10
marca
2006

Jimi Hendrix Experience - Electric Ladyland
MCA 1968
Układ jest bardzo prosty: jest pan i pani. Pan ma głowę w kształcie walca, a pani - kuli. Stoją sobie między czterema białymi ścianami na białej pustyni. Nie mają dachu, bo nad pustynią nie ma chmur. Nie ma tam nawet nieba. Po przedstawieniu scenografii przychodzi czas na zarysowanie konfliktu. Problem leży w panu walcowatym - chemikalia w jego mózgu rozkazują mu martwić się bez powodu. Pani kulista pomaga panu przez tłuczenie go w głowę młotkiem. Bije walcowatym o ścianę, przykłada mu w czoło patelnią, depcze długimi obcasami skronie. Po dłuższym seansie wstrząsowym pani sadza pana na krześle, po czym włącza wybitnie głośną muzykę. Widzimy jak walcowaty uśmiecha się niemrawo. Płyn mózgowy wycieka z jego ust, nosa i kanalików łzowych. Kulista patrzy z rozrzewnieniem na niego przez kilka chwil, po czym idzie zmyć białe naczynia w papierowo białej wodzie.
Jak widać powyżej wszystko jest naprawdę wspaniałe. Zaczynam doceniać całościowość rzeczywistości (czyt. piję już trzecie piwo). Chmiel blokuje chemikalia (fajna, niepełna aliteracja) odpowiadające za dynamiczne ekslamacje. Tylko dzięki temu nie pęknę na pół i nie spłonę tonąc w oceanie okrzyków, że znalazłem Genialny Album. Tak jest. Nie wiem gdzie byłem przez te wszystkie lata i dlaczego ukrywano przede mną fakt, że Electric Ladyland jest taki fajny. Wiem przeto, że dorwałem jegoż remaster i od tygodnia nie zważając na groźby (karalne) sąsiadów zapoznaję otoczenie w zakresie trzech osiedli o swym odkryciu.
Ależ bzdury. Może sensowniej - każdy słyszał Hendrixa ale najpewniej były to kawałki z debiutanckiego Are You Experienced?, moim zdaniem słabszego niźli ten. EL to ostatni i najdojrzalszy album Hendrixa, wedle jego własnych słów będący życiowym osiągnięciem i testamentem. Jest NAPRAWDĘ dobrze wyprodukowany, co wynikło z niezaprzeczalnej szajby Hendrixa w kierunku detali. Przed nagraniem zakupił pomieszczenie i wielgachną konsoletę. Do tegoż, wedle różnych podań, niektóre kawałki panowie z The Experience nagrywali ponad trzydzieści razy. Efekt tegoż sonicznego dziwactwa jest oszywisty. Remaster nadzorowany przez oryginalnego inżyniera albumu Eddiego Kramera brzmi bardzo przestrzennie, nawet przy małych głośnościach zapełnia szczelnie pokój. Słuchając Voodoo Chile można odnieść wrażenie, że stoi się metr od zespołu.
To była forma, teraz czas na treść. Mamy tu między innymi 15-minutowy chicagowsko-bagienny bluesowy trybut dla Muddy'ego Watersa, "Come On" czyli dynamiczna interpretacja standardu Earl'a Kinga, psychodeliczne "Burning of the Midnight Lamp", progowa sekwencja oniryczna (czyli kawałki 10-13), przepaskudnie rythm'n'bluesowy "House Burning Down", "All Around The Watchtower" pięćset razy lepszy niźli oryginał Dylana (polecam też wersję Brygady Kryzys, była na którejś ze składanek Machiny) i zamykający "Voodoo Child (slight return)" z riffem otwierającym, który do dziś jest wizytówką Hendrixa (ale niewiele osób go rozpoznaje).
Lirycznie też jest fajnie. Pan Gitarzysta przestaje opisywać swoje dokonania erotyczne i skupia się na tematach bluesowych. Komuś płonie dom, ktoś się urodził pod czerwonym księżycem itd. Słowem, fajnie.
Nie napiszę nic śmiesznego na koniec bo mojej klawiaturze skończył się tusz. Eee, beznadziejny dowcip...
do posłuchania: All Around The Watchtower