06
maja
2006

Beat Happening - Black Candy
K 1989
Piszę te smutne słowa już jako weteran 21 kampanii życiowych. Tak jest, dwa tygodnie temu w czwartek zegar wybił pierwszą trzydzieści siedem i oto jestem starszy. Piękne panie pragnące z tej okazji rzucić mi się na szyję proszone są o ustawienie się w kolejkę.
Więc wedle metryki dwadzieścia jeden, a mentalnie pięć. Nie wierzycie? No to przykład: dwie godziny temu wydałem 314 złotyszy na pięć płyt z Anglii, fajnie, nie? [Pytanie Miesiąca: czy za przesyłki od Brytoli dolicza się cło?] I, niczym dzieciak zadowolony i umorusany żarciem piasku, pochwalę się, że są to dwa razy The Heads, dwie Thinking Fellers i Idaho. Nic wam te nazwy nie mówią, prawda? Ha, normalka, ja już tak mam, że muszę być eksluzywny. Dla osób postronnych może to wyglądać na chorobę psychiczną, a dla mnie zakleszczenie pazurów na niedawno otrzymanej paczce z płytami to jedna z niewielu radości tego marnego świata.
Anyways, niczym Oskar Matzerath nie chcę dorastać. Za późno, oszywista, na takie deklaracje. I nawet gdybym spadł ze schodów, to i tak już na nic się nie zda. Trza by się ustatkować, nieistniejące umiejętności zmienić na marną forsę. Mieszkać w jakimś zapadłym bloku i pielęgnować jakąś podrzędną miłość swego życia. Byle się nie mnożyć, bo sprowadzanie niewinnych dzieci na tę zdewastowaną planetę to grzech, który powinien być karany dożywotnią katorgą. Z drugiej strony, jeśli tak o tym pomyśleć...
Ale znów nie na temat. Dziś przedstawiam Beat Happening, a rzecz to fajna i charakterna. Trzech facetów z mieściny zwanej Olympią ze stanu Waszyngton (nie mylić z DC, ten Waszyngton jezd na zachodzie), którzy uparli się, że będą grali punka jak im się spodoba. A podobało im się zamiast szybkich kawałków grać proste (by nie rzec - prostackie) melodie z dziecinnymi tekstami (np. z przedszkolnymi refrenami typu "Do you wanna play house?"). Śmieszność, zważywszy, że jest to słuchalne i nawet bawiące. Więc o co ten ambaras? Właściwie, nie wiem. Chciałem powiedzieć, że ciężko jest, ale poradzę, jak wszyscy. Ile tabletek nasennych trzeba łyknąć, by cię nie odratowali? Bo jedna znakomita koleżanka (znana głównie z tego, że każde jej słowo wylewa na mnie zawartość naczynia nocnego na większości przerw między zajęciami) powiedziała, bym porzucił myśli o tabletkach, bo mogę się obudzić z uszkodzonymi organami wewnętrznymi. Martwi się o mię biedna istota - prawdziwa miłość musi to jest, nie ma co.
Black Candy to późniejsza płyta. Podobno jest trybutem dla The Cramps'ów, czyli można na niej wyczuć posmak psychobilly - piosenki o nagrobkach, nawiedzonech domach, te rzeczy... Gitesnym nazwać można także głos wokalisty, Calvina Johnsona, nieco podobny do Smoga (mademoiselle frogger3 rzekłaby zapewne, że i do Veddera Eddi'ego), ale bardziej naznaczony wieloletnią nudą i lekką psychozą. Ku uczczeniu tego ostatniego zdania proponuję zapoznać się z pieśnią z płyty:
Cast A Shadow
Oraz z nagraniem zespołu na żywo:
Black Candy.
Zwracam uwagę na rozbudowaną mimikę perkusisty, szereg gestów/układów tanecznych wokalisty oraz straszliwą, okropną i nienasyconą czarną dziurę, którą nazywamy rzeczywistością.
Dziękuję za uwagę, to tyle na dziś.