04
marca
2006

The Black Heart Procession - Amore Del Tropico
Touch And Go 2002
Jestem władcą tego świata i za chwilkę to udowodnię. Pozwólcie tylko, że zlutuję zerwany kabel łączący moją osobę z globalną dominacją.
[mija tydzień drżących rąk i rozmów z samym sobą]
Aha! Stało się. Teraz życzę sobie, by na tym joggerze pojawiła się rekomendacja Amore Del Tropico.
Widzicie? Działa! Teraz ma pojawić się link do piosenki z płyty:
Tropics of Love
A teraz prostackie wytłumaczenie.
Bla bla bla bla... TBHP na początku nagrywali smutne, minimalistyczne albumy. Oszczędność ich twórczości była tak straszliwa, że dobrze się wsłuchując można na 2 albo Three (to tytuły albumów) usłyszeć przelatujące obok mikrofonu komary i muchy. Insekty te wyczuwały padlinę, ale były to tylko zgniłe jestestwa muzyków zdecydowanych na dźwiękową transmisję dupności wszechświata. Muzycznie był to niby slowcore, ale trudno to jednoznacznie nazwać. Zresztą, nikogo to nie obchodzi. Rzecz w tym, że po pierwszych płytach coś się panom odmieniło, i zaczęli kombinować. Efektem tychże muzyczno-psychicznych machinacji jest ten album, pełen hawajskich gitar, rozstrojonych klawiszy itede. Dobry na późną noc, albo bardzo wczesny ranek. Można do jego plumkania opróżnić butelkę wytrawnego winiacza alboż i gorzkiego piwa. Należy przy tym zasromać (gromkie słowo) się głęboko i westchnąć kilka razy spoglądając na żółtawy księżyc. Wygląda jakby zardzewiał. Głupi księżyc.
A teraz rozkazuję każdemu, kto przeczytał powyższe machnąć ręką na te mierne wypociny i zająć się czymś rozwijającym. Ot, postrzelać do nadlatujących na wiosnę bocianów. Pewna pani w telewizji powiedziała, że nie może się bocianów doczekać "bo oni bardzo miłe są". Życzę sobie, żeby ta pani żyła w zdrowiu i dostatku.
Na koniec życzę sobie, bym jutro obudził się człowiekiem (już teraz wymagam zbyt wiele) zamożnym, rześkim i wesołym. To już jutro! Zamknę oczy i wszystko okaże się tylko dzwudziestoletnim koszmarem! Ha! Macie prawo mi zazdrościć.