30
grudnia
2007
tutaj jest lista z 2006. obie podlegają zmianom, będę kreślił i dodawał. wiadomo, jak jest. na początek pięć siedem ulubionych tegorocznych. bez komentarzy, bo już dużo o nich pisałem.
antibalas - security
[ rekomendacja]
dälek - abandoned language
[rekomendacja]
big blood - strange maine 1.20.07
[rekomendacja]
clockcleaner - babylon rules
[rekomendacja]
homostupids - the intern
[rekomendacja]
wildildlife - six
[rekomendacja]
cpc gangbangs - mutilation nation
[rekomendacja]
a teraz cała reszta. nie miałem serca wybierać dziesiątki, piętnastki czy iletam:
>>dżez/elektronika/hip-hop:<<
the claudia quintet - for
nowoczesny dżez z dedykacjami.
pink freud - punk freud
nowoczesny dżez bez dedykacji.
holy fuck - holy fuck ep
banda kanadyjczyków wpadła na pomysł by podpiąć przestery i inne efekty do analogowych syntezatorów. kraut-dance-noise.
alex delivery - star destroyer
holy fuck z melodiami i wokalami.
the hot 8 brass band - rock with the hot 8 brass band
ośmiu murzynów grających na dęciakach udaje, że huragan nie rozwalił im miasta. siła autosugestii.
sole and skyrider band - sole and skyrider band
dziwaczny hip-hop o końcu świata.
dälek - deadverse massive vol 1: dälek rarities (1999-2006)
nierówny album. ale nadal do polecenia.
>>głupi, głośny rock:<<
hackman - the new normal
goście z milligram grają prawie instrumentalny stoner. tak powinno się pisać riffy.
linus pauling quartet - all things are light
grupa podstarzałych facetów robi wieśniacki stoner-fuck-rock. klasa światowa, poza kawałkiem '40 oz', ale ten traktuje o piciu, więc do przebaczenia.
marble sheep - message from oarfish
znakomity japoński stoner. plus tańcząca pluszowa owca imieniem marby.
part chimp - cup
part chimp strzelili sobie w nogę wydając zbiór rarytasów i singli, który to zbiór jest lepszy niż ich poprzedni album. głośne, wrzeszczane, etc.
pterodactyl - pterodactyl
pop-noise dla fanów polvo, tak powinni brzmieć parts & labor. miejscami przykop niesamowity.
grinderman - grinderman
najzabawniejsza płyta nicka cave'a i jednocześnie jedna z najzabawniejszych tegorocznych.
vincent black shadow - more deeper
jeszcze lepsze niż debiut. wrzaski trwają nieprzerwanie przez pół godziny. dziwna sprawa, bo album jest już na itunes, a wytwórnia go jeszcze nie dystrybuuje.
glasspack - dirty women
południowy stoner. 'nuff said.
lamps - lamps 2
dwudźwiękowe, głośne jak cholera. o dziwo, da się śpiewać z wokalistą.
>>rock z melodiami, pop:<<
priestbird - in your time
goście z tarantula ad się wysprycili, zmienili nazwę i teraz grają epicki stoner-pop.
the assemble head in sunburst sound - ekranoplan
znów stoner-pop, ale bardziej w stronę dead meadow.
intelligence - deuteronomy
perkusista a-frames robi coś w rodzaju popu.
weird owl - nuclear psychology
udana zżynka z pierwszego, popowego wcielenia deep purple.
sic alps - description of the harbor ep
garażowy psych-pop. bardzo lo-fi.
miss alex white and the red orchestra - space & time
pani white posiada jaja większe niż wielka ilość facetów grających tzw. rock. plus refreny.
the busy signals - the busy signals
cholernie szybki pop-punk, który nie skłania do morderstwa.
goodnight loving - crooked lake
wesoło podpity garage-pop, czasem trochę taniego country. odjechane melodie.
sonic chicken 4 - sonic chicken 4
kolejny garażowy pop. tym razem żabojadzki. jak les breastfeeders rok temu - zabawa.
amplified heat - how do you like the sound of that?
świetny album do picia piwa. chwytliwy, energiczny, głupi jak cholera.
no doctors - origins & tectonics
każdy album, który ma okładkę narysowaną przez Tony'ego Millionaire'a zasługuje na uznanie.
>>punk:<<
jay reatard - 3 single
tylko single w tym roku. spośród wszystkich wyróżnia się "Night of Broken Glass", rzekłem.
the trashies - what makes a man get trashed?
ich poprzedni album nazywał się "life sucks trash fuck". i już.
turbo fruits - turbo fruits
what do you call it when you get so stoned you thought it was christmas eve? szybki blues-punk.
final solutions - songs by the solutions
jay reatard na perkusji i przy konsolecie producenckiej. taneczne punkowisko.
future of the left - curses
fotl nie są aż tacy, jacy mogliby być, ale jest tutaj kilka śmiesznych tekstów falco.
spider vomit - widows walk
facet i lesbijka krzyczą na siebie, a zupełnie pozbawiony talentu zespół daje podkład w stylu the stooges. cymes zabawa.
billy bao - fuck separation (siedmiocalówka)
nigeryjski (!) noise-punk. dwa kawałki po dziesięć minut. lada chwila wyjdzie ich pierwszy album.
times new viking - present the paisley reich
nie tak mocne jak debiut. ale jednak.
wooden tit - return to cinder
projekt wokalisty bassholes. garażowy blues-rawk.
>>noise, psychodela:<<
skull defekts - blood spirits & drums are singing
szwedzi robią noise-rock, do którego da się tańczyć.
the bad trips - the bad trips
hej, patrzcie! zespół grający drone-noise umie pisać porządne riffy!
yellow swans - at all ends
ta płyta dobitnie pokazuje dlaczego nowe jesu ssie.
alasehir - the philosophy of living fire
patrz tutaj
baikal - baikal
jak wyżej
wooden shjips - wooden shjips
odjechane, usypiające, repetytywne jamy. ściągają tyle samo z the doors co z krauta.
wooden shjips - loose lips/start to dreaming 7''
jeszcze lepsze niż powyższy album. dwa najlepsze kawałki jakie dotąd nagrali.
lumerians - lumerians
w klimatach powyższego, ale z większym akcentem na drone.
deerhunter - fluorescent grey ep
znacznie, znacznie lepsze niż ich album.
magik markers - boss
okazuje się, że ta mała krzykliwa pani umie śpiewać. plus lee ranaldo gościnnie.
the warlocks - heavy deavy skull lover
trybut dla shoegaze'u. długie kawałki, znakomite brzmienie.
shellac - excellent italian greyhound
nie słuchajcie opinii indie-idiotów - to jest git płyta.
raccoo-oo-oon - behold secret kingdom
pierwsza płyta raccoo-oo-oon, na której cokolwiek słychać. warto choćby dla samego 'invisible sun'.
dwie składanki z pisma Galactic Zoo Dossier #7
oh man. pierwsza płyta to składak z takimi nazwiskami, że każdy fan psychodeli padłby z radości. druga - to zupełnie nieznane rzeczy z zupełnie nieznanych lat wcześniejszych.
>>rzeczy ciche:<<
jana hunter - there's no home
pani z gitarą śpiewająca tęskne teksty. gościnnie na płycie michael gira.
the oh sees - sucks blood
patrz tutaj.
big blood - cokolwiek z tego roku.
ze szczególnym wskazaniem na the grove. najlepszy acid-folk jaki słyszałem w tym roku. i do tego dostępny do ściągnięcia za darmo.
fire on fire - fire on fire
zespół, w którym gra małżeństwo z big blood. znów acid-folk, ale raczej standardowy. wydają na young gods, więc mają świetlaną przyszłość.
greg ashley - painted garden
psych-pop grany przez wokalistę gris gris. mało refrenów, dużo psychozy.
minmae - 835
kolejna niespodzianka. minmae zwykle grają zwyczajny, staroszkolny nudny indie-pop, a tutaj dali fajnie zobojętniałą i spokojną płytę. pozytywnie nudną.
the cherry blossoms - the cherry blossoms
najradośniejszy folk jaki kiedykolwiek usłyszycie.
six organs of admittance - shelter from the ash
pan chasny zaczął pisać piosenki. drone poszedł w tło. ze znakomitym efektem.
>>rzeczy ciężkie:<<
brainbombs - singles compilation vol. 2
jest to podobno ostatnia płyta, jaką wydali. tak zresztą mówili przy okazji każdej poprzedniej. kupa śmiechu i zabawy, o ile kogoś śmieszy i bawi zabijanie prostytutek śrubokrętem.
neurosis - given to the rising
neurosis=quality. narysowałbym wykres liniowy jakości ich albumów, ale byłaby to jedna wysoko położona pozioma linia.
minsk - the ritual fires of abandonment
niespodzianka. ich debiut był mdły. ten jest niezły.
ufomammut+lento - supernaturals record one
kolejny przykład na to, że isis już nie istnieje. dziesięciopiętrowe riffy.
>>doom, długaśny rock:<<
mammatus - the coast explodes
zupełnie inne, spokojniejsze klimaty niż na debiucie.
dwie płyty the heads z big naturals - volume I & II
w tym roku de głowy przestały grać głupi rock i miast tego grają głupi improv-noise. też fajnie.
white hill - heads on fire
pierwszoklasowy space-rawk rodem z NYC.
earthless - rhythms from a cosmic sky
improv-rock. już nie jadą na jednym riffie.
queen elephantine - surya
powolny, dostojny doom. co ciekawe, grają na sitarze.
tia carerra - heaven/hell ep
dwa długie instrumentalne jam'y. dobre na wieczór.
>>post-rock, space-rock, awangarda-przednia straż (ilu wasz? rasz!):<<
la otracina - tonal ellipse of the one
prawie improwizowane, psychodeliczne. dość głośne. nie mam pojęcia co napisać.
do make say think - you, you're history in rust
'a with living' jest tym, czego oczekiwałem po ostatnim albumie broken social scene.
the future kings of england - the fate of old mother orvis
najwyższej klasy brytolski space-rock. po prostu.
fridge - the sun
utwór 'comets' przypomina mi kawałki umieszczane przez piratów scenowych w ich intrach do skrakowanych gier.
saturnia - muzak
portugalski space-trip-hop, czy coś w ten deseń.
>>zawiedli tegorocznie (i ostentacyjnie nie będę ich słuchał, spalę wszystkie ich płyty oraz będę trollował na forach ich fanów):<<
400 blows - nie dość, że zmienili gitarzystę. nie dość, że ich perkusista zachorował i musiał odejść. nie wydali w tym roku albumu. a jeden nowy kawałek już na youtube jest. bydlaki.
castanets - niestety, tylko kilka dobrych kawałków. całość daleka od first light's freeze.
clutch - najsłabszy album od czasu pure rock fury. bycza szkoda.
interpol - żadna niespodzianka. ale niesmak ten sam.
queens of the stone age - poprzednia płyta była przynajmniej przyzwoita. tegoroczna już nie jest.
dillinger escape plan - 'ire works' jest dramatycznie złe. i mówię to jako miłośnik wszystkiego, co DEP nagrali do "Irony is a Dead Scene' włącznie. pominąłbym nawet fakt, że w zespole gra już tylko gitarzysta z pierwszego składu (nawet genialny perkusista odszedł!). wyszedł pop-metal dla nastolatków. gnieniegdzie nawet z refrenami.
ramesses - po dwóch znakomitych epkach wydali tak okropnie żałosny album. szkoda podwójna, bo to goście ze starego składu electric wizard.
les savy fav - album powinien nazywać się "let's stay friends despite the fact that after six years of waiting we give you this shitty album"
pro evolution soccer 2008 - jedyna gra, na jaką czekałem w tym roku. takiej wysokobudżetowej żałości nie widziałem od niepamiętnych czasów.
najzabawniejszy keyword, jaki znalazłem na google analytics:
"demony nie chcą współpracować z muzyką której słucham"
zaiste, inspirujące.
a teraz wal się na ryj, żałosny roku 2007.
№ 1
30 grudnia 2007, 21:16:40
debill@niebo.nad.pl
bys sie w koncu odchral od BSS. bardzo solidna plyta, tylko potrzebna "odgrywajka" z duza seperacja instrumentow inaczej wszystko sie zlewa. ale tak to juz bywa jak ktos sie nie przejmuje iloscia sciezek lecacych rownolegle. DMST faktycznie solidny, dla mnie to ich #2 plyta po hymnie.
a to nalezy upnac badz przytachac:
1. earthling society - tears of andromeda/black sails against the sky
2. ufomammut+lento - supernaturals record one
3. the cherry blossoms - the cherry blossoms
4. linus pauling quartet - all things are light
№ 2
31 grudnia 2007, 09:21:40
Gork
Czuję się urażony nazwaniem mnie indie-idiotą. :<
Dobra lista.
ale idiotą, bo indie, czy idiotą bo uważasz, że nowy shellac jest słaby? bo mi chodziło głównie o to drugie. zwłaszcza po tym, jak poczytałem sobie negatywne recenzje 16-latków, którzy shellac usłyszeli przed tygodniem, albo w dniu premiery excellent italian...
№ 4
31 grudnia 2007, 15:30:09
Gork
Idiotą, bo drugie, wolę inne rzeczy od indie.
Ten 16latek od recenzji (tragicznie napisanej) to ja z dużym prawdopodobieństwem. Zdanie co do EIG podtrzymuje, nie wchodzi mi, podobnie jak nie wchodzi mi ostatni Deerhoof, Tomahawk czy Baroness. Co najwyżej mogłem zbyt surowo ocenić, bo w przeciwieństwie do powyższych na to czekałem i się zawiodłem. Ale to, że Szelaka pierwszy raz miałem usłyszeć tuż przed EIG, to dementuję, wczeeeśniej.
skoro inne rzeczy od indie to cię to nie dotyczy. zapomniałem, że to twoja recenzja.
przepraszam. natomiast głowę daję, że czytałem recenzję ludzi, którzy jechali po szelaku będąc zupełnymi w jego mierze lamerami. może na jakimś forum?
tomahawk, baroness i deerhoof też mi nie pasują. pierwszy, bo już nie taki. drugi, bo jest masa lepszego stoneru. ostatni, bo to nadal jeden z najbardziej irytujących zespołów świata.
№ 6
04 stycznia 2008, 23:39:41
leon
Znaczy ire works jest złe, bo nagrane przez DEP, czy w ogóle złe? Abstrahując od cyrkulacji kadrowej w zespole, to chyba od początku nie była kapela, która będzie za każdym razem grać swoje, czyli klawy łomot w stylu calculating infinity. Mimo że mam sentyment do debiutu, znajduję ire works jedną z ciekawszych płyt ubiegłego roku; popowe wtręty same w sobie nie są niczym złym, to jednak wciąż odpowiednia dawka łomotu. pozdrowienia
to jest cholernie dobre pytanie. odpowiedź dam taką: był czas w mej młodości, kiedy słuchałem rzeczy typu glassjaw. to było bardzo podobne do tego, co gra DEP obecnie (głównie płyta worship and tribute). ale mi się przejadło. riffy mieli momentami gites. DEP też nadal mają. ale te refreny, melodie... to mi nie pasuje. gdybym chciał melodii, to zapuszczę sobie pavement, czy olivia tremor control.
ale dałeś mi do myślenia. może rzeczywiście skreślam, bo nie grają tego co na początku? zasłonię się dwoma faktami:
po pierwsze - uwielbiam irony is a dead scene, a to jest zupełnie inne od calculating.
po drugie - to lista ulubionych, a nie najlepszych. cholera go wie, jakie są naprawdę najlepsze płyty 2007. sądząc po listach krytyków, pewnie panda bear.
№ 8
05 stycznia 2008, 21:19:38
leon
Przykład irony - gdy zestawić z infinity - pokazuje, jaką wartość dodaną potrafi wnieść Patton do muzyki - to taka dygresja a propos Twojej opinii o złamasie Mike'u:)
Wracając do tematu oceniania jakiejś płyty poprzez pryzmat wcześniejszych dokonań zespołu, to jest ciekawa sprawa. W pewnym sensie to rozumiem, w końcu szyld DEP lub jakikolwiek inny jest kodem wywołującym określoną antycypację nowego dzieła. Ale popatrzmy na przykład Radiohead - mam w pamięci Twój wstępniak z zastrzeżeniem, że ani Tool'a, ani Radiohead, ale w tej chwili nic innego nie przyszło mi do głowy - no więc po Ok Computer i Kid A zespół ów, słusznie czy nie, załapał się na łatę kapeli przecierającej nowe szlaki. Co czytam najczęściej w negatywnych opiniach o In Rainbow? Że wtórna, to już było za czasów The Bends itp. Więc tutaj oczekiwania są inne, w pewien sposób można współczuć ekipie Yorke'a (żart z tym współczuciem, chciałbym zarabiać tyle, co oni), ponieważ oczekuje się od nich, by ciągle dokonywali przełomów w muzyce. Do kitu z tym. Ale jeszcze gorzej moim zdaniem mają kapele typu Rage Against The Machine. Swoim debiutem wyczerpali pewną formułę grania, wycisnęli z niej wszystko, co się dało, i kolejne ich płyty były bez sensu, a już jak słyszę popisy Morello na Audioslave, wychodzę. Można by też pewnie wymienić wykonawców z wielopłytowym dorobkiem, których cnotą jest to, że ciągle nagrywają tę samą płytę.
