25
maja
2013

0. Załóż konto na paypalu. Jeśli nie masz wypukłej karty kredytowej - możesz dopalać swoje konto paypalowe przelewem z banku. Na początku owo dopalanie będzie trwało co najmniej 24 godziny. Po roku, jeśli dokonasz kilku zakupów przez PP i nie będziesz miał żadnych skarg, twoje konto zmieni status na "zweryfikowane" i będziesz mógł dodawać pieniądze szybciej. Możesz cały proces weryfikacyjny przyspieszyć jeszcze bardziej podpinając pod PP swoją kartę kredytową, ale to wymaga stałych dochodów i wycieczki do banku. PT Nieistniejący Czytelnicy zaprzeczyli potrzebie posiadania karty, proces weryfikacji jest też teraz natychmiastowy. Kolejne powody, by założyć tam konto. Pamiętajcie by powiązać je z waszym najważniejszym adresem emailowym, tym o najsilniejszym haśle. Wszystkie zakupy w PP dokonuje się "na mail".
1. Staraj się zbudować jak największe zamówienie w jednym distro. Zapytaj, czy sprzedający nie mógłby sprowadzić kilku płyt i wysłać ich w jednej paczce. Można o to spokojnie prosić w Indoorsman, Sorry State i Florida's Dying. Większe sklepy nie będą oferowały tego typu ułatwień. Dla porównania: wysyłka dwóch LP ze Stanów to wydatek ok. 20 dolarów. Za wysyłkę 4LP i dwóch siedmiocalówek zapłacisz 32 dolary.
2. Unikaj Europejczyków. Uprzedzenia nie mają tu nic do rzeczy - poczta w UE jest potwornie droga, nawet po ostatnich podwyżkach najbardziej opłaca się import z USA (ale tylko przy większej ilości płyt). Po dodaniu do tego przelicznika z euro odpadają distra niemieckie (Bis Auf´s Messer, X-Mist, Alien Snatch!, etc.), włoskie (AVANT!), greckie (Phase!) i hiszpańskie (np. Terminal Picnic, z wyjątkiem znakomitego La Vida Es Un Mus). O ile, oczywiście, nie mieszkasz w okolicach Odry lub masz rodzinę za granicą.
3. Powyższy punkt nie dotyczy Wielkiej Brytanii. Tamtejsze sklepy oferują stosunkowo tanią wysyłkę, ale przelicznik na funt szterling jest dla portfela na dłuższą metę zabójczy. Zwłaszcza, kiedy ceny LP bardzo rzadko spadają poniżej 12 funtów.
4. Brytyjczycy nie potrafią odpowiednio pakować płyt. Norman jest w tej mierze chlubnym wyjątkiem, ale nawet oni nie zawsze potrafią wyciągnąć winyl z koperty i włożyć go do folii by płyta nie rozcięła okładki od zewnątrz i nie pogięła jej rogów. Gorzej - często stosują idiotyczną sztuczkę z przyklejeniem płyty taśmą klejącą do tektury, która ma ją usztywniać. To niemal zawsze kończy się uszkodzeniem okładki i wykrzywieniem płyty. Mogę pokazać zdjęcia dwupłytówki The Garbage & The Flowers na dowód. Od biedy rozumiem, że niektóre opakowania są zalakowane lub zafoliowane, ale to jest chroniczna przypadłość Wyspiarzy i trzeba na to zwrócić uwagę.
5. Polacy nie potrafią wyceniać płyt. Podobnie jak książek, komiksów i gier komputerowych. Opowiadałem już na Tableau! o właścicielu antykwariatu w Białymstoku, który uparcie twierdzi, że nie ma sensu sprawdzanie cen w internecie. Wszystko wycenia swoim doskonałym, przefachowym okiem. Podobnie sprawa wygląda z rodzimymi sklepami. Jasne, LP nie są tanie, ale sprzedawanie nowych płyt za 65-90 złotych, kiedy z labelu można je dostać za 12-15 dolarów to przegięcie. Rodzime sklepy dostają ceny hurtowe i oszczędzają na przesyłce zamawiając więcej kopii. Jeśli tak nie jest - nie są to dobrze prowadzone sklepy. Dla porównania - 45 złotych za LP "Marqee Moon" Television jest dobrą ceną. 60 złotych za CD Deerhunter to żart i otwarte zaproszenie do koszyka z przecenami za dwa lub trzy lata.
Często też zdarza się, że większe sklepy nie bardzo wiedzą co sprzedają. Dzieje się tak najczęściej na Allegro. Można tam znaleźć na przykład "Something That Would Never Do" The Mirrors za 49 złotych. Dowcip polega na tym, że ta płyta jest od trzech lat OOP i nawet za używane jej kopie trzeba zapłacić minimum 25 dolarów. Takich przykładów jest więcej.
6. Przeszukuj ebay i allegro. To pierwsze przeglądaj na stronie ebay.com, porzuć wersję polską. Ebay idiotycznie przystąpił do polskiego rynku (sławetna jest konferencja prasowa sprzed kilku laty, na której przedstawiciel firmy tłumaczył jak działa internetowy serwis aukcyjny ku gromkiemu rechotowi zgromadzonych) i Allegro króluje praktycznie niepodzielnie. Przeszukiwanie płyt na tymże jest niestety beznadziejne. Po pierwsze: nie ma kategorii dzielących formaty. Brak 7'', 10'', 12''. Nie pomagają także wystawiający single jako LP w nazwie aukcji. Pomijam już idiotyczne przydzielanie do kategorii gatunkowych i częsty brak nazw labelu w opisach. Dzięki temu ostatniemu czasem trzeba porównywać numer kodu kreskowego (to podaje się częściej niż nazwę labelu) z wpisem na discogs.
Aby płacić za przedmioty kupione na ebayu potrzebujesz konta na paypalu. Patrz punkt 1.
7. Nie bój się distro, które mają minimalną stroną internetową. Blog, kilka napisów z cenami na białym tle - nie robi to żadnej różnicy. Napisz mail, zapytaj o dostępność płyt, koszta wysyłki. Czasami możesz nawet negocjować cenę. Ludzie prowadzący distra to najczęściej kolekcjonerzy. Nie uwierzysz jak często będzie można użyć tonpressowskiej wersji LP Siekiery jako karty przetargowej.
8. Kolorowe winyle fajnie wyglądają, ale często gorzej brzmią. Jeśli masz wybór pomiędzy kolorową i czarną edycją, czasem warto wziąć tę zwyczajną, najczęściej tańszą. Podobnie sprawa wygląda z wersjami "deluxe". Dokładki są w porządku jeśli mamy do czynienia z CD, ale rozpulchnianie LP to zły pomysł. CD i mp3 są świetne jako nośnik dużej ilości kawałków, które nie były pierwotnie układane w jedną całość - przewijanie jest szybkie, nie musisz odprawiać całego rytuału z odtwarzaniem, etc. Nie wierzę natomiast w zasadność czteropłytowych kompilacji (vide: niedawna dyskografia Kleenex/Liliput) wydanych na winylu. Nikomu nie będzie się chciało bawić igłą, kiedy ta zejdzie na mniej lubiane kawałki.
9. Nie bój się discogs.com, ale strzeż się tworów typu cdandlp.com lub musicstack.com. Dwie ostatnie to bardzo archaiczne strony zbierające ogłoszenia ludzi głównie z krajów Beneluxu. Nigdy nie próbowałem tam kupować, ale słyszałem, że bywa różnie z kontaktem. Tymczasem discogs to elegancki serwis zrzeszający płytozbieraczy. Można znaleźć tam praktycznie wszystko. Sprzedający są w porządalu, prawie zawsze można się targować i/lub wymieniać na płyty. Przeglądanie ofert na discogs to też jeden z najlepszych sposobów na poprawną wycenę wartości płyty.
10. Sprzedający często używają skrótów oznaczających stan płyt i opakowań. Krótki słowniczek:
SS - still sealed, płyta nowa, zafoliowana;
M - mint, płyta niegrana ("miętowa");
EX - excellent, płyta z naprawdę niewielkimi śladami użytkowania, grana kilka razy;
VG - very good, płyta w bardzo dobrym stanie, kilka małych rys;
G - good, większa ilość rys, przeskoki, uszkodzona okładka;
Istnieją też oznaczenia niższe, ale raczej nikt nie bawi się w sprzedaż (i tym bardziej kupno) płyt w tym stanie. Dobrym zwyczajem jest też dokładniejsze opisanie uchybień przy VG i poniżej.
Częste jest też dodawanie plusów i minusów do oznaczeń, ale często jest to zagrywka mająca ukryć uszkodzenia. Jeśli sprzedawca używa zwrotu "conservatively graded" oznacza to, że nie będzie bawił się w półśrodki i przy najmniejszej wadzie ocenę o jeden stopień obniża. Oceny zwykle pojawiają się w parach, np. M/VG+. Pierwszy w kolejności jest opis stanu nośnika, później okładki. W razie niejasności warto dopytać lub poprosić o zdjęcia.
11. Górna krawędź amerykańskich CD, zwłaszcza tych rozprowadzanych przez większych dystrybutorów, jest zwykle oklejona kodem kreskowym (często POD folią). Zdarcie tegoż w taki sposób, by nie uszkodzić okładki i nie zostawić nań śladów po kleju jest dużym wyczynem. Europejczycy najczęściej nie bawią się w paskudzenie płyt w ten sposób, dlatego nie martw się, jeśli nowa płyta nie jest zafoliowana.
12. Jeśli nakład płyty, której szukasz został wyprzedany (i nie jesteś purystą-estetą) zapytaj jej wydawcę o kopie z pogiętą okładką - jest spora szansa, że rzecz od dłuższego czasu niedostępną dostaniesz po niższej cenie.
13. Zacytuję pana Scotta Soriano: "Don't fucking do preorders". To się tyczy tak kupujących, jak i właścicieli wytwórni. Nigdy nie płać za płytę, która jeszcze się nie ukazała. Tłocznia może spieprzyć produkcję, okładki mogą zostać odwrócone, premiera może być odsuwana w nieskończoność. To jest zupełna normalka przy kupowaniu płyt z niezależnych źródeł i trzeba wziąć to pod uwagę.
14. Zapomniałem wspomnieć o cłach. W granicach Schengen takowe nie obowiązuje - wlicza się w to też Szwajcarię i Norwegię. Jeśli chodzi o towary z USA, nie jest znana dokładna wartość paczek upominkowych (jakiś czas temu było to 45 euro), które automatycznie zwalnia się z płacenia cła. W praktyce jednak nie uiściłem tego typu dodatkowej opłaty nigdy, a płyty z USA kupuję regularnie od dobrych kilku lat. Jeśli martwisz się, że paczka jest zbyt duża i Urząd Celny może się nią zainteresować - poproś zaufanego sprzedawcę o oznaczenie jej jako "gift" lub (jeszcze lepiej) "promo". Połowa z czytających tę stronę zajmuje się pisaniem o muzyce i to drugie oznaczenie nie będzie kłamstwem.
