Tableau! - rekomendacje muzyczne

 

25

października

2005

give me just a little shove, this is love, this is...?

0+2=1
Nomeansno - 0+2=1
Virus 1991

Za pomocą ostatniego akapitu w poprzedniej rekomendacji próbowałem uczynić ten jog kontrowersyjnym. Niestetyż, jak widać, nie przyniosło to (spodziewanego) natłoku komentarzy sławiących mą mądrość/głupotę i męskość/zniewieściałość. Cóż, może dziś się uda?

Bracia Wright urodzili się jeszcze za stulecia poprzedzającego te poprzednie. Żyjąc w absolutnej symbiozie postanowili jednogłośnie, oczywista uprzednio wyrwawszy z portfeli ostatnie miedziaki, założyć fabrykę rowerów. Niestety, ramy i opony będące efektem ich produkcji były dziurawe i pogięte (właśnie w tej kolejności), więc prawa rynku rychło nakazały braciom przetasować swe priorytety. Nową linią produkcji miały być samoloty. Traf chciał, że w owych czasach samoloty nie były zdatne do przelotu ponad dziesięciu metrów bez rozbitki. Dlatego w kilka lat później smutni bracia znaleźli się w annałach jako twórcy pierwszej latającej maszyny zaopatrzonej w silnik, która wylądowała nie zabiwszy pilota. Mieszkańcy Kitty Hawk w południowej Karolinie zadrżeli jednocześnie (zmieniając sejsmikę w promieniu dwudziestu kilometrów) na wieść o tym, że ich miasteczko stało się kawałkiem historii. Kobiety poczęły kupować nowe kreacje w ilościach hurtowych, a mężczyźni zaczęli hodować wąsy (bo po zakupach żon nie było ich stać na fryzjera) strzygąc je wyłącznie w święta narodowe. Na nic zdały się zapewnienia fotografa, że we fleszu nie ma magnezji - zdjęcie musiało zostać zrobione. Efekt, który miał być najwspanialszą pamiątką tamtych dni, można opatrzyć tytułem "Ciemna jaskinia w atramentową noc". Do dziś trwają spory czyja facjata zdobi którą część fotografii. Zniechęceni brakiem zainteresowania i zniesmaczeni upadkiem obyczajów bracia Wright przenieśli się na północ, do Kanady.

W tym momencie proszę szanownych nieistniejących czytelników o zapoznanie się z choćby kawałkiem pierwszego tekstu z opisywanej płyty. Czyż nie jest to kawał porządnej literackiej roboty? Nie? Barbarzyńcy!

Anyway, spokojne, dostatnie życie doprowadziło naszych bohaterów do początku lat osiemdziesiątych. Dużo się działo wtedy na świecie, elektowano idiotów (co jest nie do pomyślenia w naszych czasach, czyż nie?), upadały systemy założone przez idiotów i słuchano Depeche Mode (niebywałe, nigdy nie mogłem zrozumieć, jak ta muzyka się mogła komukolwiek podobać). Ruina człowieka, który pisze te słowa, miała się ukazać na tej zdewastowanej planecie dopiero w połowie dekady. Bracia Wright znużeni spokojnym rytmem swych dni, postanowili założyć zespół punkowy, brzmiący inaczej niż wszystkie inne dotąd (pst! Johnny Rotten to kretyn, podaj dalej). Rok 1984 ujrzał ukazanie się płyty o swojskim tytule Mama z testem Rorschach'a na okładce. W tym roku starszy z Wright'ów obchodził swe sto trzynaste urodziny. Od tej pory datuje się istnienie Nomeansno. Gatunek muzyczny zwany jazz-core'em możemy uznać za otwarty.

Bedąc tylko miernym, niedouczonym mną, usłyszałem o NMN dopiero półtora roku temu. Akurat gdy skończyła się ich trasa po naszym wspaniałym kraju. To znaczy, słyszałem o nich wcześniej (Something Like Elvis coverowali jeden ich utwór), ale dopiero niedawno wygrzebałem w sieci ich płytę. Ech, wracając do rekomendacji: 0+2=1 to ich najdziwniejszy i najmniej lubiany przez fanów album. To właśnie na nim najbardziej słychać influencję Residents'ów, do której Rob Wright często się w wywiadach przyznaje. Za pierwszym razem rzeczywiście trudno się tego słucha - króluje tu repetycja, brak chwytliwych przyśpiewek, teksty są irytująco niejednoznaczne (z wyjątkiem wyjątków). Ale z drugiej strony, czego się spodziewać? Twórczość NMN nigdy nie była szczeniackimi sloganami, pokazywaniem palcami czy idealistyczną papką. W większości przypadków ich kawałki są historyjkami (o świetnej narracji), których morały pokazują, że Ludzkość zmierza ku nieprzyjemnemu. Że niby to nieoryginalne? No pewnie, ale za to jak podane...

Co to ja miałem? Aha, podobno jestem egomanem, więc by udowodnić, że tak nie jest następna notka nie będzie o mnie, tylko o jakiejś fajnej płycie (dla odmiany). A te bzdury o Wright'ach to efekt Wtorku, oszywista.

 
 

Dodaj komentarz

 

Podpis

 

URL

 

Treść

 
 
 
 

Miniblog