Ok, naprodukowałem się, ale jaki z tych wywodów wniosek - nie wiem.
Jak się ma lista ulubionych płyt 07 do najlepszych 07?
pozdrowienia (od obrońcy hip-hopu:)
patton byczo wnosi, ale momentami za dużo wymaga. co widać po tym, jak sypały mu się składy kolejnych zespołów. ostatnio nawet rutmanis odszedł z tomahawk. choć to może być wina melvinsów, a nie pattona.
RATM są zabawni, bo przy całym ich zadęciu antysystemowym wydawali bodajże na Sony. co nie znaczy, że są źli. fajnie się grało ich kawałek w najnowszym guitar hero.
a co do głównego wątku, niezwykle ciekawego zresztą - problem leży w tym, że zespół, który grał coś zupełnie oryginalnego (DEP i powiedzmy Radiohead, choć ci drudzy tacy na początku nie byli) przechodzi w coś bardziej standardowego i traci przy tym swoje wartości. moim zdaniem zespół, który z grania noise'u idzie w pop automatycznie na tym straci, o ile nie zachowa w swojej nowej muzyce nic co nawiązywałoby do ich początków (jak widać na przykładzie ostatniej płyty Stereolab). ciągła oryginalność nie jest możliwa więc jakość zespołu najlepiej widać po tym, jak wydając kolejne płyty dźwigają ciężar poprzednich. koronny przykład - Unwound. co oczywiście też nie jest zasadą, bo jest masa genialnych debiutów, po których następowała masa gównianych albumów.
teraz, DEP to była grupa dzieciaków, którzy umieli grać na 8/9 i nie usypiać przy tym słuchaczy (jak to robi Tool). byli naprawdę agresywni i to była ich główna zaleta. nie znam drugiego tak agresywnego zespołu matematycznego. (prawdopodobnie się nie znam). moim problemem jest to, że tej agresji nie ma na Ire Works. a, jak mówiłem wcześniej, lepsze jest wrogiem dobrego - połamanego popu jest dużo, i to lepszego niż obecny DEP. w moim odczuciu, naturalnie.
>>Jak się ma lista ulubionych płyt 07 do najlepszych 07?
stopniem zakłamania.
pozdrowienia
№ 10
06 stycznia 2008, 21:08:37
leon
O ile wiem, rutmanisa też nie ma w melvinsach, więc może po prostu mu się znudziło...
Twój wywód o DEP jest przekonujący, ale zadam jeszcze następujące pytanie: czy zadowoliłoby Cię ire, gdyby było "powrotem do korzeni", czyli do calculating? Czy nie pojawiłby się wówczas zarzut braku progresu? Wiem, trochę bez sensu to gdybanie, ale powiem Ci, co mnie zawsze nurtuje przy słuchaniu muzyki: czy nie będzie najwłaściwszym rozwiązaniem nabranie dystansu do innych albumów wykonawcy?
może i racja z rutmanisem;
nie jestem w stanie powiedzieć, czy wtedy by mi pasowało. wiem, o co chodzi, ale jednak śpiewka jest ta sama - jeśli w tym stylu znam coś lepszego, to po co zespół koniecznie pcha się w tę dziedzinę? to jest jedyny sposób oceniania muzyki jaki znam - porównywać ją z inną muzyką.
[edit] ale z drugiej strony, nie wiem. lubię 'Loaded' Velvet Underground i 'Trompe Le Monde' Pixies. obie są odstępstwem od wcześniejszego stylu zespołów. ale obie trzymają się jakością.
№ 12
15 stycznia 2008, 19:57:17
leon
ja myślę, że jednak podstawowym kryterium jest: podoba się/się nie podoba, a potem dorabiamy do tego różne dywagacje