Poniżej zamieszczam listę moich ulubionych distr. Bierzcie pod uwagę, że słucham głównie wrzeszczących facetów z rzężącymi gitarami. Nie mam pojęcia gdzie się kupuje dobrą elektronikę i kasety/CD-Ry (Boomkat? Experimedia?). Jeśli chcecie polecić sklep/distro, piszcie w komentarzach.
Florida's Dying
Prawdopodobnie najlepsze miejsce do kupowania garażówki, internetowa witryna sklepu Vinyl Richie's Wiggly World Of Records z Orlando na Florydzie. Sklep nieco mniejszy, ale znacznie tańszy niż Goner, zwłaszcza względem wysyłki. Znakomity dobór płyt, masa dobrego punku, rocka, wznowień starszych rzeczy (Superior Viaduct, Sing Sing), bootlegów Fan Club, płyt z In The Red, Goner, Tic Tac Totally, etc. Pojawiają się też wydawnictwa Australijskie (ale szybko znikają). Na FD da się zawsze znaleźć którąś z części kompilacji "Killed By Death" lub "Bloodstains Across...". Plus bardzo dobry katalog samego labelu (The Electric Bunnies, Yussuf Jerusalem), do którego dołączył świetny sub-label Total Punk robiący DIYowe wydania siedmio- i (od niedawna) dwunastocalówek. Plus stała rubryka z przecenami. To tutaj dopadłem LP Herds za sześć dolarów.
Rich (właściciel) jest też bardzo równym gościem i oferuje okładanie kupionych płyt na później by zapłacić za przesyłkę tylko raz (przy sposobie wysyłki wybierz opcję "Walk In").
Indoorsman
Niewielkie ale znakomite distro z Petalumy w Kalifornii. Chris jest przemiłym człowiekiem i wielkim fanem Cheater Slicks i The Dead C. Łatwo stąd wywnioskować, jakie nagrania sprzedaje. Indoorsman to najlepsze miejsce, gdzie dopaść najnowsze artefakty z Australii, płyty z Siltbreeze, Columbus Discount, Richie Records i inne niskonakładowe rockowe dziwadła. Również na Indoorsman można prosić o odłożenie płyt na później. Chris nigdy nie oszukuje na kosztach wysyłki i czasem odnoszę wrażenie, że wręcz do nich dopłaca.
Norman
Prawdopodobnie najlepsze (a z pewnością jedno z największych) distro brytyjskie. Ogromny katalog płyt, tania wysyłka. Ceny sprawiedliwe, choć niespecjalnie niskie. Duży katalog rzeczy przecenionych, choć przebrnięcie przez całą listę jest sporym wyczynem. Norman ma też znakomity cotygodniowy newsletter, którego lektura daje ogarnięcie znacznie lepsze niż jakikolwiek blog z newsami. Jeśli masz gdzieś co artysta ostatnio jadł, jakie modelki macał i jak zabawne sobie zrobił zdjęcie, ale chcesz się dowiedzieć kiedy pojawi się jakiś album - zapisz się. Newsletter pojawia się w każdy piątek w okolicach piątej po południu, angielskim zwyczajem.
La Vida Es Un Mus
Hiszpańsko-angielskie distro punkowe. Bardzo dobry label (Invasion, Una Bestia Incontrolable, wznowienie obu płyt The Astronauts) i niezły przegląd rzeczy dystrybuowanych - klasyki, bootlegi (ostatnio były Sleep i Melvins), japoński i australijski noisecore. LVEUM to najlepsze miejsce do złowienia tańszych kopii płyt z nowojorskiego Toxic State. Ceny w funtach, tania wysyłka. Właściciel rozsyła płyty w paczkach z recyklingowanej tektury (można przy zamówieniu taką opcję oprotestować, ale jest to podejście fiutowe).
Dusty Groove
Sklep w Chicago. Najtańsze wznowienia starych płyt - można tu znaleźć "Out To Lunch" E. Dolphy, Os Mutantes, Curtisa Mayfielda, Black Sabbath, rzeczy ze Stax i prawie całą dyskografię Jamesa Browna. Pojawiają się nawet winyle z Polskich Nagrań. Naprawdę dobre ceny (LP wspomnianego "Out To Lunch" kosztuje 10 dolarów!) i tania wysyłka. Oczywiście płyty w wersji "deluxe" są odpowiednio drogie, ale raczej nie warto tracić czasu na takie wydania. Sklep nie obsługuje paypala, płaci się wyłącznie wypukłą kartą kredytową. Kup wódkę i zapukaj do starego kumpla, któremu powiodło się lepiej.
Weirdo Records
Jeśli oglądaliście dokument o Jandku ("Jandek on Corwood") i pamiętacie z niego wypowiedzi miłej pani w okularach - to była właśnie Angela Sawyer, właścicielka sklepu Weirdo Records. Nazwa mówi o sprzedawanych rzeczach wszystko - awangarda, noise, "outsider music", zupełne dziwacta, połowa katalogu ESP-Disk, soundtracki ze spaghetti westernów, Ya Ho Wa 13, Rallizes Denudes, koreański psych z lat 60-tych i tak dalej. Ludzie z WFMU muszą zaglądać tu często. Właścicielka opisuje każdą sprzedawaną płytę, najczęściej bardzo celnie i zabawnie. I ma fantastyczny gust. Od niedawna podsumowania nowości w Weirdo Records pojawiają się w formie filmów na youtube - polecam regularne oglądanie. Dobre ceny, wysyłka bez prób oszukiwania. Można tu sprzedawać i wymieniać się na płyty, także wysyłkowo. To tutaj wymieniłem winyl LA Drugs na płyty Puffy Areolas i coś z Columbus Discount.
Angela grała w Exusamwa i obecnie ma projekt noisowy o wdzięcznej nazwie Preggy Peggy and The Lazy Babymakers.
Sorry State
Grave Mistake
Dwa znakomite amerykańskie labele i niemniej dobre punkowe distra. Szeroki asortyment rzeczy starszych i nowszych. Sorry State prowadzi Andy z Logic Problem. Sorry State produkuje najładniej wydane punkowe płyty na świecie - foliowane okładki, dużo kolorowych winyli, wkładki, plakaty, etc. GM mają niespodziewanie dużo wznowień starszych rzeczy - tylko tutaj można jednocześnie kupić winyle 13th Floor Elevators, Blue Cheer i Government Warning. UWAGA: Grave Mistake ma spieprzony kalkulator wysyłki. Przy zamawianiu najlepiej mailowo poprosić o rachunek paypalowy.
Permanent
Witryna dwóch sklepów (Chicago z nowszą filią w Los Angeles). Jako label Permament jest taki sobie (fajny singiel Nothing People), ale wybór rzeczy z innych wydawnictw jest bardzo bogaty. Dobre ceny, niedroga wysyłka. Trochę dziwaczny interfejs strony, ale ostatnimi czasy uległ sporej poprawie. Stała rubryka z przecenami to zawsze wielki plus.
Fabrica
Brooklyn, NY. Psych i rarytasy z całego świata. Tutaj można dostać bootlegi VU, projekty poboczne Sun City Girls i rzeczy z psychodelicznej sceny czilijskiej. Bardzo drogo, ale dużo smakowitości.
Little Axe
Distro zajmujące się rozpowszechnianiem wydawnictw Mississippi. Najniższe ceny jeśli szukasz składanek ze starym gospelem, płyt Abnera Jaya, M. Hurleya lub niedawnego wznowienia dyskografii Dead Moon. Jeśli powyższych nie szukasz - co robisz na Tableau!?
Slovenly
Dallastown, Pensylwania. Dobry garażowy label i distro zajmujące się dystrybucją katalogu Sympathy For The Record Industry. Już z tego powodu należy się mu uwaga. Szeroki przegląd winyli garażowych, niezłe ceny. Nie wiem jak jest z wysyłką, kupowałem tam dość dawno. Jeśli szukasz nagrań New Bomb Turks i The Spits - zajrzyj tutaj.
Fusetron
Brooklyn, NY. Klasyczne distro z awangardą, psychem i tego typu rzeczami. Nie jest to miejsce najtańsze, ale facet ma naprawdę duży magazyn i można u niego znaleźć rzeczy od dłuższego czasu niedostępne. Radzę pominąć interfejs sklepu i od razu wysłać mail z pytaniem o dostępność.
All-Day Records
Carborro w Karolinie Północnej. Ponownie witryna sklepu. Bardzo minimalistyczna strona, ale szeroki wybór i niezłe ceny. All-Day wystawiają też dużo używanych rzeczy na discogs, więc można za jednym zamachem złowić kilka smakowitości. Często mają płyty z Record Store Day, które zostały szybko wyprzedane w innych miejscach.
Jeśli macie jakiekolwiek pytania i uwagi - piszcie w komentarzach lub na mail podany u dołu strony. Chętnie pomogę, zwłaszcza przy zakładaniu konta paypalowego.
Zapraszam do polecania rodzimych dystrybucji, zupełnie się na nich nie znam.
02
kwietnia
2013

Brown Sugar - Luvly 7'' (Cowabunga/Blitz)
Pokażę palcem: tutaj jest dobry punk. Bez post- naleciałości, bez głupiego machismo, bez czołobitności wobec post-hardcore, bez pseudoironicznych nazw i tytułów wyglądających jak efekt użycia generatora losowych słów (vide: We vs The Shark lub Death Sentence: Panda!) z naprawdę spryciarskimi tekstami i melodiami, które możesz zagwizdać nie czując się przy tym jak tania pani oddająca swą rufę w leasing. Kup siedmiocalówkę. Pośmiejesz się, popłaczesz, twoje życie ulegnie zmianie. I będziesz bogatszy o dobrą płytę.

Banque Allemande - Willst du Chinese sein musst du die ekligen Sachen essen LP/CD (S-S)
Mój ulubiony album tego roku, jak dotąd. Deutsche sprechen zawsze w dechen.

Thee Oh Sees - Floating Coffin LP/CD (Castle Face)
Dwyer w kółko gra jedną piosenkę, to prawda, ale jest w tym niezły. I kupił fajną kostkę fuzzową. "Floating Coffin" to najlepsza rzecz zespołu od lat, klimatem bliska cukier-psychowi "Sucks Blood", ale grana szybciej. Woodhouse jak zwykle dał popis i całość brzmi fantastycznie. Kawałki numer 2, 7 i 10 zasługują na wyróżnienie. Szczególnie końcowy "Minotaur", niezwykle elegancka rzecz z altówką w tle. Album jest też oczywiście nierówny i niektóre kawałki zeń wypadają najlepiej, gdy przegrać je w odpowiednim kontekście na porządną składankę. To znowuż wskazuje na potrzebę jakiegoś "Best of" OCS. Zająłbym się tym, gdybym nie był starym prykiem na pełnym etacie. Idźcie koniecznie na koncert D. Ohsees w Katowicach. Zespół pracuje ciężko, nagrywa rzeczy na równym poziomie i nie doi szmalu z większych labeli. To nadal lepiej niż Twój Ulubiony Zespół.

Horrid Red - Nightly Wreaths LP/CD/DL (Terrible Records)
FWY! - Any Exit CS/DL (Moon Glyph)
Jako wolnomyśliciel (w znaczeniu prędkości, nie jakości) często padam ofiarą własnej miernej dedukcji. Przykład: Der Teenage Panzerkorps przestali wydawać płyty kilka lat temu. Kupiłem pliki mojego ulubionego "Games For Slaves" na bandcampie niespecjalnie oglądawszy się na jakiekolwiek inne tamtejsze wydawnictwa. "German Reggae" było nieudane - uznałem, że wobec powyższego zespół dał spokój. W tym stanie pozostałem przez następne półtora roku, aż dowiedziałem się, że praktycznie cały skład przemianował się na Horrid Red i zaczął robić post-punk na synthach. Teraz powinna nastąpić obligatoryjna historyjka o sparzeniu się drugim LP Merchandise, nadmiarze synthu w obecnych czasach i tak dalej. Krótko - Horrid Red podchodzą do tematu znakomicie. W tym przypadku mogę zdecydowanie stwierdzić, że zmiana stylistyki była spowodowana logiczną ewolucją, a nie podążaniem za trendami. Wszystkie miniaturowe melodie ze wspomnianego "Games For Slaves" zostały tutaj wyciągnięte na powierzchnię i wydłużone. Wniwecz obrócona została marna produkcja pierwszych nagrań Der TPK, Bunker Wolf nadal nawija po niemiecku o "tausend Jahre Schlaf" i tym podobnych czyniąc klimat naturalnie chłodniejszym. Mógłby już dać spokój, bo właśnie nam stuka piąty miesiąc zimy.
FWY! to solowy projekt Glenna Donaldsona czyli gościa, który napisał i odegrał większość kawałków Der TPK i Horrid Red. "Any Exit" to więcej tego samego, lecz bez germańskiego wierszoklety. Szałasek pisze: "desert disco" i jest to dobre określenie. Post-punk, który da się mruczeć pod nosem i kilka shoegazowych (broń chemiczna) bitów jak The Sight Below. Dobra rzecz do przedzierania się przez ten cholerny zabłocony polski śnieg.

Useless Eaters - Hypertension LP (Jeffery Drag Records)
Dobrze zrobiony i, co istotniejsze, nagrany power-pop (raczej nie A. Chilton, bardziej The Clap lub The Wind). To jest projekt solowy (momentami zespół) Setha Suttona - grającego wcześniej z Reatardem. Słuchanie wcześniejszych nagrań Useless Eaters oznaczało przebijanie się przez rzeczy nawet giteśnie zrobione, ale ultrapłasko brzmiące - facet ni w ząb nie umie wykorzystać ośmiościeżkowca. "Hypertension" to rzecz z pierwszej sesji w większym studiu i automatycznie jest w lidze wyższej. Żeby nie było, że wychwalam - całość powinna trafić raczej na dziesięć cali zamiast dwunastu. Synth-punk "Life On A Grid" i znakomity kawałek tytułowy są jak najbardziej bycze, ale jest też kilka wypełniaczy. Polecam sygnalizując potencjał na przyszłość i siłą skojarzeń włączam GG Kinga.

CCR Headcleaner 7'' (Caesar Cuts)
Ludzie z Long Legged Woman czynią psych-punk, lepszy i znacznie ciekawszy niż jakiekolwiek nowe nagranie The Men. Więcej - lepszy niż jakiekolwiek nowsze nagranie Puffy Areolas. 10 minut, cztery kawałki. Album ma ukazać się w tym roku. Nie mogę się doczekać. W ogóle się nie mogę.

Dan Melchior - C.C.D.E. Music LP (Little Big Chief)
Kontynuacja wątków z "Excerpts & Half-Speeds" - kolekcja szkiców poskładanych w album, brzmieniem przypominających późniejsze Swell Maps. Kusi mnie by napisać "płyta dla fanów", ale to nie rozwiązałoby sprawy. Muzyka Melchiora z obecnych lat jest najbliższa kasetowo-CDRowej scenie DIY, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę zupełny brak oglądania się na innych muzyków. Osamotnione riffy gitarowe, sample, kilka melodii. Bardzo prywatna płyta wydawana w bardzo trudnym momencie życia artysty. Polecam zakup albumu bezpośrednio z jego strony, pieniądze pójdą na dalszą chemioterapię jego żony.

The Screamin' Mee-Mees - Clutching Hand Monster Mitt CD (Gulcher)
The Screamin' Mee-Mees - Nude Invisible Foot Phenomenon CD (Gulcher)
Wznowienia dwóch albumów Screamin Mee-Mees z 1992 i 1996 roku. DIY zupełny, dwóch facetów zupełnie nie umiejących grać, ni śpiewać. Wyobraźcie sobie kombinację The Fugs, Fuzzhead i "Feller filler" z wcześniejszych płyt TFUL282. Nagrań dokonano gdzieś w Missouri, w oparach ziół leczniczych, teksty były improwizowane. Struktura kawałków trzymająca się nierównego rytmu, z gitar dobywa się głównie przester. "Nude Invisible Foot Phenomenon" nabyłem kilka lat temu na ebayu za bodajże 15 złotych. Ludzie z Gulcher ponownie wydający dyskografię zespołu chwalą się, że całość zremasterowano, ale nie sądzę by było to słyszalne. Przednia zabawa i dobry przykład prawdziwego jankeskiego undergroundu.

Dick Diver - Calendar Days CD/LP (Chapter)
Cuntz - Aloha LP (Homeless)
The Ooga Boogas CD/LP (Aarght)
Trzy australijskie albumy, w których nie zakochujesz się na jeden weekend by nigdy więcej do nich nie wrócić, ale z którymi kumplujesz się długotrwale, bo fajnie komponują się z ogólnym pierdzielnikiem w twoim mieszkaniu.
Dick Diver to największe zaskoczenie. Na debiucie brzmieli jak (nieudana) kopia ECSR, co było i zapewne będzie przypadłością australijskich zespołów przez następną dekadę (vide: zupełnie marne nagrania Boomgates). Na "Calendar Days" akcent jednak przesuwa się w rejony wyciszone, zespół jednocześnie złapał swój dziwaczny, hipisowski prawie, styl. Powodu tego stanu rzeczy upatrywałbym w osobie Ala Montforta - jest to jego bodaj szósty aktywny zespół (wśród nich znakomitości, m.in.: Total Control, UV Race i Lower Plenty). Na facebooku powstała z tej okazji grupa promująca wybór Montforta na Australijczyka roku. Jeśli kojarzycie historię o kobiecie rzucającej swego faceta imieniem Jack z zeszłorocznego albumu Lower Plenty - tutaj znajdują się kontynuacje tego stylu i podobnej tematyki. Rzecz jest jednocześnie znacznie cieplejsza i mniej depresyjna, ale równie delikatnie zrobiona. Spokojne indie dla dorosłych.
Cuntz (nazwa!) to szarpany noise-rock w duchu Scratch Acid, ale znacznie punkowszy. Kawałki zatytułowane "Hip Hop", na których wokalista opowiada o swoim tyłku lub genialny "Lost", gdzie wspomniany wokalista woła swoją mamę. Zresztą, jest też utwór (potwór) pt. "Mum". Co zabawne, w kilku miejscach gitarę zastępują klawisze i różnicy nie słychać. Mistrzostwo podejścia, w tego typu graniu to wszystko. Na okładce zdjęcie gościa łowiącego ryby w bajorze pod autostradą, na odwrocie tracklista wyglądająca jak pisana na ścianie toalety. Słuchajcie tego zamiast tracić czas na Pissed Jeans. Nie musicie mi dziękować.
Spośród całej trójki najmniej przekonują mnie Oooga Boogas, na których LP czekałem najbardziej. Może jest to kwestia oczekiwań, może wymagań lae nowy album jest wyraźnie słabszy niż ten z 2008-mego. Nie chodzi mi nawet o jakość kawałków, są jak najbardziej w porządku, ale o chaotyczność całości. Rzecz zaczyna się od tłustego basu, jak wcześniejsze rzeczy OB, ale później idzie w synth, pseudocountry i rzeczy przez Kroneissa z Termbo porównywane do Dire Straits. Faktycznie, "Sex In The Chillzone" brzmi jak lepszy i nie pchający się na fale radiowe Knopfler. Marcin sygnalizował, że jest to doskonała płyta na kaca, ale piję zdecydowanie zbyt mało by to potwierdzić. Kilka kawałków (zwłaszcza zamykający) brzmi jakby były pisane dla ECSR - zresztą Young sam to potwierdza. Najfajniejszy, najspokojniejszy i najmniej pasujący do całości jest "Ecstasy", nagrany podczas pierwszej sesji nagraniowej w domu jednego z muzyków, która została przerwana interwencją policji. Zresztą, zespół dokonał omówienia wszystkich kawałków z płyty. Dodam tylko, że okładkę popełniła babcia perkusisty.
Jeśli nie czytaliście moich tekstów z ostatnich trzech lat (polecam, są genialne) napiszę w skrócie - po przeciwnej stronie naszego globu znajduje się grupa może dwudziestu osób zajmujących się robieniem porządnego gitarowego indie. Za rok wiatr zmieni kierunek i wszyscy byli fani wspomnianego mainstreamowego indie z techno i electro przerzucą się na coś innego, więc jeśli nie jesteście przyzwyczajeni do noszenia na plecach żagla sprawdźcie Antypody.

Unwound - Live Leaves 2LP (Unwound Archive)
Bardzo fajny oficjalny bootleg.
02
kwietnia
2013
17
marca
2013

The Garbage & The Flowers – Eyes Rind As If Beggars
The Now Sound 1997, Bo'Weavil/Fire 2013
1. Jestem zapominalski, dlatego muszę mieć system. Portfel, dokumenty i klucze w prawych kieszeniach. Telefon, szwajcarski scyzoryk, chustka do nosa, Iriver w lewych. Problem w tym, że kilkanaście lat temu klucze nosiłem w kieszeni lewej i do dziś, od czasu do czasu, szukam ich uparcie przerażony, że nie będę mógł się dostać do mieszkania. Oczywiście nieświadomie wróciłem do starego systemu, znajduję je po chwili.
2. Siedzę na koncercie w filharmonii. Dokładniej: w holu obok sali koncertowej. "Wiosna młodych", prezentacja uczniów ze szkoły muzycznej. Wnętrze jest zapchane rodzicami, dziadkami i pociotkami grających. Czekam na występ kuzyna, gra na klarnecie w orkiestrze. Opodal stoją jego kumple. Z wnętrza sali dobiega utwór jednej z najmłodszych uczennic. Kumple krzywią się unisono. Nie mam pojęcia co poszło nie tak, zapewne mała fałszuje. "Dokładnie pół tonu" - mówi jeden ze stojących w holu.
3. Na koncercie patrzę na palce muzyków. Powoduje mną zazdrość, podziwiam umiejętnie wciskanie klawiszy, gięcie strun. Szarpanie, suwanie smyczkiem, pizzicato. Koordynacja ręka-oko. Włączanie światła, łapanie za klamkę, stukanie w klawiaturę, obieranie ziemniaków. Motoryka. Podstawowych akordów na gitarze można nauczyć nawet małpę - jestem żywym przykładem.
4. Słuch muzyczny idzie w mojej rodzinie dość krętą ścieżką. Ojciec jest muzykalny, matka niespecjalnie. Jesteśmy z bratem głusi jak noc grudniowa, za to cały talent poszedł w siostrę. Jest skrzypaczką. Pamiętam większość jej edukacji muzycznej. Egzamin, ćwiczenie palców na ołówku, pierwszy instrument brzmiący jak mordowany kot, "Wyszły w pole kurki trzy", przegrywanie najtrudniejszych fragmentów utworów. Czasem je rozpoznaję słuchając Dwójki, najczęściej po tych fragmentach. Oczywiście nie pamiętam tytułu, ani daty, ani nawet autora. Pamiętam ćwiczenia zza zamkniętych drzwi i brzmienie kolejnych skrzypiec, aż do tych obecnych, zabytkowych. Mają sto pięćdziesiąt lat i są głośne jak cholera. Zapełniają każdą salę bez pomocy mikrofonu. Nie znoszę ich.
5. Moja niechęć w kierunku wspomnianych skrzypiec nie potrwa długo. Siostra musi je wymienić. Studiuje w Szwajcarii (stąd scyzoryk) muzykę barokową, ultragłośne skrzypce podobnież się do tej epoki nie nadają.
6. Siostra zapewne by się do tego nie przyznała, ale bardzo często jest najzwyczajniej w świecie zmęczona muzyką. Moja fetyszyzacja płyt omija ją możliwie najszerszym łukiem. To jest dla niej targanie futerału, wyuczone rozwiązania harmoniczne, pisanie dyktand muzycznych. Wesele, gdzie napruty w trzy dupy facet prosi jej zespół o zagranie "Ona tańczy dla mnie". Maści wcierane w wytartą skórę na podbródku (okładanie podstawki skrzypiec materiałem nie pomaga). I tak dalej, więc po zagraniu trzech utworów Żeleńskiego (ojca Boya) zamiast przeżywać katharsis i popijać białe wino z kryształowych kieliszków najczęściej po prostu idzie do domu i włącza najgłupszy program w telewizji, jaki potrafi znaleźć. Jesteśmy beznadziejni jeśli chodzi o uczestnictwo w rautach, imprezach i tego typu zlotach. To rodzinne.
7. Nagrania The Garbage And The Flowers chwytają dokładnie ten moment, kiedy muzyków nie zdążyła jeszcze dopaść wspomniana nuda. Piszą kawałek, nagrywają go w przeciągu godziny lub dwóch i idą oglądać najgłupszy program w TV. Dwójka Nowozelandczyków: wykształcona muzycznie chórzystka-altowiolistka Helen Johnstone i radosny amator Yuri Frusin decydują się robić razem muzykę. Johnstone pisze większość materiału i przekazuje go Frusinowi, który ma za zadanie "upewnić się, że nie idziemy za bardzo w prog". Przez zespół przewinęło się półtora tuzina osób, ale oś główną zawsze stanowił duet Johnstone/Frusin. Z początku nazywali się The Sweet Nuthings, ale później zmienili nazwę na The Garbage And The Flowers. Z VU do Cohena.
(7.1. Sekret VU nie polega na jakichkolwiek rewolucjach obyczajowo-stylistycznych. To był zespół bardzo umiejętnie piszący proste piosenki. Najbardziej lubię ich trzeci LP. Po odejściu Cale'a zespół przestał, że tak powiem, sprawdzać wytrzymałość sztalug i skupił się na malowaniu fajnych obrazków.)
8. TG&TF w bardzo małym stopniu interesuje bycie zespołem w standardowym tego słowa znaczeniu. Jeszcze mniej obchodzi ich trafianie w odpowiednie dźwięki lub granie w rytmie. Wydawnictwa zespołu ukazują się jakby przy okazji. Jakość niektórych nagrań jest okropna - drugi kawałek na polecanym "Eyes Rind" brzmi, jakby nagrano go na tanim walkmanie. Piętnastominutowa wersja "Carousel" to głównie feedback z najtańszych wzmacniaczy. Nie wynikało to z potrzeby awangardowości, ale z wyboru - kompresja w najtańszym sprzęcie potrafi fajnie brzmieć. Poza tym główny duet często zapraszał na scenę/próby osoby, które nie znały piosenek lub niekoniecznie umiały grać. Kilka lat temu wydali kasetę pt. "Stoned Rehearsal". Brzmi dokładnie tak, jak się nazywa - zespół zapomniał zresztą o nagraniu niektórych ze sprzedawanych kaset, więc fani otrzymywali bardzo ładne okładki z pustym nośnikiem.
9. Dyskografia TG&TF jest trudna do opisania, głównie przez jej efemeryczność. Ich pierwszym wydawnictwem był singiel "Catnip" wydany w 1992 roku - ukazał się tylko dzięki pomocy Alistaira Galbraitha, który polecił zespół Amerykanom z Twisted Village. W Nowej Zelandii ukazały się tylko ich kasety. Spoglądając na rzecz geograficznie - Flying Nun zbierała głównie zespoły z Południowej Wyspy - głównie z Dunedin i Christchurch. Sceny stołecznego Wellingtonu i Auckland objawiły się dopiero w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych (vide Thula, RST, The Cakekitchen). W 1997 ukazała się (w nakładzie 300 kopii) pierwsza wersja "Eyes Rind As If Beggars". Była to kompilacja zbierająca domowe nagrania zespołu, jeszcze sprzed wspomnianego debiutanckiego singla. Album wrzucono na dwa winyle, wszystkie okładki były ręcznie malowane.
10. Zespół robi wszystko (nie wiem czy świadomie) by odczepić się od jakiegokolwiek kontekstu. Informacje na okładce są błędne, CD z dodatkowymi kawałkami nie jest w jakikolwiek sposób opisane. Brakuje jakichkolwiek dat. Nawet historia zespołu we wkładce jest nadzwyczaj lakoniczna. Więcej - zespół zrodził kilka niemal nie różniących się składem projektów pobocznych (Flaberge, Entlang, Dress) Brzmienie jest równie trudne do opisania, wspominałem wcześniej Cohena i VU, ale TG&TF siedzą w samodzielnie wykopanym dołku, bardzo podobnie jak Pondziaki, The Dead C lub LSD-March. Zespołów wytwarzających własny (fajny) mikrokosmos jest naprawdę niewiele, z wielką szkodą dla mnie. Lubię ciasne i przytulne galaktyki, dobrze się w nich czuję.
11. Rozpisałem się, a jednocześnie przekazałem niewiele. Chciałem zaznaczyć, że dekadę temu zupełnym przypadkiem usłyszałem "Love Comes Slowly Now" i od tej pory dostałem na punkcie tego zespołu łagodnej obsesji (fajny oksymoron). Kawałek jest taki piękny, spokojny, prosty, łatwy do zapamiętania. Słychać szum taśmy, na której go nagrano. Gitara gra w kółko kilka dźwięków, które zmieniają się delikatnie dopiero pod koniec i całość staje się jeszcze piękniejsza. Wrzucałbym ten kawałek w każdą praktycznie składankę.
12. Dopiero przy okazji tego wznowienia dowiedziałem się, że "Love Comes Slowly Now" napisał Frusin, natomiast Johnstone zapamiętała nuty, poszła do siebie, zaprosiła kolegę (nigdy nie grał w zespole) i nagrała kawałek sama. Nawet ich tour de force powstał koślawo. Uwielbiam ten zespół.
13. Teraz najważniejsze: jeśli nabierzecie ochoty na kupno polecanej płyty, sięgnijcie po CD. Winyle są ładnie wydane i porządne wytłoczone, ale nie ma sensu dopłacać. Zwłaszcza, że nie zachowano oryginalnej zawartości kompilacji (ostatni kawałek powędrował na dodatkowy CD, wbrew informacjom na okładce). Plus, dodatkowa płyta zawiera kawałki łatwiejsze w odbiorze. Zacznijcie od bonusów, szok poznawczy będzie mniejszy. Polecam zwłaszcza piękne, studyjne wersje "Nothing Going Down At All", "Carousel" i "Lucy In Her Pink Jacket".
14. Kiedy w styczniu reedycja "Eyes Rind" wreszcie do mnie dotarła, nie bardzo mogłem w to uwierzyć. Kilka lat wcześniej przegrałem aukcję na ebayu (miętowa wersja poszła za 20 funtów, nienajgorsza cena porównując), dopiero niedawno zdobyłem siedmiocalówkę "Alamo Rose", nadal nie mam winylowej wersji "Stoned Rehearsal", o kasetach nie wspomnę.
15. Jestem beznadziejny w robieniu wywiadów. Wysyłam do tych wszystkich biednych i wspaniałych ludzi pytania jakbym był jakimś archiwistą pytając: "dlaczego tu jest nierówno?" albo "kiedy żeście to pisali"? Ćwierć roku temu podobny zestaw moich bezdusznych znaków zapytania poszedł w kierunku Yurija. Bardzo grzecznie przystał na wywiad zastrzegając jednocześnie bym uzbroił się w cierpliwość.
16. Czekam do dziś. Szczerze powiedziawszy, gdyby odpisał natychmiast byłbym zawiedziony.
05
marca
2013

[po raz kolejny wspaniały Jeremy Miranda]
The UV Race - Memenonome
Coconuts - Silver Lights
Él-g - Au Grand Dam Du Jour
Factrix - Ballad Of The Grim Reaper
The Phantom Family Halo - Stop The Biting
Roy Montgomery - Ill At Home
Thinking Fellers Union Local 282 - Everything's Impossible
Serengeti - Uncle Traum
Neil Young - The Last Trip To Tulsa
Ooga Boogas - Ecstacy
![[PLAY]](http://tableau.jogger.pl/files/play_button.gif)
plik do ściągnięcia
uwagi:
- przepraszam za brak nowych rekomendacji. zupełnie nie idzie mi pisanie. nadrobię, obiecuję.
- dzisiejsza składanka jest wynikiem starej obsesji. od kiedy pamiętam zawsze uwielbiałem piosenki o zerowych tempach, o nieokreślonym nastroju. kawałki brzmiące jak śmierć, martwe, zrezygnowane. bez sztafażu, gotyckości czy innych tego typu głupot. takie piosenki na ekstremalne zmęczenie, kiedy twój puls nie pozwala na słuchanie czegokolwiek poniżej 33BPM. trudno mi to wytłumaczyć. do tematu podchodziłem wielokrotnie (#2, #128, #144) i za każdym razem były to moje ulubione składaki.