Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

05

lipca

2006

lack of heroes, lines of zeroes

sided
The Heads - Under Sided
Sweet Nothing 2002

dive
The Heads - Under The Stress Of A Headlong Dive
Invada 2006

Na każdym dobrym koncercie rockowym winien być taki moment, kiedy to zepsół zaczyna grać niespotykanie głośno i energicznie. Głośniki dudnią, przestery zgrzytają, przestaje się rozróżniać instrumenty, rzecz dziejąca się na scenie zaczyna przypominać wielką niekształtną masę dźwięku. To są te najlepsze momenty. Przy okazji, podobno gdyby ścisnąć kulę ziemską tak, by miała cztery centymetry średnicy, to w wyniku zaburzenia proporcji między masą a grawitacją stałaby się ona czarną dziurą. Ciekawe, prawda? Teraz, najlepsze w The Heads jest to, że oni zawsze grają jak taka czterocentymetrowa kula dźwięku. Te cztery centymetry wynikają z faktu, że niewiele ludzi na tej planecie słyszało o tych gościach z Bristolu, natomiast natężenie energii i liczba decybeli zawarta w ich płytach posłużyłaby co najmniej trzem zwykłym albumom z tzw. młodzieżową muzyką gatunku rock and roll.

The Głowy są moimi kumplami bo nigdy nie mają forsy. Pracowali podobnież razem w lokalnym sklepie muzycznym, teraz mają stałe zatrudnienie (tak jak goście z Shellac), ale bez kokosów. Ja też zawsze jestem na debecie i łatwiej mi pałać sympatią do ludzi, których pieniądze nie lubią. Przeszukuję ogłoszenia i wysyłam CV, a maile czasem wracają jako niedostarczone, a czasem przepadają bez echa. A w przypadku The Heads efekty braku szmalu są śmieszne - nagrali pierwszą płytę (Relaxing With The Heads) w normalnym studiu, na drugą (Everybody Knows We Got Nowhere) w połowie nagrywania zabrakło finansów, więc dopełnili ją odrzutami z własnych, wyjątkowo niskich jakościowo archiwów, na trzeciej (Under Sided) jest znów porządna produkcja, a ta najnowsza (Under The Stress...) jest w całości nagrywana w zatęchłej piwnicy, której zdjęcie zdobi stronę wewnętrzną okładki.

The Heads są także moimi kumplami, bo grają porządnego rocka. Atonalnego, upitego i ujaranego, cuchnącego spalonym wzmacniaczem lampowym. Ich wokale nie mają melodii, to najczęściej jakieś bzdury wypowiadane z gitnym brytolskim akcentem. Zresztą, nawet gdyby śpiewali o fasolce po bretońsku to i tak nie robiłoby to różnicy, albowiem przez większość czasu wokale się nie przebijają przez masę dźwięku. No i ta energia. Wracając do analogii koncertowej, jakże często widzę kretynów z gitarami miotającymi się po scenie jakby grali grind-core, a nie pseudorockowe popłuczyny z list przebojów, a ci panowie są raczej statyczni scenowo (elektrostatyczni, elektrostateczni), ale brzmią jakby mieli za zadanie wysadzić salę w powietrze bez użycia materiałów wybuchowych.

Kumpelstwo na wykresie. Najpierw kawałek Yo La Tengo:

Później The Heads:

I nie, nie próbuję deprecjonować YLT. Chcę tylko pokazać jak cholernie głośne są te dwie polecane płyty. I jak marnie wyprodukowane. I jak bardzo mi się oba te elementy podobają.

Są oni moimi kumplami (oni są. kumplami są.) bowiem słychać, że tak jak ja lubią dziwną muzykę. Zapodają kraut-rockiem, nojzem, stonerem, psychodelą i tym podobnymi. Czasami wykręcają krótkie szybkie numery, czasami jadą przez dobry kwadrans. Zdarza im się, że przy tym męczą (vide Stodgy na najnowszym krążku), ale najczęściej robią rzeczy wybitne. Właściwie podsumowałbym to w ten sposób, że przez nich, reszta ciężkiego rocka psychodelicznego nieco mi się zdewaluowała (czyt. pierwszy z brzegu Monster Magnet pozostający w tej samej kategorii wagowej to przy tym przedszkole).

The Heads są moimi dobrymi kumplami bo mają nieubrane panie na okładkach.

The Heads są moimi kumplami i dlatego wydałem te 15 funtów 40 funtów (za słownikiem polszczyzny - wielka kupa forsy) z mojej krwawicy, by ściągnąć z brytyjskiego Amazona ich płytę dwie płyty i się z tego powodu wcale głupio nie czuję. Jello Biafra ich lubi, to ja miałbym nie lubić? Co takiego ma Jello Biafra, czego nie mam ja? Jestem wręcz od niego lepszy, bo nie śpiewam i nie mam nadwagi.

 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog