16
października
2005

Sonic Youth - Murray Street
Geffen 2002
W kościele na tylnych ławkach zalegają dziewczyny, które czuć farbą do włosów. Niby młode, ale już poważnie zmartwione tym, że jeszcze nie mają męża. Dwie z nich odwróciły się do mnie i spytały dlaczego słucham Sonic Youth. No wiecie, mówię, trzeba się czasem odchamić.
Jeśli zespół wydaje swoją czternastą płytę (nie licząc kolaboracji i EPek) i ludzie w nim grający są starsi od moich rodziców, a muzyka nadal kopie tyłek, to znaczy, że jest to klasyka. Że za pięćdziesiąt lat (alboż i sto) nastoletnie dzieci dzieci dzieci naszych dzieci będą czytały w opiniotwórczych pismach, jakimż to influencyjnym zespołem był SY i jak to dziko było żyć w naszych czasach. Istnieją teorie, jakoby to Daydream Nation był ich szczytowym osiągnięciem, a dla mnie tak nie jest. Bo SY wydali trzy arcydzieła: kulminujące okres początkowy zespołu Sister, kończący lata dziewięćdziesiąte A Thousand Leaves i drugi w obecnym tysiącleciu Murray Street. Ten pierwszy to post-punkowe aranże i teksty ściągnięte od Philipa K. Dick'a, ten drugi to ich najbardziej psychodeliczny album (nie licząc wydawnictw SYR), a ten ostatni... No właśnie, ten ostatni jest taki rozmyty, smutny i dorosły. Brzmienie wyjęte z lat siedemdziesiątych, wszystko jakby z oddali, w tle. Delikatne na tyle, że można przy tym spokojnie zasnąć. I do tego teksty o starych miłościach, odłączeniu i przejrzałych truskawkach. Dwie piosenki Kim, jedna Lee i cztery Thurstona, a każda jest świetna, każda daje słuchaczowi te "ŁUP!" w momencie odbioru. Wszystko naturalnie przechodzi z jednego w drugie. Karen Revisited to mój ulubiony kawałek Ranaldo, po którym następuje sześciominutowy improv. I... bla bla bla, mógłbym tak w nieskończoność, ale nie chce się mię, bo boli głowa. Łyknąłem dwa paracetamole marki NoName i próbuję dożyć końca dnia. A Murray Street jest dobre na ból głowy, pomimo, że to noise. Ustawiam sobie to na głośność numer 2 i próbuję odleżeć. I to działa.
Aha, a te dziewczyny wcale nie pytały mnie o SY, tylko chciały się ze mną przespać. Ot pech... Więc kiedy następnym razem głową mą wstrząsną boleści, to nie będę kłamał, ino wyłożę kawę na ławę. Albo wódkę na leżak. Co wy na to?
Murray Street pikna płytka, ale jeżeli chodzi o SY to najbardziej lubie Goo. Z sentymentu chyba :)
a mię jakoś Goo nigdy nie podchodziło, ale ichnia dyskografia jest tak duża, że dziesięciu fanów SY może uwielbiać piętnaście różnych płyt
a to fakt, ale z drugiej strony to cieszy, bo zespoł nie popadł w monotonie, a i słuchacze mają z czego wybierać. Są rzeczy bardziej rockowe i totalnei dziwne (via NYC Ghosts And Flowers, ale warunki nagrywania tego LP były niezbyt komfortowe).
tak, co do NYC to np. piczfork uznał to za badziewie totalne, podczas, gdy niektórzy ogłosili to absolutnym arcydziełem, ja tam wolę thousand leaves
Z doświadczenia wiem że NYC zawsze spodoba się fanom Metal Meachine Music Reed'a. Dziwne ale się sprawdza.
Recke na P . czytałąm i z ocena 0.00 nie za abrdz się zgadzam, ta CD ma swoj urok.