Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

27

lutego

2006

let it breakthrough, oh let it breakthrough!

long drive
Modest Mouse - This Is A Long Drive For Someone With Nothing To Think About
Up 1996

Czyli płyta tak długa, jak jej tytuł (70 monotonnie niewesołych minut).

Dziś wyjątkowo na szybko. Wczoraj koło południa na Polsacie szedł Metropolis i nic nie było w stanie zepsuć mi tych dwóch godzin. Ani trzy kwadranse reklam, ani oznaczenie filmu (właściwie Filmu) jako dla dzieci od lat siedmiu. Oh well. Rzecz w tym, że od wczoraj słucham w kółko "I Can't Stop Loving You" Ray'a Charles'a i to w zasadzie tyle...

Nie, zaraz, płyta. No tak. Modest Mouse trzaskali dużo fajnych, solidnych płyt ale właściwie nigdy nie udało im się palnąć kompletnego arcydzieła. Indie-dzieciaki będą się kłóciły, że owszem, że niby taka arcy jest The Moon And Antarctica ale nie wierzcie im, ich małe mózgi rozpoznają tylko trzy tryby: "depresja", "ekstaza" i "pitchforkmedia". Według mnie, MM nagrali dwa świetne albumy - opisywaną (zimową) i The Fruit That Ate Itself (letnią). O tej drugiej napiszę za pół roku, jeśli dożyję (w co wątpię).

"This Is A Long Drive..." to definitywny album samochodowy. Kawałki na nim zawarte czasami cicho pokrzykują, a czasami tęsknie szemrzą niczym strumyk skażony wyziewami elektrowni jądrowej. Brock w tamtych czasach (nie żebym je pamiętał) nie uważał się za fest wokalistę i nie miał potrzeby wtykać swoich coraz mniej wybitnych tekstów we wszystkie możliwe miejsca na płycie. Był obszczymurkiem w czapce z daszkiem i butelką piwa w papierowej torebce, któremu zdarzyło się w znakomity sposób ubrać depresyjną pustotę w muzykę.

Dla mnie ten album wygrywa swoim pływem - zespołowi nie jest śpieszno do refrenów, czy nowych, niesamowicie wyprodukowanych przejść melodyjnych, ale pozwalają muzyce płynąć. Gitary o dziwnym brzmieniu (nie wiem, czy to taki przester, czy strojenie) powtarzają prosty motyw, czasem Brock coś zajęczy drżącym głosem, czasem pojawi się damski wokal, czasem wiolonczela. Patrzcie na taki Custom Concern. To powinien być najnudniejszy kawałek na świecie. I jest. Tylko że ta jego nuda jest jakby znajoma, oswojona i naturalna. Nic się w tutaj nie dzieje, nie ma melodramatycznych krzyków rozpaczy jak na Moon and Antarctica, czy licznych muzycznych duperelków jak na Good News. Jest za to czas na gapienie się przez szybę na pustą ulicę. I już. I w tym był cały geniusz tego zespołu. Błysk geniuszu, właściwie, bo się ostatnio cała ferajna z Brock'iem na czele mocno zestarzała.

Ale pozostaje ten gitesny debiut - jest na nim nudno, smutno, jak za dawnych, nastoletnich czasów bywało. Właściwie nadal tak bywa, ale teraz jakoś łatwiej udawać, że jest fajnie. Ech. Wszystko jest wspaniałe i śmierć nam nie grozi. Tylko nuda.

do odsłuchania:
Dramamine - otwierający płytę.

 
 

Komentarze

 
 
 

№ 1

28 lutego 2006, 23:03:26

Dialog

Przeżyłam tę samą fazę słuchania na okrągło "I can stop loving you", po obejrzeniu Metropolis. Uważam, że końcowe obrazy razem z muzyką stanowią mistrzowskie połączenie (nie zapominając o całej urodzie animacji, perfekcji metropolii, wrażenia jakie robi na widzu).
Szczerze podziwiam za cierpliwość - oglądanie filmów na Polsacie, jeszcze takich, które wymagają całkowitego odseparowania się od świata zewnętrznego, to prawie masochizm;)

 
 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog