09
sierpnia
2005

Bardo Pond - Lapsed
Matador 1997
Gdzieś na tej zdewastowanej planecie, dokładnie w tym momencie idzie sobie ulicą facet, który próbował pobić rekord w przyjmowaniu substancji odurzających. Chrapy ma zawalone białym prochem, ręce pokryte strupami po wbitych igłach. Z kieszeni płaszcza wystaje niemal pusta butelka whisky. Facet uparcie walczy z chodnikiem próbującym zwalić go z nóg. Z pomocą płotów, słupów i ogrodzeń udaje mu się przykleić buty do podłoża i zmusić resztę ciała do przemieszczenia. Charcząc wściekle i przeklinając wszelkie istnienie o mało co nie następuje na kota. Miauknięcie, które wydaje z siebie rozdrażniony kot w uszach faceta brzmi zupełnie jak riff z Flux.
Gdzieś indziej jakaś marna istota ludzka inkasuje ołowianą kulę w pierś. W sekundzie pomiędzy uderzeniem a upadkiem na ziemię, ostatnim trzeźwym neuronem rejestruje dziwną melodię, jakby kobiecy śpiew brzmiący na tle wodospadu. Arcydziwność rzeczy każe mi powiązać tę melodię z Tommy Gun Angel.
Jadąc autobusem pewna pani orientuje się, że podczas kilkudziesięciu lat jej życia widziała zbyt dużo. Chciałaby poddać się oczyszczeniu mózgu, wymazaniu niepotrzebnych wspomnień. O to, uśmiechnięta i z nieobecnym wzrokiem, prosi znudzonego męża, na co ten reaguje telefonem na pogotowie. Melodia, którą jest odgrywana w centralce izby przyjęć to Pick My Brain.
Gdzieś na orbicie kilkunastu astronautów próbuje przebić kupę amerykańskiego żelastwa przez atmosferę. Zbiorowa i cicha modlitwa siedmiu astronautów przechodzi w głośne błagania gdy Ziemia, jakby niechętna przybyszom, otacza ich statek ogniem. Kakofonia palonych osłon wzmaga się z każdą minutą lądowania. Zdziwicie się, ale dla mnie brzmi to zupełnie jak Aldrin - ostatni utwór na Lapsed.
Kakofonia, nihilizm i melodie country na układzie fuzz-przester-wzmacniacz lampowy. Plus oderwane od rzeczywistości teksty/wokale. Czegóż chcieć więcej?