Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

08

stycznia

2007

f for fake


Faith No More - Album of the Year
Reprise 1997

Winienem dodać nową kategorię, w której rekomendacje zaczynałyby się od słów "Wiecie, bez tej płyty nie byłoby mnie tutaj...". Wiadomo - jest się młodym, ale się było młodszym. Zaczynałem od Metalliki. Smutna sprawa. Dziś z przyjemnością słucham tylko Garage Inc. (swoją drogą znamienne, że lepiej brzmieli w coverach). Na początku ogólniaka kolega zapodał mi Angel Dust na kasecie. Powiedział, że jemu się nie podoba. Mi też się nie podobało. Pierwsze kilka razy. Skracając długą historię - kilka miesięcy później, miałem wszystkie ich płyty, znałem większość tekstów na pamięć, na plecaku miałem naszywkę, na przerwach deklamowałem co lepsze fragmenty ich twórczości. Kupiłem i ściągnąłem wszystkie kawałki jakie kiedykolwiek nagrali (jeszcze za czasów audiogalaxy). Znajomi dostawali cholery, bo w kółko opowiadałem o bootlegach FNM, które obejrzałem i przesłuchałem, przytaczałem ciekawostki z ich biografii. Wynajdowałem tony takich pierdół sądząc, że inni uznają to za ciekawe.

Właściwie dziś zmieniło się tylko to, że nie mam żadnych naszywek.

Dosyć. Byłem, jestem ich fanatykiem. Ale milczenie uszlachetnia, czy coś w tym stylu.
FNM byli najgitniejszym zespołem młodości, jaki mogłem sobie wynaleźć. Zbyt komercyjni dla fanów indie, zbyt dziwni dla mainstream'u - na koncertach jednocześnie błyszczący i obsceniczni. Byli znakomitymi muzykami, mieli dzikie, anarchistyczne poczucie humoru. Na okładkę EPki Easy wrzucili pieprzące się nosorożce na tle zachodu słońca. Samplowali Kronos Quartet i nagrywali covery G.G. Allin'a. Na wokalach najpierw mieli zapijaczonego Moseley'a z tekstami uliczno-społecznymi i grali coś w stylu Public Image Ltd. lub Killing Joke, później doszedł do nich Patton, który śpiewać umiał ale był (nadal jest) zupełnym złamasem, i zaczęli grać wszystko, co im się podobało.

Teraz, jeśli czytają to jacyś fani Pattona - powiadam wam, mister Mike (przy całem swem dziękowym geniuszu) miał niebywałe szczęście do wybitnych gości grających za jego plecami przez całość swojej kariery. Potrafię sobie wyobrazić Bungle'a, FNM i Tomahawk (Duane Denison! Kevin Rutmanis!) bez śpiewo-wrzasków Patton'a, ale wrzasków wymienionego bez akompaniamentu nie wytrzymuję (vide Adult Themes For Voice, żałosne). Odrzucanie takich kawałków jak As The Worm Turns, Why Do You Bother, Chinese Arithmetic, Crab Song czy R'n'R, tylko dlatego, że nie ma na nich Patton'a, to obraza dla dobrego smaku i inteligencji. Howgh!

Right, a teraz o Album of the Year. Git tytuł, przyznacie? Dwie pierwsze płyty były zimne, Real Thing był przebojowy, Angel Dust brzmiał jak nagrany po mocnej amfie. Mój ulubiony - King For A Day, był wściekły. A AotY jest ostatni. Ma taki dziki, hipnotyczny klimat zniszczenia i definitywnego końca. Nagrywając to, byli ze sobą doszczętnie pokłóceni, połowa zespołu (sekcja rytmiczna) dostawała wysypki na widok drugiej połowy (Patton), a każda większa kłótnia kończyła się to wyrzuceniem gitarzysty. Musieli przeczuwać, że to ostatnia rzecz, jaką nagrają pod tym szyldem i to słychać. Niektóre kawałki ciągną się w nieskończoność i sprawiają wrażenie niedopracowanych (Paths of Glory, Home Sick Home), inne brzmią jak ballady pisane na oddziale zamkniętym (Ashes To Ashes). Mamy disco-metal (Mouth to Mouth), lepszą wersję Pearl Jam (Helpless), lepszą wersję Rammstein (Collision). Są dwa energetyczne numery - Naked in Front of the Computer (fuck, jakże uwielbiam ten riff!) i Got That Feeling - oba kopiące jak trzeba. Jest soul w postaci She Loves Me Not, a rzecz skończona jest jedyną poważnym kawałkiem jaki kiedykolwiek nagrali. A na to wszystko spogląda okularnicza facjata dawnego prezydenta Czech - niejakiego Masaryka.

Powiadają, że to najgorszy album FNM. Że nudny, że bez polotu. Dla mnie to ich powrót do korzeni, jeśli się temu przypatrzeć, jest podobny w aranżach do debiutu, ale ma nihilistyczną wymowę. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o tym albumie, bo jestem fanatykiem i pozostaję głuchy na krytykę i tak będzie zawsze. Będę zawsze dobrze wspominał wszystkie ich albumy (nie licząc The Real Thing), tak jak zawsze będę kibicował Liverpool FC. To znaczy, kibicuję im od lat bodaj dwunastu, więc FNM jest sprawą świeższą, ale... Zresztą, nieważne. Jak zwykle w przypadku ulubionych płyt - rozgadałem się ponad wszelką przyzwoitość. Jutro w podcaście będzie archiwalne, miernej jakości nagranie Chinese Arithmetic, gdzie Patton we wstępie wciska tekst jakiejś popularnej piosenki, a później cały zespół raźno pokrzykuje "satan! satan!" (lend me a dollar).

do obejrzenia:
last cup of sorrow
pierwszy singiel z albumu
ashes to ashes
drugi singiel z albumu
everything's ruined
teledysk wysoce lo-fi, w tle można zaobserwować dantejskie sceny - m.in. kupę robiącą ptaka;
festiwal
występ do spółki z Soundgarden i Guns 'n Roses - monsieur Patton zachęca publikę do wrzucania śmieci na scenę, udaje kurczaka i śpiewa Epic;
what a day
monsieur Patton wokalno-ekwilibrystycznie (pod koniec nagrania);

 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog