10
lutego
2006

M. Ward - Transistor Radio
Merge Records 2005
Z niektórymi płytami, dacie wiarę, można się zaprzyjaźnić. Od ręki. W przeciągu dwóch chwil i trzech momentów potrafię nieraz uznać album za witalną część mojego miernego żywota. Naturalnie, zmierzam w tych truizmach ku opisywanej płycie. Transistor Radio to zbiór piosenek z początków istnienia muzyki popularnej, kiedy rodziny, miast zalegać przed kineskopem serwującym telenowele, siadała przy radiu w drewnianej obudowie i słuchała dobrej muzyki. Były to czasy niewinne, z rozrzewnieniem wspominane przez osoby starsze. Najczęściej na zachodzie, bo u nas większość dwudziestego wieku nie była fajna. A lata czterdzieste i pięćdziesiąte to wojna i stalinizm. Ale muzyka była. Możliwe, że jakimś cudem można było stare przeboje w Polzce usłyszeć.
Wybór kawałków jest w tym przypadku nadzwyczaj znakomity. Rzecz zaczyna się i kończy instrumentalami. Pierwszy to cover Beach Boys, ostatni to utwór J. S. Bacha, o którym wspominałem przy okazji składanki instumentalnej. Między nie poutykano wspaniałe, lekkie niczym pianka z bezkofeinowego cappuchino utwory stylizowane na lata starsze, tranzystorowe. Ward ma ciekawy głos, jakby zniechęcony, pozbawiony częstego podejścia w obecnech nieciekawech czasach typu patrzcie_jaki_jestem_emo połączonego z piskliwym zawodzeniem.
Teraz brzmienie. Pan Ward okazuje się być znakomitym operatorem gitary akustycznej. Gra solówki, podejścia bluesowe, akordy, co tam chcecie. Na większości piosenek teksturuje brzmienie tak składnie, że nie potrzebuje perkusji.
Big Boat - jedna z trzech piosenek z bębnami i chyba najgłośniejsza na płycie
Sweethearts On Parade
Fuel For Fire
Konkludując - Jedna z najlepszych, według miernego mnie, płyt poprzedniego roku. Zupełnie niedopatrzona przez krytykę. Ale to nic. To czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową. Każde przesłuchanie tej płyty uznaję z czystym sumieniem zatwardziełego grzesznika za jedne z lepiej spędzonych 58 minut. Zaraz... Patrzcie! Jakiś wariat podpalił Słońce! Przecież to jedna wielka kula wodorowego paliwa. Wszyscy zginiemy od jego płomieni! Ratujcie się! Boże! Zaraz, jaki "Boże"? Bóg nie żyje, Nieztche go zabił. Co teraz!? Wszyscy zginiemy! Należało się nam...
A zresztą... Koniec świata jest codziennie. Z ciekawszych rzeczy - ukazał się nowy KaZet. Tym razem tematem numeru jezd genialny Daniel Clowes. Szkoda, że poprzestali na opisaniu tylko trzech jego komiksów. Shit happens twice a day.
Jogger z recenzjami ciekawych, nietuzinkowych płyt, pisany przez osobę kompetentną - tego mi było trzeba!