kończą i idą sobie. Luzacy. Tutaj można jedeno z takich kawałków zobaczyć (półgodzinny).
11. To wszystko, plus Psychic Paramount. To znowuż są goście z byłego Laddio Bolocko (natomiast Laddio Bolocko założył perkusista Dazzling Killmen - pierwszego chyba zespołu grającego ciężkie math-core).
12. Trzech gości bawi się urządzeniem zwanym chorus pedal. Wygląda to tak - gitarzysta gra riff, zapętla, gra drugi, też zapętla i tak dalej. W końcu otrzymuje pięć latających w powietrzu riffów podczas gdy sekcja rytmiczna próbuje nadążyć. Sztuczka w brzmieniu Psychic Paramount jest taka, że oni są POTWORNIE głośni. I nie jest to kwestia semantyki. Jakbyś nie kręcił gałką na głośnikach (słuchawki nie wchodzą w grę) twój pies i tak ze strachu schowa się w najdalszym kącie mieszkania. Podobnoż pan gitarzysta PP kończąc koncerty ma w zwyczaju zapętlić kilkanaście riffów, przekręcić głośność i zejść ze sceny. I nikt nie widzi różnicy. Prócz naszych sąsiadów, rzecz jasna.
13. Oczy bolą, kiedy widzę jak Pitchfork się kaja, że "ominęli świetne wydawnictwa Siltbreeze". Wprost niesamowite. Trzeba było Times New Viking wydających na Matador, aby superpismacy zauważyli znakomitość ich wcześniejszych rzeczy. Teraz jeszcze tylko brakuje tłumu dzieciaków siedzących na RYM słuchających Psychodelic Horseshit albo tych trzech omawianych albumów. Choć właściwie, może to byłoby lepsze? "Dzień dobry, Kaczkowski jestem, posłuchamy dziś najnowszego ultragłośnego noise'u".
Do posłuchania:
album skull defekts do ściągnięcia stąd.