Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

27

marca

2007

my broken heart will never mend


Harvey Milk - Courtesy And Good Will Toward Men
Reproductive 1997, Relapse 2006


Portishead - Roseland NYC Live
London 1998

No nie?

Nie znam się na kobietach, nie znam kobiet. Nigdy z żadną nie rozmawiałem. Właściwie, tylko czytałem o ich istnieniu, ale istnieją pewne dowody na to, że to prawda. Na przykład Sleater-Kinney. Albo fakt, że drogerie nadal istnieją mimo, że nikt tam nie zagląda.
Na forach czytam, że kobiety czasem mają depresję i nieco podupadają. Czytam dalej, że ich gruczoły łzowe wydają słoną wodę i wynika to z faktu, że jest im pusto. Podobno depresja kobieca to jest taki łysy kawałek ziemi, na którym powinna rosnąć trawa, ale zamiast tego są tam powtykane tabliczki z napisem "nikt mnie nie kocha".
O ile to zdanie oryginalne nie jest i przez różnych pióropisarzy zostało powyginane do niemożliwości to jednakowoż sposób, w jaki niejaka Gibbons, Beth - rocznik 1965, włosy ciemny blond, lekkie zgarbienie i papieros w dłoni - je artykułuje w kawałku pt. Sour Times zawartym na opisywanej płycie przyprawia mnie o drżenie i powoduje na mej obmierzłej facjacie dziwny uśmiech.
Przywołuję także PT czytelników uwadze sposób, w jaki owa pani rządzi całym zespołem (pięć osób + smyczki orkiestrowe), jak jej głos trzyma się zawsze nad wszystkimi instrumentami, jak spaja te dziwne jazzowo-elektroniczne kawałki w całość. Właściwie gdyby wszystkie zgarbione panie z papierosem tak śpiewały, to chętnie zostałbym ortopedą na usługach korporacji tytoniowych.
Ech, sobie jeszcze raz zasłuchałem tego kawałka. I za każdym razem kiedy słyszę jego końcówkę, to mówię sobie w duchu: "Holy...

...Fuck" to najlepsze określenie Courtesy And Goodwill. Holy - ciche momenty na tej płycie i ballady śpiewane głosem desperackim, święta Teresa na okładce (nie wiem dokładnie która), spastyczność słów. Fuck, natomiast, to czerń na okładce, to hałas gitarowy, łupanie perkusji i ryki wokalisty brzmiące jakby zabito mu rodzinę, a jego samego zamknięto w klatce na lat dwadzieścia kilka.
Rzecz jest tak nagrana, jakby Harvey Milk grali nie w jakimśtam studiu, ale zaraz obok, dwadzieścia centymetrów od błon bębenkowych. Rzecz jak u Albiniego, tylko ostrzej i znacznie cięzej. Wokalisto-gitarzysta Creston Spiers - biała koszula, krawat, karminowa gitara Gibson model SG - ukończył studia muzyczne w klasie perkusji. Podobnież do białej gorączki doprowadzały jego uwagi przekazywane właściwemu perkusiście zespołu. Metrum 4/4 tu nie uświadczysz, a chwile ciszy będą tak ułożone, by zaskoczyć momentami hałasu. Ale takiego naprawdę wielkiego hałasu. Faceci grają riffy klasyczno-rockowe (obaczcie solówkę w końcówce "Brown Water"), ale z takim walnięciem, że ziemia drży. Jakby do ścinania kwiatków używali piły spalinowej. Do tego dodajmy jeszcze cover Cohena, w którym wokalista przestaje zapodawać tekst, a zaczyna zawodzić coraz bardziej płaczliwym głosem. Prawdziwie poruszające.

Cała rzecz była w '96 wydana wyłącznie na winylu i dopiero teraz Relapse przerzucił to na nośnik cyfrowy. Należy dodać - ze wszystkimi błędami. Na kawałkach drugim i ostatnim słychać trzaski, jakby wynikające z rys na płycie. Słowo 'jakość' zupełnie nie odnosi się do nagrania występu na żywo, które zostało dołączone na drugiej płycie. Tam rzeczą normalną jest, że nic ni cholery nie słychać. Taśma potrafi urwać się na kilka sekund, po czym znów zaskakuje. Nikt nie starał się tego poprawić przy masteringu.

I to jest męska depresja. Przynajmniej byłaby, gdyby istnieli jacykolwiek mężczyźni. Problem w tym, że ilekroć wyjdę z domu, ulice są zupełnie puste. Chodniki nie są wydeptane, nie jeżdżą autobusy, jest absolutnie cicho i nieruchomo. To dziwne uczucie - nie widzieć nikogo przez kilka lat, ale nie należy sobie tego liczyć za złe. Winniśmy raczej w takich chwilach przypomnieć sobie słowa mistrza:
"Człowiek jest jak żarówka, gdy go zapalić - świeci."

 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog