i pray for you, murderers / i pray for you, well honed and clean
Angels of Light - New MotherYoung God 1998
Bo wszyscy zaczynaliśmy jako pojedyncza komórka, która podzieliła się na dwie, które podzieliły się na cztery, które nadal się dzieliły. I jakoś tak wygląda, że z dzielenia wychodzi człowiek. I nigdy nie przestaje się, ha ha, dzielić. To znaczy, dopiero gdy umrze - wtedy zapada stagnacja. I niby zwykle nie pisuję z jakiejś okazji, ale dziś jakoś naszła mnie ochota na trybut, bo od dawien dawna chciałem Wam, Nieistniejącym Czytelnikom, wskazać jedną z najpiękniejszych pieśni jakie słyszałem. Spokojną, mocną i tak cholernie żywą. Brzmiącą zupełnie, jakby muzyka mogła mieć płuca i oddychać z naturalnością osoby głęboko śpiącej. To było nadęte z mojej strony, proszę, błagam, uniżenie dopraszam się o przesłuchanie poniższej pieśni:
Praise Your NameDedykuję wszystkim matkom i kobietom w całości.
Już? Wzruszeni? Whatever. Będę teraz rozprawiał na niezrozumiałe i wydumane tematy. Oto Wieczność i Nicość splecione w niekończącym się tańcu. Chwyćmy za falbanę wspaniałej sukni Wieczności. Falbana ta nazywa się Czas. Jeśli spojrzymy wystarczająco dokładnie możemy zauważyć, że dwadzieścia pięć lat temu w brudnej mieścinie zwanej Nowym Jorkiem pewien pan nazywający się
Michael Gira założył zespół pod nazwą
Swans. Nazwa może i była obiecująca, ale muzyka jakoś mniej. To znaczy, że
Łabędzie specjalizowali się w rytmicznym biciu w różne metalowe powierzchnie i wywrzaskiwaniu obscenicznych tekstów. To były początki muzyki dziś znanej jako noise. W pewnym nie do końca określonym momencie do zespołu dołączyła pani zwana
Jarboe, małżonka pana Gira. Ta pani o nienaturalnie stoickiej twarzy potrafi wokalnie z zagubionej dziewczynki zmienić się w opętaną przez setkę demonów siódmego kręgu piekieł (ósmy krąg jest zarezerwowany dla Diamandy Galas) femme fatale za ćwiercią mrugnięcia oka. Chodzą słuchy, że Jarboe potrafi zaklinać węże (czego może dowodzić
ten obrazek). W każdym razie Swans był zespołem ciężkim, a do tego poważnym. Gira i Jarboe naprawdę wierzyli (i zapewne wierzą nadal) w niesiony przez ich twórczość nihilizm. Humor wdzierający się do ich albumów przybierał dość ekstremalne formy. Dobrym tego przykładem jest tutaj tytuł jednego
z nagrań live (cały czas rozważam zrobienie sobie z powyższego obrazka nadruku na koszulkę).
Jak to bywa, z czasem zepsół się zestarzał i uspokoił. Muzyka nabrała nieco elementów folkowych, a dotąd niemiłosiernie tłuczone blachy i palone wzmacniacze zamieniono na gitary akustyczne i senny nastrój. Dość powiedzieć, że zdarzyło się późniejszym Swans nagrać cover "Love Will Tear Us Apart". W każdym razie, w 1997 roku Swans dokonali żywota jako zespół, a półtora roku później
Angels of Light wydali pierwszą płytę. Właściwie - wydał, bo
AoL tworzy wyłącznie Michael Gira, z pomocą kilku (w przypadku tego albumu - dziewiętnastu) znajomych muzyków.
New Mother to rzecz o macierzyństwie. Płyta zadedykowana Jarboe i sławiąca kobiece ciało jako nośnik nowego życia. Ciekawe jest to podejście, i na swój sposób optymistyczne, jak na pana Gira. Album nie jest w całości tak kontemplacyjny jak pierwsze dwa jego utwory, kluczy gdzieś pomiędzy cichą diabolicznością, a złożonym stanem rozedrgania intelektualnego. Najważniejsze jest to, że cała muzyka na nim zawarta jest podana z absolutną powagą, bez brzęczących elektrycznych gitarek i młodzieżowo-marihuanowego luzu. To poezja napisana i wyśpiewana przez człowieka, który chciał uwiecznić piękno życia, wiedząc, że jego pędzlem, farbami i sztalugą będą druciana szczotka, błoto i krzyż nagrobkowy.
Kurcza, końcówka wyszła jak nieudane wypracowanie szkolne. Oh well. Za kilka dni/tygodni/pięć lat opowiem o
Melvinsach i
Bark Psychosis.
Wiecie co Wieczność w tańcu szepcze Nicości do ucha? Mówi jej: "To właśnie jest...". Dokończcie sami, nieco kreatywności Panowie, Panie.