20
września
2005
/(smog)_sle_42.jpg)
Smog - Rain On Lens
Drag City 2001
Podaj dalej! - jak powiedział neuron do synapsy.
Dziś jest wtorek, a we wtorki staram się być śmieszny. Ale obiecałem płytę deszczową - trza tego dopełnić.
Smutnego faceta nazwiskiem Bill Callahan [który to przybrał ksywę Smog, a w 2003-im zmienił ją na (Smog)] można z większym prawdopodobieństwem usłyszeć w jakimś zaplutym barze, niż na wielkim "niezależnym" festiwalu. I kiedy, prawdaż, większość muzyków ostatnimi czasy zmierza do coraz obfitszego brzmienia, Callahan robi na przekór. Najczęściej wychodzi sam na scenę z gitarą i deklamuje melodyjnie teksty. Ma fajny, niepowtarzalnie niski głos. I znowuż, przyjęło się, że jednoosobowe zespoły traktują o stanach post-depresyjnych, utraconych dziewczynach, itede (jak u Eliota Smith'a, który niezadawno samobójec poszedł być). Liryki Smog'a skupiają się na historyjkach mniej lub bardziej oderwanych od rzeczywistości.
Albowiem rzeczywistość to zjeżdżalnia z żyletek, na końcu której czeka balia z octem. Ha ha! Ach, wtorek.
W każdym razie każdy może się zapoznać z tekstami tutaj. Rain On Lens jest dziwny. Halucynogenno-błotnisty, rzekłbym. Doskonale współbrzmiący z miesiącami jesiennymi i długimi podróżami samochodem. Jęczą skrzypce, brzdąkają gitary, a słuchacze sępią się nad marnością wszechrzeczy. Ale nie dziś, bo wtorek. Rekomenduję Rain On Lens na te czasy zimne, na oblodzenie atmosfery międzyludzkiej i na pięćdziesiąt osiem milionów innych okazji.
Z innej beczki: obejrzałem dziś Eraserhead'a Lyncha. Fajny film, ohydny taki i czarno-biały. Pixies grywali na koncertach piosenkie z niegoż, In Heaven się zwała. I główny protagonista ma fajny fryz, prawie jak King Buzzo z Melvinsów. King Buzzo ma fajną gitarę i spodnie.
maniakalnie się teraz aasłuchuje w tą CD i przyznać trzeba: jest zjebista.
C od ogłosu Smoga, jest moment w którym zalatuje Ed'em Vedderem z PJ:)