03
października
2005

400 Blows - Angel's Trumpets and Devil's Trombones
Gold Standard 2005
Pan Porfirion zamiast mózgu ma kłaczek kurzu. Kiedy próbuje myśleć, ów kłaczek delikatnie łaskocze ściany jego czaszki. Te łaskotania pozwoliły panu Porfirionowi wynaleźć m.in. suchą pianę. W chwili obecnej genialny wynalazca stoi na ulicy i wodzi wzrokiem za modnie ubranymi dziewczętami. Porfirion próbuje zastanowić się, dlaczego tak mało kobiet chodzi ostatnimi czasy w spódnicy. Kurz ściele się wygodnie w miejscu, gdzie Stwórca przewidział neurony. Wszystko jest dobre.
Pan Porfirion nie słyszał o 400 Blows, bo prawie nikt o nich nie słyszał. A to dziwne, bo są cholernie głośni. I surowi w brzmieniu, bo nie mają basisty. Ubierają się w dziwne mundury, a wokalista krzycząc cytuje "Ulyssesa" Joyce'a. I nie mają basisty. Jakiś czas temu wydali płytkie zwaną Black Rainbow, i była fajna. I ta też jest fajna, tylko lepiej zmiksowana. Gitara tego brodatego chudzielca nie robi już takiego "żżżżżżżąąąąąą" tylko "zzzzzzzzzząąąąąą". A pan wokalista w okularach przeciwsłonecznych przypominających brązowe ray-bany się rzuca i pluje. A basisty brak. Że tak powiem, dawno mię żaden zespół nie kopnął. Z tych głośniejszych oczywista. 400 Blows nie bawią się w kombinacje typu: pół refrenu-krzyk-pauza-zmiana tempa ino tłuczą tłuste riffy. I mają charyzmatyczne bębny. I dobre teksty, bez śladu melodii w wokalu. I nie mają basisty. Pół roku temu na ich stronie można było przeczytać, że są zespołem antymelodyjnym. Racja. I gdyby, kurcza, więcej było ciężkich zespołów z pomysłem na siebie, to miałbym dłuższą playlistę. A tak muszę (mogę) się kurować tylko starym Sons of Otis. Cóż rzec... Czy już wspominałem, że 400 Blows nie mają basisty?
Tak mnie nagle tknęło: podobno kurz to głównie pyłki roślin i fragmenty naszego złuszczonego naskórka. W takim razie mózg pana Porfiriona to nasiona roślin i nasza skóra. Pomyślcie tylko o tym!
Dwa nagrania na żywca:
The Secret Life
No One Can Erase This