30
grudnia
2006
rzeczy ulubione/najczęściej, najchętniej słuchane/statystycznie i somnambulicznie czyli najlepsze w 2006:
the heads - under the stress of a headlong dive
najgorzej wyprodukowany album roku jest najlepszym albumem roku. kłęby gitar i beczki efektów. piekielna energia i niebiańskie zgrzyty. dzikie słonie i kulturalne wielbłądy.
enablers - output negative space
wiadomo, poezja deklamowana do git muzy. klimaty Slint, June of 44, teges. wysoce nastrojowe i wydane na neurot.
entrance - prayer of death
psycho-blues o umieraniu. instrumenty z ledwością przebijają się przez pogłos i dopplery. już w pierwszym kawałku ten pan mówi, że śmierć jest jego kumplem. kumpelą.
dark meat - universal indians
rock z jankeskiego południa + chórki + dęciaki + atmosfera zbiorowego haju = fun.
the black angels - passover
piosenki o wojnie w rytmie w jakim bąble powietrza pękają na powierzchni bagna porośniętego dziką roślinnością. swamp rock w stylu the scientists czyli. wybitny swamp rock, znaczy się.
nomeansno - all roads lead to ausfahrt
napisy w ubikacjach mówią prawdę - oni naprawdę grają w warszafce w moje urodziny. poza tym nagrali album, ale nie słuchałem, bo miał głupią okładkę.
rzeczy pozostałe i warte wspomnienia:
>>post-rock<<
across tundras - dark songs of the prairie
tzw. 'brzmieniówka' - goście za grosz nie potrafiący grać robią album o stepach akermańskich.
the big sleep - son of tiger
przypomina sonic youth z czasów washing machine, ale dynamiczniejsze.
battle of mice - a day of nights
ciężka muzyka. krzyki bitej kobiety w drugiej połowie szóstego kawałka są prawdziwe i przerażające.
5ive - versus ep
czekając na trzeci album, choć debiutu raczej nie przeskoczą.
ostinato - chasing the form
znacznie lepsze niż debiut. space-prog-noise-rock. znakomite.
mammoths melting out of ice!?! - meow hit lot dood
patrz tableau#1
>>ciężki rock/stoner<<
harvey milk - special wishes
odkrycie roku. gdyby melvins nie byli tak irytujący...
melvins - a senile animal
...to nie byliby tak gitni. kolejny trybut dla kiss.
colour haze - tempel
jak to oni - wydają i rządzą.
made out of babies - coward
najlepsze pięć sekund otwarcia +steve albini
gorch fock - thrilller
morski jesus lizard. cover nomeansno nieco im nie wyszedł.
scissorfight - jaggernaut
nie tak dobry jak wcześniejsze, ale jednak. próbują melodii.
astrosoniq - speeder people
rzecz pomysłowa, nieco przydługa, lecz zabawna, holenderska (zakończenie tego albumu ściągnąłem do tableau #3)
>>lżejszy rock/psychodela<<
dirty faces - get right with god
czyli co by było gdyby arctic monkeys mieli jaja i mózgi.
vincent black shadow - vincent black shadow
czyli co by było gdyby dirty faces grali space rock.
ścianka - pan planeta
złamas jestem, przyznaję - usłyszałem to dopiero na podsumowaniu grzesia (por. niżej). najlepsza polska płyta roku.
les breastfeeders - les matins de grands soirs
melodyjna garażówka z kanady. po francusku. naprawdę dynamiczne.
the phantom family halo - the legend of black six
ultrarepetytywny rock z kentucky. jakby simply saucer grający wszystko na jednym riffie. pozytywnie niezdrowe.
plastic crimewave sound - no wonderland
słabsze niż poprzednia, ale konkurencji prawie żadnej.
>>noise<<
oxbow - love that's last
coś w stylu best of - odrzuty, single i dvd, na którym pan murzyn molestuje publiczność
shit and shine - jealous of shit and shine
cała płyta, ze wszystkimi mniejszymi ścieżkami polega właściwie na jednym, wielkim, półgodzinnym riffie z 'practising to be a doctor'. genialnym riffie, należałoby nadmienić.
skullflower - tribulation
czysty noise. piwo dla każdego, kto przesłucha całość tego albumu z uśmiechem.
coughs - secret passage
there's no wave like no-wave!
>>hip-hop/jazz/elektronika<<
the necks - chemist
minimal-jazz. podły nastrój, podły nastrój, podły nastrój i tak trzy razy po 20 minut.
dälek/zu split
świetny teledysk. czekam niecierpliwie na pełen album.
the roots - game theory
przyjemny, inteligentny, cholernie dorosły album.
triosk - the headlight serenade
to samo co the necks tylko elektroniczniej i podnioślej
the kilimanjaro dark jazz ensemble - the kilimanjaro dark jazz ensemble
jak sama nazwa wskazuje. co zabawne, goście w 2007 wydali album doom metalowy pt. 'mount fuji doomjazz corporation'.
bassisters orchestra - numer jeden
lepsze niż płyta tworzywa. moim zdaniem.
afro kolektyw - czarno widzę
a skarabeusz toczy gówno.
>>rzeczy ciężkie<<
cable - pigs never fly
południowy noise-core. ich ostatni i najlepszy album.
converge - no heroes
nie ma tutaj nic do gadania. burza z piorunami.
thoughts of ionesco - the scar is our watermark
podsumowanie antyradosnej (acz ważnej) twórczości gości z michigan.
amenra - mass iii
czyli wszystko, co powinni nagrać isis, gdyby zależało im na starszych fanach.
atavist - atavist
czyli co powinni zrobić sunn0))) by uniknąć okrutnej nudy.
negativa - negativa ep
mamusiu, co to jest meshuggah?
facedowninshit - nothing positive, only negative
życie jest piękne, wystarczy wierzyć w siebie.
mass movement of the moth/the catalyst split
smoke crack worship satan
>>punk/hardcore<<
c.aarmé - vita
szwedzki punk. jakby taneczny monorchid. trudno siedzieć spokojnie podczas słuchania.
jay reatard - blood visions
pan z the reatards robi solowy album. znakomity solowy album.
clockleaner - nevermind
ta płyta to tak jakby jeden przeciągły punkowy skowyt. wyje wokalista, wyją głośniki.
alice donut - fuzz
pierwszy kawałek zwie się madonna's bombing sarajevo. wystarczy?
ultra dolphins - mar
inteligentniejsze blood brothers.
mclusky - mcluskyism
świetna retrospektywa ich twórczości. niestety, w limitowanej edycji - cudem znalazłem egzemplarz na niemieckim amazonie.
>>pop/rzeczy ciche i spokojnego serca<<
the ohsees - cool death of the island raiders
awangardowy twee-pop, jakby beat happening na prochach. spokojne, melodyjne i bardzo popieprzone.
the low lows - fire on the bright sky
po rozpadzie znakomitego parker and lily pan brodaty poszedł na swoje. efektem - depresja kliniczna.
the cassettes - 'neath a pale moon
retro-pop. eleganckie i rekreacyjne.
brightblack morning light - brightblack morning light
ujarane i leniwe piosenki o niczym. relaksujące.
the matinee orchestra - the matinee orchestra
naiwne spojrzenie na naiwną melodię.
the curtains - calamity
pan basista z niezwykle irytującego (deerhoof) przeszedł na wypoczynkowe. bardzo słusznie.
>>zawiedli nieco<<
comets on fire (niekontrolowane wybuchy hałasu=dobrze, balladki w stylu lat '70=źle)
bardo pond (poza pierwszym kawałkiem - nuda, na szczęście wydany w tym roku wybór odrzutów z różnych sesji był znakomity)
>>zawiedli dramatycznie<<
the dears (poszli w piczfork)
isis (powtórka z toola - metal dla dziewczyn/nastolatków, cały album brzmi dokładnie tak samo)
helmet (już drugi raz, nie widzę dalszych perspektyw dla Hamiltona)
>>oczekiwania na rok następny<<
- remastery 0+2=1 i The Day Nothing Became Everything +koncert nomeansno na moje urodziny
- powtórne wydanie Relaxing With The Heads (może wydadzą też drugi album?)
- nowe do make say think (w lutym), neurosis (w marcu), 400 blows, clutch, album future of the left (nowy zepsół andy falcous'a z mclusky - teledysk) może nowe dead meadow?
- zagłada ludzkości, a wraz z nią darmowe czipsy i wytęskniony spokój
№ 1
30 grudnia 2006, 10:14:49
grzehu
No tak zapomnialem o afrokolektywie, bo przekladali premiere z grudnia 2005 na poczatek 2006 i mam w tagach ze to rok 2005. Cale szczescie szanowny kolega nie zapomnial :)
№ 2
30 grudnia 2006, 10:20:09
grzehu
No i o Triosku zapomnialem, tez very soild. Po gitesnej plycie z Jelinkiem sami daja rade towniez.
№ 3
30 grudnia 2006, 10:25:46
Bartek Jakubski
Do Make Say Think można już w internecie ukraść
wiem, już ukradłem, ale się wstrzymam z oceną